Gość: pawel-l
IP: 1.0.12.*
04.06.03, 10:32
http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030604/publicystyka/publicystyka_a
_1.html
Państwo socjalne skazane jest na postępującą dezintegrację. Kto nie wierzy,
niech przyjrzy się sytuacji we Francji
Demokracja w pułapce opiekuńczości
RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ
Obserwując niekończące się strajki i niemożność podjęcia niezbędnych reform
we Francji i w Niemczech, nie sposób nie śmiać się z europejskich uroszczeń
do wyższości nad USA. I nie sposób nie czuć wielkiego lęku o przyszłość III
RP, której budowniczowie za najlepsze uznali, niestety, właśnie wzorce znad
Sekwany.
Jeszcze kilka lat temu europejscy intelektualiści, zwłaszcza Francuzi, z dumą
przeciwstawiali europejski model państwa opiekuńczego "dzikiemu
kapitalizmowi" w stylu amerykańskim. Zachodnioeuropejskie państwo opiekuńcze
prezentowano jako co najmniej równorzędną alternatywę dla "amerykańskiego
stylu życia". Tam, w USA - usankcjonowany systemem egoizmu, "wyścig
szczurów", przedkładanie ponad wszystko sukcesu ekonomicznego, poddanie
wszystkich dziedzin życia bezlitosnym prawom rynku. Tu - społeczna
solidarność i system negocjacji, pozwalający dla dobra wspólnego wyważyć
interesy wszystkich grup społecznych, tak, aby żadna nie została skrzywdzona
przy podziale wielkiego tortu produktu krajowego. Dziś wszystko się zmieniło.
Krytyczny punkt
Usiłując przeciwstawić się amerykańskiej polityce na Bliskim Wschodzie,
Francja obnażyła swoją słabość - przede wszystkim, jak się zdaje, przed sobą
samą. Nie można uprawiać mocarstwowej polityki, będąc państwem słabym
gospodarczo. A nie można być państwem silnym gospodarczo, jeśli za sprawą
państwowej redystrybucji wypracowywany w kraju dochód nie służy inwestycjom,
nie przepływa do dziedzin gospodarki generujących postęp cywilizacyjny i
wzrost, ale jest przejadany na podtrzymywanie sztucznie zawyżonej stopy
życiowej pracowników sektorów nieefektywnych i nierozwojowych.
Problem polega na tym, że po przekroczeniu pewnego krytycznego progu
redystrybucji demokratyczne państwo socjalne wydaje się niezdolne do
zreformowania się o własnych siłach. W sytuacji, gdy w społeczeństwie
dominuje nie, jak w USA, "klasa średnia", utrzymująca się z pracy własnych
rąk, ale ludzie na różne sposoby uzależnieni materialnie od pomocy
publicznej, procedury wyborcze zaczynają podlegać mechanizmom klientyzmu.
Wyborcy z poszczególnych grup "wygłosowują" sobie zachowanie i powiększanie
przywilejów, delegując do władzy polityków, w których widzą gwarantów swoich
partykularnych interesów. Skutkiem tego jest postępujące psucie państwa, ale
także erozja społeczeństwa.
Wbrew twierdzeniom entuzjastów systemu redystrybucji, nie tworzy on żadnej
solidarności, ale wręcz przeciwnie - rozbija społeczeństwo na grupy
interesów, zamieniając demokrację w swego rodzaju łupieski targ, a państwo -
w pole starcia grupowych egoizmów. W starciu takim istnieją oczywiście grupy
mające pozycję silniejszą od innych, mogące przeforsować swoje interesy
kosztem grup słabszych - nie tylko więc nie realizuje państwo socjalne
żadnego "solidaryzmu", ale wprowadza wręcz swoisty, biurokratyczny darwinizm.
Co zaś najbardziej brzemienne w skutki, gdy państwo postrzegane jest przede
wszystkim jako szafarz dóbr, a władza - jako strażnik, którego trzeba
pokonać, aby móc zaczerpnąć z pilnowanego przezeń sezamu, zanika pojęcie
wspólnego dobra i interesów nadrzędnych wobec branżowych czy środowiskowych.
Dlaczego akurat my
Państwo opiekuńcze skazane jest więc na postępującą dezintegrację. Im dalej
zaś zabrnęło na tej drodze, tym trudniej z niej zawrócić. Pozostając przy
konkretnym przykładzie Francji: z jednej strony mamy zgodną opinię wszystkich
ekspertów, podpartą niepodważalnymi wyliczeniami, że bez zmian obecny system
emerytalny musi doprowadzić do bankructwa państwa. Z drugiej - rzesze
beneficjentów systemu, którzy żadnych racji nie przyjmują do wiadomości i
chcą po prostu zachować swoje przywileje. Nie potrzebują oni argumentów
merytorycznych, albowiem mają argument polityczny: są w stanie obalić rząd,
który próbuje zmienić wygodny dla nich stan rzeczy. Jak dotąd, a prób było
już wiele, ten argument zawsze okazywał się decydujący.
Protestujący zresztą postępują racjonalnie, choć z różnych przyczyn nie
artykułują głośno tego, co stanowi ich argument najważniejszy. Brzmi on:
dlaczego to akurat my, nasze środowisko, nasza branża, ma mieć w imię dobra
wspólnego ograniczane przywileje? Zabierajcie innym, nie nam. Rząd państwa
opiekuńczego nie ma na takie pytanie dobrej odpowiedzi. Skoro kieruje znaczną
część produktu krajowego do rolników, dlaczego szukać ma oszczędności akurat
w systemie emerytalnym budżetówki? Oczywiście, gdyby rząd postępował
odwrotnie, kraj zostałby sparaliżowany protestami rolników.
Gdyby z kolei rząd spróbował zabrać wszystkim, czyli dokonać całościowej
reformy mechanizmów redystrybucji, najprawdopodobniej (nikt się dotąd na taką
próbę nie odważył, więc można tylko domniemywać) zjednoczyłby wszystkie grupy
interesu przeciwko sobie. Ale coś w rodzaju takiego zjednoczenia następuje
także podczas prób reform cząstkowych i ograniczonych. Zagrożona branża może
liczyć na poparcie pozostałych i opinii publicznej, po części dlatego, że
wiara w upowszechnianą latami socjalistyczną utopię jest nadal bardzo
powszechna i silna, a po części, ponieważ związki zawodowe różnych grup i
branż bardziej poczuwają się do wspólnoty w walce z władzą - strażnikiem
sezamu, niż dostrzegają w innych związkach konkurentów do dzielenia
ograniczonej w końcu przecież zawartości sezamu.
Zapędzeni do kąta
Podsumowując - demokratyczne państwa socjalne zapędziły się w kąt. Nie ma
wątpliwości, że bez znaczącego ograniczenia swej opiekuńczości nie będą w
stanie uniknąć ciężkiego kryzysu politycznego, który zachwiać może ich
podstawami ustrojowymi. Nie ma wątpliwości, że bez generalnego odejścia od
idei państwa opartego na negocjacjach "partnerów społecznych" na rzecz
państwa rynkowego nie będą w stanie utrzymać się w pierwszej światowej lidze
i dotrzymać kroku Ameryce z jednej, a Azji z drugiej strony. Jednak próba
podjęcia takiej reformy równoznaczna jest z politycznym samobójstwem. Nie
jest przypadkiem, że wzorcowe reformy gospodarcze, w tym reformę systemu
emerytalnego, na której potyka się obecnie francuska klasa polityczna,
przeprowadził w Chile generał Pinochet, dla którego nie istniał problem
utraty szans w najbliższych wyborach.
W takiej sytuacji instynkt samozachowawczy podpowiada politykom rozwiązanie
na krótką metę najkorzystniejsze: nie robić nic i czekać spokojnie końca
kadencji. Względnie - próbować ograniczonych reform i szybko się z nich
wycofywać przy pierwszych oznakach niezadowolenia. Tak właśnie od lat
zachowują się zachodnioeuropejscy przywódcy. Oczywista wada takiego
rozwiązania polega na tym, że odkładane reformy w końcu kiedyś podjąć będzie
trzeba, i będzie to tym trudniejsze, im dłużej sprawę odkładano.
Brak osobowości i zepsucie
Komentatorzy nie są zgodni w opiniach co do przyczyn niemożności wybrnięcia
do niedawna wzorcowych państw opiekuńczych ze ślepego zaułka historii, w jaki
wprowadziło jej hołdowanie chybionej ideologii "państwa opiekuńczego" i
polityczna krótkowzroczność, polegająca na kupowaniu sobie wyborców coraz to
nowymi świadczeniami, fundowanymi z kieszeni podatników.
Są tacy, którzy problem główny widzą w jakości politycznego przywództwa.
Francji i Niemcom brak dzisiaj mężów stanu, takich, jakim była Margaret
Thatcher - zdolnych przekonać wyborców do programu nakierowanego na cele
wspólne, namówić ich do wzniesienia się ponad partykularne interesy, a nie
tylko wpatrywać się trwożliwie w słupki sondaży opinii publicznej i starać
się nikomu nie narazić. Jako znaczący przykład podaje się milczenie
prezydenta Chiraca, który swej obecnej popularności, zdobytej na f