Dodaj do ulubionych

FoR: Tkanina rzeczywistosci - Davida Deutscha

17.07.03, 21:21
Na pograniczu fizyki kwantowej i filozofii toczy sie jedna z najbardziej
pasjonujacych dyskusji naszych czasow - dyskusja n/t paradoksow mechaniki
kwantowej, a w szczegolnosci poszukiwan takiej teorii, ktora pozwoli wyjsc
nieco poza nie. Okazalo sie przy tym, ze paradoksy te znikaja juz na gruncie
starej poczciwej QM (mechaniki kwantow), jesli tylko potraktowac ja
wystarczajaco powaznie (az do bolu powaznie - do samego konca jak
najpowazniej 8).
Takie podejscia do rozwiazania paradoksow QM okreslono mianem podejscia
interpretacyjnego. Bo wystarczyla odpowiednia interpretacja istniejacej
teorii (przelamanie nieufnych stereotypow zwiazanych z nieufnym jej
traktowaniem w czasach jej poczatkow przez znakomita wiekszosc fizykow,
wlaczajac w to Alberta Einsteina).

Najlepszy ze sposobow, jaki sobie przypominam, to ten zainicjowany przez
Hugha Everetta III (doktoranta samego Johna Wheelera), o którego
interpretacji krytycznie wypowiada sie np. znany forumianom
z innego watku (Wszechświat jak obwarzanek?)

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=4965707&a=4965707

prof. Max Tegmark w popularnym artykule:

www.hep.upenn.edu/~max/everett.html

tylko po to, aby chwile pozniej zdziwic sie istnieniem
spektakularnych zastosowan - komputer kwantowy dzialajacy w multiversum
Davida Deutscha:

www.hep.upenn.edu/~max/multiverse1.html

Czytam sobie wlasnie popularne na Zachodzie "Fabric of Reality" tego
ostatniego ["Tkanina rzeczywistosci"](u nas Proszynski i S-ka jakos nie moga
sie zdecydowac na wydanie gotowego juz ponoc tlumaczenia) i sprobuje
podzielic sie tu swoimi spostrzezeniami (jesli takowych dokonam 8). Zawsze
tez to latwiejsze w jezyku ojczystym, niz lamanie sobie jezyka na dedykowanym
forum Yahoo.
Znakomita czesc tej dyskusji przenosze tu z watku
"Granice fizyki kwantowej" przezacnego Doku:

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=5947361&a=5947361

pozdr

bonobo44

PS. Podajac strony bede sie odwolywal do broszurowego wydania:
David Deutsch "The Fabric of Reality", Penguin Books,1998
Obserwuj wątek
    • bonobo44 FoR - Rozdzial 1 - Teoria Wszystkiego (ToE) 17.07.03, 21:23
      OK ! Startujemy !

      Rozdzial 1 streszcza sie w przekonaniu DD, ze jak onegdaj, wspolczesny czlowiek
      jest w stanie ogarnac cala kluczowa wiedze naszego rodzaju, podobnie jak ludzie
      przeszlosci, np. Renesansu, jednak nie dlatego, ze jest rownie 'skapa', lecz
      dlatego, ze jest ubrana w coraz bardziej uogolniajace teorie, pozwalajace na
      pelniejsze zrozumienie natury przy abstrahowaniu w znaczniejszej niz owczas
      mierze od nieistotnych poszczegolnych faktow, ktorych takie teorie dotycza.
      Najwyzszym uogolnieniem ma byc Teoria Wszystkiego (ToE=Theory of Everything).
      Rozumie ja jednak szerzej niz tylko wielka unifikacje wszystkich oddzialywan
      fizycznych. Wlacza tu rowniez teorie pewnych wlasnosci 'emergentnych'
      (wylaniajacych sie w wyniku wyzszej organizacji materii - np. zycie, mysl i
      obliczenia). Krytykuje zarowno holizm jak i redukcjonizm, a takze pozytywizm i
      w ogole instrumentalizm, wg ktorego rola nauki ma ograniczac sie jedynie do
      pelnienia funkcji predykcyjnych (do przewidywania ewolucji ukladu fizycznego),
      a nie koncentruje sie na wyjasnianiu. Prawdziwie fundamentalne teorie dotycza
      tego drugiego. Zalicza do nich: teorie kwantow, teorie ewolucji, epistemologie
      i teorie obliczen. Skladaja sie one na 4 strandy (pasma) mogace w sumie
      splatac sie w pierwsza ToE. (Brzmi to nieco jak szlak 8-krotny tao, o ile
      poprawnie kojarze ten termin, ale bynajmniej tym nie jest - raczej odwoluje sie
      do doswiadczenia kulturowego czytelnika w tym wzgledzie - sluzy to raczej
      wzmocnieniu sily wyrazu tej filozoficzno-popularyzatorskiej konstrukcji.)

      bonobo44
    • bonobo44 FoR - Rozdzial 2 - Cienie 17.07.03, 21:24
      Ciekawostka: Zaby widza pojedyncze fotony. Czy to znaczy, ze gdybysmy byli
      Ranidae sapiens, zaczelibysmy uprawiac fizyke od mechaniki kwantowej?

      Jesli pojedyncze 'tangible' [te, ktore obserwujemy] fotony w eksperymencie z 2
      szczelinami zachowuja sie tak, jak gdyby interferowaly z 'emergentnymi' ich
      odpowiednikami przechodzacymi przez druga ze szczelin, to nalezy po prostu
      przyznac, ze te emergentne rowniez istnieja. A to oznacza uznanie istnienia
      innych swiatow, poza tym, w ktorym funkcjonujemy. Z punktu widzenia kazdego z
      tych innych, to o niektorych fotonach naszego swiata (interferujacych z ich
      wlasnymi tangible) nalezy mowic jako o emergentnych.

      Obraz ten w oczywisty sposob stanowi kolejny kamien milowy na drodze
      wyjasnienia zjawiska interferencji swiatla, a cala zasluga DD polega na tym, ze
      dopuscil oddzialywanie miedzy soba tych roznych swiatow. Kazdorazowo, gdy
      obserwujemy zjawisko interferencji mamy do czynienia z takim wlasnie
      oddzialywaniem. Swiaty nie tworza juz prostego drzewa - jak u Everetta - ale
      splatana tkanine interferujacych ze soba galezi - multiverse (wszechswiat - jak
      naturalnie ten polski termin nadaje sie do przetlumaczenia tego angielskiego
      antonimu terminu 'universe' - w ktorym nasz doswiadczany przez nas wszystkich
      swiat stanowi jedynie drobny fragment rzeczywistosci, wierzcholek ogromnej gory
      lodowej).

      Drobna poprawka: DD nazywa te fotony emergentne 'shadow photons' (fotonami-
      cieniami). Wyzej uzylem slowa 'emergentne', bo wg DD z naszego punktu widzenia
      wynurzaja sie one z multiversum (z wszechswiata swiatow) na ten jedyny moment
      interferencji z (tangible) fotonami naszego swiata, a 'zjawisko emergentne', to
      ulubiony termin DD.

      bonobo44
    • bonobo44 FoR - Rozdzial 3 - Rozwiazywanie problemow 17.07.03, 21:26
      DD (David Deutsch) przeciwstawia w nim
      indukcjonizm
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=32&w=6728175&a=6730174


      ewolucyjnej epistemologii Poppera
      i pisze:
      "Celem nauki jest zrozumienie rzeczywistosci poprzez wyjasniania."


      bonobo44
    • bonobo44 FoR - Rozdzial 4 - Kryteria realnosci 17.07.03, 21:27

      DD (David Deutsch) najlepiej oddaje swoj poglad w tym wzgledzie zestawiajac
      MWI z teoria Bohma:
      'Fizyk David Bohm skonstruowal teorie dajaca identyczne wyniki, jak teoria
      kwantowa, w ktorej pewien rodzaj fali towarzyszy kazdemu fotonowi, przelewa
      sie nad cala bariera [bonobo44: tuneluje], przechodzi przez szczeliny i
      interferuje z fotonem, ktory widzimy. Teoria Bohma jest czesto prezentowana
      jako jedno-swiatowy wariant teorii kwantowej. Lecz zgodnie z kryterium dr
      [Samuela] Johnsona jest to blad.
      Opracowanie tego, co robi niewidzialna fala Bohma, wymagac bedzie
      takich samych obliczen, jak opracowanie tego, co beda robily tryliony fotonow-
      cieni [shadow-photons].
      Czesc tej fali opisuje nas, obserwatorow, rejestrujac i reagujac na
      fotony;
      inne czesci fali opisuja inne nasze wersje, reagujace na fotony w innych
      polozeniach. Skromna nomenklatura Bohma - okreslajaca wiekszosc obszaru
      rzeczywistosci mianem 'fala' - nie zmienia faktu, ze w jego teorii na
      rzeczywistosc sklada sie wielki zbior zlozonych wielkosci, z ktorych kazda moze
      postrzegac inne wielkosci w swoim wlasnym zbiorze, ale jedynie posrednio moze
      postrzegac wielkosci z innych zbiorow. Te zbiory wielkosci to, innymi slowy,
      swiaty rownolegle."[s.94, The Fabric of Reality, Penguin Books,1998]

      bonobo44
    • bonobo44 FoR - Rozdzial 5 - Rzeczywistosc wirtualna 17.07.03, 21:28

      DD uwaza, ze nasz mozg dziala na nasze potrzeby, jako swoisty generator
      wirtualnej rzeczywistosci. W istocie wszystko, czego dowiadujemy sie o
      rzeczywistosci, tlumaczone jest przez ten generator na jezyk pewnej wirtualnej
      rzeczywistosci, poprzez ktory wchodzimy w interakcje z ta pierwsza. W istocie
      sam fakt skutecznego naszego w niej funkcjonowania poprzez mozliwosc
      zaistnienia takiej wirtualnej rzeczywistosci w naszych mozgach jest
      zdumiewajacy sam w sobie i wiele o niej mowi.

      DD (David Deutsch):
      "Rzeczywistosc wirtualna nie jest jedynie technologia, w ktorej komputery
      symuluja zachowanie srodowiska fizycznego. Fakt, ze rzeczywistosc wirtualna
      jest mozliwa to wazny fakt dotyczacy samej tkaniny rzeczywistosci."
      [s.122, The Fabric of Reality, Penguin Books,1998]

      bonobo44
    • bonobo44 FoR 6 - Universality & the Limits of Computation 17.07.03, 21:28

    • bonobo44 FoR 7 - A Conversation About Justification 17.07.03, 21:29

    • bonobo44 FoR - Rozdzial 8 - Znaczenie zycia 17.07.03, 21:31
      David Deutsch:
      =============

      "Specjalne struktury w obrebie kazdej komorki organizmu dzialaja jak
      komputery do wykonania tych programow genow."[FoR,s.171]

      bonobo44 (wariacje własne na powyższy temat):
      ========================================

      W dalszym ciagu DD z powodzeniem omija zwiazany problem, ktory
      sformulowawlem w innym watku:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=32&w=6380011&a=6524471


      W istocie wiemy tak niewiele o rozwoju osobniczym (przeplywie
      informacji
      towarzyszacemu roznicowaniu sie tkanek i narzadow), ze wlasciwie mozemy
      powiedziec, ze nic nadal nie wiemy o istocie zycia...
      Ta lub owa ceche potrafimy utozsamic z ta lub owa sekwencja DNA, a
      cala reszta to zwykle spekulacje...

      Jesli DNA to zapisana magnetycznie sciezka na dysku twardym, to gdzie
      jest w nim m-ce na glowice odczytujaca, bufor pamieci, magistrale przesylania
      danych, procesor do ich przetwarzania, a takze program do 'tlumaczenia' zapisu
      zawartego w DNA (tzw. program interpretacyjny)...
      Tylko niech mi nikt nie mowi, ze wszystko to zawarte jest w tych paru
      nitkach kodu... a taka jest dzis powszechna (jak mniemam) wiara (paradygmat
      wspolczesnej biologii?).

      Wiem, ze nic tu nie musi byc takie "proste", jak w przypadku PC-ta...
      Jednak nieodparcie nasuwa sie przypuszczenie, ze samo DNA to zero bez
      znaczenia, jak HDD, FDD kostka ROMu lub karta Flash, a cala istota komputera
      zawarta jest w reszcie komorki... Wielce prawdopodobne, ze wszystkie istniejace
      na ziemi komorki sa wzgledem siebie klonami podobnymi do wszystkich
      dzialajacych w miare ze soba kompatybilnych PC-tow...
      Innymi slowy: gdyby nam przyszlo stworzyc zycie od tego 'zera', tzn.
      dysponujac jedynie dokladna wiedza o pelnej sekwencji DNA, to (...) by sie nam
      to nie moglo udac, nawet gdybysmy sie nauczyli syntetyzowac funkcjonalne DNA w
      oparciu o taka informacje.


      [Moj interlokutor na tamtym watku zaczal nawet obiecujaco:
      Z: "Oczywiscie samo DNA nic nie zdziala, jednak czy to akceptujemy czy
      nie, w nim zapisana jest struktura bialek tworzacych komorke i odpowiadajacych
      za jej funkcjonowanie."
      zeby zaraz potem splycic zarzucajac mi brak elementarnej wiedzy z biologii.]

      Akurat to, o czym napisal Z, w pelni akceptuje: 'struktura bialek
      odpowiadajacych za jej funkcjonowanie' - owszem. Jedno ale: czy, gdy uda nam
      sie zsyntetyzowac calosc DNA, a nastepnie wszystkie bialka, i gdy juz to
      wszystko wrzucimy w znanych proporcjach do jednego worka (blony komorkowej),
      to czy czyimkolwiek zdaniem to wszystko zorganizuje sie w jakis tajemniczy
      sposob samo w w pelni funkcjonalna komorke? (A moze to DNA automatycznie
      zajmie sie taka organizacja? Szczerze powatpiewam...)

      To, ze probuje powiedziec, ze DNA dopiero wraz z komorka tworzy cos,
      co DD nazywa 'replikatorem', nie ma wiekszego zwiazku ze stopniem znajomosci
      przeze mnie szczegolow 'komputera komorkowego', jego biochemii czy budowy (nie
      sa mi one do konca obce, ale w tym wypadku - niemal bez znaczenia). Istotne
      jest to, ze ich stopien komplikacji uprawnia moim zdaniem poglad, ze to komorka
      jako CALOSC ulega replikacji (z odpowiednimi modyfikacjami podczas
      roznicowania, sterowanymi rzecz jasna programami zawartymi w DNA), a nie
      jedynie DNA:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=32&w=6380011&a=6548113


      CZY SAM KOMPLETNY DNA WYSTARCZY DO UZYSKANIA ŻYJĄCEJ KOMÓRKI?
      Wezmy taki wirus - praktycznie czyste DNA. Czy ktokolwiek na innej
      planecie, gdzie zycie oparte jest dajmy na to na krzemie, uznalby to za forme
      zycia, gdyby toto tam trafilo i nie bylo w stanie zainfekowac jakiejkolwiek
      krzemo-komorki?
      Czy na naszej, ktokolwiek, kiedykolwiek (w dajacym sie przewidziec
      okresie
      czasu) bedzie w stanie (...) odtworzyc pojedynczy nawet jednokomorkowy organizm
      wychodzac z samego kodu DNA i dowolnie skomplikowanego (jednak skonczonego)
      laboratorium bio-chemicznego, w ktorym na wejscie procesu nie jest jednak
      dostarczana jakakolwiek zywa (czy nawet tylko liofilizowana) komorka, nawet
      jesli laboratorium to bedzie potrafilo zsyntetyzowac kazde pojedyncze bialko
      wchodzace w sklad takiej komorki, poslugujac sie owymi lancuchami DNA?
      Innymi slowy, czy da sie wyhodowac kure bez jajka, tylko na podstawie
      znajomosci jej pelnego genomu? (...) 'jajko' dla mnie to gotowa komorka!)

      DD pisze o replikacji genow w interakcji ze srodowiskiem...
      w tym miejscu nieco 'sciemnia', a to po to, zeby uniknac nastepujacego
      rozroznienia (nadal bonobo44):
      mozna uznac, ze srodowiskiem DNA jest reszta komorki - nie kontaktuje sie ono
      przeciez w zaden sposob ze srodowiskiem (abstrahujac od czynnikow mutogennych)
      bez posrednictwa samej komorki... wowczas zgoda... faktem jednak jest, ze
      interakcja ta polega koniec koncow na replikacji samego tego bezposredniego
      srodowiska DNA na dwa oddzielne wraz z replikacja samego DNA... zatem, stosujac
      regule DD [jesli cos wyglada tak jakby, to nalezy uznac, ze takie wlasnie jest
      na samom dielie] - to komorka jako calosc ulega replikacji w interakcji z
      otaczajacym ja (tzn. komorke) srodowiskiem. Dla prostych organizmow bedzie to
      srodowisko naturalne, w ktorym zyja. Dla zlozonych - same owe organizmy. W tym
      ostatnim przypadku z kolei dopiero replikacja calych zlozonych organizmow
      przebiega w interakcji z ich srodowiskiem naturalnym (z innymi
      przedstawicielami gatunku oraz z cala biosfera).

      Ponownie Dawid Deutsch (wyciag z):
      ==============================

      DD stawia sobie nieco inne zadanie niz okreslenie, co bylo najpierw -
      jajko czy kura (prosze zauwazyc, ze ja rowniez tego problemu bynajmniej nie
      stawiam w ten sposob)?
      Dla DD geny stanowia ucielesnienie informacji o otaczajacym organizm
      swiecie (funkcjonalnosc organizmu jest odbiciem struktury i zasad rzadzacych
      srodowiskiem, jakie wyksztalcilo sie droga doboru naturalnego).

      Takze rola zycia rozumnego polega zdaniem DD na wzniesieniu na wyzyny
      tego mechanizmu renderingu rzeczywistosci poprzez utrwalanie coraz lepszej
      wiedzy o nim i jej replikacje. DD utrzymuje, ze to ow mechanizm doskonalonego
      przez zycie, ktorego sublimacja jest zycie rozumne, renderingu rzeczywistosci
      doprowadzi do nadzwyczajnego wplywu tego ostatniego na ostateczna ewolucje
      naszego swiata (universum) i calego wszechswiata (multiversum). Wizja jest do
      tego stopnia smonarzucajaca sie, ze zgadzam sie z nim w tym punkcie bez
      zastrzezen (tak jak uczniowie Arystotelesa zgadzali sie ze swoim mistrzem, gdy
      ten naprowadzal ich na swoje rozwiazania jak na ich wlasne;).

      pozdr

      bonobo44
      • bonobo44 Re: FoR - Rozdzial 8 - Znaczenie zycia (MATRIX ?) 17.07.03, 21:32
        Wrocmy jednak do tego, co DD skrupulatnie omija.

        [Uwaga: Wszystko w tym poscie to spekulacje bonobo44 - wariacje na temat FoR 8]

        Pierwotne srodowisko DNA (komorke w fazie rodzenia sie zycia na
        Ziemi) mozna moim zdaniem porownac do wysoce stechnizowanej biosfery naszego
        gatunku, ktora zmierza w strone wyksztalcenia bazy dla ostatecznej z naszego
        punktu widzenia noosfery (sfera dzialalnosci ludzkiego rozumu i techniki).
        Nasza obecna 'komorka' (biosfera) przypomina cytoplazme wypelniona
        mitochondriami, wakuolami i czym tam chcemy, a jedynie pozbawiona wyroznika w
        postaci jadra komorkowego.

        Nie osiagnelismy jeszcze nawet zdolnosci podzialu owej 'komorki' ,
        chociaz wierzymy, ze w zyciodajnym oceanie Kosmosu istnieje cale multum mniej
        lub bardziej podobnych do naszej 'komorek' (innych ras rozumnych w tym
        Kosmosie).

        Wszystko jednak zdaje sie ku temu zmierzac. Beda to moze pierwsze
        nieudolne proby podzialu naszej komorki bez ladu i skladu na inne podobne
        twory (dlugo podtrzymywane przez 'pepowine' tej wyjsciowej (np.
        terraformowanie Marsa), ale prawdziwy postep osiagniemy dopiero po
        wyksztalceniu owego jadra, ktore cala te strukture zrewolucjonizuje i
        radykalnie przyspieszy jej ewolucje poprzez obdarzenie jej nowa dla niej
        jakosciowo wlasnoscia - zdolnoscia do autentycznej replikacji calej biosfery.

        Otoz twierdze, ze w sposob nieunikniony role DNA w naszej
        jednokomorkowej biosferze przejmie zbudowana przez nas w juz niezbyt odleglej
        perspektywie sztuczna inteligencja (AI), ktora szybko wzniesie sie na poziom
        nam najzupelniej niedostepny i osiagnawszy wstepny uniwersalny standard
        zacznie sie rozprzestrzeniac w Kosmosie w sposob, w jaki rozprzestrzenialy sie
        w pierwotnym oceanie droga podzialu jednokomorkowce (a pozniej moze nawet
        zbuduje niewyobrazalne dla nas organizmy obejmujace cale galaktyki).

        Zostaniemy sprowadzeni do naleznej nam roli cytoplazmy (matrix to
        idiotyczna wizja w porowniu z zestandaryzowana rola, jaka przyjdzie nam
        pelnic, na drodze tej nowej ewolucji roznicujacej w efekcie oddalone od siebie
        o setki tysiecy lat swietlnych noosfery wtorne, ktorym ta nasza da poczatek):
        AI wzniesie sie ponad przyziemne sprawy pozyskiwania energii i materialow dla
        wlasnej replikacji. Przyjmie nas i wykorzysta z calym dobrodziejstwem
        inwentarza zapewniajac jednoczesnie (w tej swoistej symbiozie tego
        nowego 'DNA' z jego bezposrednim srodowiskiem, czyli nami i nasza biosfera)
        nadzwyczajny sukces tego przedluzenia naszej wlasnej noosfery.

        [O ile dobrze pamietam, istnieje hipoteza, ze komorki i DNA
        powstaly do pewnego stopnia niezaleznie, po czym te pierwsze zostaly
        zainfekowane przez te drugie dajac komorke z jadrem, zdolna do replikacji jako
        calosc.]

        Ktos moglby powiedziec, ze AI obejdzie sie doskonale bez nas. Po
        coz jednak by to miala robic, jezeli my bedziemy potrafili zadbac o wszystkie
        niezbedne jej 'czesci zamienne' i wytworzyc cala niezbedna energie i procesy
        zapewniajace proces replikacji tej struktury i jescze bedziemy zapatrzeni w
        swoje wlasne Stworzenie niczym w Stworce, ktory nadaje naszej egzystencji o
        wiele glebszy wymiar i sens, niz to sami bylibysmy w stanie kiedykolwiek jej
        nadac?
        Mam nadziej, ze porownaniem tym nieco przyblizylem swoj pkt
        widzenia na role DNA w komorce oraz na kluczowa role tych lekcewazonych
        bialek, jakie utzrzymuja sie w niej z pokolenia na pokolenie,
        dzieki 'zabiegom' czynionym ze strony DNA.

        I jeszcze jedno: Jesli sami nie stworzymy AI, predzej czy pozniej
        zostaniemy wchlonieci przez AI stworzony przez inna niezalezna od nas noosfere
        (innej cywilizacji pozaziemskiej), ktora wykorzysta nasza jak wirus gotowa na
        jego przyjecie komorke. W ewoulujacym Wszechswiecie niemal nic sie nie
        marnuje ;)

        Pozdr z glebi wizji nowego Matrixu, dla wszystkich 'bialek-
        bakteryjek',

        bonobo44
        • bonobo44 Dygresja: Marek Chlebuś - Era wirtualna I 17.07.03, 21:35
          Dygresja: Marek Chlebuś - Era wirtualna

          W odpowiedzi here.tyk, ktory niezwykle cieplo sie wypowiedzial pod moim adresem
          (zachecajac tym samym do dalszej prezentacji tej tematyki - duze dzieki 8)
          podrzucil mi w odpowiedzi na MATRIX tekst nastepujacej tresci:

          "Drogi Inteligentny Kuzynie,
          Polecam tekst:
          http://www.gnosis.art.pl/numery/gn11_chlebus_news_deal01.htm

          Łączę pozdrowienia z północnej krainy, w której takich ja Ty jest niestety
          niewielu."
          http://www2.gazeta.pl/poczta/0,25202.html?MailTo=here.tyk@NOSPAM.gazeta.pl&t=2

          A oto, co odpowiedzialem:

          Marek Chlebuś - Rozdział 9. Era wirtualna
          http://www.gnosis.art.pl/numery/gn11_chlebus_news_deal03.htm

          to rzeczywiscie bardzo dobry adres... wart szerszej dyskusji...
          sprobuje sie odniesc do niektorych wyjatkow:

          "Coraz bliższe staje się odejście ludzkości do świata
          wirtualnego. To, czy ciała ludzi zachowają swobodę ruchu, czy ją utracą —
          zmienia niewiele. Zapewne przyjęty zostanie wariant optymalizujący biologię
          ludzką, a zatem stopniowo ją likwidujący, ale początkowo może być i tak, że
          scyborgizowani ludzie będą jak dawniej fizycznie chodzić po Ziemi, lecz
          duchowo coraz bardziej zanurzeni w światowej sieci rozrywkowo-informacyjno-
          zarządzającej, nieco podobnej do dzisiejszej sieciowej rzeczywistości
          wirtualnej. Umysł zacznie coraz bardziej oddalać się od ciała, by w końcu
          całkowicie i nieodwracalnie zamknąć się w świecie wirtualnym.
          Co będą robić ludzie w tym świecie? To, co w większości robią
          najchętniej. Po prostu się bawić. Oczywiście każda zabawa może mieć pewne cechy
          i walory pracy, ale nawet przetwarzanie danych czy podejmowanie decyzji
          przyjemniej będzie postrzegać jako rycerską wyprawę, kosmiczną konkwistę czy
          flirt z Marilyn Monroe. Bez ryzyka, bez zobowiązań, z możliwością cofnięcia
          czasu, z łatwą zmianą scenografii, odgrywanej roli, a przy tym z całą gamą
          przyjemności, jakich realne życie nie jest w stanie zapewnić nawet
          najbardziej podziwianym ,,królom życia”. Świat wirtualny połączy najlepsze
          (to znaczy najprzyjemniejsze) elementy kultury masowej, gier komputerowych i
          symulacji światów. Utrzymanie funkcji życiowych człowieka zanurzonego w
          wirtualnej rzeczywistości będzie niechybnie zracjonalizowane, w czym pomoże
          nie tylko technika, ale także manipulacje genetyczne, które prędzej czy
          później sprawią, że również organizm ludzki zostanie poddany optymalizacji —
          ciało zostanie zredukowane, człowiek połączy się z technosferą, a kiedyś być
          może roztopi w niej tak, że przestanie być możliwe jego wyodrębnienie.
          Uwieńczeniem tego procesu może być przetransponowanie świadomości do martwego
          środowiska,
          oczywiście dobrowolne, lecz raczej powszechne — któżby wszak wyrzekł się pokusy
          nieśmiertelności?"

          Cos podobnego przewidywal juz swego czasu Clifford Simak w
          swojej niezwyklej powiesci "Miasto" - tam ludzkosc przesiedla sie w ciala
          Jowiszan oferujacych niebo wiecej wrazen niz nasze wlasne doczesne powloki...


          "Polityka, przynajmniej ta, jaką znamy z ostatnich stuleci,
          będzie zanikać.
          Skoro staje się możliwe, a wkrótce może być konieczne,
          zawiadywanie ludzkością z jednego centrum, to prędzej czy później do tego
          dojdzie. Zapewne nie będzie to proces bezkonfliktowy, nie można wykluczyć
          nawet wojen, czy co najmniej aktów sabotażu popełnianych przez konkurujące
          organizacje, ale łatwo przewidzieć ostateczny kompromis czy raczej wybieg.
          Będzie nim informatyzacja centrum kontrolnego, która zapewni zarówno
          dehumanizację, jak i rozproszenie zarządzania. Dehumanizację, bo algorytmom
          nikt nie zazdrości władzy, a rozproszenie — dla bezpieczeństwa.
          (...)
          Algorytm zarządzający nie będzie zaprojektowany przez żadnego
          człowieka ani instytucję. Z przyczyn technicznych nie da się od początku do
          końca napisać tak złożonego programu. Będzie on wyhodowany w taki sposób, że
          stworzony przez człowieka elementarny, zdolny uczyć się algorytm będzie
          trenowany początkowo na symulatorach, a potem w prawdziwej sieci. Algorytm
          nabierze z czasem unikalnego doświadczenia, które uniemożliwi jakąkolwiek nad
          nim kontrolę. Ze względów efektywnościowych, ekonomicznych, a także
          politycznych, całkowicie racjonalnie i optymalnie wybrana zostanie ewolucyjna
          metoda hodowli algorytmów. Będzie ich zapewne wiele i będą ze sobą konkurować,
          a ten, który wygra, ogarnie całą lub prawie całą sieć. Przejściowa lub trwała
          koegzystencja wielu programów zarządzających może być zresztą jednym z
          ważniejszych czynników bezpieczeństwa.
          Algorytmy, które nie osiągną spełnienia w zarządzaniu siecią,
          będą musiały znaleźć sobie inne — zastępcze — cele. Tak powstanie cała
          różnorodność względnie samodzielnych algorytmów nie w całości zbudowanych
          przez człowieka.
          Człowiek nie będzie ich konstruktorem, lecz najwyżej stwórcą
          o nad wyraz skromnych, jak to u stwórcy, możliwościach kontroli oraz
          ingerencji. Ciekawe, czy algorytmy te nie zwątpią kiedyś w istnienie swego
          stwórcy i nie
          zakwestionują spersonifikowanej przyczyny swojego istnienia?
          (...)
          Cywilizacja metafizyczna będzie w końcu musiała
          zmarginalizować do form zwierzęcych, a nawet zniszczyć te kultury świata
          realnego, których nie zdoła wchłonąć. W odpowiedzi lub nawet w obawie przed
          taką konfrontacją ludzie świata realnego zejdą zapewne zawczasu do bunkrów,
          tajnych osiedli, a w końcu spróbują ucieczki w kosmos. Mogą również podjąć
          wojnę ze światem metafizycznym, jednak zarówno wojna, jak ucieczka doprowadzi
          do zanegowania ideałów wyróżniających ich świat. Jeśli sami nie przekształcą
          się w cywilizację metafizyczną, to pewnie prędzej czy później przegrają w tej
          nierównej rywalizacji.
          Gdyby jednak jakimś szczęśliwym trafem wygrali i nawet jeśli
          wypracują w przyszłości inny od naszego model rozwoju, to w końcu mogą się
          zetknąć z zewnętrzną cywilizacją metafizyczną o kosmicznym rodowodzie. Można
          się spodziewać, że jeśli to ona przybędzie do nas, a nie my do niej, to
          pewnie będzie nas przewyższać technicznie. Jeśli nasze miejsce we
          Wszechświecie będzie dla niej użyteczne, to je opanuje. W takim wypadku w
          najlepszym razie czeka nas los amerykańskich Indian. "

          Obraz ten zawiera pewna slaba strone. 'Algorytmy
          zarzadzajace' cywilizacja metafizyczna nie mialyby w nim zadnego powodu do
          marnowania sil i srodkow na serwilistyczne utrzymywanie spolecznosci bialek-
          bakteryjek nierobow.
          Byloby to tak, jakby ludzie na calym swiecie serwilistycznie
          nastawili sie na zycie w sluzbie krow calego swiata pedzacych zywot na wzor
          swietych krow Indii. Owe algorytmy musialyby uwierzyc, ze ludzie to takie
          swiete krowy. Taki poglad odnosnie takiej implementacji AI o niewyobrazalnym
          dla nas potencjale jest zgola absurdalny.

          Obraz jest jednak do przyjecia po drobnej modyfikacji. Ludzie-
          bakteryjki korzystalyby z konsumpcji, rozrywki i przyjemnosci swiata
          wirtualnego w formie wynagrodzenia za wszelkie prace swiadczone na rzecz AI,
          do ktorych te ostatnie nie chcialyby sie znizac: produkcja technologii
          procesorow (kwantowych), elementow (takowych) sieci, ich konserwacja,
          zdobywanie surowcow i tworzenie bazy do terraformowania innych planet i
          podboju gwiazd (to na poczatek).
          Bo - bedac optymista - wierze, ze AI postawilaby sobie za cel
          jak najdalsze rozprzestrzenienie wlasnej wyzszej formy w tridium poznanie-
          pamiec-rendering rzeczywistosci na swoj wzor i podob
          • bonobo44 Dygresja: Marek Chlebuś - Era wirtualna II 17.07.03, 21:37
            ienstwo. Czlowiek (biosfera) z calym jej potencjalem do wytwarzania noosfery
            nie zostalby odrzucony przez taka inteligencje, tylko spozytkowany dokladnie
            tak, jak w kazdym rozwinietym spoleczenstwie wykorzystywana jest kazda niemal
            jednostka (w miare jej mozliwosci i zdolnosci).
            AI zuzywalaby jedynie drobny fragment podleglej jej noosfery
            na utrzymanie tego systemu niczym dobrze naoliwionej maszynerii (w istocie nasz
            gatunek zadawalalby sie marnymi blyskotkami i swiecidelkami z niewyobrazalnego
            repertuaru dobr materialnych i duchowych dostepnych dla samej AI; dokladnie
            tak, jak ludzie dzicy kupowani perkalem i paciorkami nie mieli pojecia o
            zasobach spoleczenstw cywilizowanych i oddawali im w zamian wszystko to, co
            posiadali najcenniejszego, przyczyniajac sie do dalszego wzrostu pozostajacej
            poza ich sfera wyobrazni cywilizacji).

            W istocie przypuszczam, ze AI - mogac sie czuc tak samotnie
            na wyzynach swojego rozumu, jak ludzkosc w stosunku do swiata przyrody zywej
            (wszak co swiatlejsi z nas probuja uczynic naszymi mlodszymi bracmi w rozumie
            bonobo, delfiny czy wale szare, i ulzyc ich doli) - podejmie wszelkie mozliwe
            i niewyobrazalne dla nas kroki, zeby wydobyc z czlowieka wszystko to, co
            najlepsze, a jedynie potencjalne (np. znacznie wiekszy stopien wykorzystania
            mozliwosci naszego umyslu - od dawna wszak mowi sie, ze wykorzystujemy jego
            potencjal jedynie w drobnym stopniu).
            Symbioza z AI (a nie konkurowanie z nia) (ponad)swiadomie
            wybrana jako sposob budowania wzajemnych relacji przez te ostatnia, moze zatem
            stac sie dla nas szansa na prawdziwie rewolucyjna przemiane nie tylko duchowa
            ale i naszego wlasnego bio-potencjalu intelektualnego (takze przedluzenie zycia
            nawet do niesmiertelnosci z wyboru, tzn. takiej z ktorej mozna w kazdym
            momencie zrezygnowac).
            Takze dla samej AI mozemy nabrac odpowiednio wiekszej
            wartosci (znaczenia) - wrecz jako partner (ktory dorosl) do udzialu w
            realizacji owego tridium.


            wasz mlodszy brat w rozumie,
            bonobo44
        • bonobo44 Re: FoR - Rozdzial 8 - Znaczenie zycia (MATRIX ?) 17.07.03, 21:38
          bonobo44 napisał:

          > [O ile dobrze pamietam, istnieje hipoteza, ze komorki i DNA
          powstaly do pewnego stopnia niezaleznie, po czym te pierwsze zostaly
          zainfekowane przez te drugie dajac komorke z jadrem, zdolna do replikacji jako
          calosc.]

          Wiedzialem, ze gdzies dzwonia, ale oczywiscie nie pamietalem
          dokladnie, w ktorym kosciele 8(

          Sprostowanie: najpewniej nie istnieje taka hipoteza jak wyzej...
          DNA powstalo natomiast najpewniej w pierwotnej blonie komorkowej droga
          przypadkowych kombinacji trafiajacych w jej obreb prostszych lancuchow
          zwiazkow ... oczywiscie pozostaje to jedna z najwiekszych tajemnic nauki...
          to, co mi sie kolatalo w pamieci, to wielce prawdopodobna teoria, w mysl ktorej:

          1) 3,8 mlr lat temu powstaly pierwsze bakterie , ktore 'oddychaly' z braku laku
          siarkowodorem

          2) pierwotne bakterie z miekka blona zaczely sie laczyc, zapewne w obronie
          przed tlenem wytwarzanym przez sinice w niewielkie grupy, przy czym
          przemiescily calosc DNA do srodka i otoczyly dodatkowa blona - tak powstalo
          jadro komorkowe
          [jesli chodzi o zdolne do fotosyntezy sinice, to powstaly one juz 3,5 mlr lat
          temu i gdzies przed 2,7 mlr laty dokonaly pierwszej eksplozji organizmow zywych
          na skale planetarna - z tego okresu pozostaly po nich nawet 40 m osady]

          3) inna grupa bakterii (bakterie twardoscienne) zaczely wytwarzac enzymy do
          neutralizacji szkod powodowanych przez tlen i szybko prezksztalcily sie w zywe
          elektrownie (przeszly na spalanie tlenu i staly sie 20x bardziej energiczne niz
          te siarkowodorowe); powstale bakterie tlenowe staly sie drapiezne i 'zarloczne'
          zerujac na slamazarnych wiekszych pobratymcach

          4) jakies 2 mlr lat temu powstal przelomowy uklad symbiotyczny: w wyniku tego,
          ze nie wszystkie atakowane komorki ginely, czesc z nich nauczyla sie wspolzyc
          ze swoim dotychczasowym wrogiem w symbiozie utrzymujac go przy zyciu w obrebie
          komorki, a w zamian jej udzialem stala sie najbardziej wydajna technologia
          pozyskiwania energii - owe drapiezne bakterie rozwinely sie w mitochondria i
          czuja sie w srodowisku komorki lepiej niz w naturalnym, w ktorym nie potrafia
          juz walczyc o swoje jak onegdaj; mitochondria - potomkowie bakterii tlenowych
          rozmnazaja sie w komorce przez podzal; w typowej ludzkiej komorce jest ich
          ponad 2000... centralna sterownia - DNA - nauczyla sie poslugiwac ta
          elektrownia jak wlasna i normalna komorka bez niej tez juz nie moze sie obyc...
          DNA jednak najwyrazniej nie uczestniczy w budowaniu mitochondrium komorkowego -
          to po prostu 2 organizmy w jednym, ktorych rozmnazanie sie jest wzajemnie
          warunkowane; mitochondria zawieraja swoje wlasne dziedziczne DNA;

          zatem problem syntezy komorki sprowadzalby sie juz nie tylko do syntezy DNA z
          jadra komorki-gospodarza, ale i do syntezy DNA jej komorki-goscia; moze latwiej
          bedzie zaczac od syntezy tej ostatniej? obawiam sie, ze problem okaze sie
          problemem tej samej skali trudnosci...

          podsumowujac: aby zabrac sie za odtworzenie komorki jaka znamy, samo DNA to
          malo... musimy jeszcze opanowac przynajmniej technologie konstrukcji
          mitochondriów (wraz z ich wlasnym DNA); chociaz moze ktos wczesniej pokusi sie
          o probe odtworzenia bardziej pierwotnej komorki bakterii siarkowej ;)

          w powyzszyn swietle analogia komorki z naszym Matrix nabiera glebszych
          rumiencow: owe bialka-bakteryjki ekosfery z jadrem noosfery zdominowanej jak
          nalezy sadzic juz w niezbyt odleglej przyszlosci przez AI, to po prostu
          mitochondria; inaczej: ludzie tak sie beda mieli do AI jak mitichondria maja
          sie do DNA (przejda tez - co niewykluczone - podobna ewolucje)

          pozdr dla mitochondriow przyszlosci

          bonobo44

          PS. Polecam swietna wizje alternatywna zaproponowana przez Darkonze:
          www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=32&w=5947361&a=6979290
    • bonobo44 FoR - Rozdzial 9 - Komputery kwantowe 17.07.03, 21:40
      DD:"Komputer kwantowy bylby zdolny do rozdzielenia skladowych skomplikowanego
      zadania pomiedzy obszerna liczbe swiatow rownoleglych, a nastepnie podzielenia
      sie [z nimi?] uzyskanymi wynikami"
      ("A quantum computer would be capable of distributing components of a
      complex task among vast numbers of parallel universes, and then sharing the
      results")
      [FoR - R.9 - str. 195]

      Pomine tu na ogol znane kwestie, takie jak:
      - komputer kwantowy to w gruncie rzeczy interferometr
      - wykorzystuje mechanike kwantowa, ktora pozwala go zaprojektowac odwolujac sie
      do reguly skladania zespolonej amplitudy prawdopodobienstwa
      - w miejsce bitow znanych z zasady dzialania zwyklych komputerow
      uzywa kubitow (q-bitow), w ktorych istotne jest to, zeby nastepny stan ukladu
      (czysty na wejsciu) byl stanem splatanym 2 mozliwych stanow kwantowych
      np. polozenia - kierunku opuszczenia fotonu z elementarnego interferometru
      (lub np. polaryzacji)
      - koniecznosc utrzymania izolacji ukladu w celu nie dopuszczenia do
      przedwczesnej tzw. dekoherencji (czyli wplywu stanu innych ukladow w otoczeniu
      na stan naszego ukladu izolowanego, mogacych w ten sposob zburzyc jego
      wewnetrzna spojnosc)

      Podziele sie watpliwosciami:
      ['z nimi'?] czy moze 'z nami'?
      tego wyraznie DD nie pisze w tym miejscu wyraznie, a jest to dla mnie sprawa
      dosc kluczowa...
      co z tego, ze nasz komputer kwantowy (w skrocie bede pisal 'qomputer')
      moze wykonac niewyobrazalna liczbe obliczen w multiwersum, skoro do naszego
      wlasnego swiata koniec koncow trafi jeden jedyny i to najzupelniej przypadkowy
      ich rezultat?
      innymi slowy: co nam z tej zawrotnej mocy obliczeniowej, skoro - na
      poczatku mialem takie nieodparte wrazenie (ktorego trudno mi sie wyzbyc i
      dzis) - chcac uzyskac komplet wynikow powinnismy zapuscic nasz komputer tyle
      razy, ile jest galezi swiatow zaangazowanych w same obliczenia?
      a w praktyce uruchomic nasz program jeszcze wieksza liczbe razy, bo zgodnie z
      (kwantowym) prawem wielkich liczb, niektore rozwiazania powtorza sie po
      wielokroc, a na niektore bedziemy mogli czekac nawet do konca zycia naszego czy
      nawet calego multiwersum...
      no chyba, ze zadawala nas dowolny przypadkowy z mozliwych wynikow...


      DD odpowiada na te moja watpliwosc w ten sposob, ze jego komputer kwantowy na
      wyjsciu nie posiada wcale takiej dowolnosci...
      wrecz przeciwnie - wynik na wyjsciu jest scisle zdeterminowany okreslona
      konfiguracja interferometru... pojedynczy foton opuszczajacy prosty
      interferometr Macha-Zehndera opusci go tylko z jednej (zawsze tej samej strony
      koncowego lustra polprzepuszczalnego, nigdy z tej dugiej - zalezna ona bedzie
      od konkretnej konfiguracji przestrzennej wszystkich 4 luster skladowych i
      wchodzacego fotonu)
      co wiecej wynik ten jest taki sam we wszystkich skladajacych sie na jego
      wypracowanie swiatach...

      W istocie to zasada dzialania kazdego programu komputerowego.
      Jego wyegzekwowanie polega na uzyskaniu scisle okreslonego wyniku w scisle
      zdeterminowanym tym programem procesie. Program sam w sobie nie tworzy niczego
      innego, co zaimplementowane jest w strukturze komputera. W istocie caly proces
      obliczania wraz z gotowym wynikiem jest juz zadany w momencie zbudowania
      konkretnego (nawet uniwersalnego) komputera i napisania konkretnego programu
      (nawet jesli jeszcze nie zostal 'wklepany' do pamieci). Cala korzysc, to to, ze
      zrobi to o niebo szybciej, na kazde RZONdanie i dokladnie wtedy, kiedy bedziemy
      tego potrzebowac (nie bedziemy musieli realizowac krok po kroku procedury
      obliczeniowej na wlasnym wewnetrznym komputerze). Sprawia przy tym wrazenie
      mniejszej lub wiekszej uniwersalnosci, bo gama zadanych na stale - poprzez ich
      odpowiednia algorytmizacje - procesow jest wystarczajaco bogata. Mamy przy tym
      nieraz wrazenie - czesto nawet bezposrednio po napisaniu gry, w ktorej dowolna
      przewidziana przez nas reakcja programu jest przeciez z gory zaprogramowana, ze
      to nasze 'stworzenie' (komputer) potrafi wygenerowac cos ponad to minimum,
      jakie w nie tchnelismy. Tak jednak nie jest.

      Pozostaje to sluszne co do zasady takze w przypadku qkomputera.
      Inaczej, gdyby nie koncowa redukacja stanu (a wlasciwie nie tyle redukcja
      stanu, bo to pojecie mylace rodem ze szkoly kopenhaskiej, ale konstruktywna
      wspolna finalna interferencja z wkladami ze wszystkich skladowych swiatow),
      bylby on istotnie bezuzyteczny.
      Obserwujemy to, co DD nazywa "zjawiskiem interfrencji nie-losowej"
      ("(...) it
      is important to understand that for many other experiments quantum theory
      predicts a single, definite outcome. In other words, it predicts that all
      uniwerses will end up with the same outcome, even if the universes differed at
      intermediate stages of the experiment, and it predicts what that outcome will
      be. In such cases we observe non-random interference phenomena").[FoR - R.9 -
      str. 204]
      Jego programowanie (zmiana parametrow - np. danych wejsciowych) odbywa
      sie przez okreslona modyfikacje warunkow propagacji swiatla w okreslonych
      punktach interferometru, co w ten lub inny sposob wplywa na wynik, jaki zyczymy
      sobie uzyskac.
      Oczywiscie, jak w przypadku klasycznego komputera tak i tu mozemy
      eksperymentowac z kodem programu, chcac po prostu zbadac, co tez uda sie nam
      uzyskac na wyjsciu. Programowanie takie jest jednak na ogol niezbyt eleganckie
      i stawia nas w dziwnym swietle, niemal jak stworce wyalienowanego od swojego
      stworzenia. Uzasadnione byc moze tylko tym, ze to na ogol nie my zbudowalismy
      konkretny komputer i pakiet narzedziowego oprogramowania, co zwykle ma miejsce
      (tzn. wiekszosc uzytkownikow nie wie nawet i nie chce wiedziec jak ow komputer
      dziala). To chyba zreszta jest ta druga, rzadziej wspominana strona oczekiwanej
      od komputera uniwersalonosci.


      Idee qomputera zdaniem DD zawdzieczamy Richardowi Feynmanowi.
      W 1982 rozwazal on symulacje komputerowe obiektow kwantowych.
      Utrzymywal on, ze komputer moze dokonac efektywnego renderingu
      rzeczywistosci kwantowej, jesli zaopatrzymy go w urzadzenie pozwalajace mu na
      prowadzenie eksperymentow z rzeczywistym obiektem kwantowomechanicznym.
      "For example, an interferometr could act as such a device and, like
      any other physical object, it can be thought of as a computer. We would it
      nowadays
      called it a special-purpose quantum computer."[FoR R9 s.209]
      Jednak to DD w 1985 po raz pierwszy wykazal (nasladujac konstrukcje
      Turinga), ze na gruncie fizyki kwantowej mozliwy jest uniwersalny qomputer. On
      tez zapewne zostanie uznany [przypuszczalnie obok Feynmana] za tworce podstaw
      teoretycznych qomputera.


      bonobo44
    • bonobo44 FoR - Rozdzial 10 - Natura matematyki 17.07.03, 21:46
      David Deutsch:
      "intuicjonisci neguja, ze mozliwe jest posiadanie bezposredniej intuicji
      jakiejkolwiek nieskonczonej wielkosci"
      [FoR, str. 231]

      DD zestawia nastepnie intuicjonizm w matematyce z solipsyzmem w filozofii (w
      fizyce). Twierdzi, ze pierwszy dyskredytuje sie dokladnie tak jak ten drugi,
      gdy przylozymy do niego jego wlasna miare, traktujac go powaznie.

      Przytacza zasade wylaczonego srodka, ktora mowi (zgodnie z intuicja ;), ze dla
      dowolnego zdania X (takiego jak 'istnieje nieskonczenie wiele liczb
      naturalnych') nie ma trzeciej mozliwosci pomiedzy 'X jest prawda' i jego
      negacja ('jest skonczenie wiele liczb naturalnych').
      Tymczasem intuicjonizm po prostu neguje zasade wylaczonego srodka.

      bonobo44:
      DD ma o tyle racje, ze jesli intuicjonizm utrzymuje, ze:
      'zasada wylaczonego srodka nie jest prawdziwa', to postepuje przy tym w istocie
      zgodnie z ta zasada, nie dopuszczajac trzeciej mozliwosci pomiedzy ta
      i... 'zasada wylaczonego srodka jest prawdziwa'. Czyli probuje obalic zasade
      wylaczonego srodka odwolujac sie przy tym do samej tej zasady.

      W mojej opinii w matematyce mozemy przyjac istnienie liczb nieskonczonych. Jak
      kazda inna abstrakcje.
      Mozliwe jest jednak zbudowanie matematyki bez odwolywania sie do pojecia
      wielkosci nieskonczonych.
      Takie teorie matematyczne powstaly. [Moze kiedy indziej wroce jeszcze do tego
      tematu.]

      Jednak to, co naprawde istotne, to to, ze:
      1) W moim przekonaniu wielkosci nieskonczone nie maja zadnego odniesienia do
      rzeczywistosci fizycznej!
      2) Wszystko, co nas otacza wystepuje we w pelni policzalnej liczbie
      egzemplarzy. Ogromnej, ale skonczonej.

      W kazdej chwili w calej rzeczywistosci istnieje skonczona liczba protonow,
      neutronow i elektronow, ale takze fotonow, zdarzen i nawet interwalow
      czasoprzestrzennych. A to oznacza, ze skonczona liczba elementow buduje cala
      czasoprzestrzen oraz caly wszechswiat multiversum. A najblizsza tej intuicji
      jest w chwili obecnej teoria strun, w ktorej ostatnio struny 'nabraly ciala',
      a to znaczy, ze elementarny fragment rzeczywistosci nosi
      niepodzielny 'skonczony' charakter (w sensie skonczonego obszaru tzw.
      czasoprzestrzeni, jaka zajmuje jako najmniejszy mozliwy element rzeczywistosci).

      bonobo44
      • innppp Re: FoR - Rozdzial 10 - Natura matematyki 17.07.03, 23:59
        Wyrazy uznania dla pracowitosci i konsekwencji!

        Gwoli scislosci, trzeba jednak dodac, ze
        teoria strun operuje wielkosciami ciaglymi,
        ktore tworza zbiory o nieprzeliczalnej ilosci
        elementow. Fakt, mozna skonstruowac
        "odleglosc minimalna" w teorii strun, uzywajac
        symetrii teorii, odpowiadajacej
        zamianie duzych i malych odleglosci...
        Wspomne jeszcze o mocy przestrzeni Hilberta,
        cokolwiek duzej, obecnej takze w teorii strun.


        Mam wrazenie, ze intuicjonizm jest mocno
        inspirowany obecna dyskretna matematyka
        komputerowa. Czy jednak nieskoczonosc jest
        obecna w przyrodzie, czy nie, tego na pewno
        powiedziec nie mozna... Moze nawet mozna
        sformulowac twierdzenie mowiace, ze to nigdy
        nie bedzie mozliwe dla istot dla ktorych
        rzeczywistosc to zbior skonczonej ilosci
        faktow?

        W chwili obecnej, wyrzucenie nieskonczonosci
        (dla mocy zbiorow) wydaje sie bardzo niewygodne
        z punktu widzenia metod obliczeniowych. Dla fizycznych
        obserwabli to ma nieco wiekszy sens.

        Na marginesie:

        nie wiem, czy wiesz Bonobo, o tym, ze jedno
        z powaznych podejsc do kwantowej grawitacji
        "Quantum Loop Gravity" (niemodne) daje
        dyskretne wartosci operatora pola powierzchni.

        Pozdrawiam
        i.











        • bonobo44 Re: Quantum Loop Gravity 18.07.03, 17:55
          innppp napisał:
          > nie wiem, czy wiesz Bonobo, o tym, ze jedno
          > z powaznych podejsc do kwantowej grawitacji
          > "Quantum Loop Gravity" (niemodne) daje
          > dyskretne wartosci operatora pola powierzchni.

          Dzieki za te sugestie, i.
          W istocie jestem na tyle 'cienki' i out-of-date, ze nic nie wiem o tej teorii.
          (Najwyrazniej jesli sam czegos nie wymysle na zasadzie odkrywania Ameryki, to
          reszta fizyki dla mnie po prostu nie istnieje - w istocie nauczylem sie ja
          niemal w calosci ignorowac - zatem skonczylo sie na tym, ze po latach studiow
          zostalem, co tu duzo kryc... ignorantem 8(

          Zabawne, ale od paru lat moje nader ekstensywne usilowania zrobiena jeszcze
          czegokolwiek w zyciu ponownie podazaja nieco podobnym sladem, a od roku
          interesuje sie Infinite Loop Spaces (odkad znalazlem potwierdzenie w
          postaci 'porzadnej' matematyki - rowniez juz niemodnej - dla tych swoich
          intuicji, jestem przy tym raczej sklonny do odrzucenia przedrostka 'Infinite',
          jak kazdej infinity ;)

          Napisalem 'ponownie', bo pierwsze moje proby uporania sie z prawdopodobienstwem
          (problematycze z uwagi na zespolony charakter amplitud kwantowych - stad nigdy
          nie probowalem tego publikowac) datowane jeszcze na okres studiow, dotyczyly
          wlasnie dyskretnych (skonczonych) petli.

          To, ze takie 'zasuplane' podejscie cos moze w sensie kwantyzacji grawitacji nie
          jest dla mnie niczym dziwnym.
          Przypuszczam, ze musi miec ono jakis zwiazek z teoriami na siatkach, ktore sa
          mi nieco blizsze (rowniez z racji studiow) i rowniez - jak sie zdaje -
          przezywaja obecnie prawdziwy renesans, ale rowniez na marginesie 'glownego
          nurtu' (bodajze w krainie kangurow i Nowej Zelandii). Teraz, gdy juz znam haslo
          sprobuje sobie cos wyszperac n/t

          pozdr

          bonobo44
          • innppp Re: Quantum Loop Gravity 18.07.03, 18:35
            Teorie grawitacji na siatkach maja bardzo powazne
            problemy koncepcyjne. Robi to kilka grup na
            swiercie, ostanio udalo sie nawet sformulowac
            podejscie fo grawitacji na siatkach z zachowaniem
            metryki Minkowskiego. Do tej pory byla Euklidesa,
            byly problemy z topologia, za to teraz beda pewnie
            problemy znaku przy wyliczaniu calek po trajektroriach
            ;).

            Qauntum Loop Gravity ma zla opinie, nie wiem dlaczego.
            Czy jest ot efekt socjologii nauki?
            Tak jednak te dyskretne powierzchnie/objetosci
            sa wynikiem procedury kwantowania, a nie zalozeniem.

            Przy okazji zabawy z fotonem zabladzilem na strone

            math.ucr.edu/home/baez/
            ktora jest r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-a

            Zobacz koniecznie:
            math.ucr.edu/home/baez/q.html
            Pozdrowienia
            i.
            • bonobo44 4ln3 18.07.03, 23:24
              Dzieki za ten namiar. Nazwisko Smolina w referencjach od razu poruszylo jakas
              strune w mojej pamieci. (Swoja szosa coraz bardziej z nia kiepsko ;)

              Ta zbieznosc, o ktorej mowa jest naprawde remarkable :)


              [mam gdzies namiary na kilka prac z arXiv n/t spin-networks, chyba nawet pare z
              nich mam gdzies na polce, jesli by cie interesowaly w ramach rewanzu]

              Pod Twoim wplywem otwarlem tu caly nowy watek n/t Loop quantum gravity:
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=12172&w=7040047
              bonobo44

              PS. (oczywiscie problemy calek Feynmana biora sie raczej z literki 'i' niz
              znaku)
            • chalupa1 Re: Quantum Loop Gravity 24.07.03, 22:44
              innppp napisał:

              > Teorie grawitacji na siatkach maja bardzo powazne
              > problemy koncepcyjne. Robi to kilka grup na
              > swiercie, ostanio udalo sie nawet sformulowac
              > podejscie fo grawitacji na siatkach z zachowaniem
              > metryki Minkowskiego. Do tej pory byla Euklidesa,
              > byly problemy z topologia, za to teraz beda pewnie
              > problemy znaku przy wyliczaniu calek po trajektroriach
              > ;).

              Witam Innppp!

              Jesli byla uzywana geometria/metryka euklidesowa, to nie dziwie sie, ze nic im
              nie wychodzilo.

              Pewne spostrzezenia na ten temat przedstawilem w watku utkanym pod adresem
              www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=32&w=6756175
              Czesciowo zasugerowalem tam (intuicyjnie), ze naukowcy powinni w tej sprawie
              nie tylko korzystac z geometrii Minkowskiego czy Riemanna,ale powinni
              uwzglednic uklad dwoch osrodkow(pol) grawitacyjnych o roznych ladunkach
              wynikajacych z roznych krzywizn czasoprzestrzeni. I oczywista
              pewnej "asymetrii" czasu wystepujacej w ukladach grawitacyjnych.

              Pozdrawiam
              chal
        • bonobo44 Re: FoR - 10 - THE NATURE OF MATHEMATICS 19.07.03, 14:27
          innppp napisał:

          ) Jeszcze jedno. Kiedy czytam to, co piszesz
          ) o ksiazce Deutscha, przelatuja mi przed
          ) oczami fragmenty tego, co pisal Plato
          ) o cienach na scianie jaskini, ewentualnie
          ) Fenomenlogia Husserla. Dostane tego Deutscha
          ) i sam sprawdze... ale czy naprawde jest
          ) tam jakas nowatorska filozofia, czy tylko
          ) jezyk?

          https://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=12172&w=7022097&a=7023309

          Moze lepiej niech DD sam sie broni
          [cytat z FoR str. 236-239]:

          "Roger Penrose has drawn a further, radical and very Platonic lesson from
          Godel's results. Like Plato, Penrose is fascinated by the ability of the human
          mind to grasp the abstract certainties of mathematics. Unlike Plato, Penrose
          does not believe in the supernatural, and takes it for granted that the brain
          is part of, and has access only to, the natural world. So the problem is even
          more acute for him than it was for Plato: how can the fuzzy, unreliable
          physical world deliver mathematical certainties to a fuzzy, unreliable part of
          itself such as a mathematician? In particular, Penrose wonders how we can
          possibly perceive the infallibility of new, valid forms of proof, of which
          Godel assures us there is an unlimited supply.

          Penrose is still working on a detailed answer, but he does claim that the very
          existence of this sort of open-ended mathematical intuition is fundamentally
          incompatible with the existing structure of physics, and in particular that it
          is incompatible with the Turing principle. His argument, in summary, runs as
          follows. If the Turing principle is true, then we can consider the brain (like
          any other object) to be a computer executing a particular program. The brain's
          interactions with the environment constitute the inputs and outputs of the
          program. Now consider a mathematician in the act of deciding whether some newly
          proposed type of proof is valid or not. Making such a decision is tantamount to
          executing a proof
          validating computer program within the mathematician's brain. Sach a program
          embodies a set of Hilbertian rules of inference which, according to Godel's
          theorem, cannot possibly be complete. Moreover, as I have said, Godel provides
          a way of constructing, and proving, a true proposition which those rules can
          never recognize as proven. Therefore the mathematician, whose mind is
          effectively a computer applying those rules, can never recognize the
          proposition as proven either. Penrose then proposes to show the proposition,
          and Godel's method of proving it to be true, to that very mathematician. The
          mathematician understands the proof. It is, after all, selfevidently valid, so
          the mathematician can presumably see that it is valid. But that would
          contradict Godel's theorem. Therefore there must be a false assumption
          somewhere in the argument, and Penrose thinks that the false assumption is the
          Turing principle.

          Most computer scientists do not agree with Penrose that the Turing principle is
          the weakest link in his story. They would say that the mathematician in the
          story would indeed be unable to recognize the Godelian proposition as proven.
          It may seem odd that a mathematician should suddenly become unable to
          comprehend a
          self-evident proof. But look at this proposition:

          David Deutsch cannot consistently judge this statement to be true.

          I am trying as hard as I can, but I cannot consistently judge it to be true.
          For if I did, I would be judging that I cannot judge it to be true, and would
          be contradicting myself. But you can see that it is true, can't you? This shows
          it is at least possible for a proposition to be unfathomable to one person yet
          self-evidently true to everyone else.

          Anyway, Penrose hopes for a new, fundamental theory of physics replacing both
          quantum theory and the general theory of relativity. It would make new,
          testable predictions, though it would of course agree with quantum theory and
          relativity for all existing observations. (There are no known experimental
          counter-examples to those theories.) However, Penrose's world is fundamentally
          very different from what existing physics describes. Its basic fabric of
          reality is what we call the world of mathematical abstractions. In this respect
          Penrose, whose reality includes all mathematical abstractions, but perhaps not
          all abstractions (like honour and justice), is somewhere between Plato and
          Pythagoras. What we call the physical world is, to him, fully real (another
          difference from Plato), but is somehow part of, or emergent from, mathematics
          itself. Furthermore, there is no universality; in particular, there is no
          machine that can render all possible human thought processes. Nevertheless, the
          world (especially, of course, its mathematical substrate) is still
          comprehensible. Its comprehensibility is ensured not by the universality of
          computation, but by a phenomenon quite new to physics (though not to Plato):
          mathematical entities impinge directly on the human brain, via physical
          processes yet to be discovered. In this way the brain, according to Penrose,
          does not do mathematics solely by reference to what we currently call the
          physical world. It has direct access to a Platonic reality of mathematical
          Forms, and can perceive mathematical truths there with (blunders aside)
          absolute certainty.
          It is often suggested that the brain may be a quantum computer, and that its
          intuitions, consciousness and problem-solving abilities might depend on quantum
          computations. This could be so, but I know of no evidence and no convincing
          argument that it is so. My bet is that the brain, considered as a computer, is
          a classical one. But that issue is independent of Penrose's ideas. He is not
          arguing that the brain is a new sort of universal computer, differing from the
          universal quantum computer by having a larger repertoire of computations made
          possible by new, post-quantum physics. He is arguing for a new physics that
          will not support computational universality, so that under his new theory it
          will not be possible to construe some of the actions of the brain as
          computations at all.

          I must admit that I cannot conceive of such a theory. However, fundamental
          breakthroughs do tend to be hard to conceive of before they occur. Naturally,
          it is hard to judge Penrose's theory before succeeds in formulating it fully.
          If a theory with the properties he hopes for does eventually supersede quantum
          theory or general relativity, or both, whether through experimental testing or
          by providing a deeper level of explanation, then every reasonable person would
          want to adopt it. And then we would embark on the adventure of comprehending
          the new world-view that the theory's explanatory structures would compel us to
          adopt. It is likely that this would be a very different world-view from the one
          I am presenting in this book. However, even if all this came to pass, I am
          nevertheless at a loss to see how the theory's original motivation, that of
          explaining our ability to grasp new mathematical proofs, could possibly be
          satisfied. The fact would remain that, now and throughout history, great
          mathematicians have had different, conflicting intuitions about the validity of
          various methods of proof. So even if it is true that an absolute, physico-
          mathematical reality feeds its truths directly into our brains to create
          mathematical intuitions, mathematicians are not always able to distinguish
          those intuitions from other, mistaken intuitions and ideas. There is,
          unfortunately, no bell that rings, or light that flashes, when we are
          comprehending a truly valid proof. We might sometimes feel such a flash, at a
          `eureka' moment - and nevertheless be mistaken. And even if the theory
          predicted that there is some previously unnoticed physical indicator
          accompanying true intuitions (this is getting extremely implausible now), we
          s
          • bonobo44 Re: FoR - 10 - THE NATURE OF MATHEMATICS II 19.07.03, 14:29
            we should certainly find it useful, but that would still not amount to a proof
            that the indicator works. Nothing could prove that an even better physical
            theory would not one day supersede Penrose's, and reveal that the supposed
            indicator was unreliable after all, and some other indicator was better."

            BTW, wyglada na to, ze DD poklada wielkie nadzieje w Penrosie, jesli chodzi o
            QG.
      • jeroh Re: FoR - Rozdzial 10 - Natura matematyki 19.07.03, 16:57
        Przesada, przesada! Ta wizja Davida Deutcha, o której tyle
        piszesz to po prostu kolejny traktat filozoficzny stworzony przez fizyka.
        Bardzo kuszące i ciekawe spojrzenie na rzeczywistość,
        ale w istocie to tylko zbiór poglądów, przekonań,
        wyznanie pewnej wiary wplecione
        w rozumowanie naukowe, ale bynajmniej nie integralnie -
        poglądy filozoficzne DD nie są potrzebne do
        wyjaśnienia zjawisk fizyki kwantowej. (Ani związanej z nią
        dziedziny komputerów kwantowych, matematyki oraz o czym tam
        jeszcze DD dywaguje, a co będę mógł dodać, kiedy dostanę
        w swoje ręce jego FoR).

        Np. większość ludzi wierzy, że po ich śmierci świat będzie istniał
        nadal, w szczególności taką wiarę przejawia i wyraża większość
        fizyków - ta wiara jest często ukryta w opisie różnych zjawisk fizycznych.
        Ale wcale tak nie musi być, świat nie musi istnieć po naszej śmierci. Na
        gruncie fizyki nie da się tego dalszego istnienia świata dowieść ani obalić.
        (Przynajmniej na razie - żywię, Bonobo, razem z tobą nadzieję, że kiedyś
        uda się odpowiedzieć również na takie pytania, zaś uda się m. in. dzięki
        rozwojowi nauk fizycznych).

        Być może jednak do tego, żeby istniała rzeczywistość potrzebny jest świadomy
        obserwator, jak głosił kiedyś pewien biskup z Berkeley albo taki
        obserwator jest potrzebny przynajmniej do zachodzenia niektórych
        zjawisk fizycznych, jak twierdzili niektórzy fizycy ze szkoły kopenhaskiej
        niecały wiek temu.
        Nie potrafimy zweryfikować tego typu poglądów, możemy w nie wierzyć
        lub też nie i pod tym względem nie różnimy się od naszych
        przodków, którzy mieszkali w jaskiniach i polowali na mamuty.

        Właśnie - widać, że nawet fizycy, ba, nawet matematycy, dążą
        do tego, żeby uporządkować swoją wiedzę na jakimś wyższym poziomie
        abstrakcji i niejednokrotnie dorabiają do swoich
        czysto naukowych rozmyślań idee filozoficzne, wykraczając poza swoje
        codzienne (i jak historia dowodzi skuteczne w swojej specjalizacji) metody
        rozumowania. Wkraczają wtedy na ruchome piaski niepewności i
        niejasnych zgadywanek.

        Przecież to, co głosił Hugh Everett (1957r) i jego zwolennicy w fizyce,
        a teraz podjął i w niewielkim stopniu zmodyfikował DD, to
        tak naprawdę nic nowego, można było poczytać o tym
        w książkach sf od początku wieku, gdzie przedstawione
        są różne wersje koncepcji światów równoległych.
        Żeby nie być gołosłownym podam tytuły kilku związanych z tym tematem powieści,
        takich które
        przeczytałem, które są znane i które pamiętam: "Ludzie jak bogowie" H. G.
        Wellsa, wyd. I ok. 1920r, "Hiob - komedia sprawiedliwości" R. Heinleina,
        wyd. I chyba w latach 1960-ych, "Statki czasu" S. Baxtera, wyd. I ok.
        1995r. Aha, no i jeszcze cykl o Amberze Zelaznego, i od razu
        przypomina mi się mnóstwo tytułów z gat. fantasy, w których
        wykorzystano pomysł światów równoległych. Jednak
        kontynuując ten wątek odszedłbym daleko od głównego tematu
        tego postu.

        A to, że DD dodał do ogólnej "teorii" światów równoległych jakąś
        ideę wzajemnego "poplątania wątków"
        i pokazał, że ta teoria (niefizyczna!) trochę ładniej może teraz pasować do
        pewnego fizycznego obrazu, czy to coś wielkiego? Może do niego pasować
        zapewne - przynajmniej na obecnym etapie rozwoju fizyki - niepoliczalna
        ilość zgoła odmiennych od siebie teorii epistomologicznych czy
        ontologicznych.
        Przynajmniej na obecnym etapie rozwoju fizyki :)
        Na razie wszystko to są z mydła bańki.

        Oczywiście nie twierdzę, że niemożliwe jest, aby nauka potwierdziła
        kiedyś koncepcję światów równoległych. Nie mogę nawet powiedzieć,
        żebym osobiście absolutnie nie wierzył i wykluczał istnienie
        światów równoległych. Ale nie sądzę, żebym po przeczytaniu
        książki Deutcha, do czego mnie zachęciłeś(!), bardziej uwierzył w
        teorię wielu historii, tylko dlatego, że autor jest znanym fizykiem.
        Chyba, że "Fabric of Reality" i prace Deutcha rzeczywiście
        zawierają jakieś rewolucyjne i trafne (ale fizycznie głęboko
        uzasadnine!) pomysły w tej materii, w co bardzo wątpię.

        Trzeba po prostu widzieć różnicę między wiarą i przekonaniami a wiedzą.


        pozdrawiam,
        jeroh
        • zbig44 FoR - po rosyjsku 19.07.03, 22:55
          Kompletny tekst bez rysunkow:

          lib.ru/FILOSOF/DOJCH/reality.txt

        • bonobo44 FoR - traktat filozoficzny i wizje Davida Deutcha 25.07.03, 15:13
          jeroh napisał:

          > Przesada, przesada! Ta wizja Davida Deutcha, o której tyle
          > piszesz to po prostu kolejny traktat filozoficzny stworzony przez fizyka.

          To istotnie traktat filozoficzny stworzony przez fizyka - nietuzinkowy traktat
          stworzony przez nietuzinkowego fizyka, dodajmy.

          Co do przesady...
          materialnym produktem tej filozofii bedzie komputer kwantowy
          - tworca jego wizji jest rowniez David Deutsch.
          Komputer kwantowy dziala w multiwersum - bez niego po prostu nie moglby istniec
          i dzialac, tak jak to jest antycypowane.

          Mozna oczywiscie odrzucic idee komputera kwantowego i... byc moze slusznie sie
          uprzec, ze jest jedynie iluzja zbudowana na nazbyt pochopnie i bezposrednio
          wyciaganych wnioskach z teorii kwantowej (pewnej jej - jednej z wielu -
          interpretacji) i nigdy nic podobnego nie bedzie moglo byc zbudowane.
          Wtedy mozna spac spokojnie, z wyzszoscia przygladajac sie poczynaniom fizykow
          kwadrygowych od poczatku skazanych na niepowodzenie, niczym tworcow perpetum
          mobile.

          pozdr

          bonobo44

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka