Dodaj do ulubionych

Historia pechowego piku

IP: *.adsl.inetia.pl 17.03.05, 18:15
Po roku w Kaliforni S. wrócił do swojego miasta. Regensburg przywitał go znaną od zawsze piękną starówką, koledzy piwem, a dziewczyna oświadczeniem, że po takim czasie rozłąki związek nie ma sensu. Taki tydzień potrafi spowodować ból głowy. "Głupia bździągwa. Naprawdę mogło z tego wyjść coś fajnego. Jak mogła to spier....ć? Gdybym wiedział, zostałbym tam dłużej. Propozycja przedłużenia pobytu o doktorat była kusząca, a ja jak ostatni idiota przyjechałem tu, żeby ratować związek. Nigdy nie zrozumiem dup" - tak mniej więcej napisał w e-mailu do swojego przyjaciela w parę dni po pobycie na swoim i po rozpakowaniu walizek. Z drugiej strony czuł, że elastyczne amerykańskie pieczywo, paskudne piwo (dla rodowitego Niemca nie do przełknięcia) i kawa, która smakuje jak wywar z podeszwy, prędzej, czy później zmusiłyby go do powrotu na stary kontynent. Poza tym istniała jeszcze wizja XXXX. Instytut powstał parę lat wcześniej, jako wielki projekt europejski za wielkie europejskie pieniądze. W zamierzeniu twórców przeciwwaga dla amerykańskich kolosów, jak MIT i Stanford. Oczkiem w koronie projektu była nauka materiałowa. Dużo się mówiło o możliwościach jeszcze większej miniaturyzacji w informatyce, a najlepsi specjaliści alternatywnych do krzemu rozwiązań siedzieli właśnie w Europie i często odwiedzali Regensburg. S. był po pierwsze fizykiem. Po drugie materiałami zajmował się już przed wyjazdem na stypendium, a w Kaliforni jeszcze się rozwinął. Udział w 2 publikacjach w Nature w tym wieku to już COŚ! Otarł się o amerykański system pracy i wiedział, że jako absolwent z takim dorobkiem jest łakomym kąskiem dla szefa "materiałów" w XXX, profesora K. Doktorat nie powinien więc być problemem.
A niepowodzenie w zyciu emocjonalnym najlepiej zaleczyć pracą, dniami i nocami. Ból zniknie, zagaśnie powoli. S. przerabiał to nie po raz pierwszy i wiedział jak się do tego zabrać. Może to wszystko było po prostu szczęćliwym zbiegiem okoliczności? Gdyby oddali się z dziewczyną nadrabianiu straconego czasu nauka poszłaby w las. A tak...

XXXX mieścił się w budynkach uniwerku za miastem. Wszechobecny beton kampusu przypominał raczej kompleks fabryczny, niż swiątynię nauki. Całe szczęście wybudowali go daleko od centrum. Ale trudno jest przejmować się betonem wiedząc, że wewnątrz dzieją się rzeczy przełomowe dla rozwoju nauki. S. umówił się na spotkanie z profesorem K. dwa tygodnie po powrocie ze Stanów. Większość zespołu była albo na konferencjach albo na wakacjach, a rok akademicki zaczynał się dopiero za miesiąc. S. również planował wyjechać. Do Hiszpanii. Powłóczyć się po gorących ulicach Madrytu w towarzystwie gorącej dziewczyny. No ale dziewczyna dla niego była teraz zimna jak zwłoki, a sam nie chciał wyjeżdżać. Bo i po co? Żeby wspominać i gdybać na temat związku? Szkoda czasu. Słońcem się nacieszył w Kaliforni, więcej nie trzeba. Teraz praca, praca, praca.

Rozmowa z profesorem K. była krótka i do rzeczy. "K. to bardzo zajęty człowiek i wszystko załatwia w krótkim czasie - ze studentami w 5 minut, z doktorantami w 10, z postdocami w 15." - wyjaśnił mu parę godzin później J. - młody postdoc z Hiszpanii. Wszystkie formalności załatwił tego samego dnia. Umowa, konto, komputer. J. na polecenie szefa pokazał mu instytut i przedstawił obecnych z zespołu. Wszyscy w wieku 25-35 lat. W czasie największych upałów praca paliła im się w rękach, a maszyny liczyły na pełnych obrotach. Drzwi pootwierane. "Takie tu są niepisane zasady - zamykanie się w pokoju, to zamykanie się przed resztą zespołu. Nikt tego nie przykazuje, ale wszyscy tak robią. Przekonasz się, że to dobry system" kontunuował J.
S. był oszołomiony atmosferą panującą w XXXX. To była po prostu dobra zabawa za przyzwoite pieniądze. I, co najlepsze, wychodziły z tgo fenomenalne wyniki. Ludzie pracowali wieczorami i w weekendy. Nie dlatego, że K. tak chciał. Po prostu sami tak wybierali. W Stanach też się pracowało dużo, ale "po godzinach" na uczelniach byli już tylko Rosjanie i Chińczycy i Indusi. Tu nie było wyjątków. S. czuł, że trafił w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie. Ulokował się w swoim pokoju, zajął się konfiguracją konta, sprawdził pocztę i przejrzał artykuły, które na rozgrzewkę polecił mu K. Wieczorem, wychodząc z instytutu zagadnął jeszcze J.:
- Mam takie dziwne wrażenie, że szef przyjął mnie bardzo szybko. Nie wypytywał za dużo o to, co robiłem. A XXXX to w końcu znaczące miejsce. Nie wiedziałem, ze pójdzie tak gładko!
- K. ma świetne wyczucie. Zazwyczaj nie myli się co do kandydatów i potrafi ich ocenić błyskawicznie. Poza tym doktorantów nie przyjmuje się po tak rygorystycznej selekcji. Jeżeli kandydat nie jest zbyt mocny, wyjdzie w praniu.
- A co, jeżeli się nie sprawdzi?
J. zaśmiał się: - pojedzie na wymianę do Polski.
- to znaczy?
- eeeeehehe... tylko żartuję.
J. obrócił głowę, wpatrzył się w monitor i odpłynął trochę myślami. Uśmiech stopniał, ale powtórzył jeszcze, jakby do siebie, niepewnie "tylko żartuję..."

c.d.n.
Obserwuj wątek
    • Gość: brumarrum Re: Historia pechowego piku IP: *.adsl.inetia.pl 18.03.05, 13:35
      Pierwszy miesiąc minął bez większych fajerwerków. Trochę monotonnie, ale początki są ciężkie. S. musiał zapoznać się z tym, co robi się w XXXX. Pomimo częściowego zastoju związanego z trwającą wciąż przerwą w zajęciach, rozpoczęcie doktoratu przed rokiem akademickim było dobrym wyborem. S. poznawał zespół w porcjach, jak poszczególni członkowie wracali z wakacji, konferencji i szkół letnich. Ostatecznie również dowiedział się kto będzie jego advisorem - ten sam Hiszpan, który pokazywał mu instytut pierwszego dnia. Przez przypadek dowiedział się też nad czym miał pracować, a właściwie sam sobie wybrał ten temat. Otóż włócząc się po korytarzach w poszukiwaniu natchnienia do pracy przechodził obok pokoju J. Ten akurat rozmawiał z T., z Francuzem (J. twierdził: "Hiszpanie nienawidzą Francuzów, ale w pracy można zrobić wyjątki"). Razem debatowali na temat jakichś nowych wyników grupy doświadczalnej, która była zainstalowana parę pięter niżej. S. stanął w progu i z zainteresowaniem zaczął przysuchiwać się dyskusji. J. zauważył S. i po krótce wyjaśnił mu o co się rozchodzi:
      - Widzisz ten pik?
      - Tak
      - Został on zaobserwowany przez grupę profesora E. dla pewnej konfiguracji paramentrów, jak temperatura i pole magnetyczne, w materiale FFFF. Bardzo szczczególnej konfiguracji. Pik w wykresie czasu trwania tej "fazy" oznacza krótko, że konfiguracja ta jest bardzo stabilna. Jak odtworzysz z tego spektrum, dostaniesz wyraźne wąskie minimum. Od paru lat wiadomo o jednym takim stanie. Drugi stan stabilny, właśnie taki jak ten, daje możliwość zdefiniowania bazy logicznej. Ale to oczywiście pierdoły dla podatników. My się właśnie głowimy dlaczego pik istnieje w tym miejscu!
      - No i?
      - Taka możliwość niby istnieje. Została przewidziana już ze 20 lat temu, ale dopiero teraz nasi to zaobserwowali. Teraz to my, teoretycy mamy pole do popisu. Powinniśmy określić czym warunkowane jest położenie tego maksimum. Bo o ile wiadomo, że coś takiego może się trafić, nie wiadomo dokładnie gdzie.

      Temat na tyle zaintrygował S., że z miejsca zerwał ze zwyczajem włóczenia się po korytarzach, usiadł przy komputerze, podrukował artykuły na ten temat i zaczął walczyć z ich zawartością. Pomimo, że w ciągu paru godzin nie zrozumiał nic z tych wzorków, poleciał do J. i oświadczył, że chciałby dołączyć do projektu.
      - Świetnie! Dobrze się składa, bo podlegasz pod grant, który właśnie to obejmuje. Ale to strasznie trudny temat i czeka cię parę miesięcy frustracji. Możliwe nawet, że nic z tego nie wyjdzie, no ale tak to już jest z fizyką. Dobrze... - J. zastanowił się przez chwilę - znasz C?
      - Pisałem już w tym proste programy.
      - To napiszesz parę trudniejszych. W razie gdyby nasze analityczne metody okazały się mało wydajne przynajmniej będziemy mieli wyniki numeryczne.
      - OK.
      - No, to do dzieła, żołnierzu!
      S. zaszył się w swoim pokoju i instytut opuścił dopiero po 2 w nocy. Jadąc rowerem przez miasto o mało nie wpadł pod samochód i nie staranował pieska prowadzonego na smyczy przez starszą panią. Wszystko było nierzeczywiste. Najbardziej namacalne były przejścia fazowe, stany stabline i magiczny pik, który zaobserwowano po raz pierwszy w tym mieście, dosłownie parę godzin temu. Dowiedział się o tym przed całym światem i miał się tym zająć. Takiej przewagi po prostu nie mógł zmarnować...

      c.d.n.
    • Gość: brumarrum Re: Historia pechowego piku IP: *.adsl.inetia.pl 30.03.05, 13:05
      Październik okazał się wyjątkowo ciepły w tym roku. Studenci zaczęli wlewać się
      do budynków kampusu, zajęcia rozpoczęły się, grupa była już właściwie w
      komplecie. S. nie dostał żadnych zajęć do prowadzenia. Taka "ulga" dla
      doktoranta z pierwszego semestru, która pozwoliła mu się skupić wyłącznie na
      problemie. Aby zainicjować swój pobyt w instytucie S. zaprosił wszystkich na
      spotkanie przy piwie. Ciepłe jeszcze wieczory sprzyjały takim spotkaniom i cała
      impreza miała miejsce w ogródku przy jednej z knajp w centrum. Spotkanie
      "integracyjne" zdało egzamin, bo po litrze hefe weizena naukowcy zaczynają
      odsłaniać swoje bardziej ludzkie oblicze. Dla S. było to tylko potwierdzenie
      jego przypuszczeń: naukowcy to wieczne dzieci, którzy z biegiem czasu zamienili
      zabawki na bardziej zaawansowane technologicznie. Zupełna swoboda w wyrażaniu i
      formuowaniu opinii, czasami wręcz przewrotowych, godzinna dyskusja na temat
      alkoholu (co najszybciej upija?), kobiet (których w grupie po prostu nie było),
      polityki (nieśmiertelny temat Busha), wszystko to w sposób mało poważny. Trudno
      było uwierzyć, że niektórzy z nich mają już rodziny.

      Podczas spotkania S. znowu usłyszał "dowcip", który wcześniej już słyszał od J.
      H., post-doc z Finlandii, zaczął żalić się, że odrzucili mu publikację, a ta
      właśnie przydałaby się jak nigdy wcześniej. Może praca zupełnie nie umrze, ale
      kolejny proces recenzji zabierze z pół roku i wyniki ukażą się w miejscu mniej
      istotnym. A za parę tygodni miał przygotować raport z grantu. Negatywna opinia
      może oznaczać, że następny nie zostanie przyznany. Brutalna rzeczywistość, ale
      tak właśnie to działa. H. jednak zamierzał wrócić do kraju i znaleźć pracę poza
      nauką. Nie liczył na posadę profesora, a to już był jego drugi post-doc i trzeci
      nie wchodził w grę. Miał więc niewiele do stracenia i całą dyskusję podsumował
      stwierdzeniem: "dobrze, że nie zamierzam się dalej w to bawić. Inaczej
      pozostawałby mi tylko wyjazd do Polski na wymianę". Grupa wybuchnęła (nerwowym)
      śmiechem, S. zachichotał raczej dla towarzstwa, ale zauważył, że jeszcze nie
      jest częścią grupy. Każde stado wytwarza swoją kulturę, której elementy są
      niezrozumiałe dla ludzi z zewnątrz. Tajemnicza "wymiana z Polską" była właśnie
      takim elementem. Zaintrygowało go to, ale postanowił nie wypytywać o to od razu.

      Spotkanie skończyło się po północy. Niektórzy wrócili do domów, inni wsiedli na
      rowery i pojechali do XXXX popracować trochę, a przynajmniej sprawdzić jak idzie
      numeryka. S. czuł się zbyt zmęczony, żeby pracować. A jednak po powrocie do domu
      zaczął go męczyć problem piku i równań, nad którymi ślęczał cały dzień. Myśli
      wirowały w głowie. S. wiedział, że ta noc będzie bezsenna. Próbował zasnąć, ale
      po godzinie przewracania się z boku na bok włączył światło, znalazł jakiś papier
      i zaczął wypisywać równiania. Sen przyszedł dopiero ze wschodem słońca.

      c.d.n.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka