Nie tylko dysleksja

03.02.05, 15:00
Jakiś czas temu brałem udział w dyskusjach o problemach dyslektyków w szole i
doszedłem do wniosku, że problem nie tkwi w dysleksji ale w systemie
nauczania i w samych nauczycielach.

Abstrahując od dysleksji dlaczego szkoła nie stara się kłaść nacisku na
rozwój w kierunku zdolności i zainteresowań ucznia. Dlaczego uczeń ma
wiedzieć wszystko?
Dlaczego z jednej strony zmusza się uczniów do intensywnej pracy nad
zagadnieniami, które nie są im potrzebne w dalszym życiu, są całkowicie
sprzeczne z ich zdolnościami, zainteresowaniami, i potrzebami, a z drugiej
strony nie pracuje się w tych dziedzinach, które są z nimi zgodne.

Przecież powinniśmy się uczyć dla siebie a nie dla szkoły i nauczycieli –
postulat ten jest znany od setek lat: „non scholae, sed vitae discimus” ale i
od wieków nic się nie zmienia.
Wielokrotnie w dyskusji z nauczycielami spotykałem się z opinią że od ucznia
trzeba dużo wymagać. Zgoda, ale dla czego drodzy nauczyciele nie wymagacie
najpierw od siebie?
Łamiecie elementarne zasady psychologii i pedagogiki, wymagając od uczniów
tylko ładnego prowadzenia zeszytów i nauki pamięciowej w stopniu większym niż
to jest potrzebne i znacznie przekraczającym możliwości dzieci, nie
dostosowując metod nauczania do potrzeb ucznia, czy po prostu poniżając go
tak dla zasady na każdym kroku.
Nie pogłębiacie swojej wiedzy a wszelkie nowe informacje są dla was ”tylko
teorią psychologiczną”, wasza kultura osobista jest często na poziomie, który
znacznie odbiega od tego czego można oczekiwać od ludzi wykształconych a
zwłaszcza od ludzi, którzy kształtują postawy i kulturę dzieci i młodzieży
(chodzi mi głównie o stosunek do innych, często arogancki, nie szanowanie
poglądów innych, brak samokrytycyzmu).

Szkoła jest miejscem „gdzie okrągłych ludzi przycina się do małych
kwadratowych ramek”
6 latek jest bardzo ciekawy świata, chłonie wszystkie informacje „jak gąbka”,
chętnie się uczy, ćwiczy, i bardzo chce iść do szkoły. Co się z nim dzieje,
że po kilku miesiącach w szkole całkowicie się zmienia.
Czy temu znowu są winni rodzice i dzieci, czy to wynika z ich wrodzonego
lenistwa i cwaniactwa?
Najczęściej stosowana metoda nauczania to wkuwanie na pamięć, gdyż nie wymaga
ona od nauczyciela żadnej pracy. I to tacy nauczyciele najczęściej walczą
z „odmieńcami”, gdyż nie pasują oni do ich uporządkowanego świata. Przeciętny
uczeń ma być może większą wiedzę niż rówieśnicy z innych krajów, ale nie
rozumie jej i nie potrafi jej wykorzystać. Skutkiem tego mamy nasze „polskie
piekiełko” w którym bycie lepszym/bogatszym jest „przestępstwem”, nijakość
jest normą, i mamy całkowity brak fachowców.
Myślę że bardzo trafnie ten problem wyjaśniono w tym wątku:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=33&w=14238264
Jest to dobre wyjaśnienie dlaczego na co dzień w tym kraju spotykamy się z
bezinteresowną zawiścią, chamstwem, i bezdenną głupotą.
Oczywiście można się oburzyć, dlaczego od nauczycieli (uczących w zbyt dużych
klasach, za na pewno niskie pieniądze) wymagać wykonywania swojej pracy na
najwyższym poziomie, podczas gdy reszta społeczeństwa swoje obowiązki
partaczy w sposób maksymalny. Ale to właśnie szkoła jest miejscem
gdzie „produkuje się” takie kadry dla biur, urzędów i fabryk.
Tak więc wszelkie zmiany należy zacząć od zmian w szkolnictwie, polegających
min. na usunięciu takich nauczycieli, zmniejszeniu liczebności klas,
zwiększeniu ilości szkół zwłaszcza na wsiach, zmianach w metodach nauczania
polegających głównie na dostosowaniu poziomu nauczania do ucznia, i zmianach
programów tak aby były zbliżone do życiowych potrzeb a nie jakąś abstrakcją.
Wiem że są to komunały, ale jak widać z kilku wątków na tym forum nie wszyscy
o tym wiedzą. ;)

Piszę ten tekst gdyż uważam że sposób traktowania dyslektyków jest tylko
wierzchołkiem góry lodowej. Dziecko dyslektyczne ma w zasadzie szczęście, o
dysleksji dużo osób już słyszało i jeżeli rodzice będą chcieli to znajdą
jakąś pomoc. Jest jednak różnorodnych problemów o których się wiele nie mówi
i rzadko kto o nich wie – a część nauczycieli nie chce wiedzieć! To
nauczyciel (było nie było uczył się pedagogii) powinien jako pierwszy
sygnalizować rodzicom o tych problemach i pomagać znajdować pomoc. Ale paru
nauczycieli piszących na tym forum było oburzonych tym że rodzice szukają
pomocy poza szkołą. Nie dość że sami nie pomagają, czy wręcz szkodzą, to
jeszcze chcą zablokować wszelkie drogi uzyskania pomocy z zewnątrz - to mi
przypomina próbę zastraszenia ofiary przestępstwa. Czego się obawiają, że
ktoś kompetentny oceni ich pracę i wyciągnie konsekwencje? Zgadzam się z
twierdzeniem że to nauczyciel może najwięcej pomóc, ale nie zawsze chce.
Twierdzą też, że wszystkie te nowinki to ”tylko teoria psychologiczna” –
niesprawdzona i z ich doświadczeń wynika całkiem coś innego.

Czy leworęczność to też ”tylko teoria psychologiczna”?

Dawniej mańkutów traktowano podobnie jak obecnie dyslektyków.
Wielu nauczycieli dorabiało teorie do swojej niewiedzy podobnie jak teraz
(np. antydys...).
Jednak w chwili obecnej nikt już nie dyskryminuje leworęcznych – czy aby na
pewno nikt? Ostatnio moja znajoma mi opowiadała jak jest traktowana jej
leworęczna córka w szkole przez jednego nauczyciela: na początek posadził ją
z prawej strony ławki z osobą praworęczną (czyli sobie nawzajem
przeszkadzają) ale chociaż interweniowała u nauczyciela nic to nie dało.
Wiadomo, sposób pisania jest typowy dla praworęcznych więc leworęczni się go
dłużej uczą i trudniej jest im zachować estetykę. Ale dla naszego nauczyciela
taki uczeń jest łatwą ofiarą więc może sobie kpić i popisywać się przed
klasą, no i oczywiście wmawiać dziecku że jest leniwe, a dodajmy w tym
momencie że to dotyczy nauczania początkowego (1 klasa). Co prawda nie jest
to tak drastyczne jak drzewiej bywało, nikt nie stara się na siłę „wyleczyć”
z leworęczności, ale...
I jestem gotów się założyć o skrzynkę piwa, że ten nauczyciel jest tak samo
pewny swoich wysokich kwalifikacji i ma również takie samo wysokie mniemanie
o sobie, jak większość nauczycieli biorących udział w dyskusji o dysleksji.

Wielu z nauczycieli oburzy się moimi „mocnymi” słowami, ale ja nie twierdzę
że tacy są wszyscy nauczyciele, ale że są, że jest ich stanowczo za dużo, i
niestety, że zbyt często pozostali przymykają oczy na ich zachowanie i
podejście do wykonywanej pracy. Oczywiście nikt w sam nie rozwiąże problemu i
dla tego należy często o nim wspominać!
    • Gość: myslak Re: Nie tylko dysleksja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.02.05, 15:03
      A jakie proponujesz rozwiązanie (prócz zbiorowego rozdzierania szat) ?
      • truten.zenobi Re: Nie tylko dysleksja 07.02.05, 08:31
        > A jakie proponujesz rozwiązanie (prócz zbiorowego rozdzierania szat) ?
        Pisać, pisać, pisać....

        W zasadzie trudno jest znaleźć łatwe i skuteczne rozwiązanie, ale udawanie, że
        nie ma problemu jest głupotą.
        Są marne szanse na to by któraś z partii po dorwaniu się do władzy dobrowolnie
        przeprowadziła reformę państwa taką z prawdziwego zdarzenia.
        Ale myślę, że przy naciskach ze strony rodziców i nauczycieli można coś zmienić
        metodą „drobnych kroczków”.

        Rodzice muszą mieć świadomość, że samo posyłanie dzieci do szkoły nie
        wystarczy, czasami trzeba ostro powalczyć zwłaszcza, jeżeli nauczyciele
        twierdzą, że dziecko jest leniwe i/lub głupie, bo nie potrafi nauczyć się
        pisać, nie rozumie liczb, czy ma kłopoty z zapamiętywaniem.
        Jest rzeczą naturalną, że rodzice nie wiedzą, ani jakie problemy ma ich
        dziecko, ani gdzie mogą szukać pomocy.
        Dobrze jest wymieniać się takimi doświadczeniami.

        Nauczyciele powinni jasno stawiać wymagania, co do standardów nauczania, bo jak
        na razie dbają tylko o własne przywileje. Rzadko kto wspomina o tym, że klasy
        powinny być max 15 osobowe, że szkoła powinna być miejscem bezpiecznym, że
        powinna wymagać i zapewniać wszystkim nauczycielom doskonalenie zawodowe i
        podnoszenie kwalifikacji.
        Za to często słychać o „prawach nauczycieli”, co niestety zwykle oznacza
        ochronę kogoś, kto w ogóle nie powinien zostać nauczycielem.
        Jak to zmienić nie wiem – trochę trudno wymagać, aby przy marnej płacy
        (zwłaszcza w porównaniu do urzędnika państwowego o podobnych kwalifikacjach)
        ktoś podejmował walkę z wiatrakami.
        Ale myślę, że jak likwiduje się szkoły, bo klasy są za małe to właśnie jest
        doby moment, aby powalczyć a nie trzymać się cicho – „może do mnie nie dojdą”.

        A państwo i społeczeństwo powinno w końcu zdać sobie sprawę z tego, że szkoła
        czy szpital nie są zakładem produkcyjnym i nie muszą się wykazywać rentownością
        w odróżnieniu od np. PKP, hut, kopalń itp., które to zakłady powinny generować
        zyski a nie pożerać publiczne pieniądze.
    • Gość: polonistka ble-ble Re: Nie tylko dysleksja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.02.05, 10:49
      Boże! Co za frustracja! Mam depresję, jestem polonistką...
      Opracowują z uczniami lektury, nie rozmawiam z nimi o życiu, bo literatura to
      dyrdymały jakiegoś osła,co miał zbyt duzo czasu na myślenie. A męczę dzieci
      gramatyką i ortografią, bo jestem sadystką. Każdego dnia dnia zastanawiam się,
      czego niepotrzebnego nauczyć swoich uczniów. Uuuuuu...
      Panie Boże spraw, by autor tego postu zaczął czytać książki, może go trochę
      oświecą.
      • truten.zenobi Re: Nie tylko dysleksja 07.02.05, 08:43
        Specjalnie tak napisałem aby zburzyć obraz sielanki – obraz szkoły jako miejsca
        gdzie wszyscy nauczyciele, pomimo braków finansowych, pomimo kłód rzucanych im
        pod nogi przez ministerstwo oświaty, dbają o dobro ucznia i jego jak najlepsze
        wykształcenie.
        Jestem sfrustrowany, ale nie wynika to z tego, że miałem w
        dzieciństwie „przechlapane jak Pinokio w krainie termitów”, tylko z tego, że w
        chwili obecnej gdy już dużo pisze się o dysleksji, znajdują się nauczyciele,
        którzy twierdzą, że to tylko wynik lenistwa, że wystarczy 100 razy przepisać,
        że oni nie będą uznawać tego zaświadczenia....
        Czyli nie jest to wynik niewiedzy jak było w moim przypadku, ale arogancji,
        zwykłego chamstwa, i niskich kwalifikacji. A ponieważ to nie są odosobnione
        przypadki i takie traktowanie dotyczy wszystkich „odmieńców”, śmie twierdzić,
        że nauczyciele jako grupa zawodowa bardziej dbają o swoje przywileje niż o
        dobro uczniów.

        > Panie Boże spraw, by autor tego postu zaczął czytać książki,
        > może go trochę oświecą.

        A oto typowy przykład takiej arogancji. Nie postawienie argumentów, nie
        postawienie sprawy „To może coś zaproponuj”, ale przedstawienie osoby
        krytykującej jako małego nie dokształconego uczniaka, który śmie się odezwać
        nie pytany. Nie krytykowałem Ciebie osobiście więc czego się boisz? Co chciałaś
        osiągnąć tak pisząc? Czy myślisz, że jak jestem dyslektykiem to nie umiem
        czytać i nic nie czytam – więc uderzysz w czuły punkt?
        Ja w tym roku przeczytałem „Bożych Wojowników” Sapka, „Opowieści Ziemiomorza”
        Ursuli le Guin, teraz czytam „For Whom the Bell Tolls”, nie wliczając
        oczywiście tego co czytam dziecku ani książek i prasy fachowej. Lubię czytać
        tak dla rozrywki, choć teraz mam na to niewiele czasu.
        A ty co przeczytałaś, żeby nie nadwerężyć Twojej pamięci, w tym roku?
        • Gość: polonistka ble-ble Re: Nie tylko dysleksja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.02.05, 11:14
          Drogi truten.zenobi, "nosce te ipsum". Niezwykła zaciętość, z jaką krytykujesz
          nauczycieli i szkołę, dowodzi, iż zostałeś bardzo skrzywdzony. Hmm, jako rodzic
          ucznia klasy 1 (jeśli coś źle zrozumiłam, wybacz mi moją niedoskonałość). Na to
          nakłada się Twoja niechęć osobista do nauczycieli z czasów, zapewne, jeszcze
          szkolnych. Spotkałeś się z opinią nauczyciela, która odbiega od Twojej,
          nauczyciel nie chce zaakceptować zaświadczenia, dziecko jest według Ciebie źle
          oceniane czy traktowane, porozmawiaj z dyrektorem szkoły, pedagogiem szkolnym w
          celu wyjaśnienia sprawy.
          Tak się składa, ze ja też mam dziecko w klasie 1 i wiem jak bardzo moze taki
          maluch manipulować rodzicem, aby nie zrobić tego, co sie od niego wymaga. Jest
          na granicy dysleksji i gdyby nie moja ciężka praca z córeczką przez ostatnie
          2,5 roku, dziś byłaby zagubionym pierwszakiem, a ja sfrustrowanym rodzicem. W
          nauczaniu, zwłaszcza tak małych dzieci, liczy się przede wszystkim
          systematyczność i stanowczość. Człowiek, aby coś osiągnął,
          musi mieć motywację. Dzieciom, które mają kłopoty w szkole potrzebna jest ona w
          większym stopniu. Rodzico również. Formą obrony jest ucieczka w atak. Dziecko
          widząc krytyczna postawę rodzica wobec nauczyciela i szkoły, chętnie ją
          jeszcze podsyci informacjami jak to ktoś coś zrobił mu niesprawiedliwie, a ono
          takie niewinne i biedne. Typowa manipulacja, ale i ucieczka od problemu.
          Co robi rodzic? Denerwuje się. Postanawia rozprawić sie z takim bezprawiem.
          Podejmuje świętą wojnę przeciw szkole. Szkoła jest zła, pani jest zła, złe są
          programy i wszyscy, co myślą inaczej, a nie użalają sie nad biednym Jasiem. No,
          to ja wam pokażę, że mam rację. Przyniosę zaświadczenie, stwierdzające, że Jaś
          nie może. Każę przeczytać je na radzie pedagogicznej, niech wiedzą, ze nie mają
          racji. Jeszcze ze mną dyskutują? Napiszę post na forum. Niech poczytają.
          Nagadam się. A od mojego dzieciąteczka wara. Ja wiem jak powinno być.

          Dobrze. Można się nie zgadzać. Jest demokracja. Jak nie podoba mi sie obsługa w
          sklepie, to idę do drugiego. Należy przenieść dziecko do innej szkoły. Jeśli
          obsługa w sklepie mi się nie podoba, nie oznacza to, ze wszystkie sklepy są
          złe. Jeśli lek mi nie pomół, nie oznacza to, ze cała farmacja jest zła. A tu od
          razu niedouczenie, "przycinanie na miarę". Czy w każdym sklepie obsługa zna
          kilka języków, aby lepiej porozumieć sie z klientami? Czy każda ulotka leku
          zawiera informacje w kilku językach. Nie. Czy wobec tego nie kupię chleba? Nie
          zażyję lekarstwa? Nauczyciel nie musi wiedzieć wszystkiego. Jest specjalistą w
          określonej dziedzinie. Dziedzinie, która jest bardzo szeroka. Często zbyt
          szeroka, aby wiedzieć na wysokiem poziomie wszystko. Dlatego posiłkuje stale
          wiedzą z książek, kursów, studiów, autorytetami w swej i pokrewnej dziedzinie,
          etc.
          Zatem "quae nocent, docent"

          P.S.
          Zapomniałam. Nie będę sie z Tobą licytował, kto więcej książek przeczytał.
          Zarówno w tym, jak i w poprzednich latach. Poloniści czytają z zainteresowania
          i z przymusu zawodowego. Jeśli chciałeś sie pochełpić, że przeczytałeś więcej,
          nestety musisz polec. Jeśli chodzi o wybór literatury, to przygody Arcymaga
          Geda, Mistrza Przywołań, Thoriona czy Reynewana nie są dla mnie tak
          pasjonujące, jak szekspirowskie opowieści o życiu. Polecam je serdecznie"For
          Wham the Bell Talls" - więc jeśli nie chodziło Ci o Metallicę tylko o rzecz
          wiadomą (dziwię się, że to czytasz dopiero teraz), polecam jeszcze "A Farewell
          to Arms".
          I jeszcze jedno pisząc o czytaniu poprzednio, nie miałam na myśli literatury
          fantasy. Lubię fantasy w wydaniu Tolkiena, ale w problemach szkolnych to nie
          pomoże. Trzeba innej wiedzy.
          Pozdrawiam.
          • truten.zenobi Re: Nie tylko dysleksja 08.02.05, 10:53
            Trochę źle mnie oceniasz – nie mam żalu do nauczycieli, że nie potrafili mi
            pomóc. W tamtym okresie niewiele było wiadomo o dysleksji, a jeśli któryś coś
            słyszał to bardziej kojarzył ją z problemami z czytaniem niż z np. brzydkim
            pismem. W zasadzie starali mi się pomagać, tyle że nie wiedzieli jak. Każdy ma
            swoje problemy moim była dysleksja.
            Jednak w chwili obecnej ta wiedza jest dostępna. Będąc człowiekiem
            wykształconym zdajesz sobie zapewne sprawę, że nie musisz wiedzieć wszystkiego,
            ale powinnaś umieć tą wiedzę zdobywać.
            Jeżeli uważasz słowa krytyki mogą wynikać tylko z jakiejś traumy z dzieciństwa
            to chyba faktycznie nie warto z Tobą dyskutować.
            Tak się składa że mam znajomych nauczycieli (szkolnych i akademickich) więc mam
            jakby obraz z dwóch stron barykady i wiem że „życie szkoły” to nie sielanka.

            Znam też osobiście takie przypadki jak opisałaś. Ale to żaden
            argument, „policjant zatrzymując Cię nie może ci wlepić kary za jazdę po pijaku
            bo jesteś Polakiem”.
            Zdaję sobie sprawę że statystycznie w klasie może znajdować się max 3
            dyslektyków a nie 10 jak chcieli by rodzice i 30 jak chcieli by sami uczniowie.
            Rodzice często traktują dysleksję (faktyczną czy urojoną) jako zwolnienie z
            obowiązków a powinno być właśnie przeciwnie – jest to informacja że powinno się
            dużo (tyle że inaczej) pracować z dzieckiem.
            Ale czy jest to powód aby każdego ucznia traktować jak symulanta?
            Rozumiem że szkoła nie zawsze może pomóc ale przynajmniej niech nie rzuca kłód
            pod nogi. Poza tym nauczyciele nie potrafią dyskutować z kimś kto ma odmienne
            poglądy, wie czego chce, jasno i „twardo” stawia sprawę. Odbierają to jak
            personalny atak i próbę podważenia autorytetu. Źle znoszą wszelki „dysonans
            poznawczy” a ponieważ nie chcą przed uczniami okazać swojej niewiedzy czy
            niepewności (czemu zresztą się nie dziwię) obwieszczają swoje zdanie „ex
            catedra”. Jednak jestem daleki od krytyki takiej postawy gdyż jest ona chyba
            nieodłącznie związana z charakterem wykonywanej pracy. Problemem jest natomiast
            gdy dochodzi do różnych patologii a ten „mechanizm obronny” dalej działa.

            Ale nie tylko o dysleksji chciałem tutaj dyskutować, podam inny przykład –
            daleki od polonistyki więc nie poczujesz się zaatakowana i może postarasz się
            go ocenić obiektywnie. Co powiesz o nauczycielu WF wymagającym od dziecka
            niepełnosprawnego normalnego uczestnictwa w zajęciach? Ja wiem ćwiczenia dla
            niego są potrzebne i był oceniany stosownie do swoich możliwości ale... klasa
            miała regularnie 45 min kabaretu. Jak sądzisz co on wtedy czuł jak cała klasa
            pokładała się ze śmiechu?

            > Dobrze. Można się nie zgadzać. Jest demokracja. Jak nie podoba mi sie obsługa
            w
            sklepie, to idę do drugiego [..]

            Odnośnie tego co napisałaś w drugiej części pragnę Ci przypomnieć że szkoła to
            nie sklep z „edukacją” i za twoje usługi ja już zapłaciłem (nie dyskutujmy na
            razie jaki % tych pieniędzy dotarł do Ciebie – zgadzam się z góry, dużo nie
            zostało). Poza tym w przypadku liceum czy studiów zmiana nie pociąga za sobą
            jakiś dodatkowych nienaturalnych obciążeń, ale w przypadku SP czy gimnazjum to
            chyba trochę przesadziłaś.
            Jak słusznie napisałaś "nosce te ipsum", przeczytaj jeszcze raz to co napisałaś
            i czy nie wyłania się z tego obraz nauczyciela który uważa że szkoła i
            uczniowie są po to aby miał pracę i żeby mógł realizować swoje ambicje
            zawodowe. Może moje twierdzenie jest zbytnio tendencyjne?
            „non scholae sed vitae discimus” to chyba też postulował jakiś frustrat?


            > Nauczyciel nie musi wiedzieć wszystkiego.

            A uczeń wprost przeciwnie?

            ad PS
            Źle Cię zrozumiałem, i przepraszam Cię za wszystkie docinki na jakie, w związku
            z tym, sobie pozwoliłem! Jednak Twoją wypowiedź trochę trudno było zrozumieć
            jako zachętę do zajrzenia do literatury fachowej.
            O dysleksji trochę sobie poczytałem, może nie jestem specjalistą ale coś niecoś
            wiem.
            A tak przy okazji „Opowieści z Ziemiomorza” nie opisują czynów Geda. ;)
        • beeaataa25 Re: Nie tylko dysleksja 07.02.05, 11:37
          Zenobi,
          Napisałeś tak wiele mądrych słów,no trudno się z tobą niezgodzić.Przykre jest
          to,że wiele nauczycieli podchodzi do tematu tak jak polonistka.Ja jestem matką
          dziecka,które właśnie boryka się z tym problemem.To ile pracy wkładamy w
          nauke,pisze w liczbie mnogiej,ponieważ pracuje razem z synem,może tylko
          zrozumieć ktoś kto jest w podobnej sytuacji.Nauczyciele nie doceniają tego,a
          niejednokrotnie poddają w wątpliwość opinie psychologiczną.Najczęściej chowają
          ją do teczki,twierdza ,że rozumieją,ale....
          Każdy matematyk czy polonista ma klapki na oczach,dla niego liczy sie tylko
          przedmiot,którego on uczy.Zupełnie inaczej było gdy moje dziecko uczęszczało do
          klasy od 1-3,tam nauczycielka wiedziala jak z nim pracować,dawała szereg
          mądrych i cennych wskazówek,miała czas na to,aby przygotować mu inny zestaw
          pytań na sprawdzian.Tymczasem teraz nie ma mowy o czyms takim.Moje dziecko ma
          zalecone dostosowanie wymagań do swoich możliwości i przy tym zadawane
          ćwiczenia "z kaktusem" określone w podręczniku jako trudniejsze-nieobowiązkowe
          lub dla dzieci zdolniejszych,no cóz matematyka królową nauk...Uważam, że w tym
          względzie jestescie drodzy nauczyciele niedouczeni,wy tylko znacie sucha teorie
          dysleksji,dysgrafii itp.,nie wiecie czym są uwarunkowane poszczególne
          dysfunkcje,a juz napewno nie wiecie jak pomóc tym dzieciom i w przeciwnym razie
          nauczyciel muzyki nie stawiałby dzieciakowi dst.za to,że nie potrafi śpiewać z
          melodią,a wuefista nie nie wyzywałby za to,że myli prawą stronę z lewą.
          Widzę też, że najmniej zrozumienia znajduje się u tych starszych
          nauczycieli,często w wieku emerytalnym,może warto sienad tym zastanowić.
          • Gość: polonistka ble-ble Re: Nie tylko dysleksja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.02.05, 09:53
            A kto powiedział, że ja nie doceniam dyslektyków? Któ powiedział, ze nie uznaję
            zaświadczeń i badań psychologicznych? O zupełnie co innego chodziło mi, gdy
            pisałam tamte posty.
            Pragnę jednocześnie zauważyć, iż posiadam dziecko, które jest na granicy
            dysleksji, czyli ma kłopoty szkolne - pisałam o tym poprzednio, jest w klasie
            1. W związku z tym z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo trudno jest
            zarówno dziecku jaki i rodzicowi radzić sobie z kłopotami dnia codziennego (a
            ja też chodzę do pracy i mam jeszcze dodatkowe prace w domu), kiedy rzeczy na
            ogół oczywiste przestają być oczywiste. Zdarzało mi się mieć inne zdanie na
            temat określonego problemu mojej córki. Wtedy w zależności od wielkości
            problemu decyzję podejmowałam ja sama lub konslutowałm sie z nauczycielką,
            wyjaśniając, że to, co ona uznała za nieważne lub odwrotnie za ważne nie może
            być osiągnięte, bo sobie z tym dziecko nie może poradzić, ale zrobi to inaczej,
            na kiedy indziej etc.
            Każde dziecko,jest inne i inaczej się rozwija. Każda ma swój rytm. Jednak nie
            należy bazować na tym stwierdzeniu. Nauka w szkole oparta jest na uśrednieniu
            mozliwości uczniów z danego rocznika, zatem jeśli dla ucznia klasy 1, a tym
            wielu rozmawialiśmy, przewidziane jest poznananie (a raczej powtórzenie z
            kl."0") określonej literki, a następnie praca na materiale bazowym i ćwiczenia
            w pisaniu, to nie mozna sobie tego odpuścić. Czasem na następny dzień dzieci
            już są gotowe do pracy z głoska podobną. Nauczyciel może nieco powstrzymać
            pracę, przedłużyć o dzień czy dwa, ale nie więcej. Gdy większość klasy sobie
            dobrze radzi, nie może czekać na jednego Jasia, aby w stopniu tak samo dobrym
            jak reszta klasy, opanował materiał. Niestety dla tego Jasia i jego rodziców.
            Tu trzeba pracować w domu i na specjalnych zajęciach rekompensacyjnych, które
            są organizowane w szkole, jeśli są takie potrzeby. Nikt nie zaprzecza, że tacy
            uczniowie zawsze "mają pod górę", oni muszą pracować więcej, aby dogonić
            kolegów. Szczególnie właśnie w młodszych klasach, które decydują o jakości
            uczenia się ucznia na dalszym etapie kształcenia.Wręcz odwrotnie narzekanie na
            zbyt duże wymagania jest błędem. Dziecko początkowo ma braki z jednej lekcji,
            potem z kolejniej i kolejnej, a na koniec jest daleko w tyle, gdy koledzy z
            klasy już dobrze czytają i piszą, a teraz właśnie ćwiczą poprawność i estetykę
            zapisu. Tu na lenistwo i pobłażanie nie mozna pozwolić, ale trzeba dostosować
            pracę do możliwości ucznia, gdy pracuje się systematycznie i dobrze motywuje
            większość dzieci z upływem czasu mobilizuje się i pracuje w coraz szybszym
            tempie.
            O swojej zaś pracy z uczniami mogę dodać, że mam dostosowane do uczniów z
            różnymi problemami kryteria oceny, więc to, co u dyslektyków nie powinno być
            oceniane, nie jest. Biorę też pod uwagę możliwości uczniów. Wiem,że wielu
            wielkich tego świata miało dysleksję i czasem zastanawiam się, który z moich
            wczniów zasłynie. To, że mają dysleksję nie zamyka im drogi kariery i rozwoju,
            czasem mają bardzo ciekawe poglądy i przemyślenia. Nigdy też nie miałam
            problemów z uczniami ich rodzicami o dyskryminowanie dzieci, które mają szkolne
            kłopoty. Wręcz odwrotnie.

            Wypisywanie lamentów, że pani posadziła ucznia leworęcznego z praworęcznym jest
            po prostu śmieszne. Jeśli nie zauważyła przy 30-osobowej klasie, trzeba
            pofatygowąc sie do pani i wyjaśnić sprawę. Wygłaszanie uogólniających sądów o
            pracy nauczycieli jest krzywdzące. Odkąd wprowadzono reformę do szkół
            zapanowała moda na krytykę nauczycieli. Tak państwo uzasadniało potrzebę zmian.
            Z całą pewnością wiele opinii jest niestety prawdziwych. Przykro jest jednak
            słuchać sądów niesłusznych i ugólnionych z powodu złego postępowania jednego
            nauczyciela, w stosunku do jakiegoś ucznia. Może się przecież zdarzyć, że
            podobnie źle postąpił jeszcze jakiś ktoś w drugim końcu Polski, ale nie
            wszyscy. Należy tu jeszcze raz przypomnieć o procedurach postępowania -
            najpierw idzie się do nauczyciela lub wychowawcy, potem do dyrektora itd. Dziś
            można też zmienić szkołę, jeśli nie odpowiada naszym oczekiwaniom, tak jak
            zmienia się warsztat samochodowy, gdy źle zreperują samochód. Szkoła omijana
            przez uczniów albo sama zniknie albo zmieni zasady pracy. Po co to,rozdzieranie
            szat i nieuczciwa krytyka, aby dać upust nerwom? Jakie macie zawody? Czy w
            waszych zawodach wszyscy pracują wspaniale i są we wszystkim najlepsi? A Wy
            sami? Czy błędy w wykonywaniu waszej pracy lub niejasności są krytykowane na
            forum, wyśmiewane i przenoszone na całą grupę pracowniczą?
            W Polsce wszyscy najlepiej się znają na polityce, na zdrowiu i na szkole. Nikt
            nie zauważa jak daleką drogę przeszły szkoły od czasów rozpoczęcia reformy.
            truten.zenobi pisze, że chciał zburzyć piękny obraz polskiego szkolnictwa, w
            którym wszystko się udało - tu dał przykład słabej znajomości problematyki, a
            powołując się na ten wcześniejszy wątek, dowiódł wielkiego niezrozumienia
            problemów szkoły. Dałam temu upust nawołując go do ksiąg, ale w znaczeniu
            przenośnym. Zrozumiał to dosłownie. Zresztą to prowokacja, w którą nieopatrznie
            dałam sie wciągnąć.
            Na zakończenie - słuchajcie swoich nauczycieli, bo posiadają wiedzę użyteczną,
            popartą długoletnim doświadczeniem. Jeśli się z czymś nie zgadzacie, to warto
            to skonsultować z kimś innym, np. strszym od was. Efekty mogą być różne. Po
            latach warto do niektórych sądów wrócić. Nie na wszystkim się znają i nie we
            wszystim mają rację. Nikt nie jest doskonały. Idzie nowe i młode, co wie
            lepiej. Na szczęście nie wszystko. Dawniej wielcy tego świata posyłali swe
            pociechy na naukę do mędrców, niekoniecznie młodych. Nie zawsze też mieli
            poglądy, z którymi zgadzał się ogół.
            Tak mnie jakoś poniosło, chociaż nie chciałam się wymądrzać.

            Jako rodzice macie ogromny wpływ na szkołę. Nie róbcie tego poprzez
            krytykanctwo. Dzieci słuchają. "Takie będą rzeczpospolite, jakie ich
            młodzieży...."
            Mimo wszystko pozdrawiam.
            • truten.zenobi Re: Nie tylko dysleksja 08.02.05, 11:02
              Gość portalu: polonistka ble-ble napisał(a):
              > Wypisywanie lamentów, że pani posadziła ucznia leworęcznego z praworęcznym
              jest
              > po prostu śmieszne. Jeśli nie zauważyła przy 30-osobowej klasie, trzeba
              > pofatygowąc sie do pani i wyjaśnić sprawę. Wygłaszanie uogólniających sądów o
              > pracy nauczycieli jest krzywdzące.

              ja wcześniej napisałem:
              [..]ale chociaż interweniowała u nauczyciela nic to nie dało.

              To co miała napisać podanie z załącznikiem, wyjaśniać sprawę na na szczeblu dr
              szkoły, kuratorium czy ministerialnym?
              Krytykujesz mnie Twoje prawo ale nie przekręcaj tego co napisałem!
              • Gość: polonistkable-ble Re: Nie tylko dysleksja IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.02.05, 12:14
                Nie wiem w jakiej formie odbyła się ta rozmowa i jakie są warunki w klasie.
                Może po prostu brakuje stolika, aby dziecko siedziało samo (zakładam,że jest
                jedyne w klasie leworęczne). Dla dziecka jest to problem. Gdyby rozmowa nic nie
                dała, chyba bym się udała do dyrekcji. Zapewnienie odpowiednich warunków należy
                do dyrektora szkoły. Oczywiście bez podania i bez załączników, ale ze zwykłą
                rodzicielską troską i sympatycznym wyrazem twarzy, a także bez wynurzeń typu:
                może potrzebny załącznik? Ja utrzymuję z podatków "pomijam jaki %". :-)

                Przeczytałam to, co wyżej. Myślę, ze jednak głównym powodem nieporozumień
                pomiędzy nauczycielami i rodzicami jest zbyt mała wymiana myśli. Wszystko się
                nawarstwia, a potem takie oto posty jak Twój i mój oraz wiele innych. Jak tak
                dużo napisaliśmy, to jednak punkty styczne znaleźć można. Z tym przykładem
                postu, w którym to owa o tym, ze nauczyciele omijają różne tematy i są "w
                ogóle i w szczególe" dałeś do wiwatu.
                Posty są długie i trudno sie ustosunkować do wszystkiego, w głowie zostaje
                ogólna wymowa. Gdyby tak iść za tym tropem to ja stram się (tak mi się wydaje)
                patrzeć na problemy ogólnie, mając w pamięci szczegóły, które wydają się mi
                oczywiste. Zaś Ty - chwytasz się drobiazgów, na ich podstawie dokonujesz
                uogólnkień.
                Każdy przedmiot w szkole to odrębna historia i zbiór różnorakich problemów.
                Sama mogłabym przytoczyć parę. Brat mojego sąsiada ma niepełnosprawne dziecko
                (zanik mięśni). U nich taki problem nie istnieje, chociąz dziecko jest na
                wóżku. Uczniowie z klasy przścigują sie kto pomoże mu, gdy trzeba do łązienki,
                gdy mu coś upadnie itd. Nie jest to kl.1 sp. Myślę, że jest to kwestia
                przełamywania barier zarówno u ucznia niepełnosprawnego, nauczyciela jaki i
                innych uczniów w klasie i szkole. Bolesne pzrełamywanie. Nic jednak na siłę. A
                gdzie tu wychowawcy, pzreprowadzający rozmowy o psychicznych problemach ludzi
                niepełnosprawnych i chorych? Myślę, że te lekcje w-f są potrzebne, ale nie tak
                wielkim kosztem. Problem pewnie tkwi także w samym uczniu.

                Odnośnie literatury - odnosiłam sie w ogóle do fantastyki, mogłam tu także
                wymienić Wieźmina. Niechże tu jednak "Opowieści z Ziemiomorza" nie cierpią.
                Czujność znawcy dała tu osobie znać.
                Pozdrawiam.
Pełna wersja