jasmina_tdi
11.02.06, 16:02
Inaczej tego nazwac nie można. Pod szpitalem grasuje banda żuli, którzy w
znany mi dotąd z centrum miasta sposób wymuszają forsę od parkujących w
okolicy. Zeby było śmieszniej dwóch z nich stoi w bramie szpitala - tędy
wjeżdzają wszystkie karetki, tędy równiez wchodzi sie na teren - nie ma
możliwości ominięcia tego bydła, które prawie szarpie za rękaw,
żeby "przypilnować" (jak się przebrnie przez "kierujących ruchem" to trafia
się na kolejną przeszkodę w bramie)
Ostatnio ktoś wezwał policję (przyznaję, jeszcze nie miałąm odwagi, żeby
samej to zrobić - zostawiam tam auto na kilka godzin dziennie). Stał radiowóz
i legitymował towarzystwo. Przechodziłam obok nich jakies 1,5 - 2 m, na co
jeden z żuli odwrócił się i złożył mi ofertę ochrony. Pan policjant zdaje
się, ze był ślepy i głuchy jak pień - zero rekacji. Zresztą nawet chyba
dowcipkowali.
"Ochroniarze" są dosyć dobrze zaznajomieni z ochroną szpitala - jeżdzę tam
już tyle czasu, że doskonale widzę, jak ucinają sobie pogawędki. Rozumiem
więc, że szpital wie o całym procederze, tylko tak jak policja ma to w dupie.
Dotąd nie płaciłam, udawałam, że nie słyszę zaczepek. Dzisiaj jednak dostałam
propozycję nie do odrzucenia - "autko stoi, ale już niedługo hyhyhy". Pod
Instytutem Kardiologii kradzieże samochodów są plagą - rozumiem, więc, że owa
propozycja nie jest bezpodstawna.
Macie jakiś pomysł, co zrobić? Parkowac kilometr dalej czy dać każdemu z nich
w mordę licząc na to, że kilka godzin bez przytomności przeleżą w śniegu, a
ja załatwię, co mam załatwić, i samochód będzie na miejscu? A może też dostac
szału i wezwać radiowóz, wejść do szpitala, a potem wrócić autobusem do domu?
Ręce opadają.....