irminala
12.04.11, 13:39
Witam wszystkich.
Chciałabym opisać sytuację, która miała miejsce 31.03 w Warszawie. Przestrogę?! nauczkę?! nie wiem jak to nazwać ale na pewno gotowy artykuł dla prasy.
Napiszę o moim dziecku, które przez ignorancję, niewiedzę i błędy lekarskie było narażone na stratę zdrowia, mam nadzieję, że i tylko.
Rzecz się stała w czwartek 31.03. Rano Koni wstała do przedszkole w całkiem dobrym humorze, umyła zęby, wydmuchała nos, wypiła mleko i pognała do przedszkola. Około południa przy sprzątaniu łazienki znalazłam zakrwawioną chusteczkę do nosa, stwierdziłam no cóż może ból głowy, nic takiego. Po powrocie z przedszkola dowiedziałam się od dziecka, że w przedszkolu także leciała jej krew z nosa. Pytanie dlaczego nie otrzymałam info od wychowawczyni?? No cóż nic się innego nie dzieje więc to może przesilenie. Wieczorem wykąpana usnęła, nie na długo. Wstała z ogromnym płaczem i informacją "mamusiu kręci mi się pokój" . Co mogłam pomyśleć może za szybko wstała, nie wiem próbowałam ją położyć , zmienić pokój ale to nic nie dawało. Ciągle miała zawroty głowy. Po godzinie przenoszenia z pokoju do pokoju z rąk do rąk, dziecko w pewnym momencie ku mojemu zdziwieniu zobaczyło na ścianie \"piękne kolorowe kwadraciki\". Nie zastanawiałam się długo ubrałam ją i pojechałam na pogotowie. Tam po badaniu i wywiadzie lekarz ( chciał mi usilnie udowodnić , ze jestem głupia i na niczym się nie znam) stwierdził, że to skutek uboczy leku na alergię, wypisał jeszcze skierowanie do szpitala w celu zrobienia morfologii i konsultacji z neurologiem.
Więc wsiadłam z dzieckiem do samochodu i zaczęła siś jazda po szpitalach.
Pierwszym po drodze był szpital na Litewskiej, moim nieszczęściem było to, że mieliśmy już dzień nieparzysty 01.04, gdzie szpital w takowe dni jest zamknięty. Powiedziano mi, że przecież mogłam sprawdzić w Internecie. Oczywiście, gdybym wiedziała, miała na to czas i głowę pewnie bym to sprawdziła. Ale w momencie zagrożenia zdrowia człowiek nie zastanawia się który szpital akurat tego dnia ma dyżur. Na drzwiach sprawdziłam, że mogę jechać na Działdowską tak jest czynne. Więc znów zapakowałam dziecko do samochodu i pojechałam do celu. Po jakim czasie dojechałyśmy na miejsce, o dziwo drzwi otworzył ochroniarz (były zamknięte) i pokierował nas na ostry dyżur. Po czym w rejestracji dowiedziałam się, że dziś nie ma lekarza, który mógłby zbadać małą a neurologa to oni mają raz w tygodniu w środę a dziś jest piątek. Wysłano nas na Niekłańską, zanim znalazłam ten szpital znów minęło kilkadziesiąt minut. Dokładnie o godzinie 2.08 mała została zapisana do księgi przyjęć na ostrym dyżurze na Niekłańskiej. Moje nerwy były już coraz bardziej nadwyrężone, dziecko zdążyło usnąć na dobre. Po przeczytaniu lekarki dyżurującej (specjalista pediatra) skierowania do szpitala, zadała mi pytanie - \" Co ja mam z tym zrobić?\" Nie musze pisać jakie było moje zdziwienie gdy usłyszałam coś takiego , ale z grzeczności odpowiedziałam, ze zostałyśmy skierowane na morfologię i konsultacje neurologiczną. Usłyszałam , "dobrze ale musi Pani poczekać bo mam pacjenta na inhalacji”. OK myślę dobrze poczekam, może musi przy nim siedzieć czy coś innego. Czekałyśmy cierpliwie, Koni spała na rękach, bo nawet nie ma gdzie położyć dziecka w nocy w szpitalu. Po pół godzinnym oczekiwaniu zostałyśmy zaproszone do gabinetu. Lekarz poprosił o rozebranie dziecka i zapytał dlaczego mała ma wypieki. Powiedziałam, że pewnie dlatego iż śpi jest przenoszona na rękach z pomieszczenia na dwór i odwrotnie i pewnie z tego wypieki. Nie ma temperatury, bynajmniej ja nie wyczuwałam. Po opowiedzeniu raz jeszcze całej historii i zbadaniu, ku mojemu zdziwieniu dowiedziałam się, że dziecko ma szkarlatynę. Bez temperatury i bez innych objawów. Ale myślę, przecież nie jestem lekarzem być może, zapytałam dla upewnienia czy zawroty i halucynacje są także przy szkarlatynie, dowiedziałam się że tak. Dostałyśmy antybiotyk i kazano nam jechać do domu. Dojechaliśmy o godzinie 3:30, położyłam małą do łóżka i czekałam na temperaturę. Rano nic się nie zadziało, temperatury nie było, były natomiast nowe objawy, ból głowy i pleców. Nie czekałam długo zadzwoniłam po radę do naszego pediatry i umówiłam się na wizytę. O 10:30 dotarłyśmy do lekarza. Po kompleksowym badaniu i wywiadzie, lekarz wydał diagnozę. To nie jest objaw uboczny leku, to nie jest szkarlatyna tylko wstrząs mózgu. Ugięły się pode mną kolana i z przerażeniem czekałam co dalej. Na szczęście nie było wymiotów, więc wstrząs minie, musi tylko dużo odpoczywać i nie skakać ani biegać. Sam lekarz był zdziwiony, dlaczego na pogotowiu przy takich objawach neurologicznych nie wezwano karetki. To ona powinna zawieźć dziecko do szpitala a nie ja samochodem. Dlaczego w szpitalu nie wykonano jej podstawowych badań o które prosił lekarz na pogotowiu i dlaczego nie było konsultacji z neurologiem. Tego nie wiem, on także. Wiem tylko jedno, że jeśli kiedykolwiek któremu kolwiek z moich dzieci stanie się coś, co nie daj boże. To ja zadzwonię po karetkę. Może wtedy pomoc będzie szybsza a diagnoza będzie pewniejsza.
Wracając jeszcze do całej sytuacji. Wiem, że nie było tu tylko winy lekarzy, wina leży jeszcze po stronie przedszkola, (nie dopilnowanie dziecka, jak się okazało w późniejszych rozmowach z Koni, spadła z karuzeli i uderzyła głową o ziemię) gdzie powinnam dostać jakąkolwiek informację, że coś się z dzieckiem stało lub dzieje.
Nie wiem gdzie mogę dochodzić swoich praw ale chciałabym aby o moich perypetiach dowiedziała się większa grupa ludzi. Tak dla przestrogi.