kulfon131
08.05.11, 10:16
Podczas porannej kawki trafiłem na całkiem ciekawy felieton. Ciekawy, bo przypomniała mi się pewna dyskusja na tym forum, w której jedna czy dwie mamy, całkiem "głośno" wyrażały swoje niezadowolenie i dezaprobatę dla decyzji dyrekcji jednej ze szkół podstawowych, na temat "wyrzucania" dzieci na mróz (chodziło o przerwy międzylekcyjne, spędzane na boisku, przy temperaturze ~10 stopni poniżej zera).
Polecam tym, jak i rzecz jasna innym młodym rodzicom, przeczytanie tego tekstu. Może przypomni im się, jak wyglądało prawdziwe dzieciństwo, o którym chyba zapomnieli.
Tekst nie zmieścił się w całości w jednej wiadomości, więc podzieliłem go na dwie. Polecam jednak doczytać do końca.
„Dzieci innej rzeczywistości”
Kinga Joanna Ochendowska
Od jakiegoś czasu, w sieciach społecznościowych krąży tekst, zaczynający się od słów: Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. Nikt już chyba nie wie, kto jest autorem tego tekstu. Ja znalazłam go w profilu kolegi z ogólniaka. Potem widziałam go już wszędzie, podawanego ze ściany na ścianę, z profilu na profil. Tekst prosty sam w sobie, jednak zaskakująco trafny. Zarówno my, jak i nasze dzieci, należymy do zupełnie innych rzeczywistości.
Oryginalny tekst możecie sobie wygooglać w Internecie, jeśli jeszcze go nie widzieliście. Wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę pierwsze zdanie. Wersji znajdziecie kilka, mniej lub bardziej do siebie podobnych, ale pryncypia są takie same. I jeden wniosek. Coś bardzo schrzaniliśmy.
Moje dzieciństwo było podobne do tego opisanego w tekście. Może z małymi wyjątkami – nie byłam członkiem osiedlowego gangu i nie bawiłam się na placach budowy, zapewne dlatego, że żadnej nie było w pobliżu. To ulotne podobieństwo wynika bardziej z generalnej idei, niż z potwierdzanych, krok po kroku, faktów.
Na przykład takie chodzenie do szkoły. W trzeciej klasie podstawówki, każdy chciał już chodzić do szkoły sam, chyba że mieszkał po drugiej stronie miasta. W czwartej klasie, jeśli kogoś odprowadzali wciąż rodzice, to był cieniasem. Dzieciaki zamykały za sobą drzwi kluczem, klucz wieszały na tasiemce na szyi, bo wiadomo, że dziecko to cielę i z kieszeni klucz może wypaść. Sami chodziliśmy do szkoły, sami wracaliśmy, bo nikt nie chciał zostawaćw świetlicy, która była po prostu nudna. Czasem urywaliśmy się, zwłaszcza w piątki, do pobliskiego muzeum Wojska Polskiego, pospacerować pomiędzy czołgami i armatami i pogadać o swoich sprawach. Telefonów w domach wtedy nie było, nie wspominając już o komórkach, więc trzeba było tylko pamiętać, żeby wrócić do domu, zanim pojawią się w nim rodzice. Na szczęście, zawsze ktoś miał zegarek. Byliśmy bezpieczni, pod uważnym okiem sąsiadów i znajomych sklepikarek.
Mieliśmy działkę za miastem. Całymi dnami biegałam na bosaka, taplałam się w błocie, jadłam jabłka prosto z ziemi, grzebałam patykami w liściach, na które zapewne sikały wcześniej dzikie, wściekłe lisy. I jakoś nie umarłam. Brat miał „kolarzówkę” – taki fajny rower. Duuuży. Kiedyś namówiłam go, żeby mnie przewiózł na bagażniku. Obaj z Tatą powiedzieli mi, że mam trzymać nogi z daleka od kół, ale wiadomo – dziecko to takie cielę, że zaraz zapomina, co do niego mówili przed chwilą. No i wkręciłam sobie stopę w szprychy. Bolało jak diabli. Nikt się na Tatę i Brata nie wydarł, że: „Jak to można tak nieodpowiedzialnie!”. Wszyscy się pukali w czoło i mówili: „To Ty nie wiesz, że się trzyma nogi z daleka od szprych?!” No. I potem to już zawsze wiedziałam.
Innym razem, skakałam przez kamienne oczko – stawik. Wiedziałam, że nie wolno, ale byłam święcie przekonana, że skakać to potrafię jak nikt inny. No i skoczyłam tak skutecznie, że wylądowałam na zadzie w samym środku oczka. Woda zalała mnie po sam czubek głowy, tak, że przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Stanęłam, ociekająca wodą i zachłystująca się powietrzem, w drzwiach. Obraz nędzy i rozpaczy. Usłyszałam coś o głupim cielęciu, dostałam ręcznik i gorącą herbatę. Więcej nie skakałam przez stawik.
Skakałam za to przez inne rzeczy. Na przykład z trzech ostatnich schodków w szkole, prowadzących do szatni w podziemiu. Wszyscy skakali. To był punkt honoru, że trzeba zeskoczyć i trzepnąć ręką w przebiegającą nad głową rurę. Tyle że ja byłam najwyższa w klasie i jak podskoczyłam za którymś razem, to zamiast ręką, wyryłam w rurę czołem i rąbnęłam na ziemię. Szatniarka pomogła mi się podnieść, pogroziła szmatą i powiedziała, że wszystko powie Tacie, jak przyjdzie mnie odebrać. Nie pisnęła ani słowem. Skoro rura zagrażała mojej głowie, to skakałam z trzech schodków prowadzących na górę, do pokoju nauczycielskiego. Na schodkach nie było stoperów, bo by się dzieciaki pozabijały biegając. Przy którymś skoku poślizgnęłam się i walnęłam kością ogonową w krawędź schodka. Nie mogłam chodzić, siedzieć, leżeć. Nic nie mogłam. Któryś z nauczycieli wziął mnie za fraki i zaciągnął (dosłownie!), do szkolnej pielęgniarki, która kazała siedzieć na krześle półdupkiem i się nie ruszać. Na lekcjach musiałam zostać i jeszcze wlepili mi uwagę do dzienniczka, za nieodpowiednie zachowanie na przerwie. Nikt się nad moją głupotą nie rozczulał. Potem skakałam już tylko na WF-ie.
Nie będę już wspominać, o zjeżdżaniu po poręczy na drugim piętrze, wychodzeniu za okno, żeby przespacerować się po parapecie i wyskakiwaniu z parteru na szkolne boisko, wprost na rosnące pod nim krzaki, bo tak bliżej. Pominę również milczeniem rzucanie się śnieżkami twardymi jak lód, jak również rzucanie tymi samymi śnieżkami w otwarte okna szkoły, na wysokości drugiego piętra. I te dzikie okrzyki radości, gdy któraś wpadła do środka. Żadna szyba nie została wybita.
W zasadzie, była to zapewne wina mojego Dziadka, który zabierając mnie na spacer do pobliskiego parku, pozwalał mi bez krępacji wspinać się po drzewach, podczas gdy on sam socjalizował się na ławeczce z innymi dziadkami. Za to Babcia nauczyła mnie mniej groźniej zabawy – robienia „becika” dla mini laleczek, poprzez odpowiednie zwijanie materiałowej chusteczki. Taka Babcia, to ostoja bezpiecznego świata.
Zawsze wracałam do domu z pozdzieranymi kolanami, podrapana i umorusana jak dziki stwór, z wielkimi dziurami w rajstopach na kolanach. Babcia i Ciocia załamywały ręce, ale cóż miały robić? Cerowały. Na grzybkach. Nikt tak fajnie rajstop nie cerował.
Bawiłam się ze wszystkimi, pańskimii bezpańskimi zwierzakami. W piwnicy mieszkały koty. Kotom wynosiło się mleczko na spodeczku, ale bydlaki były tak nażarte, że nie chciały podchodzić. To się nazywało polowanie – capnąć takiego kota. Kotom się to nie bardzo podobało, więc raz na jakiś czas trzepnęły po ręce brudnymi pazurami. Jakoś nie wdała mi się gangrena. I te nie szczepione psy, upaprane jak nie boskie stworzenia. Przytulało się do nich czule i udawało, że to koniki, albo dzikie lwy. I co? I nic. Jak pies zaczynał na ciebie patrzeć złym wzrokiem to był znak, że lepiej żeby znów zamienił się w psa i przestał być wyimaginowanym lwem. Dzięki temu instynktowi, żaden mnie nigdy nie użarł. Przynajmniej niezbyt poważnie.
Taplaliśmy się na bosaka w kałużach. Zjeżdżaliśmy na rowerach z górki, względnie jeździliśmy bez trzymanki po piaszczystych drogach. Albo śmigaliśmy na tyłkach z ośnieżonego zbocza. Ręce mieliśmy czerwone i zamarznięte na kość, a w nasze czapki, szaliki i rękawiczki ubieraliśmy bałwany. Do domu wracaliśmy obwieszeni soplami, z groźbą śmiertelnego zapalenia płuc nad głową. I nadal żyjemy.
ciąg dalszy w następnym wpisie >