majka_monacka
01.03.12, 10:44
Postanowiłam wyeksponować w nowym wątku tekst, który napisałam w odpowiedzi na dyskusje w wątku filozoficznym prof. Gadacza, a który nie doczekał się komentarza, choć sprawa wydaje mi się ważna. Tekst dotyczy problemu, jakiego poziomu ścisłości badań naukowych powinniśmy się domagać, żeby kwalifikować je do dziedziny nauki.
Nie można uznać, że nauką jest wyłącznie to, co poddaje się matematycznym kryteriom odróżniania prawdy od fałszu. Tym bardziej, że niektóre dziedziny np. matematyka lib jej dział logika, odrzuca eksperyment i może sobie pozwolić na zakwalifikowanie problemów do klasy problemów niezależnych od matematyki.
Z kolei te najbardziej abstrakcyjne dziedziny dodając do nich filozofię i pokrewne, mogą być dyskwalifikowane jako kompletnie oderwane od jakiejkolwiek rzeczywistości. Jednakże kryterium użyteczności jest tak szerokie, że może obejmować wszelkie rezultaty zarówno matematyki, jak i filozofii.
Wydaj mi się, że często nie dostrzegamy lub nie doceniamy innego zjawiska. Chodzi mi o proces wyłaniania hipotez, teorii i praw naukowych, szczególnie w aspekcie różnorodności obszarów nauki. W wielu dziedzinach obraz zjawisk nie jest ostry, często nie jest precyzyjnie zdefiniowany. Te precyzyjne definicje i dowody logiczne stosowne są do tzw. nauk ścisłych. Te "nieścisłe" maja to do siebie, że muszą się posługiwać nieostrym, zamglonym obrazem rzeczywistości. Że często opierają się o definicje wynikające z wyrywkowej obserwacji (niepodatnych na obróbkę statystyczną).
Mam nadzieję, że nikt nie odmawia statusu Nauki takim dziedzinom jak nauki ekonomiczne, nauki medyczne, biologiczne, socjologia, psychologia, teologia(?), itp.
Jeśli nie, to musimy się pogodzić z tym, że kryteria nauk ścisłych rzadko przystają do metodologii stosowanej w tych dziedzinach.
Ale także w naukach ścisłych mamy rejony, gdzie modele zjawisk mają charakter rozmyty.
Myślę, że wszystkie dobrze udowodnione twierdzenia przechodziły w umysłach badaczy przez fazę mglistej intuicji, nieudolnych prób sformułowania nie całkiem ścisłego, nie do końca zweryfikowanych założeń, niespójnych zbiorów aksjomatów itp.
Problem naukowców okresu przejściowego (przełom XX/XXI wieku), polega na tym, że kiedyś naukowcy, pracując indywidualnie, przebywali tę fazę samodzielnie, dokonując weryfikacji mglistych koncepcji we własnych umysłach i publikując rezultaty już spójne i zweryfikowane.
Dziś problemy osiągnęły taki stopień komplikacji, że to wstępne myślenie o problemie musi się odbywać wspólnie. Aby znaleźć na świecie osoby myślące podobnie o rozwiązaniu złożonych problemów, należy publikować wstępne idee, wyobrażenia intuicyjne, zwariowane hipotezy itp.
Twierdzę (intuicyjnie, bez dowodu logicznego), że jest to także część nauki.
Bardzo byśmy zubożyli potencjał twórczy ludzkości ograniczając tego rodzaju burzę mózgów.
Oczywiście otwiera to pole do nadużyć, hochsztaplerki, głupot i innych ujemnych zjawisk, które powszechnie obserwujemy. Jednakże procedury nauki poradzą sobie z tymi problemami.