fan_gazety
28.04.04, 14:45
W nawiązaniu do wątku "Nauczyciele i uczniowie"...
Chciałbym dorzucić swoje parę groszy na ten temat. Bo smutno jest. Wygląda na
to, że rośnie bariera między uczniami i nauczycielami. Wielu nauczycieli
słusznie zauważa, że tak dalej nie może być. Że nie może być "normalne, że
uczniowie (podstawówka) zwracają się do nich w sposób pozbawiony
jakiegokolwiek szacunku, a oni udaja, że wszystko jest ok?". Że powstaje
jakaś nierównowaga pomiędzy prawami i obowiązkami uczniów. Że za duży akcent
jest obecnie kładziony na te prawa. Potwierdzam to przekonanie: tak nie może
być.
Ale jest i druga strona medalu. W opinii wielu uczniów jest przepaść między
nauczycielami i nimi. Wg nich z nauczycielami nie da się tak po prostu
pogadać, po ludzku i zwyczajnie. W szkołach (kilku), które znam z tej czy
tamtej strony, uczniowie nie znajdują w nas, dorosłych, nauczycielach,
wsparcia. Widzą obojętność, widzą podkreślanie administracyjnej "władzy"
dzierżonej przez nauczycieli, widzą traktowanie ich z góry. Widzą złą pracę
na lekcjach, manipulowanie ocenami, widzą brak pasji, zaangażowania. I widzą
brak możliwości poprawy sytuacji, co jest szczególnie przykre. Jednocześnie
widzą, że niektórym nauczycielom ZALEŻY - i na nich, jako młodszych
podopiecznych, i na swojej pracy. Jednak ciemne strony przeważają. To one
rzutują na obraz szkoły.
Mnie osobiście najbardziej poraża głos rezygnacji tych uczniów, który się
słyszy i o którym się czyta: "Nic się nie zmieni. Nie ma sensu nic robić, bo
obróci się to przeciwko nam". Ręce opadają. To dorośli są odpowiedzialni za
stworzenie takiej sytuacji. Bo kto? Jeśli młodsza osoba boi się mnie o coś
zapytać, to czyja to wina? Moja! Bo to ja, jako dorosły i "wychowawca",
powinienem stworzyć takie warunki, by można było pytać o WSZYSTKO i zgłaszać
KAŻDY problem.
Myślę jednak, że to czasem przekracza możliwości danego człowieka. Dlatego
uważam, że selekcja nauczycieli winna być o wiele ostrzejsza. Nie każdy kto
zdobył tę pracę, powinien mieć zagwarantowany etat na zawsze. Każdy z nas
powinien byc oceniany. Ale na serio. Być może, że w wyniku takiej oceny
okazało by się, że nie nadaję się do pracy w szkole. I wtedy - trudno,
pomimo, że - dajmy na to - pracuję już parę lat, miejsca dla mnie w tej
szkole, decyzją dyrektora, być dla mnie nie powinno. Bo na drugiej szalce
jest los, rozwój młodego człowieka. Kształtowanie jego postaw. I za to
jesteśmy wszyscy - a dyrektor szkoły formalnie - odpowiedzialni. A to bardzo
dużo. To zbyt poważna sprawa, by umożliwić nauczycielom, którzy nie mają
osobowościowych predyspozycji i którym nie starcza zapału, który są wypaleni,
którzy nie mają dość wiedzy merotyrycznej, trwanie w tym zawodzie. Może
sprawę ułatwiłyby kontrakty na czas określony?
Zanim więc dalej bedziemy tu narzekać na trudną dzisiejszą młodzież (nie
nasze pokolenie pierwsze, poprzednie też tak miały, i tez się
wydawały "pionierami"), bardzo proszę: pomyślcie, jak zrobić, by w szkole
pracowali po prostu lepsi nauczyciele? By dla nauczycieli nie radzących sobie
w tym czy innym aspekcie pracy nauczycielskiej miejsca w szkole po prostu nie
było. Co można zrobić, by dyrektorzy mogli lepiej korzystać z prawa do
kształtowania swojej kadry? Bo w samo krytycyzm ludzi trudno uwierzyć. Wszak
trzeba jakoś zarobić pieniądze na utrzymanie siebie i rodziny.
Bardzo proszę, by pomyśleć i o nas, dorosłych, jako o przyczynach sytuacji
opisanych w zagajeniu do dyskusji w wątku "Nauczyciele i uczniowie".