bulinkazuniwersytetu
13.05.08, 12:44
Po kolejnej wizycie w państwowej służbie zdrowia dochodzę do
wniosku, że jestem okradana ze składki na ubezpieczenie zdrowotne.
Pierwsza sytuacja: gorączka, grypa, smarkam - zrywam się przed
szóstą, by zdobyć numerek do lekarza. Udało się! Zasiadam przed
gabinetem i czekam 2 godziny na audiencję. Lekarka zwraca się do
mnie per "ty", uważa, że 2 dni zwolnienia wystarczą, by wyleczyć
grypę, bo tyle dostałam zwolnienia:) Rzuca receptę i mówi "coś
jeszcze?"
Sytuacja druga: Ostre zapalenie pęcherza moczowego z krwawieniem.
Numerki wydawane od 7.15. Dzwonię o ósmej - już nie ma. Próbuję
skorzystać z popołudniowej wizyty, tzw. dyżuru. Niestety, choć przed
gabinetem pustki, pani doktor odmawia przyjęcia - przyczyna
nieznana. Trudno, zrywam się następnego dnia przed szóstą, by odstać
swoje po numerek. Juhuu, udało się! W gabinecie: Pan doktor uznaje
mnie za symulantkę, uderza w nerki i tu się kończy badanie. Prośba o
wypisanie zwolnienia za poprzedni dzień (nie dostałam się do
lekarza, a w pracy nie byłam - może wypisać do trzech dni wstecz) -
odmowa. Dlaczego - bo nie. Na moją uwagę, że nie mogłam się zjawić
wczoraj z oczywistego powodu, bo się nie dostałam do lekarza, a
bardzo źle się czułam, kwituje "trzeba było wstać wcześniej!!!"
Informacja o posiadaniu kamieni w nerkach parę lat wcześniej - zbyta
wzruszeniem ramion.
Dlaczego jestem okradana z moich pieniędzy, żeby pensje w
przychodniach miały takie chamy??? Chciałabym nadmienić, że po
takich incydentach wykupiłam sobie abonament w prywatnej służbie
zdrowia, gdzie mam kanapę, gazety i wszystko z pocałowaniem ręki.