taki pokręcony tytuł bo i życie popie...ne...
Było małżeństwo, właściwie jeszcze jest. On przez kilka lat melanżował, wiecie przyjaciółki koledzy, wóda... Ona, ona też nie była święta, skoro on poszedł z wiatrem to ona spotykała się z kimś. No ale jak to w życiu pieniążki się skończyły i on wrócił.
Ale. Ale nie ma iskry, nie ma seksu pomimo jej delikatnych zalotów, komplementów, nic, zero..
Napisała do niego list co ją boli. Co dostała? Możliwość zrobienia loda wieczorem pod kołdrą gdy akurat psa wzięło na zabawę i skakał po łóżku. Mówię Wam, rewelacja, spróbujcie

Pomyślała o nieee, znajdzie sobie kochanka, nie będzie musiała zabiegać o coś za co dziwkom płacił. I straciła do niego jakikolwiek pociąg, nic, zero, nie rusza ją zupełnie, chłodem od niej bije, zauważył ale też nic.
Znalazła kogoś, pisali do siebie 2 miesiące, wymienili fotkami, zachwyty och i ach, umówili się na spotkanie. Prze spotkaniem wykąpała się, wygoliła, wybalsamowała ale cały czas biła się z myślami czy naprawdę tego chce.
Kur...a, przecież jest jeszcze młoda, coś w życiu jej się należy, tym bardziej że próbowała mężowi uświadomić a on skała. NIE, nie warto bo to taki sam gagatek jak jej dyrdymał, pociupciać i do żonki. I tak biła się z myślami i pojechała...
I kurdę nic, nie spotkała się, uciekła. Dlaczego?
Ani jej mężulo ani ten kochaś ani jakikolwiek dyrdymał nie jest wart tego aby sobie życie komplikować. Wróciła dumna z siebie, że nie dała sie przekonać durnym pokusom.
Walczyć z pokusą ciężko było, a teraz znów walczyć z brakiem tego czegoś...