Gość: bibek
IP: *.tlsa.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl
28.05.04, 14:41
Swego czasu, będąc na obozie naukowym, często spędzaliśmy z kolegami
popołudnia i wieczory na grze w warcaby.
Dla wszystkich nas, jak można przypuszczać - była to amatorska czynność,
pewno okazja powrotu do gry, którą nie zajmowaliśmy się latami...
Po kilku a może kilkunastu rozegranych partiach wykreował się z naszej grupy
lider, osoba zdecydowanie dominująca odniesionymi zwycięstwami nad
pozostałymi uczestnikami naszych zmagań. Coś co mnie najbardziej fascynowało
u naszego mistrza to swoboda w wygrywaniu partii. Jak mu się przyglądałem to
widziałem jak dokonuje ruchów ot tak, bez wysiłku, kilka - kilkanaście sekund
zastanawiania i ciach. Nie od razu, ale powoli i systematycznie zdobywał
przewagę nad pozostałymi. To co zauważyłem, to znacznie większa skłonność do
wymiany pionków na zasadzie ciach - ciach. Ty mnie bijesz, a on Ciebie. A
przecież jego przeciwnicy nie powinni być słabsi, razem chodzili na zajęcia,
podobnie zdawali egzaminy, taka mała elitka ;) z rocznika. Jeżeli zdążały się
owemu mistrzowi porażki, to raczej sporadyczne, wynikające z nieuwagi czy
braku choćby małej mobilizacji. Zaskoczeni byli nawet przeciwnicy..., ale
zaraz wszystko wracało do normy.... I znów, zwyczajowe kilka minut
zastanawiania nie wystarczało na odpowiednią kontrę dla kilkakrotnie
szybszych ruchów mistrza.
Nie wytrzymali, po kilku dniach sromotnych porażek przypili mistrza, co?,
jak? gdzie? tkwi tajemnica zwycięstw, tak swobodnie odnoszonych....
Pod presja, trochę rozbawiony, trochę znudzony zwycięstwami towarzysz
zabawy... zdradził lakonicznie sformułowaną w jednym zdaniu strategię i.... i
jego intelektualny czar prysnął jak bańka mydlana... gdzie te jego wspaniałe
zwycięstwa? gdzie maszyneria doprowadzająca do porażek kilku "mózgowców"? Od
momentu ujawnienia tajemnicy swoich sukcesów przegrywał z kretesem, może
czasem niezmierzonym wysiłkiem nawiązywał nieco równorzędną walkę, ale jak on
miał równać się z tymi, którzy po kilku dniach analiz, zmagań i trudów sztukę
przewidywania konsekwencji swoich ruchów opanowali do (amatorskiej)
perfekcji...
A teraz pytanie: co wspólnego łączy wyżej opisaną sytuację z Kapłanami ze
Starożytnego Egiptu?