Dodaj do ulubionych

Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych

06.06.04, 15:20
miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,2106243.html
Rektorzy krytykują projekt ustawy o szkołach wyższych

Suchej nitki nie zostawili rektorzy uczelni na projekcie ustawy o
szkolnictwie wyższym, który zgłosiła opozycja.Uważają, że ma braki i jest
kiepska pod względem legislacyjnym

Rektorzy obradującej w Olsztynie Konferencji Rektorów Akademickich Szkół
Polskich przygotowali już w tej sprawie protest, który przekażą posłom oraz
najważniejszym organom w państwie. Zarzuty przedstawili w 12 punktach.

Jak wyjaśnia Franciszek Ziejka, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego i
jednocześnie przewodniczący KRASP, projekt ustawy nie uwzględnia zmian, jakie
zaszły na kontynencie europejskim. - Nie ma w nim zapisów odnośnie
Europejskiej Przestrzeni Szkolnictwa Wyższego - mówi rektor Ziejka.

Chodzi o tworzenie tzw. punktów kredytowych, które od 2005 r. powinny
funkcjonować w całej Europie. Mają one ułatwić studentom naukę na innej
uczelni. Kolejny zarzut - projekt ustawy o szkolnictwie wyższym nie umożliwia

wydawania wspólnych dyplomów przez kilka uczelni, zwykle z różnych krajów.
Przewodniczący krytykuje też próbę zlikwidowania habilitacji i pomysł nie
rozróżniania studiów na licencjackie, magisterskie i doktorskie.

Rektorzy odnieśli się także do zapisów o uczelniach niepublicznych.Ich
zdaniem projekt nie reguluje tak ważnych dla tych szkół spraw jak:
korzystanie ze środków publicznych czy możliwość mianowania profesorów.

Poselski projekt wpłynął do Sejmu 31 marca br. Podpisało się pod nim 37
parlamentarzystów z opozycji. 19 maja został skierowany do pierwszego
czytania. Gdyby posłowie nie zgłosili tego projektu, Sejm głosowałby nad tzw.
prezydencką ustawą o szkolnictwie wyższym. - To właśnie projekt Aleksandra
Kwaśniewskiego zyskał uznanie rektorów i senatów większości uczelni - mówi
Józef Górniewicz, prorektor UWM.
Obserwuj wątek
    • khmara Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych 06.06.04, 15:29
      Projekt prezydencki:
      www.frp.org.pl/ustawa.htm
      1. utrzymuje habilitację, od której odchodzą już nawet Niemcy
      2. umacnia przywileje profesorów tytularnych
      3. osłabia pozycję zawodową doktorów i doktorów habilitowanych

      Projekt poselski:
      ks.sejm.gov.pl/proc4/opisy/2931.htm
      1. znosi habilitację
      2. znosi Centralną Komisję do Spraw Tytułu i Stopni Naukowych
      3. pozwala zatrudnić osobę z doktoratem na stanowisku profesora
      4. stawia wyższe wymagania pracom doktorskim i ich promotorom
      5. zapewnia równy dostęp do środków na badania naukowe WSZYSTKIM pracownikom
      6. nakazuje wylać z pracy osobę, która dopuściła się fałszerstwa naukowego
      • Gość: gość Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych IP: *.mimuw.edu.pl / *.mimuw.edu.pl 06.06.04, 18:06
        W zasadzie oba modele mają swoje zalety i wady.

        W systemie "prezydenckim" jest ścisła procedura certyfikacji/kontroli jakości.
        Sprzyja to, przynajmniej teoretycznie, ujednoliceniu kryteriów w skali Polski
        (doktorat czy habilitacja będą wszędzie znaczyć mniej więcej to samo; skądinąd
        wiadomo, że w praktyce różnie z tym bywa, ale jakaś kontrola jest)
        i "urzędowemu" zapewnieniu jakości kształcenia (zdając na uniwersytet będę
        wiedział, że jest uniwersytetem, bo ma prawo nadawania doktoratów, a ma je, bo
        mu je ktoś zatwierdził, nie zaś z własnego nadania, a dostał to prawo na
        podstawie ujednoliconych kryteriów, np. dlatego, że zatrudnia ilu trzeba
        profesorów, których "jakość" znów jest państwowo certyfikowana). Czy tę
        jednolitość i certyfikację uznamy za zaletę, czy za wadę, zależy oczywiście
        przede wszystkim od zaufania wobec organów certyfikujących, które pozostałyby w
        modelu "prezydenckim" mniej więcej takie jak obecnie. Wydaje mi się, że w
        obrębie nauk ścisłych obecny system certyfikacji działa nie najgorzej; jak jest
        z innymi gałęziami nauki, ciężko mi się wypowiadać, ale chodzą słuchy, że
        różnie. System "prezydencki" jest historycznie w dużej mierze przedłużeniem
        niemieckich uregulowań życia uniwersyteckiego. Przez wiele lat dobrze służyły
        one niemieckiej nauce, ale obecnie jest coraz większa presja, by od nich odejść
        (jedną z przyczyn jest łatwość, z jaką w takim systemie mogą czasem skostnieć
        różne układy personalne, a także irytacja przypadkami bezczynności niektórych
        naukowców po otrzymaniu dożywotniej, urzędniczej profesury). Mam wrażenie, że
        system ten całkiem dobrze działa tam, gdzie środowisko naukowe jest "na
        poziomie" (i pozwala na jego samooczyszczanie się), a całkiem fatalnie tam,
        gdzie z różnych względów (np. w PRL - politycznych) w którymś momencie zrobiło
        się bagniście. Domyślam się, że ten system podatny jest na zepsucie pod wpływem
        szybkiego spadku nakładów na naukę, bo nawet najświętsi ludzie skłonni są, gdy
        przymuszeni do drastycznego wyboru, wyżej oceniać własnych współpracowników i
        osoby zaprzyjaźnione niż innych pracowników nauki (w sposób często pewnie nie
        uświadomiony, ale zrozumiały). Dopóki więc na naukę są pieniądze, decydują
        przede wszystkim względy merytoryczne, gdy zaś nagle robi się ich mniej, jest o
        to znacznie trudniej. Z tym przede wszystkim (spadek nakładów na badania)
        wiązałbym odchodzenie od cech modelu niemieckiego w krajach Europy Zachodniej
        (ale to efekt zdroworozsądkowych przemyśleń, a nie rzetelnych badań - mam
        nadzieję, że kiedyś ktoś takie badania, bezstronne, a więc z konieczności
        historyczne, zrobi).


        W modelu "opozycyjnym", wzorowanym w znacznej mierze na uregulowaniach
        amerykańskich, jest znacznie mniej odgórnych certyfikacji. Wady i zalety
        odwracają się. W naukach, w których obecnie poziom jest wysoki, można
        spodziewać się pogorszenia wskutek masowej "produkcji" doktorów i profesorów
        (stanowisk) przez słabe uczelnie. Niby projekt zakłada stawianie wyższych
        wymagań promotorom i doktorantom, ale to pozostaje w sferze haseł, skoro znosi
        się Centralną Komisję i osłabia certyfikację samych uczelni i promotorów.
        Z pewnością projekt "opozycyjny" pomógłby trochę przewietrzyć te dziedziny
        nauki, którymi (przy niskim poziomie merytorycznym) władają lokalne kliki.
        Nawet słabsze ośrodki, oferując lepszą atmosferę i możliwości rozwoju, szybko
        mogłyby przejąć co lepszych naukowców. Widzę dwa problemy. Jeden związany jest
        z ludzkimi przyzwyczajeniami, drugi z przyszłym statusem obecnych pracowników z
        habilitacją i profesurami. Dość długo potrwa, zanim pracodawcy czy potencjalni
        studenci zaczną istotnie rozróżniać jakość poszczególnych uczelni (nie będzie
        zaś już odgórnej certyfikacji, która zawszeć jakieś, choćby nie całkiem trafne,
        standardy ustalała). Pojawi się kwestia "praw nabytych". Totalna "lustracja"
        nie jest możliwa, bo przecież ktoś musiałby ją przeprowadzić (pomińmy już inne
        obiekcje, zresztą moim zdaniem równie ważne), a mimo wszystko nie nadają się do
        tego ludzie z ulicy czy, nie daj Boże, posłowie. Z pewnością wielu dyskutantów
        z gazetowego forum ochotniczo zgłosiłoby się na inkwizytorów, ale zapał i chęć
        szczera nie wydają się tu najważniejszymi kwalifikacjami. To w każdym razie
        byłyby problemy przejściowe i być może za kilkanaście lat korzyści ze zmiany
        systemu ocenilibyśmy jako warte poniesionych kosztów. Pytanie, czy warto - tzn.
        czy istotnie system amerykański jest sam w sobie lepszy od
        zachodnioeuropejskiego, czy też jego obecne triumfy biorą się po części z
        czynników zewnętrznych. Odnoszę wrażenie, że w wielu dziedzinach nauki Ameryka
        przed wszystkim importuje naukowców, zamiast sama ich kształcić, a na miejscu
        stwarza im dobre warunki do pracy badawczej. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak
        wielka to oszczędność (na kształceniu, ale i na selekcji - bo trzeba czasu i
        pieniędzy, by spośród wielu potencjalnych naukowców wyłonić najbardziej
        obiecujących, a poza tym kraj, który wypromuje iluś tam doktorów i najlepszych
        odda USA, przynajmniej część pozostałych, czyli dość często gorszych, zatrudni
        u siebie, bo ktoś w nauce zostać musi, podczas gdy Stany mogą przebierać jak w
        ulęgałkach), ale ta oszczędność powstaje w dużej mierze w wyniku polaryzacji.
        Jeśli UE, Chiny czy Rosja same przejdą na system amerykański, a sytuacja
        ekonomiczna i nastroje społeczne zmienią się tak, że naukowcom tamże będą
        stworzone lepsze waunki do pracy, to wcale nie jest jasne, czy "globalny poziom
        nauki" będzie większy czy mniejszy niż gdyby to USA przeszły na system niemiecki
        (oczywiście to są czysto hipotetyczne rozważania, choćby dlatego, że sytuacja
        ekonomiczna i nastroje społeczne zmieniają się w sposób trudny do
        przewidzenia). W każdym razie naukowa supremacja Ameryki w przyszłości wcale
        nie wydaje mi się pewna. Oczywiście nie płynie z tego wniosek, że należy
        obstawać przy rozwiązaniu "obiektywnie" lepszym, skoro się na nim traci. Jeśli
        pieniądz gorszy wypiera lepszy, to każdy w końcu skorzysta na fałszowaniu
        monety bardziej niż na uczciwości (mimo, że ogół bardziej by skorzystał na
        powszechnej uczciwości). Osobiście obstawiałbym taką tezę -
        obecna "amerykanizacja" nauki, z jej rynkowymi uregulowaniami, niechęcią do
        badań podstawowych i naciskiem na natychmiastowe komercyjne zastosowania jest w
        sporej mierze odpowiednikiem psucia monety. Gdy już wszyscy równo "monetę"
        zepsują, jak zawsze pojawi się trend w przeciwną stronę. Wszyscy zatęsknią do
        rzetelności, zaufania, niezależności badań od komercji, świata wartości
        akademickich. I na całym świecie zacznie powracać model niemiecki albo, co
        bardziej prawdopodobne, pojawi się jeszcze jakiś inny zespół uregulowań.

        W kontekście naszych polskich uregulowań naukowych istotne jest, czy takie
        odwrócenie trendu jest tuż-tuż (i wtedy można by przeczekać z obecnym
        systemem), czy też raczej można się go spodziewać za parędziesiąt lat (i wtedy
        będziemy zmuszeni do "amerykanizacji" wcześniej czy później, a chyba lepiej
        wcześniej niż później). Ta ocena jest oczywiście ściśle związana z moimi
        osobistymi poglądami na temat obecnego amerykańskiego modelu nauki i
        szkolnictwa wyższego, a czy są one słuszne, czy nie, dopiero czas pokaże.
        Myślę, że sprawa wyjaśni się jeszcze za mojego życia. Co zaś lepsze dla nauki w
        Polsce? Dziedzinom, które dobrze sobie radzą i teraz, gwałtowne zmiany raczej
        nie pomogą. Lokalnym grajdołom system "opozycyjny" zafundowałby gwałtowne
        przebudzenie, co miałoby wiele plusów, ale jeśli nie zwiększą się nakłady na
        badania, to i tak na dłuższą metę nic z tego nie będzie. Wyjściem pośrednim
        (które chyba najchętniej bym widział zamiast projektu "opozycyjnego") byłoby
        zastosowanie bardzo ścisłego rozliczania JEDNOSTEK NAUKOWYCH (nie zaś
        pojedynczych pracowników) z wyników badań i WYRAŹNE długofalowe uzależnienie od
        tej oceny finansowania (najgorszym obcinać budżet o ki
        • Gość: gość dokończenie (bo obcięło) IP: *.mimuw.edu.pl / *.mimuw.edu.pl 06.06.04, 18:18
          ... najgorszym obcinać po kilka procent budżetu rocznie, a najlepszym
          odpowiednio budżet zwiększać. Plusy to większy obiektywizm (oceniano by całe
          wydziały, a nie poszczególne osoby, i to w skali kraju, a nie lokalnie) i
          dalekosiężność (jednostki naukowe z rozsądną polityką kadrową, zachęcające
          pracowników do uprawiania prawdziwej nauki i zatrudniające dobrze się
          zapowiadających młodych naukowców i umożliwiające im rozpoczęcie badań, dość
          szybko by na tym korzystały). Lokalne grajdoły już po kilku latach zostałyby
          zmarginalizowane lub zmuszone do reform. Minus - "odpowiedzialność zbiorowa",
          ale przecież mobilizująca do zmian na lepsze; dobrzy naukowcy zaczęliby z
          grajdołów uciekać do dobrych placówek, bo wreszcie obie strony byłyby tym
          żywotnie zainteresowane. Ten system jest już powoli wdrażany przez KBN -
          chciałoby się, żeby wszedł życie szybko i na pełną skalę. Sądzę, że ten prosty
          mechanizm znacznie lepiej oczyściłby naukę w Polsce niż "amerykanizująca"
          rewolucja proponowana przez projekt "opozycyjny".
          • bum_cyk_cyk.hey Re: dokończenie (bo obcięło) 06.06.04, 18:51
            Gość portalu: gość napisał(a):

            > ... najgorszym obcinać po kilka procent budżetu rocznie, a najlepszym
            > odpowiednio budżet zwiększać. Plusy to większy obiektywizm (oceniano by całe
            > wydziały, a nie poszczególne osoby, i to w skali kraju, a nie lokalnie) i
            > dalekosiężność (jednostki naukowe z rozsądną polityką kadrową, zachęcające
            > pracowników do uprawiania prawdziwej nauki i zatrudniające dobrze się
            > zapowiadających młodych naukowców i umożliwiające im rozpoczęcie badań, dość
            > szybko by na tym korzystały). Lokalne grajdoły już po kilku latach zostałyby
            > zmarginalizowane lub zmuszone do reform. Minus - "odpowiedzialność zbiorowa",
            > ale przecież mobilizująca do zmian na lepsze; dobrzy naukowcy zaczęliby z
            > grajdołów uciekać do dobrych placówek, bo wreszcie obie strony byłyby tym
            > żywotnie zainteresowane. Ten system jest już powoli wdrażany przez KBN -
            > chciałoby się, żeby wszedł życie szybko i na pełną skalę. Sądzę, że ten
            prosty
            > mechanizm znacznie lepiej oczyściłby naukę w Polsce niż "amerykanizująca"
            > rewolucja proponowana przez projekt "opozycyjny".

            Ta propozycja byłaby bardzo sensowna gdyby nie LUDZIE. Obecnego
            zarzadu "grajdołów" zmienic sie nie da, a w prawdziwym grajdole zarząd taki
            potrafi udupić kązde zagrożenie swojej egzystencji w dotychczasowym składzie.
            Niemniej rozumiem idee; chodzi o to, by etykita pod tytułem Doktor
            habilitowany" czy "doktor" niosła jakąś informacje, tak jak marka "Mercedes"
            informuje, że mamy do czynienia z dobrym pojazdem, a "Adidas" mówi, że buty sa
            wysokiej jakości. Wiadomo mi, ze istnieja systemy wymuszania jakości u obu
            prooducentów i systemy obrony marki np. poprzez niszczenie "podróbek". Rzecz w
            tym, że nie można tego przenieśc na etykiety na ludziach, bo za propozycję
            spalenia takich podróbek mozna posiedzieć. Ja widzę dwa problemy:
            1. dopasowania feudalnych stosunkow w szkolnictwie wyższym do (teoretycznie
            przynajmniej) demokratycznego i rynkowego otoczenia. Zwykle na styku tak róznie
            zarzadzanych systemów tworza sie jakies nienormalne w sensie obu tych systemów
            sytuacje i o przekrety nietrudno. Nie wiadomo tez co zrobic z ludzmi, którzy
            autorytet naukowy przenoszą na dziedziny, o których nie maja pojecia.
            2. Autor słusznie podkresla, że system funkcjonuje w miare dobrze w
            tzw. "sciences" (polskie tłumaczenia nie wydaja mi sie dobre). Niestety nie
            jest to dominujaca częśc szkolnictwa. Nie jest to nawet część ilosciowo
            znacząca. Polecam tu lekture nazw nowych uczelni. Tak sie składa, ze akurat
            znam troche te własnie dziedziny i moge "Goscia" zapewnić, ze baaardzo róznią
            się one od "sciences". Na uregulowania rynkowe i płacenie profesorom m.in. w
            zależności od tego czego nauczaja "gość" chyba nie liczy, bo z tekstu wyglada
            na rozsadnego. Nie da sie tez płacic i oceniac ludzi według np. dorobku
            naukowego, bo nie istnmieje zaden wykaz publikacji ani cytowań. W tym
            srodowisku "Lista filadelfijska" jest dobrym obiektem zartów i nie wiem nawet
            ilu wpadło by na pomysł, aby cokolwiek "punktować. To jest inny świat. Jak
            zatem przeprowadzis jakiekolwiek zmiany w takim "grajdole". Forse pobiera ten
            grajdoł jednal dokładnie tak samo jak reszta część nauki.
            Generalnie boje sie, że rozwiazania częściowe (a takim by było zachowanie
            obecnego systemu czy to co proponuje "projekt prezydencki") prowadza na
            manowce, bo zostawiając duze luki pozwalaja bardziej wycwanionym wypompować
            stamtąd forse równie skutecznie jak dzis. O efektach "etyczno - moralnych"
            i "ludzkich" nie wspomne. Mysle jednak, ze w KAŻDYM systemie rozliczxanie
            JEDNOSTEK ORGANIZACYJNYCH, a nie tylko poszczególnych ich pracowników powinno
            mieć miejsce centralne. dzisiejszy system oceny, gdzie punkty daje sie
            za "uprofesorowienbie" generuje sytuacje, gdy opłaca sie zatridnic zupełnie nie
            rozumiejacych sie ludzi, którzy niie bedą w stanie nawet zorganizowac jednego
            seminarium, bo znaja sie na zupełnie róznych rzeczach i gadają róznymi
            językami.Ten pomysł na pewno zasługuje na upowszechnienie.
        • Gość: itakdalej Pan pewnych rzeczy nie rozumie IP: *.chello.pl 06.06.04, 19:03
          Nie zapoznał się Pan chyba z listem Cezerego Wójcika do "Nature" od którego się
          wszystko zaczęło:
          www.naukowcy.republika.pl/progress.html
          To bardzo dziwne co Pan pisze, że:

          Gość portalu: gość napisał(a):

          > obecna "amerykanizacja" nauki, z jej rynkowymi uregulowaniami, niechęcią do
          > badań podstawowych i naciskiem na natychmiastowe komercyjne zastosowania jest
          w
          >
          > sporej mierze odpowiednikiem psucia monety.

          Naprawdę Pan uważa że Ameryka ma słabe wyniki w badaniach podstawowych? To kto
          ma lepsze? Kto dostaje najwięcej Nobli?

          > W systemie "prezydenckim" jest ścisła procedura certyfikacji/kontroli
          jakości.

          Ależ skąd! Przecież wcześniej jest kolokwium habilitacyjne, które może być
          rozegrane całkowicie niemerytorycznie. Trudno żeby było inaczej, bo słuchacze
          to na ogół dużo ludzi z całej Rady Wydziału/ Naukowej, którzy przychodzą jak na
          festyn, albo mecz bokserski. Przecież jeżeli tzecz jest zaawansowana - a
          teoretycznie powinna być taka - to oni się nie znają na tym co oceniają. I
          oceniają występ, albo, jeśli są jakieś animozje, kierują się sympatią do danego
          zakładu, czy jego szefa. I mogą dać wyraz swojej sympatii lub antypatii do
          człowieka czy jego zakładu całkowicie beztrosko i bezkarnie, bo głosownie jest
          tajne. Wartość naukowa pracy (i recenzje) ma zatem małe znaczenie. Zresztą jak
          może mieć, jeżeli są to na ogół prace publikowane po polsku, w niewielu
          egzemplarzach, w wydawnictwach uczelnianych. Z punktu widzenia jednolitości
          kryteriów lepiej by było, jakby oceny dokonywała centralna komisja, jako urząd
          państwowy, np. przy Prezydencie, kierując się jednolitymi kryteriami, ale to z
          kolei kłoci się z Kartą Bolońską, która postuluje niezależność uniwersytetów od
          władzy politycznej. Poza tym ilu profesorów by musiało być tam zatrudnionych i
          chciało nie zajmować się tak długo nauką?
          Świat wynalazł na to rozwiązanie - obiektywnych ocen dokonuje światowa opinia
          naukowa, anonimowi recenzenci w najlepszych czasopismach i renomowanych
          wydawnictwach. Jeśli ktoś ma liczący się dorobek publikacyjny, świadczy to o
          jego możliwościach intelektualnych i uważa się że zasługuje na awans, albo na
          pieniądze na prace badawcze.

          > jest uniwersytetem, bo ma prawo nadawania doktoratów, a ma je, bo
          > mu je ktoś zatwierdził, nie zaś z własnego nadania, a dostał to prawo na
          > podstawie ujednoliconych kryteriów, np. dlatego, że zatrudnia ilu trzeba
          > profesorów, których "jakość" znów jest państwowo certyfikowana

          Jakość profesorów jest od Sasa do lasa, z czego wynika jakość uniwersytetów, a
          nawet wydziałów na tych samych uniwersytetach. Tytuły i pieniądza na granty są
          w Polsce sprawą układów, jakość nikogo nie obchodzi.

          > Wydaje mi się, że w
          > obrębie nauk ścisłych obecny system certyfikacji działa nie najgorzej;

          Czy mógłby Pan wyjaśnić jakimi kryteriami Pan to mierzy? Rozumiem, że są one
          inne niż liczba i miejsca publikacji, bo to są kryteria które dla nas są
          najważniejsze przy naszej postulowanej "certyfikacji". Jeśli jednak i dla Pana
          jest to ważne kryterium, to proszę mi odpowiedzieć po co:
          - dawać habilitacje ludziom z kiepskim dorobkiem publikacyjnym (obecny system
          produkuje bardzo dużo takich profesorów, ja sam znam kilkunastu z dorobkiem 0
          punktów na LF)
          - blokować ludzi ze sporym dorobkiem, zmuszając do pisania nic nie wartego
          gniota, odrywając na dość długi czas od badań i uzależniając jego los od
          nastroju samodzielnych na"festynie" w danym dniu albo wyniku rozgrywek między
          różnymi profesorskimi koteriami.

          Jeszcze jedna rzecz której Pan nie rozumie to to, że Pan nie chce współpracy z
          Polakami którzy są na Zachodzie, osiągnęli tam sukces i najwyższe stanowiska w
          nauce i chcieliby współpracować z krajem. Ale jeżeli nie mają habilitacji i
          tutaj mieliby być traktowani tak jak adiunkci, to nigdy tego nie zrobią, bo to
          byłoby dla nich upokarzające. Oni, którzy są znani w skali globalnej mieliby
          słuchać kogoś kto niczego ciekawego nie wniosł do nauki światowej? Albo na
          trochę przyjechać do kraju, żeby mieć uprawnienia takie jak asystent (bo
          adiunkt i asystent ma na naszych uczelniach tyle samo, to znaczy nic, do
          powiedzenia) ?
          • dinos88 Re: Pan pewnych rzeczy nie rozumie 06.06.04, 21:14
            Gość portalu: itakdalej napisał(a):

            > Nie zapoznał się Pan chyba z listem Cezerego Wójcika do "Nature" od którego
            się
            >
            > wszystko zaczęło:
            > www.naukowcy.republika.pl/progress.html
            > To bardzo dziwne co Pan pisze, że:
            >
            > Gość portalu: gość napisał(a):
            >
            > > obecna "amerykanizacja" nauki, z jej rynkowymi uregulowaniami, niechęcią d
            > o
            > > badań podstawowych i naciskiem na natychmiastowe komercyjne zastosowania j
            > est
            > w
            > >
            > > sporej mierze odpowiednikiem psucia monety.
            >
            > Naprawdę Pan uważa że Ameryka ma słabe wyniki w badaniach podstawowych? To
            kto
            >
            > ma lepsze? Kto dostaje najwięcej Nobli?
            >
            > > W systemie "prezydenckim" jest ścisła procedura certyfikacji/kontroli
            > jakości.
            >
            > Ależ skąd! Przecież wcześniej jest kolokwium habilitacyjne, które może być
            > rozegrane całkowicie niemerytorycznie. Trudno żeby było inaczej, bo słuchacze
            > to na ogół dużo ludzi z całej Rady Wydziału/ Naukowej, którzy przychodzą jak
            na
            >
            > festyn, albo mecz bokserski. Przecież jeżeli tzecz jest zaawansowana - a
            > teoretycznie powinna być taka - to oni się nie znają na tym co oceniają. I
            > oceniają występ, albo, jeśli są jakieś animozje, kierują się sympatią do
            danego
            >
            > zakładu, czy jego szefa. I mogą dać wyraz swojej sympatii lub antypatii do
            > człowieka czy jego zakładu całkowicie beztrosko i bezkarnie, bo głosownie
            jest
            > tajne. Wartość naukowa pracy (i recenzje) ma zatem małe znaczenie. Zresztą
            jak
            > może mieć, jeżeli są to na ogół prace publikowane po polsku, w niewielu
            > egzemplarzach, w wydawnictwach uczelnianych. Z punktu widzenia jednolitości
            > kryteriów lepiej by było, jakby oceny dokonywała centralna komisja, jako
            urząd
            > państwowy, np. przy Prezydencie, kierując się jednolitymi kryteriami, ale to
            z
            > kolei kłoci się z Kartą Bolońską, która postuluje niezależność uniwersytetów
            od
            >
            > władzy politycznej. Poza tym ilu profesorów by musiało być tam zatrudnionych
            i
            > chciało nie zajmować się tak długo nauką?
            > Świat wynalazł na to rozwiązanie - obiektywnych ocen dokonuje światowa opinia
            > naukowa, anonimowi recenzenci w najlepszych czasopismach i renomowanych
            > wydawnictwach. Jeśli ktoś ma liczący się dorobek publikacyjny, świadczy to o
            > jego możliwościach intelektualnych i uważa się że zasługuje na awans, albo na
            > pieniądze na prace badawcze.
            >
            > > jest uniwersytetem, bo ma prawo nadawania doktoratów, a ma je, bo
            > > mu je ktoś zatwierdził, nie zaś z własnego nadania, a dostał to prawo na
            > > podstawie ujednoliconych kryteriów, np. dlatego, że zatrudnia ilu trzeba
            > > profesorów, których "jakość" znów jest państwowo certyfikowana
            >
            > Jakość profesorów jest od Sasa do lasa, z czego wynika jakość uniwersytetów,
            a
            > nawet wydziałów na tych samych uniwersytetach. Tytuły i pieniądza na granty

            >
            > w Polsce sprawą układów, jakość nikogo nie obchodzi.
            >
            > > Wydaje mi się, że w
            > > obrębie nauk ścisłych obecny system certyfikacji działa nie najgorzej;
            >
            > Czy mógłby Pan wyjaśnić jakimi kryteriami Pan to mierzy? Rozumiem, że są one
            > inne niż liczba i miejsca publikacji, bo to są kryteria które dla nas są
            > najważniejsze przy naszej postulowanej "certyfikacji". Jeśli jednak i dla
            Pana
            > jest to ważne kryterium, to proszę mi odpowiedzieć po co:
            > - dawać habilitacje ludziom z kiepskim dorobkiem publikacyjnym (obecny system
            > produkuje bardzo dużo takich profesorów, ja sam znam kilkunastu z dorobkiem 0
            > punktów na LF)

            Niech Pan sie nie przechwala. Ja znam takich, którzy nie maja niczego w
            jakimkolwiek pismie naukowym, a sa profesorami.


            > - blokować ludzi ze sporym dorobkiem, zmuszając do pisania nic nie wartego
            > gniota, odrywając na dość długi czas od badań i uzależniając jego los od
            > nastroju samodzielnych na"festynie" w danym dniu albo wyniku rozgrywek
            między
            > różnymi profesorskimi koteriami.
            >
            > Jeszcze jedna rzecz której Pan nie rozumie to to, że Pan nie chce współpracy
            z
            > Polakami którzy są na Zachodzie, osiągnęli tam sukces i najwyższe stanowiska
            w
            > nauce i chcieliby współpracować z krajem. Ale jeżeli nie mają habilitacji i
            > tutaj mieliby być traktowani tak jak adiunkci, to nigdy tego nie zrobią, bo
            to
            > byłoby dla nich upokarzające. Oni, którzy są znani w skali globalnej mieliby
            > słuchać kogoś kto niczego ciekawego nie wniosł do nauki światowej? Albo na
            > trochę przyjechać do kraju, żeby mieć uprawnienia takie jak asystent (bo
            > adiunkt i asystent ma na naszych uczelniach tyle samo, to znaczy nic, do
            > powiedzenia) ?
            • Gość: itakdalej Profesorowie bez publikacji - sprawdzanie IP: *.chello.pl 07.06.04, 00:09
              dinos88 napisał:

              >
              > Niech Pan sie nie przechwala. Ja znam takich, którzy nie maja niczego w
              > jakimkolwiek pismie naukowym, a sa profesorami.
              >

              Rzeczywiście, to jest nasza polska specjalność. Za liczbę profesorów, którzy
              nic nie wnieśli do nauki światowej, powinniśmy trafić do Księgi Rekordów
              Guinessa. Pod rządami nowej ustawy według projektu "prezydenckiego" umocnimy
              swoją pozycję.

              Zainspirował mnie Pan, żeby przypomnieć o tym, jak się sprawdza dorobek
              naukowy. Już o tym pisałem, teraz tylko dam linka:

              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=12773178&a=12782484
              • dinos88 Re: Profesorowie bez publikacji - sprawdzanie 07.06.04, 14:25
                To nie takie proste. W naukach humanistycznych LF jest praktycznie nieznana i
                mało kto sie na nia powołuje. Gdyby liczyc tyko prace z LF, to trzeba by
                zamknąć 80% jednostek humanistycznych, a 90% ludzi z tych dziedzin straciłoby
                stopnie i tytuły. W tym przypadku liczą sie bardzo różne prace, nawet w pismach
                nieuwzglednianych w jakichkolwiek klasyfikacjach. Jakims wyjściem byłoby
                upowszechnienie tzw. klasyfikacji KBN, która teoretycznie funkcjonuje w
                sprawozdawczości Min. Nauki. Bywa jednak, ze i to jest tajne i niesposób
                dowiedziec sie co pan(i) NN w ogóle w życiu napisał. To jest ilosciowo ogromny
                problem ale sposobów rozwiazania nie widać.
          • Gość: gość Re: Pan pewnych rzeczy nie rozumie IP: *.mimuw.edu.pl / *.mimuw.edu.pl 14.06.04, 14:19
            Nie twierdzę, że w Ameryce nie ma badań podstawowych - wciąż są tam one w wielu
            dziedzinach najlepiej finansowane (i na najwyższym poziomie) na świecie. Ale
            właśnie w Stanach Zjednoczonych zaczęła narastać krótkowzroczna niechęć do
            badań podstawowych, sprzeczna z trendami, które w okolicach drugiej wojny
            światowej i w latach powojennych uczyniły z USA światową superpotęgę naukową.
            Niechęć ta przedostała się zresztą przez Atlantyk i obecnie zaczyna odgrywać
            coraz większą rolę w Europie Zachodniej. Rzecz nie w tym, jak jest teraz, tylko
            co będzie w niezbyt odległej przyszłości. Nagrody Nobla przyznawane są na ogół
            z wieloletnim opóźnieniem, więc traktować je jako diagnozę obecnego stanu nauki
            będzie można dopiero za 20-30 lat.

            Co do wad obecnego systemu habilitacji, całkiem się zgadzam. Ale niekoniecznie
            usuwać te wady trzeba wraz z samą habilitacją. Można całkiem dobrze wyobrazić
            sobie model, w którym decydująca jest opinia recenzentów, a nie rady wydziału,
            zaś podstawą oceny jest całość opublikowanego dorobku, a nie formalna rozprawa.
            Można nawet wyobrazić to sobie na szczeblu ponaduczelnianym (choć na to
            uczelnie się nie zgodzą, bo byłoby to niewątpliwe ograniczenie autonomii), od
            razu w jakiejś Centralnej Komisji. Wówczas uczony pracujący za granicą mógłby
            złożyć stosowne papiery wręcz korespondencyjnie i ewentualnie stawić się na
            jakiś odpowiednik kolokwium czy obrony przed stosowną komisję w dogodnym dla
            obu stron terminie. Ale tak czy inaczej o zatrudnieniu będą decydować
            autonomicznie rady wydziałów, więc jeśli ktoś im skrajnie nie ufa, nie powinien
            liczyć na radykalną poprawę sytuacji. Chyba, że oczekujemy, iż zatrudnienie
            będzie "z rozdzielnika", jak w starych dobrych czasach, albo że każdy chętny z
            publikacjami powinien być automatycznie zatrudniany.

            Każdy system da się skorumpować, jeśli są w nim ludzie działający w złej woli.
            Ideałem (nieosiągalnym pewnie) byłby system, w którym nie opłacałoby się
            działać w złej woli. Sitwiarskie placówki pseudonaukowe (a nie wątpię, że takie
            w Polsce bywają) muszą być rozliczane W CAŁOŚCI, bo tylko to da bodziec do
            zmian lub spowoduje marginalizację grajdołów. Co z tego, że szef ukradnie
            publikacje podwładnemu, skoro ich suma nie ulegnie zmianie? Szef powinien mieć
            interes w tym, by jego podwładny odniósł sukces, bo wtedy będzie stwarzać mu
            dobre warunki do pracy. Celem jest system, w którym osoby nieuczciwe czy
            zawistne będą podcinać gałąź, na której siedzą. Obecnie też tak jest, ale w
            skali całego kraju (tzn. reputacja całej nauki cierpi przez takich osobników).
            Ocena w skali lokalnych jednostek (wydziałów, instytutów) bardzo szybko
            zmieniłaby sytuację, bo natychmiast stanie się widoczne, gdzie jest źle, a
            gdzie dobrze - i jeśli pójdą za tym oczywiste konsekwencje finansowe, zaraz
            wydziały same zaczną dbać o oczyszczenie atmosfery (a te, które tego nie
            zrobią, przepadną w dostępie do funduszy na badania).
            • khmara Re: Pan pewnych rzeczy nie rozumie 14.06.04, 14:53
              Gość portalu: gość napisał(a):

              > Co do wad obecnego systemu habilitacji, całkiem się zgadzam. Ale
              niekoniecznie
              > usuwać te wady trzeba wraz z samą habilitacją. Można całkiem dobrze wyobrazić
              > sobie model, w którym decydująca jest opinia recenzentów, a nie rady
              wydziału,
              > zaś podstawą oceny jest całość opublikowanego dorobku, a nie formalna
              rozprawa.

              Tak jest w Szwecji, o ile mi wiadomo. Tak jest w USA, kiedy kandydat spoza
              uczelni ubiega się o tenure. Podobnie było w Polsce przed wojną. Taki system
              awansu zakłada poselski projekt ustawy, który formalnie znosi habilitację.

              > Można nawet wyobrazić to sobie na szczeblu ponaduczelnianym (choć na to
              > uczelnie się nie zgodzą, bo byłoby to niewątpliwe ograniczenie autonomii), od
              > razu w jakiejś Centralnej Komisji.

              Centralna Komisja niczym się pod tym względem nie różni od rady wydziału. Tam
              też są stali członkowie, każdy jest specjalistą od czego innego, jest jeden
              recenzent, który powinien znać się na tym, co czyta, a potem głosowanie, czyli
              konkurs piękności. Jeżeli superrecenzent habilitanta nie lubi, albo ma do
              wyrównania rachunki z jego przełożonym, to marny los habilitacji. Projekt
              poselski znosi CK, czyli taką właśnie pseudomerytoryczną kontrolę, a formalne
              uprawnienia kontrolne przekazuje PKA.

              > Każdy system da się skorumpować, jeśli są w nim ludzie działający w złej woli.
              > Ideałem (nieosiągalnym pewnie) byłby system, w którym nie opłacałoby się
              > działać w złej woli. Sitwiarskie placówki pseudonaukowe (a nie wątpię, że
              takie
              > w Polsce bywają) muszą być rozliczane W CAŁOŚCI, bo tylko to da bodziec do
              > zmian lub spowoduje marginalizację grajdołów. Co z tego, że szef ukradnie
              > publikacje podwładnemu, skoro ich suma nie ulegnie zmianie? Szef powinien
              mieć
              > interes w tym, by jego podwładny odniósł sukces, bo wtedy będzie stwarzać mu
              > dobre warunki do pracy. Celem jest system, w którym osoby nieuczciwe czy
              > zawistne będą podcinać gałąź, na której siedzą. Obecnie też tak jest, ale w
              > skali całego kraju (tzn. reputacja całej nauki cierpi przez takich
              osobników).
              > Ocena w skali lokalnych jednostek (wydziałów, instytutów) bardzo szybko
              > zmieniłaby sytuację, bo natychmiast stanie się widoczne, gdzie jest źle, a
              > gdzie dobrze - i jeśli pójdą za tym oczywiste konsekwencje finansowe, zaraz
              > wydziały same zaczną dbać o oczyszczenie atmosfery (a te, które tego nie
              > zrobią, przepadną w dostępie do funduszy na badania).

              Zgadzam się w całej rozciągłości. Istnieje jeszcze inny wariant: placówki
              zarządzane autokratycznie, gdzie potencjalną konkurencję wycina się w pień,
              dlatego domagam się dzielenia wszystkich funduszy na badania naukowe na
              konkretne osoby w drodze konkursu, a nie na jednostki (wydziały, zakłady).
              Jednostka może mieć od tego tzw. overhead, czyli jakiś tam narzut, żeby jej się
              opłacało mieć jak najwięcej grantobiorców.
              • Gość: gość Re: Pan pewnych rzeczy nie rozumie IP: *.mimuw.edu.pl / *.mimuw.edu.pl 14.06.04, 16:44
                No, ale jednak dochodzimy do nieco innych wniosków. Placówki, w których szef
                wycina konkurencję pozostawiając posłusznych nieudaczników, siłą rzeczy
                (oceniane jako placówki) muszą przegrać z tymi, w których w dobrej atmosferze
                pracuje duża grupa mocna naukowo (czyli z tymi, w których prowadzi się selekcję
                pozytywną, bo jakiś odsiew wszędzie musi być). No, chyba że szef autokrata jest
                tak mocny naukowo, że sam za całą jednostkę robić będzie, ale takiego warto
                byłoby chyba pozostawić w nauce, nieprawdaż? Jednak, by presja finansowa
                zadziałała, fundusze przyznane placówce na badania muszą jakoś zależeć od jej
                całościowych wyników.

                Co do systemu grantowego, to oczywiście ma on dużo sensu jako uzupełnienie
                funduszy przyznawanych placówkom (ale jako uzupełnienie właśnie; w przeciwnym
                razie po co w ogóle placówki naukowe?, jak słusznie zapytała już jakiś czas
                temu Carmen S.), bo wprowadza element oceny zewnętrznej indywidualnych dokonań
                i zamierzeń. Ale nie ma sensu systemu grantowego idealizować - tu również mogą
                się trafić stronniczy lub niekompetentni recenzenci. Placówka naukowa
                długofalowo będzie zainteresowana TRAFNĄ oceną swoich pracowników, jeśli
                całościowo będzie rozliczana z ich wyników naukowych - recenzentowi grantu jest
                to zwykle mniej więcej obojętne, a czasem nawet wprost przeciwnie, w wąskiej
                dziedzinie "uwalenie" konkurenta może zwiększyć szanse recenzenta na otrzymanie
                własnego grantu (oczywiście istnieje wówczas ryzyko odwetu, ale częściowo można
                liczyć na anonimowość wobec osoby recenzowanej, choć to nie zawsze się udaje, a
                częściowo na to, że osłabiona porażką nie będzie proszona o recenzowanie
                grantów, a może i pracę w zawodzie straci - to nie są rzeczy wydumane, tylko
                sytuacje wzięte z życia, dotyczące zarówno amerykańskich grantów NSF, jak i
                innych zachodnich systemów grantowych). System recenzji z jawnymi danymi
                recenzentów (chyba rzadkość) byłby z kolei jeszcze bardziej narażony na
                działania odwetowe z jednej strony, a z drugiej strony na ocenianie konkurenta
                nie pod kątem tego, czy jego praca jest dobra, tylko pod kątem tego, czy
                negatywna ocena może spowodować odwet (co owocowałoby nazbyt łagodnymi
                recenzjami). Często, niezależnie od systemu, jest to więc pewnego rodzaju gra
                sił i interesów (podobnie jak przy recenzjach prac składanych do czasopism
                naukowych). Dopóki granty nie stanowią być albo nie być, jest jednak sporo
                miejsca na uwzględnienie czynników merytorycznych. Tam, gdzie robi się z tego
                walka o byt (np. na wielu uczelniach amerykańskich, które chętnie pozbywają się
                ludzi nie przynoszących overhead z grantów), względy merytoryczne muszą
                ustąpić "lojalności klanowej" i innym czynnikom taktycznym. To samo dzieje się
                zresztą na wielu uniwersytetach amerykańskich przy zatrudnianiu nowych
                pracowników - walki frakcyjne często chyba odsuwają oceny merytoryczne na
                dalszy plan (co z tego, że jako wydział zyskamy zatrudniając zdolnego
                specjalistę z dziedziny X, jeśli zakład dziedziny X jest we władaniu wrogiej
                frakcji i w ten sposób zwiększymy ich siłę w przyszłych głosowaniach - o tym,
                kto dostanie podwyżkę, zadecydują raczej przyszłe głosowania niż wyniki naukowe
                wydziału..., więc jednak poprzyjmy pana Y, który wprawdzie naukowo jest
                słabszy, ale wyląduje po naszej stronie barykady). To jest właśnie
                skutek "oceny indywidualnej". W teorii jest oczywiście sprawiedliwsza, ale w
                praktyce degeneruje się znacznie łatwiej niż system "podzielonej
                odpowiedzialności" - bo oceniają ludzie, a więc istoty ułomne i podatne na
                różnego rodzaju korupcję. To nie jest argument za ścisłym kolektywizmem; ten
                też ma ewidentne wady, widoczne w historii PRLu i socjalizmu/komunizmu w ogóle
                (skoro każdy odpowiada za wszystkich, to nikt nie odpowiada za nic) - tylko
                przestroga przed bezkrytycznym idealizowaniem zaatlantyckich rozwiązań i
                przenoszeniem ich hurtem do Polski. Podobnie jak demokracja czy wolny rynek, te
                rozwiązania mogą całkiem inaczej (i być może gorzej) zadziałać w praktyce w
                Polsce niż w USA, a i tam nie są pozbawione wad (o czym polscy dyskutanci zwykle
                słyszeć nie chcą).
                • bum_cyk_cyk.hey To wszystko prawda. 14.06.04, 18:08
                  Wszystko to prawda. Prawdą jest też to, ze nie da się zrobic dobrego systemu z
                  niedobrymi ludźmi. Jesli ja dobrze rozumiem khmarę i paru innych, to chcieliby
                  oni usunąc te własnie przeszkodę. Jeszcze jedno. słowo "długofalowo" jest tu
                  jaknajbardziej na miejscu. Nie bardzo jednak wiadomo co co to w TYCH
                  KONKRETNYCH warunkach znaczy. Ja sie obawiam, że "kilka pokoleń", bo ten
                  ssystem utrwala okreslona, i tak juz dobrze u nas umocowaną, MENTALNOŚĆ.
                  Nazywaja to róznie; "fasadowość" (za habilitacja niczego nie ma, bo np.
                  dorobek, a często i sama praca sa tajne), "cała para w gwizdek" (bo zamiast
                  robic nauke robi sie stopnie i tytuły), "relikt komunizmu" (bo uznaje sie
                  stopnie np. Korei czy Mołdawii, o uczelniach partyjnych naszych czy innych
                  demoludów nie wspominając), ale sens jest ten sam. Schowac co sie da (a mozna
                  wiele) za PAPIERKIEM, zwykle nieweryfikowalnym. Nie wydaje mi sie, aby można z
                  tym daleko zajśc, ale tez nie wiem co z tym fantem ztrobić. Zajśc sie daleko
                  nie da, bo kupa dobrze ustawionych cwaniaków jest balastem dla tych, którzy
                  usiłuja cos robic (wiele uczelni ma problemy finansowe dlatego własnie, że, aby
                  utrzymać rozmaite uprawnienia zatrudnia habilitowanych nierobów majacych często
                  duże znizki godzin, ganty sa marnowane na badania dopasowane do ludzi, a nie do
                  potrzeb itp.). A nie wiadomo co ztym fantenm zrobic, bo wspomniani cwaniacy
                  dobrze sie ustawili i bronia swych przywilejów jak niepodległosci Polski. Płaca
                  za to równiez ci normalni profesorowie, którzy naprawde na swe tytuły
                  zasłuzyli. I tak to sie kreci.
                  • Gość: gość Re: To wszystko prawda. IP: *.mimuw.edu.pl / *.mimuw.edu.pl 16.06.04, 08:42
                    Krótko - nie ma żadnych powodów (może poza dziedzinami ściśle wojskowo-
                    obronnymi), by pracownicy sektora publicznego utajniali wyniki swojej
                    działalności. Nie byłoby chyba źle, gdyby uczelnie publiczne zostały
                    zobowiązane do ujawnienia pełnego dorobku naukowego swoich pracowników
                    (oczywiście na podstawie oświadczeń tychże) np. na ogólnodostępnych stronach
                    internetowych. Na stronie mojego wydziału jest tego typu lista.

                    Ważne, by był to ruch oficjalny, bo wielu dobrych naukowców nie chwali się na
                    lewo i prawo dorobkiem po prostu ze skromości albo uważając, że szkoda na to
                    tracić czas.

                    Inna sprawa, że właściwie ocenić dorobek można wyłącznie czytając (i to tylko,
                    jeśli ma się kompetencje merytoryczne) go dokładnie, a nie zadowalając się
                    spisem publikacji. Ale każdy powinien mieć tę szansę (by przeczytać samemu).
                    • Gość: jw Re: To wszystko prawda. IP: *.autocom.pl 16.06.04, 12:24
                      Szczególną skromnością charakteryzuja się uczeni pobierający na granty calkiem
                      spore sumy jak wynika z bazy ,danych' KBN.
                      • Gość: gość Re: To wszystko prawda. IP: *.mimuw.edu.pl / *.mimuw.edu.pl 18.06.04, 15:37
                        Pana ironia nie w każdym przypadku wydaje się trafiona. "Krowa, która dużo
                        ryczy, mało mleka daje" - w nauce też często najwięcej sensownej pracy wykonują
                        ludzie, którzy nie dbają specjalnie o "publicity". Sam znam co najmniej kilka
                        takich osób i i mam do nich wielki szacunek (także z powodu ich skromności,
                        którą staromodnie uważam za zaletę charakteru). Nie chciałbym, żeby reforma
                        szkolnictwa wyższego i nauki polegała np. na wprowadzeniu rządów krzykaczy (bo
                        przynajmniej w mojej dziedzinie obecny system działa nie najgorzej, a nie jest
                        jasne, jakie będą skutki zmian).
                        • khmara Lepsza stara ustawa niż projekt prezydencki 18.06.04, 16:35
                          Gość portalu: gość napisał(a):

                          > - w nauce też często najwięcej sensownej pracy wykonują
                          > ludzie, którzy nie dbają specjalnie o "publicity". Sam znam co najmniej kilka
                          > takich osób i i mam do nich wielki szacunek (także z powodu ich skromności,
                          > którą staromodnie uważam za zaletę charakteru).

                          Tak jest w naukach baaardzo ścisłych i niestosowanych z natury rzeczy. Im mniej
                          ścisła dyscyplina, tym gorzej. U mnie liczy się publicity, ilość, ale
                          niekoniecznie jakość i blikość koryta, czyli układy z szefem, które
                          bezpośrednio przekładają się na pieniądze.

                          > Nie chciałbym, żeby reforma
                          > szkolnictwa wyższego i nauki polegała np. na wprowadzeniu rządów krzykaczy
                          (bo
                          > przynajmniej w mojej dziedzinie obecny system działa nie najgorzej, a nie
                          jest
                          > jasne, jakie będą skutki zmian).

                          Rządów krzykaczy też sobie nie życzę - niestety zaliczę do nich również
                          wszechobecnego w mediach rektora Ziejkę razem z jego "czarną procesją" w togach
                          rektorskich.
                          Projekt poselski oznacza natychmiastowe zwiększenie liczby profesorów - wielu
                          obecnych adiunktów stanie się profesorami pomocniczymi. Oznacza to zwiększenie
                          liczby osób uprawnionych do zasiadania w radach wydziału. Projekt poselski
                          zakłada, że WSZYSCY członkowie rady wydziału mają pochodzić z wyboru. Takie
                          rozwiązanie mi odpowiada. W tej chwili rady wydziału przypominają baranie
                          spędy, gdzie każdy przychodzi z musu i czeka, kiedy to posiedzenie się wreszcie
                          skończy. Tylko nieliczni w tym gronie czują się za cokolwiek odpowiedzialni, a
                          brylują na radach właśnie "krzykacze" z ambicjami politycznymi. Mam nadzieję,
                          że zmieni się to, kiedy wszyscy członkowie rady wydziału będą pochodzili z
                          wyboru.

                          A z dwojga złego faktycznie wolę obecną ustawę niż projekt prezydencki, który
                          wszystkim ziejkopodobnym daje praktycznie władzę absolutną na uczelni.
                • khmara Re: Pan pewnych rzeczy nie rozumie 14.06.04, 18:28
                  Nie idealizuję systemu grantowego, ale uważam, że jest on jaśniejszy i
                  czytelniejszy od systemu autokratycznego, w którym pieniądze są przyznawane na
                  dużą jednostkę, a od kierownika tej jednostki zależy komu da, a komu nie.
                  Uważasz, że ocena jednoosobowa jest lepsza od anonimowej oceny kilku osób? Tym
                  bardziej, że pieniądze są często przydzielane nie na zakłady, ale na duże
                  jednostki - wydziały, instytuty - zatrudniające kilkadziesiąt lub nawet
                  kilkaset osób. W tej sytuacji kierownik takiej jednostki przydziela pieniądze w
                  pierwszej kolejności swojemu zakładowi, w drugiej kolejności dostają ci, którzy
                  mają prawo głosu w najbliższych wyborach. To jest demokracja akademicka w
                  praktyce w wydaniu polskim. W praktyce wygląda to tak, że bez względu na jakość
                  dorobku wicedyrektorzy instytutu jeżdżą co rok na konferencje zagraniczne, a
                  dla osób pozostających dalej od koryta nie ma pieniędzy na książki. I nie jest
                  tu istotne, że ci turyści zajmują się głównie przyczynkarstwem, a faktycznie
                  żadnych badań nie prowadzą.

                  Kiedy mówię o systemie grantowym, nie mam na myśli tylko i wyłącznie grantów
                  KBN-owskich, których jest po prostu za mało (1 na 4 załatwiony pozytywnie?),
                  ale podział dotacji budżetowej w drodze konkursu. Właściwie oba modele w jakiś
                  sposób funkcjonują u nas w kraju, więc odwoływanie się do wzorów amerykańskich
                  nie jest potrzebne. Sposób podziału środków przyznanych przez ministerstwo jest
                  regulowany przez uczelnie we własnym zakresie. Są uczelnie, gdzie pieniądze są
                  dzielone na wydziały, instytuty, katedry, a kierownicy tychże sami decydują
                  komu dać. Są też uczelnie, gdzie pieniądze na badania własne dzieli się w
                  drodze konkursu na konkretne projekty. W tym systemie najczęściej pisze się
                  wtedy wnioski o granty do rektora. To prawda, że w wąskiej specjalności kolega
                  może Ci grant uwalić, ale też istnieje możliwość, że Ty zrobisz za rok to samo,
                  więc tego rodzaju gierki nie są na dłuższą metę opłacalne. Poza tym jest to
                  jakiś sposób na decentralizację systemu, ponieważ KBN przestaje być jedynym
                  grantodawcą a dyrektor instytutu przestaje być panem i bogiem dzierżącym kasę.
                  Jeżeli mamy się odwoływać do wzorców zachodnich, to w krajach zachodu dyrektor
                  instytutu nie jest władcą absolutnym, o którego łaski w ten czy inny sposób
                  trzeba zabiegać, ale po prostu administratorem.

                  Gość portalu: gość napisał(a):

                  > No, chyba że szef autokrata jest
                  > tak mocny naukowo, że sam za całą jednostkę robić będzie, ale takiego warto
                  > byłoby chyba pozostawić w nauce, nieprawdaż?

                  Jak najbardziej, ale niech sam pracuje na własne konto, a nie decyduje o losach
                  innych.

                  > Jednak, by presja finansowa
                  > zadziałała, fundusze przyznane placówce na badania muszą jakoś zależeć od jej
                  > całościowych wyników.

                  Nie chodzi mi o to, ile przyznać placówce - niech o tym decyduje ocena
                  parametryczna - tylko o sposób dzielenia już przyznanych pieniędzy. Dlaczego ma
                  o tym decydować jednoosobowo dyrektor instytutu, kierownik katedry etc.?

                  > Co do systemu grantowego, to oczywiście ma on dużo sensu jako uzupełnienie
                  > funduszy przyznawanych placówkom (ale jako uzupełnienie właśnie; w przeciwnym
                  > razie po co w ogóle placówki naukowe?, jak słusznie zapytała już jakiś czas
                  > temu Carmen S.), bo wprowadza element oceny zewnętrznej indywidualnych
                  > dokonań
                  > i zamierzeń.

                  Nie wydaje mi się, żeby moja propozycja odbiegała znacznie od postulatów Carmen
                  S. Nie mówię o funduszach zewnętrznych (KBN), które powinny być uzupełnieniem,
                  ale o sposobie podziału pieniędzy budżetowych (badania własne i statutowe)
                  przyznanych danej placówce naukowej - nie na instytuty, zakłady, ale na
                  konkretne projekty indywidualne lub zespołowe. Jeszcze raz: ocena zewnętrzna
                  (ocena parametryczna jednostek) decyduje o ilości środków przyznanych placówce
                  naukowej jako całości, ocena indywidualna i konkurs o sposobie podziału tych
                  środków na konkretnych pracowników i konkretne projekty zamiast uznaniowości
                  przełożonych.

                  Z tego, co pamiętam Carmen S. pisała o tym, że każdy powinien dostawać
                  pieniądze na badania od uczelni z racji tego, że jest zatrudniony. Jeżeli
                  pieniędzy na to wystarczy, to czemu nie. Obawiam się jednak, że nie wystarczy.

        • khmara Ta wredna amerykanizacja 06.06.04, 20:22
          Komercjalizacja badań i priorytet dla badań stosowanych to wymysł Unii
          Europejskiej, w Stanach badania podstawowe mają się bardzo dobrze.

          Poselski projekt ustawy przypomina system amerykański, zwłaszcza w proponowanej
          drodze awansu nauczycieli akademickich:
          1. co najmniej pięcioletni okres zatrudnienia na uczelni po doktoracie -
          odpowiednik amerykańskiego postdoka
          2. profesor pomocniczy - odpowiednik adiunkta, ale wyższe wymagania na starcie
          3. profesor nadzwyczajny
          4. profesor zwyczajny
          Warunkiem awansu jest posiadanie odpowiedniego dorobku naukowego.

          Nie jest prawdą, że projekt prezydencki znosi certyfikację czy kontrolę
          jakości. Rozwiązana ma zostać Centralna Komisja, ale część jej uprawnień
          przejmie PKA, której zadaniem jest właśnie kontrola jakości kadr i jakości
          kształcenia.

          System oceny organizacyjnej pozostaje i jest widoczny w podziale na uczelnie o
          różnych uprawnieniach, w zależności od potencjału kadrowego (art.9):
          1. uczelnie zawodowe
          2. uczelnie akademickie
          3. uczelnie uniwersyteckie

          Jest to system bardzo różny od dotychczasowego, ale nie można powiedzieć, że
          nie dbający o jakość.

          Dla mnie najistotniejszym novum jest prawo ubiegania się o pieniądze z dotacji
          budżetowej dla wszystkich pracowników na równych zasadach. Do tej pory
          pieniądze na badania własne i statutowe dzielone były różnie na różnych
          uczelniach. Najczęstszy model to taki, w którym pieniądze są dzielone na
          instytuty, dyrektor instytutu daje zakładom po uważaniu, a kierownik zakładu
          wydaje na co uważa za stosowne. Adiunkt jest niejako na końcu łańcucha
          pokarmowego i może zdarzyć się, że latami żadnych pieniędzy na badania nie
          dostaje, mimo że wypracowuje środki dla instytutu, publikując i zarabiając
          punkty do oceny parametrycznej jednostki.

          Niedawno we Francji miały miejsce protesty naukowców przeciwko zmniejszeniu
          nakładów na naukę. W Polsce nakłady stale spadają, ale nikt nie protestuje.
          Wyjaśnienie tej zagadki jest proste: przy tym systemie dzielenia funduszy dla
          profesora - kierownika zakładu zawsze jakieś pieniądze się znajdą, a pozostali
          niech się sami martwią o siebie.

          "Ta wredna amerykanizacja" oznacza więc nie tyle spadek kontroli jakości,
          ponieważ CK i tak nie kontroluje już jakości doktoratów, a tytuły profesorskie
          przyznawane są na zasadach koleżeńskich w o wiele większym stopniu niż
          habilitacje, co zwiększenie grona uprawnionych do kasy, czyli do pieniędzy na
          badania. I takiej demokratyzacji nauki obawiają się zwolennicy projektu
          prezydenckiego.
          • khmara Re: Ta wredna amerykanizacja - errata 08.06.04, 00:09
            > Nie jest prawdą, że projekt prezydencki znosi certyfikację czy kontrolę
            > jakości. Rozwiązana ma zostać Centralna Komisja, ale część jej uprawnień
            > przejmie PKA, której zadaniem jest właśnie kontrola jakości kadr i jakości
            > kształcenia.

            To oczywiście jest o projekcie poselskim: Nie jest prawdą, że projekt poselski
            znosi certyfikację czy kontrolę jakości.

            Natomiast w projekcie prezydenckim kontrola jakości przypomina próby
            podniesienia wydajności pracy w systemie nakazowo-rozdzielczym: w latach
            pięćdziesiątych też administracyjnie śrubowano normy, a wydajność pracy leciała
            na łeb na szyję.
            Prezydenccy kontrolerzy jakości nie biorą pod uwagę faktu, że nadmierne
            przykręcanie śruby prowadzi do zatarcia gwintu.
          • Gość: coto Re: Ta wredna amerykanizacja IP: *.junisoftex.pl / *.junisoftex.pl 08.06.04, 19:41
            > "Ta wredna amerykanizacja" oznacza więc nie tyle spadek kontroli jakości,
            > ponieważ CK i tak nie kontroluje już jakości doktoratów, a tytuły
            profesorskie
            > przyznawane są na zasadach koleżeńskich w o wiele większym stopniu niż
            > habilitacje, co zwiększenie grona uprawnionych do kasy, czyli do pieniędzy na
            > badania. I takiej demokratyzacji nauki obawiają się zwolennicy projektu
            > prezydenckiego.
            To swieta prawda. Trzeba jednak dodac, ze adiunkt nie zawsze jest na koncu
            lancucha. Nierzadko to leniwa swieta krowa, utrzymujaca sie jedynie dzieki
            lizusostwu. Projekt poselski, a zwlaszcza system amerykanski, wyeliminowalby
            tumanow i nierobow wszelkiej masci.
      • Gość: coto Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych IP: *.junisoftex.pl / *.junisoftex.pl 08.06.04, 19:31
        > Projekt prezydencki:
        > www.frp.org.pl/ustawa.htm
        > 1. utrzymuje habilitację, od której odchodzą już nawet Niemcy
        > 2. umacnia przywileje profesorów tytularnych
        > 3. osłabia pozycję zawodową doktorów i doktorów habilitowanych
        >
        > Projekt poselski:
        > ks.sejm.gov.pl/proc4/opisy/2931.htm
        > 1. znosi habilitację
        > 2. znosi Centralną Komisję do Spraw Tytułu i Stopni Naukowych
        > 3. pozwala zatrudnić osobę z doktoratem na stanowisku profesora
        > 4. stawia wyższe wymagania pracom doktorskim i ich promotorom
        > 5. zapewnia równy dostęp do środków na badania naukowe WSZYSTKIM pracownikom
        > 6. nakazuje wylać z pracy osobę, która dopuściła się fałszerstwa naukowego

        Co tu duzo gadac, projekt poselski jest klarowny i uczciwy, a przede wszystkim
        sluzylby dobrze rozwojowi nauki i edukacji w Polsce. Projekt prezydencki to
        kolejny kicz, polityka.
    • Gość: zainteresowany a gdzie Noble ? IP: *.autocom.pl 06.06.04, 16:16
      Mamy nauke polską, wrocławską, bydgoską (i inne nauki miejskie i podmiejskie )
      mamy też polskie noble przyznawane przez Fundację Nauki Polskiej i
      Zachodniopomorskie Noble (nagroda przyznawana przez Zachodniopomorski Klub
      Liderów Nauki od 2001 r.)
      Kiedy będziemy mieć naukę jako taką i noble jako takie a nie tylko takie jakie
      mamy ?
      Czy ta ustawa coś zmieni w tym zakresie ?
      • khmara Re: a gdzie Noble ? 06.06.04, 18:10
        Gość portalu: zainteresowany napisał(a):
        > Kiedy będziemy mieć naukę jako taką i noble jako takie a nie tylko takie
        > jakie mamy ?
        > Czy ta ustawa coś zmieni w tym zakresie ?

        Nauki żadna ustawa nie doda. Projekt poselski może co najwyżej:
        a) ograniczyć liczbę plagiatów i wyników wziętych z sufitu - za nierzetelne
        badania zielona trawka,
        b) pozwolić tym, którzy badania prowadzić chcą i umieją na prowadzenie takiej
        działalności - prawo do korzystania ze środków budżetowych na naukę dla
        wszystkich na równych zasadach.

        Projekt prezydencki natomiast pozwoli zwolnić każdego niewygodnego lub
        nadmiernie ambitnego pracownika poza rektorem, a zwłaszcza adiunkta, ale nie
        tylko, na podstawie trzymiesięcznego wypowiedzenia - art.109, ust.1, art.115,
        art.126.
    • Gość: Carmen Sandiego Moje trzy grosze IP: *.ppp.uno.edu 07.06.04, 06:15
      Patrzac na oba projekty trudno sie nimi zachwycic, porusze tylko dwie sprawy.

      1. Nalezy zniesc koniecznie profesury belwederskie, to jest po prostu kabaret i
      tyle.

      2. Ludzie zapatrzeni w amerykanski model nauki czesto nie widzieli go z bliska
      i dlatego pewnych rzeczy nie rozumieja. Chodzi mi o tzw. tenure, ktory uwaza
      sie za odpowiednik polskiej habilitacji. Pomijajac rozny regulamin przyznawania
      jednego i drugiego najwazniejsza roznica lezy tu ze tenure sie prawie zawsze
      dostaje. Nie znam ostatnich statystyk ale wiele lat temu czytalam ze dostaje
      ponad 95% kandydatow. Oczywiscie na najlepszych uniwersytetach jest troche
      cieniej wiec gdzie indziej musi byc lepiej. Nie dostaja tenure tylko ci, ktorzy
      albo mieli wyjatkowego pecha w badaniach albo, co tu tez sie zdarza wdali sie w
      jakies osobiste swiete wojny z innymi profesorami. Tenure w przeciwienstwie do
      habilitacji nie jest momentem w ktorym sie robi odsiew. Na to byl czas na
      maturze i przy wielu innych okazjach po drodze. Dlatego bardzo glupie moim
      zdaniem sa propozycje aby habilitacja, z jakimkolwiek jej regulaminem, stawala
      sie progiem kariery. Jezeli ktos nie rokuje ze bedzie z niego jakistam
      naukowiec to takiego sie po prostu nie przyjmuje, a nie kaze mu sie terminowac
      przez 15 lat aby powiedziec do widzenia.
      • Gość: itakdalej Re: Moje trzy grosze IP: *.chello.pl 07.06.04, 08:29
        Gość portalu: Carmen Sandiego napisał(a):

        > Dlatego bardzo glupie moim
        > zdaniem sa propozycje aby habilitacja, z jakimkolwiek jej regulaminem,
        stawala
        > sie progiem kariery. Jezeli ktos nie rokuje ze bedzie z niego jakistam
        > naukowiec to takiego sie po prostu nie przyjmuje, a nie kaze mu sie
        terminowac
        > przez 15 lat aby powiedziec do widzenia.

        W USA i w innych krajach demokratycznych - rzeczywiście, to nie ma sensu, ale w
        krajach komunistycznych, całkowicie albo częściowo - przecież właśnie o to
        chodzi! Wszyskio jest pod kontrolą partii władzy, sformalizowanej czy nie, nie
        ma to znaczenia. Jak ktoś jest grzeczny, to wchodzi do tzw. nomenklatury i
        stanowisk, które potem zmienia niezależnie od osiągnięć, a jak nie jest
        grzeczny (tzn. się nie podlizuje członkom partii władzy), to pozostanie do
        końca życia w przedsionku. A że ma talent i się marnuje - kogo to obchodzi.
      • khmara Re: Moje trzy grosze 07.06.04, 19:58
        Gość portalu: Carmen Sandiego napisał(a):

        > Patrzac na oba projekty trudno sie nimi zachwycic, porusze tylko dwie sprawy.
        >
        > 1. Nalezy zniesc koniecznie profesury belwederskie, to jest po prostu kabaret
        > i tyle.
        >
        > 2. Ludzie zapatrzeni w amerykanski model nauki czesto nie widzieli go z
        > bliska i dlatego pewnych rzeczy nie rozumieja. Chodzi mi o tzw. tenure, ktory
        > uwaza sie za odpowiednik polskiej habilitacji. Pomijajac rozny regulamin
        > przyznawania jednego i drugiego najwazniejsza roznica lezy tu ze tenure sie
        > prawie zawsze
        > dostaje.
        > Tenure w przeciwienstwie do
        > habilitacji nie jest momentem w ktorym sie robi odsiew. Na to byl czas na
        > maturze i przy wielu innych okazjach po drodze. Dlatego bardzo glupie moim
        > zdaniem sa propozycje aby habilitacja, z jakimkolwiek jej regulaminem,
        > stawala
        > sie progiem kariery.

        Cenne 3 grosze. Drobna korekta: W tym kraju projekt opozycyjny, który ZNOSI
        HABILITACJĘ jest uważany za model amerykański, do którego polska nauka nie
        dojrzała.
        • Gość: coto Re: Moje trzy grosze IP: *.junisoftex.pl / *.junisoftex.pl 08.06.04, 19:49
          > Cenne 3 grosze. Drobna korekta: W tym kraju projekt opozycyjny, który ZNOSI
          > HABILITACJĘ jest uważany za model amerykański, do którego polska nauka nie
          > dojrzała.
          No to idzmy powoli, jak w 1989r. (35%) i zniesmy na poczatek tylko profesury
          prezydenckie. Trudno sobie wyobrazic by prezydent Busch czy Clinton nadawal
          naukowe tytuly profesorskie. Centralna Komisja natomiat, ta pozostalosc
          stalinizmu, centralne sterowanie nauka, w kazddym wypadku powinna zostac
          zlikwidowana.
    • Gość: czytelnik REKTORZY I OLEKSY O USTAWIE IP: *.autocom.pl 08.06.04, 08:50

      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=410
      Rektorzy krakowskich uczelni spotkali się z marszałkiem Sejmu Józefem Oleksym

      Rektorzy krakowskich uczelni zaapelowali do marszałka Sejmu Józefa Oleksego o
      przyspieszenie prac nad ustawą o szkolnictwie wyższym. - Jeżeli projekt ustawy
      przepadnie w Sejmie, nie można wykluczyć protestów środowiska naukowego -
      powiedział rektor UJ Franciszek Ziejka.

      • khmara Re: REKTORZY I OLEKSY O USTAWIE 08.06.04, 14:58
        Daję ten tekst w całości:
        serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2119269.html
        Rektorzy krakowskich uczelni spotkali się z marszałkiem Sejmu Józefem Oleksym

        Magdalena Kula 07-06-2004, ostatnia aktualizacja 07-06-2004 21:39

        Rektorzy krakowskich uczelni zaapelowali do marszałka Sejmu Józefa Oleksego o
        przyspieszenie prac nad ustawą o szkolnictwie wyższym. - Jeżeli projekt ustawy
        przepadnie w Sejmie, nie można wykluczyć protestów środowiska naukowego -
        powiedział rektor UJ Franciszek Ziejka.

        Podczas blisko godzinnego spotkania w sali Collegium Maius UJ rektorzy
        przekonywali marszałka Oleksego, że uchwalenie ustawy o szkolnictwie wyższym
        jest konieczne jeszcze przed nowymi wyborami - w przeciwnym razie proces
        legislacyjny zostałby zawieszony przynajmniej na kilka miesięcy. - To
        oznaczałby dla polskich uczelni konieczność działania w niejasnej sytuacji
        prawnej. Obowiązująca ustawa sprzed niemal piętnastu lat nie przystaje do
        obecnej rzeczywistości - podkreślił prof. Ziejka.

        Do Sejmu trafiły dwa konkurencyjne projekty ustawy o szkolnictwie wyższym.
        Pierwszy opracował zespół naukowców powołany przez prezydenta Aleksandra
        Kwaśniewskiego. Był on konsultowany ze środowiskiem publicznych uczelni w całym
        kraju. Przeciw niemu opowiedziały się jednak niektóre uczelnie prywatne. Drugi
        projekt zgłosiła grupa 36 posłów z PiS-u i LPR-u. Zakłada on m.in. likwidację
        habilitacji, nie ogranicza też liczby etatów, na których mogą być zatrudniani
        wykładowcy. Ten projekt w specjalnej uchwale skrytykowali rektorzy ponad stu
        polskich uczelni, skupieni w Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich.

        Józef Oleksy zapewnił wczoraj, że oba projekty wkrótce trafią pod obrady
        Sejmu. - Projekt prezydencki będzie przedmiotem obrad, gdy tylko rząd oszacuje
        jego konsekwencje finansowe. Możliwe, że stanie się to jeszcze w tym tygodniu -
        zadeklarował.

        Prof. Franciszek Ziejka, rektor UJ i przewodniczący KRASP, nie wykluczył
        protestów środowiska naukowego, gdyby w tym roku Sejm nie przyjął ustawy. - Nie
        będziemy krzyczeć, rzucać kamieniami. Myślimy jednak o zorganizowaniu w
        Warszawie "czarnej procesji" - marszu wykładowców w togach przed gmachem Sejmu -
        zapowiedział.
        • khmara Demagogiczne argumenty przewodniczącego KRASP 08.06.04, 15:08
          "Podczas blisko godzinnego spotkania w sali Collegium Maius UJ rektorzy
          przekonywali marszałka Oleksego, że uchwalenie ustawy o szkolnictwie wyższym
          jest konieczne jeszcze przed nowymi wyborami - w przeciwnym razie proces
          legislacyjny zostałby zawieszony przynajmniej na kilka miesięcy."

          Za kilka miesięcy możemy mieć zupełnie inny układ sił w parlamencie i projekt
          prezydencki stanie się projektem MNIEJSZOŚCI!!!! Tego projektu nikt poza
          rektorami nie chce. Kiedy wybory???????????????

          " - To oznaczałby dla polskich uczelni konieczność działania w niejasnej
          sytuacji prawnej. Obowiązująca ustawa sprzed niemal piętnastu lat nie przystaje
          do obecnej rzeczywistości - podkreślił prof. Ziejka."

          Fakt obowiązywania ustawy NIE JEST niejasną sytuacją prawną, a rzeczywistość
          NIE ZMUSZA rektorów do działań niezgodnych z prawem. To jest czysta
          DEMAGOGIA!!!

          "Do Sejmu trafiły dwa konkurencyjne projekty ustawy o szkolnictwie wyższym.
          Pierwszy opracował zespół naukowców powołany przez prezydenta Aleksandra
          Kwaśniewskiego. Był on konsultowany ze środowiskiem publicznych uczelni w całym
          kraju. Przeciw niemu opowiedziały się jednak niektóre uczelnie prywatne."

          Niektóre??? Większość rektorów uczelni prywatnych jest przeciw. Pomijając
          poziom uczelni prywatnych, w obecnej rzeczywistości NIE MOŻNA twierdzić, że nie
          są one częścią środowiska akademickiego. Czy rektorzy zrzeszeni w KRASP roszczą
          sobie prawo do wykluczenia ze środowiska naukowego WSZYSTKICH przeciwników
          projektu prezydenckiego?

          "Prof. Franciszek Ziejka, rektor UJ i przewodniczący KRASP, nie wykluczył
          protestów środowiska naukowego, gdyby w tym roku Sejm nie przyjął ustawy. - Nie
          będziemy krzyczeć, rzucać kamieniami. Myślimy jednak o zorganizowaniu w
          Warszawie "czarnej procesji" - marszu wykładowców w togach przed gmachem Sejmu -
          zapowiedział."

          A ile będzie kosztowało uczelnie państwowe uszycie tóg dla wszystkich
          zainteresowanych udziałem w proteście? Czy togi będą przysługiwały tylko
          zwolennikom projektu prezydenckiego? Bo ja będę protestować w przypadku
          PRZYJĘCIA tego projektu przez Sejm i toga też mi się należy. Doktorska.
          • Gość: itakdalej Pajacowanie w obronie komunistycznych przywilejów IP: *.chello.pl 09.06.04, 00:15
            khmara napisał:

            > "Prof. Franciszek Ziejka, rektor UJ i przewodniczący KRASP, nie wykluczył
            > protestów środowiska naukowego, gdyby w tym roku Sejm nie
            > przyjął ustawy. - Nie będziemy krzyczeć, rzucać kamieniami.
            > Myślimy jednak o zorganizowaniu w
            > Warszawie "czarnej procesji" - marszu wykładowców w togach przed
            > gmachem Sejmu - zapowiedział."

            Coraz bardziej widać wpływ Samoobrony na KRASP. Najpierw rozstano się z prawdą,
            potem samozwańczo ogłoszono się wyłączną reprezentacją środowiska
            akademickiego, a teraz mają być pochody w strojach organizacyjnych. Po
            występowaniu w akcjach protestu w strojach organizacyjnych można w Polsce
            poznać obrońców PRL-u: ma Samoobrona biało-czerwone krawaty, ma KRASP togi. Mam
            nadzieję, że nie będzie przymusu uczestnictwa w tej hucpie, ale po panu Ziejce
            i jego kolegach można się wszystkiego spodziewać. Mogą zrobić listę obecności
            jak kiedyś na pochodach 1-majowych i tym wykładowcom którzy nie przyjdą utrącić
            habilitację w CK.
            Jest jedna dobra strona tej "czarnej procesji": będą musiały o niej i o
            problemach środowiska powiedzieć coś media. Wprawdzie większość dziennikarzy
            skupi się pewnie na krytyce rzadu za słabe finansowanie i krytyce Sejmu za
            długie "procedowanie" ustawy prezydenckiej (prawdopodobnie będzie wywiad z
            Ziejką idącym na czele procesji), ale może znajdzie się ktoś - raczej w prasie
            niż w radiu czy TV - kto zauważy, że są sygnały, że środowisko akademickie jest
            podzielone, że była znamienna publikacja Cezarego Wójcika w "Nature", że są
            jakieś długie dyskusje w sieci. A przede wszystkim, że niemieccy koledzy
            naszych wspaniałych panów w togach postanowili zmienić swój skostniały system,
            otworzyć go na świat, umożliwić szybsze kariery młodym, dynamicznym naukowcom.
            To się wiązało z rezygnacją z części dotychczasowych przywilejów i wygodnego
            życia, musieli zacząć rywalizować o pieniadze ze swoimi wychowankami. Ale nie
            bali się tego, odrzucili dotychczasowy system na rzecz unowocześnienia nauki
            niemieckiej i poprzez to unowocześnienia swojego państwa.
            "Czarna procesja", efektowna w telewizji, będzie świadectwem, że tego typu
            myślenie jest obce tej części polskich profesorów która trzyma władzę nad nauką
            i szkołami wyższymi. Jej przesłanie będzie tak archaiczne, trącące skansenem,
            jak stroje w których będzie się odbywać.
        • Gość: coto Re: REKTORZY I OLEKSY O USTAWIE IP: *.junisoftex.pl / *.junisoftex.pl 08.06.04, 19:53
          > Do Sejmu trafiły dwa konkurencyjne projekty ustawy o szkolnictwie wyższym.
          > Pierwszy opracował zespół naukowców powołany przez prezydenta Aleksandra
          > Kwaśniewskiego. Był on konsultowany ze środowiskiem publicznych uczelni w
          całym
          >
          > kraju.
          Guzik prawda.
    • kamila_z_nz Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych 08.06.04, 19:59
      Dobra ustawa musi zawierac:
      - zniesienie habilitacji
      - zniesienie dozywotnich profesur "belwedwerskich"
      - uznawanie dyplomow z calej UE i rozwinietych panstw (USA, Kanada, Australia,
      NZ, Japonia i Chiny) zamiast z Korei Pln. czy Mongolii albo Kazachstanu.
    • Gość: jw stanowisko w sprawie projektów ustaw IP: *.autocom.pl 09.06.04, 08:04
      Na stronie www.naukowcy.republika.pl pod adresem
      free.p4u.pl/f/102/n_viewtopic.php?forum=f905&dz_id=1&id=115
      czyli na forum dyskusyjnym temat Debata nad ustawa o szkolnictwie wyższym
      jest propozycja stanowiska w sprawie projektow ustaw. Osoby zainteresowane
      poparciem proszone sa o kontakt jozef.wieczorek@interia.pl
    • Gość: czytelnik projekt prezydencki w diabelskich szczegółach IP: *.autocom.pl 15.06.04, 09:30
      www.gazetaprawna.pl/dzialy/6.html?numer=1224&dok=1224.6.3.2.1.1.0.1.htm
      'Wykładowcy, nie dajcie się nabrać
      Prezydencki projekt ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym określa wprost wysokość
      kosztów uzyskania przychodów osiąganych przez nauczycieli akademickich. Zgodnie
      z tym projektem koszty wynosiłyby tak jak dotychczas 50 proc. przychodów.
      Jednak diabeł tkwi w szczegółach, bo jak odkryła „Gazeta Prawna” tak naprawdę
      te 50 proc. obliczałoby się od „okrojonych” przychodów'
    • Gość: czytelnik Belka u Ziejki IP: *.autocom.pl 17.06.04, 10:03
      Pod adresem forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=410&w=13501407 o
      spotkaniu Belki z rektorem UJ na temat ustawy!
      • khmara Re: Belka u Ziejki 17.06.04, 17:14
        miasta.gazeta.pl/krakow/1,35798,2134380.html
        Premier Marek Belka spotkał się z rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego

        mk 16-06-2004, ostatnia aktualizacja 16-06-2004 21:21

        Marek Belka spotkał się wczoraj późnym popołudniem z rektorem Uniwersytetu
        Jagiellońskiego. Spotkanie trwało blisko 40 minut, a jego głównym tematem była
        konieczność jak najszybszego uchwalenia nowej ustawy o szkolnictwie wyższym

        - Otrzymaliśmy deklarację, że rząd będzie wspierał działania legislacyjne, tak
        by ustawa została przyjęta jeszcze w tym roku - powiedział po spotkaniu rektor
        UJ Franciszek Ziejka. Projekt ustawy, stworzony przez zespół ekspertów
        powołanych przez prezydenta Kwaśniewskiego, we wtorek będzie dyskutowany na
        posiedzeniu rządu. Prof. Ziejka podkreślił, że jeżeli projekt nie zostanie
        przyjęty, uczelnie będą zmuszone funkcjonować w oparciu o przestarzałe przepisy
        i nie będą mieć narzędzi, by realizować wymagania, jakie stawia przed nimi
        prawo europejskie. Gdyby ustawa przepadła w Sejmie, środowisko akademickie
        rozważa zorganizowanie "czarnej procesji" - marszu protestacyjnego naukowców
        ubranych w togi.

        __________________

        Profesor Ziejka nie po raz pierwszy tendencyjnie i jednostronnie wypowiada się
        o projekcie ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym.
        "Narzędzia", których rektorowi Ziejce brakuje - kształt dyplomu, ECTSy - to
        rzeczy, które mogą i powinny być regulowane rozporządzeniem ministra. Nie jest
        potrzebna zmiana ustawy.
        Profesor Ziejka zapomina wspomnieć, że w Sejmie znajdują się dwa konkurencyjne
        projekty ustawy o szkolnictwie wyższym. Stanowisko KRASP w sprawie projektu
        prezydenckiego nie jest reprezentatywne dla całego środowiska akademickiego.
        Nic dziwnego, że KRASP lobbuje na rzecz projektu prezydenckiego, skoro
        zabezpiecza on przede wszystkim interesy uczelnianej nomenklatury, np.
        wydłużając o rok, tj. do 2006 r., kadencję obecnych władz uczelni. Czy
        krakowscy dziennikarze GW wiedzą, o czym piszą, czy występują w roli rzeczników
        prasowych KRASP?
        Projekt prezydencki jest popierany w Sejmie przez SLD i SdPl. Projekt poselski
        jest popierany przez partie opozycyjne. Jak najszybsze przepchnięcie projektu
        prezydenckiego przez Sejm leży w interesie Konferencji Rektorów Akademickich
        Szkół Polskich. I w niczyim innym. Ta sprawa może poczekać do nowej kadencji
        Sejmu.
        khmara
        • Gość: itakdalej Re: Belka u Ziejki IP: *.chello.pl 19.06.04, 22:48
          khmara napisał:

          >
          > Marek Belka spotkał się wczoraj późnym popołudniem z rektorem Uniwersytetu
          > Jagiellońskiego.
          ...
          > - Otrzymaliśmy deklarację, że rząd będzie wspierał działania legislacyjne,
          > tak by ustawa została przyjęta jeszcze w tym roku - powiedział po spotkaniu
          > rektor UJ Franciszek Ziejka.

          Belka sprawiał do tej pory wrażenie człowieka inteligentnego i obytego w
          świecie. Chociaż, niestety, najwięcej doświadczeń ma ze świata Trzeciego, a nie
          z pierwszego.

          > "Narzędzia", których rektorowi Ziejce brakuje - kształt dyplomu, ECTSy - to
          > rzeczy, które mogą i powinny być regulowane rozporządzeniem ministra.
          > Nie jest potrzebna zmiana ustawy.
          ...
          > Stanowisko KRASP w sprawie projektu
          > prezydenckiego nie jest reprezentatywne dla całego środowiska akademickiego.
          > Nic dziwnego, że KRASP lobbuje na rzecz projektu prezydenckiego, skoro
          > zabezpiecza on przede wszystkim interesy uczelnianej nomenklatury, np.
          > wydłużając o rok, tj. do 2006 r., kadencję obecnych władz uczelni.

          Prof. Ziejka jest zdolny do wszystkiego. Bardzo mi przykro, ale człowiek ten
          rzuca cień na cały UJ. Jak można wysoko oceniać uczelnię, która na swojego
          rektora wybiera kogoś takiego? Tym bardziej, że wcześniej już była "sprawa
          Wieczorka".
    • khmara 30 czerwca pierwsze czytanie projektów w Sejmie 20.06.04, 18:57
      www.sejm.gov.pl/prace/2004r/pos78p.htm
    • khmara Staniszewska o finansach uczelni 23.06.04, 11:56
      W dzisiejszj Wyborczej (papierowej) wypowiedź Grażyny Staniszewskiej:
      "rząd powinien zrobić porządek ze szkolnictwem wyższym. W uczelniach zamiast
      fachowych menedżerów rządzi coś w rodzaju rad pracowniczych, czyli senaty
      uczelni. Toną tam olbrzymie pieniądze. Trzeba je powierzyć fachowcom od
      zarządzania, a kontrolę - czemuś w rodzaju rad pracowniczych."

      Nareszcie sensowna wypowiedź polityka o szkolnictwie wyższym. Senaty są radami
      pracowniczymi, tylko do tych gremiów, faktycznie rządzących uczelniami,
      wybierane są osoby wg klucza stopni i tytułów. Senat nie jest reprezentacją
      całej społeczności akademickiej, ale tylko uprzywilejowanych członków tej
      społeczności.

      Ani habilitacja, ani tytuł profesora nie daje kompetencji do zarządzania
      uczelnią. Prodziekanów i zastępców dyrektorów d/s studenckich, dla których
      nawet regulamin studiów jest zbyt trudną lekturą, jest na pęczki. Tak samo
      uchwał senatów, decyzji dziekanów, które nie są zgodne z obowiązującą ustawą o
      szkolnictwie wyższym. Znam też przypadki ignorowania rozporządzeń ministra. Czy
      sprawami studenckimi, takimi jak powtarzanie roku albo urlop dziekański musi
      zajmować się profesor? I to profesor, który jest ponad obowiązujące przepisy?

      Inną sprawą jest podział funduszy na badania. Jak długo decyzje tego rodzaju
      będą podejmowane jednoosobowo przez dyrektorów instytutów, tak długo w nauce
      dobrze nie będzie. Zarządzanie finansami na uczelniach wygląda jak handel w
      stanie wojennym. Pieniędzy jest mało. Jeżeli zwykły klient (naukowiec)
      przychodzi do sklepu (swojego dyrektora) i prosi o to, czego mu potrzeba,
      słyszy tę samą odpowiedź: Nieee ma! Nieprawda. Jest, ale na zapleczu, w
      magazynie, i tylko dla znajomych. Jak długo środki na badania będzie
      się "załatwiać", zamiast zdobywać w normalnym trybie, rywalizując o nie na
      zasadach konkursu, tak długo na uczelniach kolesiowskie układy będą ważniejsze
      niż jakakolwiek nauka.


      • khmara Re: Staniszewska o finansach uczelni -errata 23.06.04, 12:37
        Errata:

        > W dzisiejszj Wyborczej (papierowej) wypowiedź Grażyny Staniszewskiej:
        > "rząd powinien zrobić porządek ze szkolnictwem wyższym. W uczelniach zamiast
        > fachowych menedżerów rządzi coś w rodzaju rad pracowniczych, czyli senaty
        > uczelni. Toną tam olbrzymie pieniądze. Trzeba je powierzyć fachowcom od
        > zarządzania, a kontrolę - czemuś w rodzaju rad NADZORCZYCH."

        ---------
      • Gość: Jotka Re: Staniszewska o finansach uczelni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.06.04, 18:32
        Z dużym uznaniem czytam wypowiedzi Pana (Pani) khmary. Znam te sprawy z autopsji. Jednakże propozycja "konkursu" też nie stanowi panaceum. Kto będzie zasiadał w komisji konkursowej? W oparciu o jakie reguły? Wybory są w wielu przypadkach wyreżyserowane lub są fikcją. A jak oceniać wnioski?
        Sądzę, że w Polsce nie mozna uciec od jakiejś, choćby ułomnej, ale jednak wymiernej liczbowo formy oceny dorobku naukowego. W komisji powinny wtedy zasiadać wyłącznie osoby z najlepszym dorobkiem, niezależnie od stanowiska. Ocena wniosku też sie staje łatwiejsza.
        Lista Filadelfijska nie wystarczy, ale powinna być jednak brana pod uwagę. Ranking oferowany przez bazę www.isinet.com/products/evaltools/esi/ jednak coś daje.
        • khmara Re: Staniszewska o finansach uczelni 26.06.04, 19:54
          Gość portalu: Jotka napisał(a):

          > Jednakże propozycja "konkursu" też nie stanowi panaceum.

          Kilka uwag na gorąco. Nie ma złotego środka, odpowiedniego do każdej sytuacji.
          Obecnie, system grantowy ma dwie istotne wady:
          1. Stosunkowo niewielka część środków przeznaczonych na badania jest dzielona w
          drodze jakiegokolwiek konkursu. Tych środków jest stanowczo za mało, stąd częste
          próby ustawiania różnych konkursów (np. trzeba mieć średnio 65 punktów od trzech
          recenzentów, na 70 możliwych, żeby zdobyć grant z KBN). Z kolei duże pieniądze
          rozchodzą się nie wiadomo gdzie i na co.
          2. KBN jest jedynym grantodawcą, a przecież możliwe są granty rektorskie, czy
          nawet wydziałowe. Odebranie KBN-owi monopolu na granty sprzyjałoby
          decentralizacji całego systemu i większej konkurencji ("urynkowieniu" badań
          naukowych).

          > Kto będzie zasiadał w komisji konkursowej? W oparciu o jakie reguły? Wybory są
          > w wielu przypadkach wyreżyserowane lub są fikcją. A jak oceniać wnioski?

          Wyreżyserowane są przede wszystkim wybory organów jednoosobowych. Powód jest
          prosty - stołek oznacza dostęp do kasy i możliwość podejmowania jednoosobowych
          decyzji o sposobie wydatkowania pieniędzy. O wiele trudniej wyreżyserować wybory
          do organu kolegialnego. Wydaje mi się, że w komisji konkursowej powinny zasiadać
          osoby pochodzące z wyboru. Natomiast podstawą oceny wniosku (punktowej) powinny
          być anonimowe recenzje specjalistów z danej dziedziny. Wydaje mi się również, że
          konkurs powinien być jedyną okazją do stosowania punktowej oceny dorobku. Tzw.
          subiektywnego czynnika ludzkiego nie da się nigdy w całości wyeliminować,
          dlatego uważam, że anonimowa peer review, mimo wad, jest najlepszym sposobem oceny.

          > Sądzę, że w Polsce nie mozna uciec od jakiejś, choćby ułomnej, ale jednak
          > wymiernej liczbowo formy oceny dorobku naukowego. W komisji powinny wtedy
          > zasiadać wyłącznie osoby z najlepszym dorobkiem, niezależnie od stanowiska.
          > Ocena wniosku też sie staje łatwiejsza.

          A jak zmierzyć czyj dorobek "lepszy"? Archeolog śródziemnomorski siłą rzeczy
          będzie miał wyższy indeks cytowań niż specjalista od Polski Piastów. Nie neguję
          wagi LF, ale myślę, że członkowie wydziałowej/uczelnianej/KBN-owskiej komisji
          grantowej powinni pochodzić z wyboru. Może tylko te wybory powinny być nieco
          inaczej zorganizowane niż obecnie.

          > Lista Filadelfijska nie wystarczy, ale powinna być jednak brana pod uwagę.
          Ranking oferowany przez bazę <a
          href="http://www.isinet.com/products/evaltools/esi/"target="_blank">www.isinet.com/products/evaltools/esi/</a>
          jednak coś daje.
          • Gość: Jotka Re: Staniszewska o finansach uczelni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.06.04, 00:36
            * Denerwująca była ta końcówka meczu... *

            "Demokratyczne" wybory w nauce to tylko piękna idea. Znam te mechanizmy. Większość głosujacych nie zna dorobku naukowego kandydatów, a ponieważ ta większość to osoby o niewielkim dorobku, więc w głosowaniu zwraca się głównie uwagę aby był to kandydat mozliwie łagodny w ocenach - czytaj podatny na sugestie znajomych królika. Na wydziałach często kandydatury przedstawia dziekan, a Rada Naukowa jawnie "opiniuje", wynik wiadomy.
            Dlatego uważam, że jednak w Polsce trzeba wprowadzić jakieś obiektywne wskaźniki dorobku. Nauka jest elitarna, a nie demokratyczna. Dlatego najbardziej odpowiedzialne funkcje naukowe powinny być sprawowane przez najlepszych naukowców w rankingu dorobku, bez tego cyrku wyborczego. Gdyby w polskich uczelniach były dobrze funkcjonujące i wiarogodne organy kolegialne typu "Board of Trustees", wtedy ani wybory ani wskażniki dorobku nie byłyby niezbędne, tylko czasami pomocne. Gdyby...
            • khmara Re: Staniszewska o finansach uczelni 27.06.04, 13:01
              Gość portalu: Jotka napisał(a):

              > * końcówka meczu... *

              Raczej kilka ogólników...

              > Gdyby w polskich uczelniach były dobrze funkcjonujące i wiarogodne organy
              > kolegialne typu "Board of Trustees", wtedy ani wybory ani wskażniki dorobku
              > nie byłyby niezbędne, tylko czasami pomocne . Gdyby...

              No właśnie, gdyby...

              > Dlatego uważam, że jednak w Polsce trzeba wprowadzić jakieś obiektywne
              > wskaźniki dorobku.

              Generalnie jestem za oceną mieszaną.

              1. "Jakieś obiektywne" to też jest swojego rodzaju mgławica. W pełni obiektywna
              ocena cyfrowa nie jest możliwa. Publikacje w czasopismach listy filadelfijskiej
              mają różne indeksy cytowań w zależności od dyscypliny. Publikacje z dziedziny
              biotechnologii generalnie będą miały wyższe wskaźniki cytowań niż publikacje z
              dziedziny geologii, czy językoznawstwa. Już na tej podstawie można założyć, że
              jakakolwiek "rada naukowa", decydująca o rozdziale środków na uniwersytecie, a
              wyłoniona wyłącznie w oparciu o liczbową wartość cytowalności prac, będzie
              zdominowana przez biologów, a humaniści nie będą mieli w niej najmniejszych szans.

              2. Nawet w dyscyplinach bardzo pokrewnych wskaźniki cytowalności mogą się bardzo
              różnić. Wyżej podaję przykład archeologa śródziemnomorskiego i specjalisty od
              Polski Piastów. Poza tym pojawiają się nowe dziedziny badań i często jest tak,
              że najciekawsze prace są publikowane w czasopismach spoza LF.

              3. Wszystko zależy od tego, dla jakich celów dokonywana jest ocena dorobku. Czy
              porównujemy biotechnologa z mediewistą, żeby wybrać najlepszego uczonego na
              uczelni? Wtedy kryterium cyfrowe będzie całkowicie nieprzydatne. Czy porównujemy
              dorobek dwóch historyków, żeby zdecydować, któremu przyznać grant na kwerendę w
              archiwum zagranicznym? Wtedy cyfrowa ocena dorobku będzie jak najbardziej na
              miejscu, ale trzeba jeszcze wziąć pod uwagę merytoryczną wartość projektu,
              szacunek kosztów, wykonalność itp.

              > "Demokratyczne" wybory w nauce to tylko piękna idea. Znam te mechanizmy.
              > Większość głosujacych nie zna dorobku naukowego kandydatów, a ponieważ ta
              > większość to osoby o niewielkim dorobku, więc w głosowaniu zwraca się głównie
              > uwagę aby był to kandydat mozliwie łagodny w ocenach - czytaj podatny na
              > sugestie znajomych królika. Na wydziałach często kandydatury przedstawia
              > dziekan, a Rada Naukowa jawnie "opiniuje", wynik wiadomy.

              Ja niestety też znam ten wyborczy cyrk: "Profesor X był dziekanem naszego
              wydziału przez jedną kadencję, potem przez dwie kadencje był rektorem naszej
              uczelni, w tym czasie załatwił dla naszego wydziału to i tamto, więc któż inny
              będzie bardziej godnie reprezentował nas w KBN?" Profesor X od kilkunastu lat
              już nie pracuje naukowo, a jedyne, co publikuje, to pokonferencyjne zbiory
              artykułów.

              Zdaję sobie sprawę, że obecnie demokracja w nauce to fikcja. To jest PRL-owska
              demokracja ludowa, w której "przeważającą większością głosów" wybiera się z góry
              ustalonych kandydatów. Rady wydziału, w których większość faktycznie stanowią
              osoby o skromnym dorobku naukowym i marnych kompetencjach do zarządzania
              czymkolwiek, przegłosują praktycznie wszystko, co im się podsunie. Dlatego
              wydaje mi się, że wprowadzanie prawdziwej demokracji na uczelniach należy zacząć
              od zmiany tego stanu rzeczy. Obiecujący wydaje mi się projekt poselski, ponieważ
              zakłada, że wszyscy członkowie rady wydziału mają pochodzić z wyboru, przy
              znacznym rozszerzeniu grona osób upoważnionych do kandydowania. Reasumując,
              należy zacząć od zmiany ordynacji wyborczej.

              Kolejna sprawa. Wydaje mi się, że należy wyraźnie rozgraniczyć uprawnienia do
              administracyjnego zarządzania placówkami od uprawnień do kształtowania polityki
              naukowej jednostek. Dziekan, dyrektor instytutu, to powinny być funkcje czysto
              administracyjne. Natomiast o polityce naukowej i sposobie finansowania
              działalności naukowo-badawczej powinny decydować niewielkie (np. 4-6-osobowe),
              pochodzące z autentycznego wyboru, kadencyjne organy kolegialne, których
              zadaniem byłoby przeprowadzanie konkursów grantowych. To jest sytuacja odwrotna
              do obecnej, w której członkami rady naukowej i rady wydziału są administracyjnie
              wszyscy samodzielni, bez względu nawet na zainteresowanie sprawami instytutu czy
              wydziału. Dosadnie ujmując - stado baranów, którym jest wszystko jedno. Takimi
              łatwiej rządzić.

              Bardzo istotną sprawą jest, kto będzie w takich wydziałowych, uczelnianych
              komisjach grantowych zasiadał. Myślę, że głosowanie na kandydatów namaszczonych
              przez dziekana powinno być absolutnie niedopuszczalne. Ocena dorobku kandydatów
              powinna być nieodłącznym elementem procedury kwalifikacyjnej, ale nie jedynym.
              Może dobrze by było, żeby dorobek kandydatów był recenzowany podobnie, jak w
              procedurze ubiegania się o tytuł profesorski? Oceny cyfrowe oraz recenzje
              należałoby upublicznić, a następnie przeprowadzić wybory?

              > Nauka jest elitarna, a nie demokratyczna.

              Z tym stwierdzeniem generalnie się zgadzam, ale jest to slogan, który każdy
              interpetuje, jak mu wygodniej. Na razie mamy dykatat samozwańczych elit i
              układy, które żyją własnym życiem, często od kilkudziesięciu lat.

              > Dlatego najbardziej odpowiedzialne funkcje naukowe powinny być sprawowane
              > przez najlepszych naukowców w rankingu dorobku, bez tego cyrku wyborczego.

              Jeszcze jedno zastrzeżenie poza wyżej wymienionymi. Nawet przy założeniu, że uda
              się stworzyć w pełni obiektywne kryteria rankingu, jaką mamy gwarancję, że osoba
              o największym dorobku będzie prezentowała nienaganną postawę etyczną? Przypadki
              wielkich uczonych, którzy nie wychowali następców, bo przez kilkadziesiąt lat
              zajmowali się wycinaniem w pień potencjalnej konkurencji, nie są aż tak rzadkie.

              Myślę, że nie ma prostych recept. Trzeba się zastanowić, w jaki sposób
              demokrację akademicką przybliżyć do prawdziwej demokracji, bo w tej chwili jest
              to demokracja ludowa (czytaj: nomenklaturowo-tytularna) w najczystszej postaci.
              • Gość: Jotka Re: Staniszewska o finansach uczelni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.06.04, 18:26
                Bardzo dziękuję za trafne i szczegółowe uwagi. Oczywiście, powtarzam to do znudzenia, na tym świecie nie ma i nigdy nie będzie idealnych rozwiązań. Ja również bardzo bym chciał, aby w polskiej nauce mogły być miarodajne demokratyczne wybory... Ale zaklęciami nie zmienimy postkomunistycznej rzeczywistości, w której istnieje wielu naukowych pozorantów, oczywiście głosujących...

                > Obiecujący wydaje mi się projekt poselski, ponieważ
                > zakłada, że wszyscy członkowie rady wydziału mają pochodzić z wyboru, przy
                > znacznym rozszerzeniu grona osób upoważnionych do kandydowania.
                Ależ w polskim piekiełku najlepsi naukowcy moga mieć wtedy najmniejsze szanse i może być jeszcze gorzej niż teraz.

                > Natomiast o polityce naukowej i sposobie finansowania działalności
                > naukowo-badawczej powinny decydować niewielkie (np. 4-6-osobowe),
                > pochodzące z autentycznego wyboru, kadencyjne organy kolegialne, których
                > zadaniem byłoby przeprowadzanie konkursów grantowych.

                Autentyczny wybór? Patrz wyżej. Jest to znana koncepcja "rady mędrców", w USA często stosowana jako "Board of Trustees" do zarządzania uczelniami. Niestety w Polsce nie mamy jeszcze ani tradycji ani odpowiednich unormowań prawnych do realizacji tej pięknej idei. "Autentyczne" wybory zakończą się rozczarowaniem. Jak w smutnym powiedzeniu: reformy można zrobić dobrze, źle, lub po polsku... Dlatego uważam, że OK, niech będą wybory, ale uprawnieni do kandydowania na stanowiska decydujące o sprawach naukowych mogą być wyłącznie najlepsi naukowcy w danym środowisku. Do tego celu ranking naukowców jest niezbędny. Taki ranking jest już realizowany przez ISI, proszę zajrzeć na stronę
                www.isinet.com/products/evaltools/esi/.
                Zgadzam się, że to nie wystarczy, lecz może stanowić istotny składnik przy obliczaniu pozycji w rankingu na wydziale, na uczelni, czy w Polsce.

                Tak nawiasem, to nie rozumiem dlaczego "specjalista od Polski Piastów" nie mógłby publikować w znanych międzynarodowych periodykach na równi z podobnymi specjalistami z innych krajów. Porównanie obyczajów plemiennych Słowian i na przykład Druidów, cóż to za wdzięczny i nośny naukowo temat!

                Jeśli zechciałby Pan (Pani) nawiązać kontakt mailowy, to zapraszam:
                tom@cyberia.pl.

                • khmara Re: Staniszewska o finansach uczelni 27.06.04, 19:53
                  Gość portalu: Jotka napisał(a):

                  > zaklęciami nie zmienimy postkomunistycznej rzeczywistości, w której
                  > istnieje wielu naukowych pozorantów, oczywiście głosujących...
                  > Niestety w Polsce nie mamy jeszcze ani tradycji ani odpowiednich unormowań
                  > prawnych do realizacji tej pięknej idei.
                  > Jak w smutnym powiedzeniu: reformy można zrobić dobrze, źle, lub po polsku...

                  Powoływanie się na brak określonej tradycji to częsty argument osób, którym nie
                  na rękę są jakiekolwiek reformy. Osób, dla których reformy są realnym
                  zagrożeniem. Bez przesady, Polska to nie Irak, od 15 lat żyjemy w demokratycznym
                  państwie i nie widzę powodu, dla którego szkolnictwo wyższe miałoby być ostatnim
                  skansenem PRL.

                  Reformy można robić "po polsku". Przykładem jest ustawa z 1990 roku, która mówi,
                  że pierwsze zatrudnienie odbywa się na podstawie konkursu. A dalej, że warunki i
                  sposób przeprowadzania konkursu określa SENAT. A do zasiadania w senacie
                  upoważnieni są... itd. Kółko się zamyka, w rezultacie mamy tajne konkursy z
                  jednym kandydatem. Dla uniknięcia takich "polskich" reform, jestem zwolennikiem
                  ograniczenia władzy senatów, tj. ograniczenia autonomii uczelni, i zawarcia
                  szczegółowego opisu wymaganych procedur w USTAWIE.

                  > > Obiecujący wydaje mi się projekt poselski, ponieważ
                  > > zakłada, że wszyscy członkowie rady wydziału mają pochodzić z wyboru, przy
                  > > znacznym rozszerzeniu grona osób upoważnionych do kandydowania.
                  > Ależ w polskim piekiełku najlepsi naukowcy moga mieć wtedy najmniejsze szanse
                  > i może być jeszcze gorzej niż teraz.

                  Jeżeli obecnym adiunktom pozwoli się głosować i kandydować do rady wydziału czy
                  senatu na równi z samodzielnymi? W tajnych wyborach? Wątpię. Nawet nie obawiam
                  się, że znaczącą grupę wybranych stanowiliby krzykacze, gotowi za wszelką cenę
                  wypłynąć w nowym porządku. Przypuszczam, że w większości rad utworzyłyby się
                  silne stronnictwa "starych", czyli osób z obecnego układu, i "nowych", czyli
                  obecnych samodzielnych i adiunktów, którym marzą się inne porządki. A już na
                  pewno takie rady przestałyby być "maszynkami do głosowania". Ordynacja
                  proporcjonalna nie sprawdziła się w sejmie kontraktowym, pora z nią skończyć na
                  uczelniach, bo ona tak naprawdę niczego nie gwarantuje.

                  > Dlatego uważam, że OK, niech będą wybory, ale uprawnieni do kandydowania na
                  > stanowiska decydujące o sprawach naukowych mogą być wyłącznie najlepsi
                  > naukowcy w danym środowisku.

                  Uważam, że rady i senaty powinny być demokratycznie wybraną reprezentacją CAŁEGO
                  środowiska. Może pewnej zmianie powinny ulec ich kompetencje - o sprawach czysto
                  naukowych taka rada powinna decydować w mniejszym zakresie niż obecnie. Zgadzam
                  się, że o sprawach naukowych powinni decydować najlepsi naukowcy w swoim
                  środowisku - tzn. tylko osoby o największym dorobku powinny być uprawnione do
                  kandydowania do takch ciał. Jeszcze trzeba wymyślić, jak je nazwać -
                  wydziałowe/senackie komisje naukowe? Rzecz w tym, żeby wyraźnie rozgraniczyć
                  naukowe od nienaukowego. Wiele rzeczy, którymi obecnie zajmują się rady wydziału
                  - plan studiów, decyzje o urlopach naukowych, przedłużeniu zatrudnienia itp. -
                  to nie są sprawy naukowe, które wymagają najwyższych kompetencji merytorycznych.

                  > ISI - Zgadzam się, że to nie wystarczy, lecz może stanowić istotny składnik
                  > przy obliczaniu pozycji w rankingu na wydziale, na uczelni, czy w Polsce.

                  Też się z tym zgadzam, pod warunkiem, że wskaźnika cytowań, czy innego kryterium
                  cyfrowego nie przyjmiemy za jedyny wyznacznik pozycji naukowej.

                  > Tak nawiasem, to nie rozumiem dlaczego "specjalista od Polski Piastów" nie
                  > mógłby publikować w znanych międzynarodowych periodykach na równi z podobnymi
                  > specjalistami z innych krajów. Porównanie obyczajów plemiennych Słowian i na
                  > przykład Druidów, cóż to za wdzięczny i nośny naukowo temat!

                  A czy każdy musi być komparatystą? I to tylko po to, żeby mieć przyzwoity indeks
                  cytowań? Wtedy zamiast prac pisanych dla tytułu, jak obecnie, będziemy mieć
                  prace pisane specjalnie dla cytowań. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. A co
                  kogo poza Polską obchodzą pieczęcie Bolesława Śmiałego i ich porównanie z
                  pieczęciami innych Piastów? Co kogo obchodzi historia iloczasu w języku polskim?

    • khmara Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych 30.06.04, 16:22
      www.sejm.gov.pl/prace/2004r/pos78p.htm
      Porządek dzienny
      78. posiedzenia Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej

      w dniu 2 lipca 2004 r.

      23. Pierwsze czytanie przedstawionego przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
      projektu ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym (druk nr 2720)
      -10-minutowe oświadczenia klubów i - 5-minutowe oświadczenia kół w łącznej
      dyskusji nad pkt 23 i 24
      - uzasadnia Szef Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Jolanta
      Szymanek-Deresz.

      24. Pierwsze czytanie poselskiego projektu ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym
      (druk nr 2931) - 10-minutowe oświadczenia klubów i -5-minutowe oświadczenia kół
      w łącznej dyskusji nad pkt 23 i 24
      - uzasadnia poseł Maria Nowak.
    • khmara Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych 05.07.04, 12:23
      serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,51805,2164178.html
      Szkolnictwo wyższe: Ustawa albo procesja

      Grzegorz Sokół, Magdalena Kula 05-07-2004, ostatnia aktualizacja 04-07-2004 20:09

      Jeśli ustawy o szkolnicwtei wyższym Sejm nie uchwali do końca roku, nie
      wykluczam "czarnej procesji" w togach przed Sejmem - zapowiada rektor UJ

      Dwa projekty ustawy - prezydencki i poselski - trafiły w piątek do Sejmu. Dziś
      szkolnictwa wyższego dotyczy kilka ustaw - np. o wyższych szkołach zawodowych
      czy szkolnictwie wojskowym. Prawo nie przystaje do realiów - liczby studentów i
      wyzwań edukacji.

      Zwolenników konkurencyjnych projektów podzielił m.in. stosunek do
      wieloetatowców, czyli wykładowców zatrudnionych na kilku nawet prywatnych
      uczelniach, kosztem pracy na rodzimej państwowej. Projekt prezydencki jest tu
      bardziej restrykcyjny - dopuszcza dwa etaty, a rektor może zakazać wykładowcy
      uczenia u konkurencji.

      - Jakiekolwiek próby uregulowania tej kwestii natychmiast wywołują opór: jak
      zawsze, gdy chodzi o duże pieniądze - mówi prof. Franciszek Ziejka, rektor
      Uniwersytetu Jagiellońskiego i zarazem przewodniczący Konferencji Rektorów
      Akademickich Szkół Polskich. - Najgłośniej krzyczą te uczelnie niepaństwowe,
      które nie mają uprawnień do nadawania tytułu magistra.

      - Nasz projekt też ogranicza wieloetatowość - podkreśla Maria Nowak z PiS, która
      przedstawiła w Sejmie projekt poselski. - Będzie potrzebna zgoda rektora, by
      zatrudnić się na innej uczelni. Opór napotykamy wśród profesorów, którzy stracą
      pewne przywileje.

      Posłowie opozycji chcą też m.in. zlikwidowania habilitacji. - Młodzi doktorzy
      powinni intensywnie pracować naukowo, tymczasem tracą czas na robienie
      habilitacji, bez której nie są samodzielnymi pracownikami naukowymi.

      - Habilitacja to sposób na utrzymanie wysokiego poziomu nauki - uważa prof.
      Ziejka. Nie wyklucza jednak, że można myśleć o zlikwidowaniu habilitacji w
      dziedzinach technicznych.

      Po pierwszym czytaniu w Sejmie projekty zostaną poddane pod głosowanie na
      przyszłym posiedzeniu Sejmu. Jeśli żaden nie zostanie odrzucony, trafią do
      komisji edukacji, która zajmie się nim pewnie dopiero po wakacjach.
      _____________________________

      Beton kruszeje? Jasne, że chodzi o pieniądze i władzę. Można myśleć o zniesieniu
      habilitacji? Ale nie na własnym podwórku - prof. Ziejka jest polonistą.
      • khmara Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych 05.07.04, 12:32
        > Po pierwszym czytaniu w Sejmie projekty zostaną poddane pod głosowanie na
        > przyszłym posiedzeniu Sejmu. Jeśli żaden nie zostanie odrzucony, trafią do
        > komisji edukacji, która zajmie się nim pewnie dopiero po wakacjach.

        Następne posiedzenie Sejmu 14-16 lipca.
        • Gość: Kagan Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych IP: *.lib.unimelb.edu.au 06.07.04, 14:18
          Krotko: podoba mi sie projekt poselski, ale z 2 zastrzezeniami:
          - habilitacje nalezy zlikwidowac do konca, czyli calkowicie zniesc ten
          przestarzaly tytul rodem z XIX wieku jak nie sredniowiecza;
          - profesura powinna byc nadawana przez uniwersytet, a nie prezydenta, co nie ma
          nawet magistra (obecny) albo i nie skonczyl nawet szkoly sredniej (poprzedni).
          Pozdr. z Melbourne :)
          Kagan
      • Gość: gość tracenie czasu na habilitację IP: *.mimuw.edu.pl / *.mimuw.edu.pl 06.07.04, 14:35
        Podoba mi się sformułowanie o młodych ludziach, którzy tracą czas na pisanie
        habilitacji zamiast zajmować się badaniami naukowymi. Otóż najwyraźniej są
        dziedziny czy też ośrodki nauki w Polsce, w których pisanie habilitacji luźno
        tylko wiąże się z badaniami naukowymi. Pocieszam się, że są też miejsca (takie,
        jak mój wydział na przykład), w których zasadniczą przyczyną, dla której ktoś
        nie ma habilitacji, jest brak wyników naukowych (czasem wynikający z zajęcia
        się bardziej dydaktyką niż badaniami, co samo w sobie nie musi być złe i często
        jest z pożytkiem dla wydziału). Może by tak zamiast dyskutować o tym, czy
        zachować habilitację, czy też ją znieść, zadbać raczej o to, by była ona
        związana tylko i wyłącznie z oceną opublikowanego dorobku naukowego. Trzeba też
        zastanowić się poważnie nad rolą osób bez habilitacji. Ma rację Carmen S., gdy
        pisze, że bez sensu jest, by człowiek dopiero po kilkunastu czy parudziesięciu
        latach dowiadywał się (w wyniku nieudanych starań o habilitację), że nie ma dla
        niego miejsca na uczelni. Trzeba dowartościować równoległą ścieżkę awansu dla
        osób zajmujących się dydaktyką (o ile robią to dobrze) i zaostrzyć kryteria
        selekcji na drodze do doktoratu. Już parę razy słyszałem od (niekiedy
        kiepskich) studentów, że będą iść na studia doktoranckie, bo dyplom magistra
        nic już nie znaczy. Jeśli pozwoli się masowo uzyskiwać doktoraty
        za "odchodzenie" studiów doktoranckich, to za moment i doktorat nic znaczyć nie
        będzie. Zniesienie habilitacji i nadanie wszystkim jak leci uprawnień do
        promowania doktorów nie prowadzi chyba do poprawy sytuacji. Albo zgódźmy się na
        model amerykański, w którym liczy się głownie marka uczelni (wtedy dopiero
        będzie narzekanie, że cała nauka skupia się w kilku większych miastach! - jak
        gdyby w rzeczywistości było inaczej) - zresztą nolens volens idziemy w tym
        kierunku, choćby nie całkiem jawnie. A dobrze byłoby się zastanowić, czy
        istotnie chcemy wylądować z amerykańskim systemem oświaty (moim zdaniem pod
        wieloma względami koszmarnym).
        • khmara Re: tracenie czasu na habilitację 06.07.04, 15:23
          Gość portalu: gość napisał(a):

          > Podoba mi się sformułowanie o młodych ludziach, którzy tracą czas na pisanie
          > habilitacji zamiast zajmować się badaniami naukowymi. Otóż najwyraźniej są
          > dziedziny czy też ośrodki nauki w Polsce, w których pisanie habilitacji luźno
          > tylko wiąże się z badaniami naukowymi.

          Typowy układ rozprawy habilitacyjnej: - część teoretyczna (historia badań, stan
          wiedzy w danej dziedzinie), - hipoteza własna, - badania empiryczne
          potwierdzające hipotezę, - wnioski. Taki drugi doktorat, tylko trochę bardziej
          przekrojowy. Przewaga treści nad formą - zawartość takiej rozprawy nadaje się na
          kilka artykułów (i to w najlepszym razie). O stracie czasu mówimy, bo po co
          pisać książkę, której i tak nikt nie przeczyta poza recenzentami, skoro
          wystarczy napisać kilka artykułów. Co gorsza, habilitację, niestety, trzeba
          pisać pod konkretnych recenzentów, co naukowo zbytnio odkrywcze nie jest.

          Wsród uczonych o uznanych nazwiskach są osoby, które zajmują się badaniami
          empirycznymi, których wyniki publikują głównie w postaci artykułów lub ogłaszają
          na konferencjach. Są też tacy, którzy zajmują się głównie pisaniem monografii.
          Zmuszanie wszystkich do napisania monografii jest bez sensu. Nawet w naukach
          uzanawanych za humanistyczne - np. psychologia w dzisiejszych czasach opiera się
          w coraz większym stopniu na badaniach empirycznych.

          > Może by tak zamiast dyskutować o tym, czy
          > zachować habilitację, czy też ją znieść, zadbać raczej o to, by była ona
          > związana tylko i wyłącznie z oceną opublikowanego dorobku naukowego.

          To może zostawić tylko i wyłącznie ocenę opublikowanego dorobku naukowego?
          Więcej, taka ocena nie może być jednokrotna i związana z uzyskaniem stopnia czy
          tytułu. To powinna być stale i regularnie dokonywana ocena wszystkich
          pracowników naukowych. Nie może być tak, że ktoś wszystkie stopnie i tytuły
          uzyska i szlus - więcej nie musi pracować, przynajmniej naukowo.

          > Trzeba dowartościować równoległą ścieżkę awansu dla
          > osób zajmujących się dydaktyką (o ile robią to dobrze)

          Dydaktyk też musi się naukowo rozwijać, nie może stanąć w miejscu i klepać przez
          20 lat to samo na zajęciach.

          > i zaostrzyć kryteria
          > selekcji na drodze do doktoratu. Już parę razy słyszałem od (niekiedy
          > kiepskich) studentów, że będą iść na studia doktoranckie, bo dyplom magistra
          > nic już nie znaczy. Jeśli pozwoli się masowo uzyskiwać doktoraty
          > za "odchodzenie" studiów doktoranckich, to za moment i doktorat nic znaczyć
          > nie będzie.

          To już ma miejsce - doktoraty są produkowane taśmowo. I coś z tym trzeba zrobić.

          > Zniesienie habilitacji i nadanie wszystkim jak leci uprawnień do
          > promowania doktorów nie prowadzi chyba do poprawy sytuacji.

          A dlaczego wszystkim jak leci? Po pierwsze, zniesienie habilitacji samo w sobie,
          bez kontroli jakości doktoratów i bez selekcji osób zatrudnianych na uczelni po
          doktoracie, na pewno nie uzdrowi sytuacji. Nikt nigdzie nie twierdzi, że każdy
          doktor ma być od razu zatrudniony na uczelni jako profesor. Po drugie, ten sam
          argument można zastosować w odniesieniu do doktorów habilitowanych - dlaczego
          habilitacja ma być warunkiem wystarczającym do tego, żeby recenzować rozprawy
          habilitacyjne? Wtedy okaże się, że drabinkę stopni i tytułów można ciągnąć w
          nieskończoność.

          > Albo zgódźmy się na
          > model amerykański, w którym liczy się głownie marka uczelni (wtedy dopiero
          > będzie narzekanie, że cała nauka skupia się w kilku większych miastach! - jak
          > gdyby w rzeczywistości było inaczej) - zresztą nolens volens idziemy w tym
          > kierunku, choćby nie całkiem jawnie.

          Tak było, jest i będzie.

          > A dobrze byłoby się zastanowić, czy
          > istotnie chcemy wylądować z amerykańskim systemem oświaty (moim zdaniem pod
          > wieloma względami koszmarnym).

          System oświaty a szkolnictwo wyższe to są dwie zupełnie różne rzeczy.
    • khmara Jutro w Sejmie 14.07.04, 12:08
      www.sejm.gov.pl/prace/2004r/pos79p.htm
      Głosowania nad wnioskami o odrzucenie w pierwszym czytaniu:

      * przedstawionego przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej projektu ustawy
      - Prawo o szkolnictwie wyższym (druk nr 2720),
      * poselskiego projektu ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym (druk nr 2931).
    • khmara Re: Dwa projekty ustaw o szkołach wyższych 21.07.04, 23:19
      www.psrp.org.pl/?sub=artykul&id_aktualnosci=503
      Dyskusje w Sejmie
      2004-07-20 14:01
      20 lipca br odbyło sie pierwsze posiedzenie Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży,
      którego przedmiotem były projekty ustawy o szkolnictwie wyższym.
      W posiedzeniu, oprócz Posłów - Członków Komisji, udział wzięli szefowie lub
      przedstawiciele wszystkich najważniejszych instytucji sektora szkolnictwa
      wyższego, w tym: (RGSW, MENiS, PKA, KRASP, PSRP, PAN, KRUN) oraz przedstawiciele
      Wnioskodawców ( Poseł Maria Nowak - projekt poselski oraz prof. Jerzy Woźnicki -
      szef Zespołu Prezydenta RP)

      Zebrani podtrzymali (Wnioskodawcy) lub przedstawili (Posłowie i Goście) swoje
      stanowiska. Z ciekawszych wątków dyskusji:

      * Prof. F. Ziejka - Przewodniczacy KRASP stwierdził, że "nie czas na
      rewolucje, czas uregulować rynek", apelował o "przywrócenie ładu etycznego" i
      "walkę o jakość prawa".
      * prof. J. Tazbir z CKdsSNiTN postulował utrzymanie habilitacji lecz
      wybieralność członków Centralnej Komisji i Państwowej Komisji Akredytacyjnej
      (dziś mianowanych przez Ministra), przestrzegał również, iż praca w trybie
      "straży pożarnej" odbije się szkodliwie na jakości projektu a dalsze mnożenie
      wersji projektów nie sprawi, że ilość przejdzie w jakość.
      * Poseł K. Marcinkiewicz zwrócił uwagę, że oba projekty w zbyt małym stopniu
      uwzględniają związek edukacji wyższej z potrzebami gospodarki, potrzeby edukacji
      ustawicznej, konieczność zapełnienia luki pokoleniowej wśród kadry
      naukowo-dydaktycznej i powiązania szkolnictwa średniego z wyższym (matura jako
      przepustka na studia). Podniósł także niekonsekwencję i niespójność celowościową
      postulatów projektu poselskiego tj. mianowania (osłabia konkurencyjność) i
      likwidacji habilitacji (mającej konkurowanie jakością umocnić).
      * dr Dzierżawski krytycznie porównał systemy edukacji anglosaskiej i
      kontynentalnej, zwracając uwagę na słabości modelu europejskiego (hierarchizacja
      odwrotnie proporcjonalna do efektywności)
      * prof. Przybysz - Sekretarz PKA uznał, że wzrost liczebności młodej kadry
      odbije się negatywnie na jej jakości, analogicznie jak wzrost ilościowy liczby
      studentów skutkuje spadkiem jakości wykształcenia jednostkowego
      * prof. Błażejowski - Szef Rady Głównej - zaproponował rozwiązanie
      kompromisowe polegające na otwarciu drugiej, obok habilitacji, ścieżki awansu
      zawodowego


      W dyskusjach pojawiały się głosy, że projekt "prezydencki" jest
      "profesorsko-rektorski" a projekt poselski to dzieło adiunktów i związkowców.
      Takie postawienie sprawy wprowadza krzywdzące dla obu dokumentów uproszczenie,
      rodzi jednak pytanie czy nie czas na projekt "studencki".
      Po dyskusji posłowie wybrali członków Podkomisji ds. projektu, upoważnili
      Prezydium Komisji do wyboru ekspertów i odroczyli prace do końca sierpnia.

      • khmara Kuriozalna dyskusja 22.07.04, 00:12
        > * Prof. F. Ziejka - Przewodniczacy KRASP stwierdził, że "nie czas na
        > rewolucje, czas uregulować rynek", apelował o "przywrócenie ładu etycznego" i
        > "walkę o jakość prawa".

        Chyba chodzi o podział rynków. To jakiś neokolonializm, czy co?

        > * prof. J. Tazbir z CKdsSNiTN postulował utrzymanie habilitacji lecz
        > wybieralność członków Centralnej Komisji i Państwowej Komisji Akredytacyjnej
        > (dziś mianowanych przez Ministra), przestrzegał również, iż praca w trybie
        > "straży pożarnej" odbije się szkodliwie na jakości projektu a dalsze mnożenie
        > wersji projektów nie sprawi, że ilość przejdzie w jakość.

        Jeżeli zdaniem prof. Tazbira habilitacja musi być, to ja proponuję dodatkowo
        następujące zmiany:
        - Centralna Komisja powołuje jawnych recenzentów i podkomisję d/s konkretnego
        przewodu habilitacyjnego
        - w skład podkomisji wchodzą wyłącznie specjaliści w danej dziedzinie
        - cały przewód habilitacyjny jest przeprowadzany przed podkomisją CK
        Nie ma całego tego cyrku z tajnym specrecenzentem, jest gwarancja, że wszystko
        odbędzie się zgodnie z prawem i że rada wydziału niczego nie pokręci, bo o
        niczym nie decyduje. Od decyzji CK przysługuje odwołanie do NSA.

        > * Poseł K. Marcinkiewicz
        > Podniósł także niekonsekwencję i niespójność celowościową
        > postulatów projektu poselskiego tj. mianowania (osłabia konkurencyjność) i
        > likwidacji habilitacji (mającej konkurowanie jakością umocnić).

        Tego zarzutu to ja nie rozumiem. Poseł nie rozumie, że coś może być zamiast czegoś?

        > * prof. Przybysz - Sekretarz PKA uznał, że wzrost liczebności młodej kadry
        > odbije się negatywnie na jej jakości, analogicznie jak wzrost ilościowy liczby
        > studentów skutkuje spadkiem jakości wykształcenia jednostkowego

        Jasne, a jak będzie za dużo habilitacji, to trzeba będzie coś dodatkowo
        wymyślić, żeby ich jakość nie spadła. Habilitację II stopnia? PKA przyznaje, że
        ta młoda kadra to tylko przeszkadza na uczelniach i nie daje spokojnie pracować?

        > * prof. Błażejowski - Szef Rady Głównej - zaproponował rozwiązanie
        > kompromisowe polegające na otwarciu drugiej, obok habilitacji, ścieżki awansu
        > zawodowego
        >
        Dla tych, co mają liczący się dorobek - druga ścieżka, dla tych, co nie mają -
        habilitacja. Czy odwrotnie? Czemu to ma służyć? Nie każdy kompromis jest sensowny.
        • khmara Skład podkomisji 22.07.04, 13:57
          orka.sejm.gov.pl/SQL.nsf/Sklada4?OpenAgent&1059
          Hayn Ryszard - SLD
          Marcinkiewicz Kazimierz - PiS (to ten, co uważa, że projekt poselski jest
          "niespójny celowościowo")
          Grabowska Danuta - SLD
          Jacyna-Onyszkiewicz Zbigniew - LPR
          Nowak Maria - PiS
          Polak Danuta - UP
          Śledzińska-Katarasińska Iwona - PO
          Tomczyk Ryszard - SLD
          Wesołowski Marian - PSL (to PSL uważał, że droga do stanowiska profesora powinna
          być jak najdłuższa)
          • khmara Dyskusja w Senacie 22.07.04, 14:00
            www.psrp.org.pl/index.php?sub=artykul&id_aktualnosci=493
            Spory w Senacie
            2004-07-12 21:54
            12 lipca br w Senacie RP spotkali się przedstawiciele wnioskodawców obu
            projektów ustawy o szkolnictwie wyższym: poselskiego (tzw. solidarnościowego) i
            prezydenckiego (Zespołu prof. Woźnickiego).
            Dyskusja przebiegała dwutorowo ... Jedni swoje, Drudzy swoje.

            Głównymi obszarami sporu wydają się:


            * likwidacja habilitacji
            * zakres zawodowej stabilizacji i przywilejów socjalnych dla pracowników
            naukowych
            * interpretacja własciwej implementacji postulatów procesu bolońskiego
            * kompetencje poszczególnych instytucji i zakres ingerencji ministra
            edukacji w funkcjonowanie systemu
            * typologia i nazewnictwo poszczególnych grup uczelni (zawodowych,
            nieakademickich, akademickich)


            Obie strony wyraziły jednak wolę kompromisu i dalszej pracy nad zunifikowanym
            projektem.

            W spotkaniu wzięli też udział zaproszeni recenzenci (profesorowie Janusz Grzelak
            - były wiceminister Edukacji, Stefan Jackowski - Dziekan MIM UW i Łukasz A.
            Turski - PAN, UKSW), którzy skrytykowali:

            * petryfikacyjny charakter projektów
            * utrzymanie wąsko-dyscyplinarnego systemu kształcenia, pozostawienie
            kierunku (zamiast przedmiotu) jako podstawowej "cegiełki" programów nauczania
            * lokalność proponowanych zmian, usypiające pozorowanie przełomowego ich
            charakteru
            * pozostawienie niespójnosci systemowych (kilka ustaw utrzymujacych
            odrebnosci PAN, JBR, szkoły wyższe, Centralna Komisję ds. Stopni i Tytułu)
            * nadmierną liczbę szczegółowych regulacji
            * ograniczanie samorzadności akademickiej, swodobę i dostępność badań naukowych.
            * "wyrównywanie miernoty" zamiast promowania uczelni badawczych i innowacyjnych.


            Reprezentujący PSRP Arek Doczyk i Marcin Chałupka potwierdzili naszą wiarę w
            zasadę podmiotowości studenta w procesie reformowania systemu szkolnictwa
            wyższego silnie deklarowaną przez dyskutantów i wnioskodawców obu projektów.
            Podkreślili, że powrót do dyskusji nad kwestiami podstawowymi wydłuża proces
            przyjęcia ustawy lecz pozwala - jak w apelacji sądowej - spojrzeć na wiele
            zagadnień raz jeszcze, ze szczególnym uwzglednieniem wspomnianej podmiotowej
            roli studentów.
            • khmara Re: Dyskusja w Senacie - stenogram 09.08.04, 22:55
              www.senat.gov.pl/k5/senat/organy.htm
              Zapis stenograficzny (1386) ze 110. posiedzenia
              Komisji Nauki, Edukacji i Sportu Senatu R.P.
              w dniu 12 lipca 2004 r.

              Porządek obrad:
              Projekty ustaw dotyczących szkolnictwa wyższego a współczesne wyzwania wobec
              szkolnictwa wyższego i nauki

              Cytat z wypowiedzi rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, członka
              zespołu prezydenckiego, prof. Jana Kopcewicza:
              "Chodzi o to, aby uznać, że podstawowy projekt, który teraz nazywamy
              prezydenckim, nie będzie tak nazywany, będzie projektem Polskiej
              Rzeczypospolitej Ludowej..."
              ... i od razu widać, kim są autorzy projektu.

              Całego stenogramu nie wklejam, bo za długi. Zainteresowanym polecam zwłaszcza
              wypowiedzi profesorów Grzelaka, Jackowskiego i Turskiego. Ciekawa również
              wypowiedź prof. Woźnickiego, ale raczej jako arcydzieło hipokryzji. Ogólnie,
              widać, kto ma coś ciekawego do powiedzenia, a kto nie ma nic istotnego do
              zakomunikowania, za to ma władzę.
              • Gość: mały Re: Dyskusja w Senacie - stenogram IP: *.zwm.punkt.pl / *.zwm.punkt.pl 10.08.04, 18:33
                Mnie najbardziej spodobało się następujące zdanie w wypowiedzi prof.
                Kopcewicza: "Jeśli ktoś ma siłę przebicia, to ją ma, a w tym środowisku powinni
                być ludzie z siłą przebicia, jeśli jej nie mają, to niech idą pracować gdzie
                indziej, taka jest prawda." Chwalebna szczerość. Nic dodać, nic ująć. Ludzie z
                siłą przebicia stworzą nam uniwersytet doskonały! Nie chcąc nikogo obrazić,
                chciałbym jeednak, abyśmy chwilkę zastanowili się wspólnie: któż to, w
                potocznej opinii, ma największą siłę przebicia? Od razzu też oczekiwałbym
                poready, gdzie mogę iść pracować, bo dostrzegam u siebie brak tej "siły
                przebicia". Wszyscy pracodawcy poszukują poza tym młodych, kreatywnych i
                przebojowych. Jestem autorem kilku prac zwartych, kilkudziesięciu artykułów i
                komunikatów, ale - smutno mi...
        • khmara W komisji sejmowej - jest stenogram 18.08.04, 19:07
          orka.sejm.gov.pl/Biuletyn.nsf
          Wreszcie na stronie sejmowej stenogram z posiedzenia komisji z 20. lipca.

          Zwracam uwagę na trzy wypowiedzi:

          Członek Stowarzyszenia na rzecz Nauki Polskiej (tak, tego stowarzyszenia ;-)
          Krzysztof Schmidt-Szałowski:
          - wypowiedź ogólnie dotyczy zasad awansu nauczycieli akademickich i tego, że bez
          względu na to, co nazwiemy 'habilitacją', istotniejsza jest treść tego pojęcia.
          Wypowiedź bardzo dobra, jeden szczegół pragnę skorygować:
          "...habilitacja w naszych warunkach nie jest wcale takim drugim sitkiem, które
          ma zatrzymać to, czego nie dopatrzono się w czasie przewodu doktorskiego. To
          sito jest niedoskonałe i dziurawe i przepuszcza takie habilitacje, których nie
          należałoby przyznawać."
          To sito potrafi również zatrzymać bardzo dobre habilitacje, a winien jest sposób
          działania Centralnej Komisji, o czym za chwilę.

          "Należy znacznie podwyższyć wymagania wobec kandydatów na stopień doktora i
          zrezygnować z procedury habilitacyjnej, która ma tę wadę, że jest procedurą
          niejawną, że nie ma kontroli nad tym, co dzieje się w czasie przewodu. Dopiero
          na szczeblu Centralnej Komisji można pewne mankamenty bardziej jaskrawe ujawnić,
          ale o tym, co dzieje się po drodze, nikt nie wie, bo wszystko odbywa się w
          sposób tajny."
          A to już jest święta naiwność. Właśnie to, co dzieje się w Centralnej Komisji
          jest supertajne, łącznie z nazwiskiem superrecenzenta. Naga prawda jest taka, że
          rada wydziału jest bardziej kompetentna niż CK, ponieważ:
          1. w radzie wydziału zasiadają osoby, które choć temat pracy są w stanie
          zrozumieć, w CK siedzą razem historycy, chemicy, przedstawiciele nauk o Ziemi itd.,
          2. na radzie wydziału recenzentów jest trzech, w CK - jeden. I jeżeli ten jeden
          tajny recenzent ma z habilitantem na pieńku, to o habilitacji można zapomnieć.
          Rozwiązanie Centralnego sądu Kapturowego do spraw różnych, lub przynajmniej jego
          gruntowna reforma jest ważniejsze niż utrzymanie habilitacji w jakiejkolwiek
          formie lub całkowite jej zniesienie.

          - Przewodniczący Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego Jerzy Błażejowski
          zwraca uwagę przede wszystkim jako ekspert-ignorant, dla którego PhD to to samo
          co habilitacja. Pan profesor twierdzi, że w krajach anglosaskich istnieje
          habilitacja!!!
          "Nie bardzo rozumiem, dlaczego stopień doktora habilitowanego musi być
          natychmiast eliminowany i czy on w czymkolwiek przeszkadza. Chciałbym zwrócić
          uwagę, że w wielu krajach istnieje stopień doktora nauk, nawet w Anglii."

          - Poseł Kazimierz Marcinkiewicz /PiS/:
          "My też odpowiedzmy uczciwie, czy w wolnej Polsce przez minione 14 lat
          habilitacja odpowiada pozytywnie na wyzwania nauki i gospodarki, czy nie. Czy
          utrzymywanie habilitacji powoduje, że jakość kształcenia i nauki w Polsce jest
          wysoka, czy też jest ciągle za mała? Tu jest jeszcze jedna bardzo ciekawa
          sprawa. Jeden z projektów zakłada zrezygnowanie z habilitacji, ale za to
          wprowadza mianowanie. Czy z kolei mianowanie podnosi jakość kształcenia, czy
          mobilizuje do wysokiej jakości nauki, czy też demobilizuje? Czy budujemy w ten
          sposób schody do wejścia na wyższy poziom nauki? Projekty nie odpowiadają na
          pytania o powody bardzo złej jakości kształcenia nauczycieli, nie odpowiadają na
          pytania dotyczące zarządzania uczelnią, nic nie mówią o zewnętrznych "radach
          nadzorczych" uczelni, czy o audycie dla tych uczelni państwowych, które obracają
          ogromnymi środkami finansowymi."
          • Gość: itakdalej Jasiu, wężykiem ! IP: *.chello.pl 22.08.04, 01:31
            khmara napisał:

            > - Przewodniczący Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego Jerzy Błażejowski
            > zwraca uwagę przede wszystkim jako ekspert-ignorant, dla którego PhD to to
            samo
            > co habilitacja. Pan profesor twierdzi, że w krajach anglosaskich istnieje
            > habilitacja!!!
            > "Nie bardzo rozumiem, dlaczego stopień doktora habilitowanego musi być
            > natychmiast eliminowany i czy on w czymkolwiek przeszkadza. Chciałbym zwrócić
            > uwagę, że w wielu krajach istnieje stopień doktora nauk, nawet w Anglii."

            On po prostu przetłumaczył "Doctor of Science".
            Ale tacy są nasi profesorowie, tyle wiedzą o świecie i tak go rozumieją. Ale
            nie mają najmniejszych zahamowań, żeby się wymądrzać i ciągnąć ogromne
            pieniądze.

            Szkoda, że Pan prof. dr hab. inż. Jerzy Błażejowski, wypowiadający się na temat
            krajów anglosaskich nie zajrzał do:
            "Oxford Advanced Learner's Dictionary of Current English", gdzie:
            doctor - person who has received the highest university degree: D~
            of Philosophy.
            albo: "Cambridge Advanced Learner's Dictionary"
            doctor (EDUCATION) /"dQk.t@r/ US /"dA:k.t@`/ noun [C] (WRITTEN ABBREVIATION Dr)
            a person who has the highest degree from a college or university

            albo do "Wikipedia, the free encyclopedia.
            en.wikipedia.org/wiki/Doctor_of_Science
            Sc.D. or ScD is the abbreviation of the Latin Scientiae Doctor, which
            means "Doctor of Science". It is an academic doctoral degree on par with the
            wider known Ph.D. The Sc.D. is awarded predominantly in engineering sciences,
            whereas "classical" sciences seem to prefer the Ph.D. (Compare e.g. [1] and
            [2].)

            Polecam też własne rozważania opisane w:
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=11020451&a=12754776

            To już w Sejmie wolę posłankę Beger mówiącą o Sekretarzu Generalnym ONZ Ananie
            Kofanie. Też ignorantka, ale przynajmniej można się pośmiać. Tego typu, jak
            zacytowana, wypowiedź, świadcząca o ignorancji profesora i eksperta rządu, po
            prostu przeraża.
            • khmara Re: Jasiu, wężykiem ! 22.08.04, 09:43
              Rada Główna, której prof. przewodniczy, obowiązkowo (zapis ustawowy) opiniuje
              projekty wszystkich aktów prawnych dotyczących nauki i szkolnictwa wyższego.
              • Gość: itakdalej Jeszcze jeden link (ważne!) IP: *.chello.pl 22.08.04, 10:33
                Na temat habilitacji - z Wikipedii.

                Niestety, wynika z niego, że w Niemczech są jakieś kłopoty z jej zniesieniem w
                3 konserwatywnych landach:

                en.wikipedia.org/wiki/Habilitation

                Czy jacyć nasi koledzy pracujący w Niemczech mogliby coś napisać na ten temat?

                Polecam fragmenty (pierwszy świetnie opisuje mój przypadek):

                "Also, many feel overly dependent of their superior (the professor heading the
                research group) as he has the power to greatly procrastinate the finishing of
                the Habilitation process."

                "Although these awards are at a higher level than the PhD, they should not be
                equated to the higher doctorates awarded by universities in the United Kingdom,
                the United States and the Commonwealth: these are given in recognition of an
                extended research career, and would normally only come after some years at
                professorial status."



      • khmara Związki w sprawie ustawy o szkolnictwie wyższym 15.10.04, 23:13
        ttp://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2342481.html
        Związki w sprawie ustawy o szkolnictwie wyższym: Nie chcą habilitacji

        Bezterminowe umowy o pracę dla naukowców i zlikwidowanie habilitacji to
        postulaty związki zawodowych działających w polskich uczelniach.

        Związki chcą, by takie zapisy znalazły się w nowej ustawie o szkolnictwie
        wyższym. To pierwsze wspólne wystąpienie uczelnianej "S", ZNP i Federacji ZNP
        Szkolnictwa Wyższego i Nauki. - Polski naukowiec ze stopniem doktora jest nikim,
        nie może promować innych doktorów i nie ma prawa do prowadzenia samodzielnej
        pracy naukowej. Gdy do Polski przyjeżdża obcokrajowiec z doktoratem, jest
        traktowany jak samodzielny profesor - podkreśla Janusz Sobieszczański, szef
        uczelnianej "Solidarności".

        Zdaniem związkowców wielu polskich doktorów wyjeżdża za granicę, bo w Polsce
        etat profesorski na uczelni mogliby dostać dopiero po habilitacji. W efekcie
        kadra naukowa jest coraz starsza. Związki chcą też, by nowa ustawa zaostrzyła
        zasady obrony pracy doktorskiej.
    • khmara Zdolni ludzie w Polsce giną 15.08.04, 19:06
      Fragment stenogramu z posiedzenia komisji Senatu R.P. na temat sytuacji nauki w
      Polsce <http://www.senat.gov.pl/k5/senat/organy.htm>:

      Prof. Kopcewicz, rektor UMK, członek KRASP:
      Zdolni ludzie w polskich warunkach...
      Głos z sali: Giną.

      Historyjka na poparcie tezy głosu z sali:
      Młody pasjonat biologii, licealista Krzysztof S., znalazł w rodzinnej
      miejscowości skamieniałości dinozaurów. Swoim znaleziskiem próbował
      zainteresować różne autorytety naukowe, z kośćmi dinozaurów trafił nawet na
      Uniwersytet Wrocławski. Nadaremnie. Krzysztof S. po maturze podjął studia na
      Uniwersytecie Wrocławskim. Kości nie dostał z powrotem - zaginęły. Skończył
      studia, zrobił doktorat z... botaniki. Wagę krasiejowskich znalezisk docenił
      prof. Dzik z Warszawy, który usłyszał o nich gdzieś przypadkiem po iluś latach.
      Prof. Dzik zasłynął jako odkrywca "polskiego dinozaura". Krzysztofem S. nie
      interesował się pies z kulawą nogą, do czasu gdy kości z Krasiejowa nie trafiły
      na aukcję w internecie. Odkrywca krasiejowskiego stanowiska został aresztowany,
      a jego koledzy martwią się, jak udowodnić, że kości, które on znalazł, to nie
      te, które trafiły na aukcję. Gdyby nie trafił do więzienia, mało kto usłyszałby
      o Krzysztofie S.

      Morał: Jak ktoś nie jest w Polsce profesorem, to nie powinien niczego odkrywać.
      Odkrycie Krzysztofa S. nie stało się dla niego przepustką do kariery naukowej,
      lecz przekleństwem. Dużo to wszystko mówi o poziomie polskich uczonych i o
      perspektywach młodzieży w nauce.

      serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2228854.html
      www.paleo.uni.opole.pl/historia.htm
      www.krasiejow.ow.pl/dinos.htm
      • Gość: magisterek Re: Zdolni ludzie w Polsce giną IP: 195.136.191.* 21.08.04, 23:33
        Kurcze, to jest strasznie bolesne! Panstwo profesorstwo to jedna matnia!
    • Gość: itakdalej Bardzo zła wiadomość dla OFA (dobra dla Ziejki) IP: *.chello.pl 22.08.04, 20:41
      Również dobra dla forumowego dyplomaty, Woźnickiego i innych obrońców starych
      porządków.
      Jest to nowa rzecz. Wygląda na to, że są kłopoty z odejściem od habilitacji w
      Niemczech.
      Powtórzę, bo widocznie nikt nie przeczytał dokładnie tego co było na podanej
      przeze mnie w wiadomości
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=13227775&a=15111442
      stronie Wikipedii:
      en.wikipedia.org/wiki/Habilitation
      "Three Länder with conservative government have sued before the German
      Constitutional Court against the new law replacing the Habilitation by the
      Juniorprofessur. The Court followed their argument, that the Bundestag (the
      federal parliament) cannot pass such a law, because the German constitution
      explicitely states that affairs of education are in the sole responsibility of
      the Länder, and declared in July 2004 the law to be void.

      This now leaves the question about the future of the Habilitation, as well as
      status of the first few Juniorprofessors appointed so far, unclear again."

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka