Dodaj do ulubionych

Środki z programu SAPARD bardziej dostępne

IP: *.MAN.Szczecinek.PL 19.11.02, 16:04
dlaczego na budowę nowych obiektów tylko? a co z tymi, które
istnieja, ale nie mają za co się zmodernizować? To trzeba te 10 -
12 letnie "wyciąć", a nowe stawiać? Znów kretyński pomysł. 12
lat temu namawiano do budowy małych przetwórni, które teraz nie
spałniają wymogów unijnych i maja pójść do likwidacji. Może
jednak ktoś by się zastanowił i im udzielił kredytów na
przebudowę i modernizację a nie znów "nabijał w butelkę" ?
Obserwuj wątek
    • Gość: kleks Re: Środki z programu SAPARD bardziej dostępne IP: *.indisoft.com / 192.168.98.* 20.11.02, 10:07
      Zamiast kometarzta: wystąpienie Carla Beddermanna, byłego
      unijnego urzędnika w Polsce.

      Polska ma być zmuszona do przystąpienia do Unii jako płatnik
      netto (to znaczy musi więcej wyłożyć na stół brukselski, niż
      stamtąd dostanie). Po końcowej propozycji Piętnastki z 25
      października w Brukseli nie ma już żadnej wątpliwości, że tak
      będzie.
      Choćby postkomuniści, ich sojusznicy w mediach i Komisja
      Europejska próbowali to sto razy zatuszować, rachunek i tak
      wygląda następująco:
      składka członkowska Polski - 2,5 mld euro
      straty celne (ostrożnie szacowane) - 1 mld euro
      nakłady na budowę nowych inwestycji służących realizacji wymogów
      Unii (np. kolczyki i paszporty dla krów) oraz personel
      (ostrożnie szacowane) - 1,5 mld euro
      razem - 5 mld euro
      Tyle rocznie musi Polska płacić Brukseli albo inwestować we
      własnym kraju.

      Obiecanki cacanki
      A teraz suma, którą Polsce obiecuje Piętnastka, albo lepiej
      suma, na którą Polska może mieć nadzieję.
      W tej dziedzinie istnieją największe niewiadome. Dlatego
      euroentuzjaści, włącznie z rządem i polskimi negocjatorami w
      Brukseli, oraz prounijne media próbują sypać szczególnie Polakom
      piaskiem w oczy. Dlaczego?
      Tylko mała część tego, co obiecuje Bruksela, jest sztywną sumą.
      Większa część, około 70 procent, to pieniądze, które tylko wtedy
      wpływają, kiedy są dofinansowane ze strony polskiej. Wysokość
      tego dofinansowania waha się. Może wynosić tylko 20 proc., ale
      może też wynieść nawet 70 proc. Zależy to od tego, jakie są
      fundusze, jakie są projekty albo w jakim regionie Polski te
      pieniądze mają być wyłożone. Regułą empiryczną jest, że do
      każdego euro państwo członkowskie musi dopłacić jedno euro z
      własnej kieszeni. Skutkiem tej zasady dofinansowywania przy
      pomocy rozbudowanej biurokracji jest to, że u nas, na bogatym
      Zachodzie fundusze te są wykorzystywane przeciętnie w 70 proc.
      Reszta pieniędzy zostaje w Brukseli, istnieje tylko na papierze
      i działa na rzecz propagandy unijnej. Dzieje się tak, mimo że u
      nas potencjalni użytkownicy funduszy z reguły mają własny
      kapitał dla dofinansowania, mają dostęp do systemu kredytowego,
      w którym np. rolnicy mogą zaciągać pożyczki na preferencyjnych
      warunkach na 2 lub 3 proc.

      Samoobsługa UE
      Jakie więc będzie wykorzystanie unijnych funduszy w Polsce? Na
      to mamy świetny przykład: unijny przedakcesyjny fundusz SAPARD.
      Kopiuje on dokładnie postakcesyjne fundusze i według Unii ma na
      celu wypróbowanie tego, jak w przyszłości, po przystąpieniu
      Polski do Unii, będą one tu działać.
      Fundusz SAPARD jest właściwie funduszem strukturalnym dotyczącym
      rozwoju obszarów wiejskich. Użytkownikami mają być rolnicy
      indywidualni, niektóre firmy przemysłu spożywczego i gminy.
      Doświadczenia z tym funduszem nie pozostawiają wątpliwości. Już
      teraz jest jasne, że zakończą się porażką. Liczbę użytkowników
      SAPARD-u wśród rolników indywidualnych w każdym województwie
      można policzyć na palcach jednej ręki. Powodem jest brak
      kapitału dla dofinansowania i brak nadziei na zwrot inwestycji.
      W przypadku gmin sytuacja wygląda niewiele lepiej. Tam, gdzie
      budżet pozwoli na dofinansowanie - a takich przypadków jest
      niewiele - istnieją skromne inwestycje. Tam, gdzie gminy żyją z
      dnia na dzień - takie przypadki to większość - fundusz SAPARD
      nie funkcjonuje, bo nie może funkcjonować.
      A teraz - co jest najbardziej skandaliczne - w przemyśle
      przetwórczym z udziałem kapitału zagranicznego, którym można
      współfinansować środki z funduszu, tam program SAPARD
      funkcjonuje.
      Innymi słowy, unijnym programem pomocy SAPARD Zachód finansuje w
      pierwszym rzędzie swoje własne inwestycje w Polsce.
      Tak wygląda ta altruistyczna pomoc Unii dla Polski. Zachód
      dokonuje po prostu samoobsługi. Wykorzystuje on unijne fundusze
      w Polsce, dbając o własne interesy, a polscy euroentuzjaści z
      wdzięcznością podają mu rękę.

      Stracone pieniądze
      Zakończmy teraz ten bilans. Zobaczmy, jak wyglądają wpływy w
      rachunku przystąpienia Polski do Unii, które mają skompensować
      wydatki wynoszące 5 miliardów euro rocznie.
      Za podstawę tych obliczeń służyć mają roczne liczby przeciętne w
      latach 2004-2006. Najpierw tzw. sztywne sumy, które nie
      potrzebują lub prawie nie potrzebują dofinansowania ze strony
      polskiej, bo nie opierają się na funduszach.
      Są to:
      dopłaty bezpośrednie dla rolnictwa - 0,60 mld euro
      rynkowa polityka rolna - 0,33 mld euro
      resorty polityki wewnętrznej - 0,35 mld euro
      zarządzanie - 0,28 mld euro
      razem - 1,56 mld euro.
      Ta suma 1,5 miliarda euro rocznie dla Polski jest mniej więcej
      pewna. Reszta, jak mówiłem, stoi pod znakiem zapytania, bo
      opiera się na funduszach. Są to:
      fundusze na te dwa lub trzy przedsięwzięcia strukturalno-
      polityczne - 3,80 mld euro
      fundusz rolniczy na rozwój terenów wiejskich - 0,83 mld euro
      razem - 4,63 mld euro.
      Te 4,5 mld euro ma być wielkim prezentem Zachodu dla Polski,
      nowym planem Marshalla. Wszyscy euroentuzjaści wiwatują:
      patrzcie, prawie 5 mld euro rocznie dla Polski!
      Ale podobnie jak w przedakcesyjnym funduszu SAPARD cyfry te
      znajdują się tylko na papierze.
      Unia sama uważa, że w pierwszych latach tylko 10 proc., w
      najlepszym przypadku 20 proc., z tych 4,6 mld euro dotrze do
      Polski. Będzie to skutkiem, zdaniem Unii, braku możliwości
      dofinansowywania i braku możliwości wypełnienia skomplikowanych
      procedur administracyjnych. To znaczy zamiast 4,6 mld euro
      rocznie Polska ma dostać tylko pół miliarda, w najlepszym
      przypadku 0,9 mld euro. Przy tym ogromna część tych pieniędzy
      popłynie do kieszeni obcego kapitału w Polsce, bo tylko on jest
      w stanie dofinansować fundusze.
      Ale nawet jeśli nie weźmiemy pod uwagę tego szokującego i
      skandalicznego faktu, bilans końcowy po przystąpieniu Polski do
      Unii wygląda następująco:
      roczne wydatki - 5 mld euro
      wpływy - 2-2,5 mld euro.
      To oznacza, że do każdego euro, które popłynie z Brukseli do
      Polski, Polska musi przedtem wyłożyć prawie 2 euro na stół
      brukselski w formie składek członkowskich i odprowadzonych ceł
      zewnętrznych oraz dodatkowo jeszcze 75 centów na budowę
      instytucji służących realizacji wymogów unijnych.
      Te pieniądze są stracone dla Polski.
      Polska ma być nie tylko płatnikiem netto, ale superpłatnikiem
      netto.
      Celem końcowej rundy gorączkowych negocjacji w Brukseli jest
      zatem ukrycie i zatuszowanie tego faktu.
      Unia dobrze wie, że pozytywny wynik w referendum akcesyjnym
      będzie zagrożony, jeśli to wszystko, o czym mówiłem, wyjdzie na
      jaw.
      Z tego powodu Komisja Europejska oferuje teraz Polsce tzw.
      wyrównanie budżetowe.
      Ma ono wynieść około 400 milionów euro rocznie i ma jedynie na
      celu przejściowo zapchać dziurę w polskim budżecie. To znaczy
      ukryć i zatuszować przed referendum rolę Polski jako płatnika
      netto.
      Sprawa ta jest tak ważna dla polskiego rządu, że minister
      finansów profesor Grzegorz Kołodko osobiście krząta się cały
      czas w Brukseli, aby razem z Unią przygotować następną rundę
      prounijnej propagandy, gdzie rola Polski jako płatnika netto
      zostanie starannie zatuszowana.
      Znów próbuje się ujarzmić Polskę - jak pod koniec XVIII wieku w
      czasie rozbiorów, jak w roku 1920 nad Wisłą, jak w 1939 roku.
      Tyle tylko, że teraz wygląda to zupełnie inaczej. Sprytniejszy
      jest kamuflaż, szczególnie polskich "sojuszników".
      Tym razem nie chodzi o dawnego, znanego wroga z szablą,
      armatami. Nowy przeciwnik uśmiecha się przyjacielsko, poklepuje
      jowialnie po ramieniu, wymachuje książeczką czekową i wysyła na
      pierwszą linię frontu najpierw polskiego sojusznika. Zawsze
      według starej zasady, że aby wyzysk odniósł najlepsze skutki,
      należy mu nadać pozór dobrowolności i najpierw wyszukać
      sojuszników spośród samych wyzyskiwanych.
      Koniec

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka