truten.zenobi
03.02.05, 15:00
Jakiś czas temu brałem udział w dyskusjach o problemach dyslektyków w szole i
doszedłem do wniosku, że problem nie tkwi w dysleksji ale w systemie
nauczania i w samych nauczycielach.
Abstrahując od dysleksji dlaczego szkoła nie stara się kłaść nacisku na
rozwój w kierunku zdolności i zainteresowań ucznia. Dlaczego uczeń ma
wiedzieć wszystko?
Dlaczego z jednej strony zmusza się uczniów do intensywnej pracy nad
zagadnieniami, które nie są im potrzebne w dalszym życiu, są całkowicie
sprzeczne z ich zdolnościami, zainteresowaniami, i potrzebami, a z drugiej
strony nie pracuje się w tych dziedzinach, które są z nimi zgodne.
Przecież powinniśmy się uczyć dla siebie a nie dla szkoły i nauczycieli –
postulat ten jest znany od setek lat: „non scholae, sed vitae discimus” ale i
od wieków nic się nie zmienia.
Wielokrotnie w dyskusji z nauczycielami spotykałem się z opinią że od ucznia
trzeba dużo wymagać. Zgoda, ale dla czego drodzy nauczyciele nie wymagacie
najpierw od siebie?
Łamiecie elementarne zasady psychologii i pedagogiki, wymagając od uczniów
tylko ładnego prowadzenia zeszytów i nauki pamięciowej w stopniu większym niż
to jest potrzebne i znacznie przekraczającym możliwości dzieci, nie
dostosowując metod nauczania do potrzeb ucznia, czy po prostu poniżając go
tak dla zasady na każdym kroku.
Nie pogłębiacie swojej wiedzy a wszelkie nowe informacje są dla was ”tylko
teorią psychologiczną”, wasza kultura osobista jest często na poziomie, który
znacznie odbiega od tego czego można oczekiwać od ludzi wykształconych a
zwłaszcza od ludzi, którzy kształtują postawy i kulturę dzieci i młodzieży
(chodzi mi głównie o stosunek do innych, często arogancki, nie szanowanie
poglądów innych, brak samokrytycyzmu).
Szkoła jest miejscem „gdzie okrągłych ludzi przycina się do małych
kwadratowych ramek”
6 latek jest bardzo ciekawy świata, chłonie wszystkie informacje „jak gąbka”,
chętnie się uczy, ćwiczy, i bardzo chce iść do szkoły. Co się z nim dzieje,
że po kilku miesiącach w szkole całkowicie się zmienia.
Czy temu znowu są winni rodzice i dzieci, czy to wynika z ich wrodzonego
lenistwa i cwaniactwa?
Najczęściej stosowana metoda nauczania to wkuwanie na pamięć, gdyż nie wymaga
ona od nauczyciela żadnej pracy. I to tacy nauczyciele najczęściej walczą
z „odmieńcami”, gdyż nie pasują oni do ich uporządkowanego świata. Przeciętny
uczeń ma być może większą wiedzę niż rówieśnicy z innych krajów, ale nie
rozumie jej i nie potrafi jej wykorzystać. Skutkiem tego mamy nasze „polskie
piekiełko” w którym bycie lepszym/bogatszym jest „przestępstwem”, nijakość
jest normą, i mamy całkowity brak fachowców.
Myślę że bardzo trafnie ten problem wyjaśniono w tym wątku:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=33&w=14238264
Jest to dobre wyjaśnienie dlaczego na co dzień w tym kraju spotykamy się z
bezinteresowną zawiścią, chamstwem, i bezdenną głupotą.
Oczywiście można się oburzyć, dlaczego od nauczycieli (uczących w zbyt dużych
klasach, za na pewno niskie pieniądze) wymagać wykonywania swojej pracy na
najwyższym poziomie, podczas gdy reszta społeczeństwa swoje obowiązki
partaczy w sposób maksymalny. Ale to właśnie szkoła jest miejscem
gdzie „produkuje się” takie kadry dla biur, urzędów i fabryk.
Tak więc wszelkie zmiany należy zacząć od zmian w szkolnictwie, polegających
min. na usunięciu takich nauczycieli, zmniejszeniu liczebności klas,
zwiększeniu ilości szkół zwłaszcza na wsiach, zmianach w metodach nauczania
polegających głównie na dostosowaniu poziomu nauczania do ucznia, i zmianach
programów tak aby były zbliżone do życiowych potrzeb a nie jakąś abstrakcją.
Wiem że są to komunały, ale jak widać z kilku wątków na tym forum nie wszyscy
o tym wiedzą. ;)
Piszę ten tekst gdyż uważam że sposób traktowania dyslektyków jest tylko
wierzchołkiem góry lodowej. Dziecko dyslektyczne ma w zasadzie szczęście, o
dysleksji dużo osób już słyszało i jeżeli rodzice będą chcieli to znajdą
jakąś pomoc. Jest jednak różnorodnych problemów o których się wiele nie mówi
i rzadko kto o nich wie – a część nauczycieli nie chce wiedzieć! To
nauczyciel (było nie było uczył się pedagogii) powinien jako pierwszy
sygnalizować rodzicom o tych problemach i pomagać znajdować pomoc. Ale paru
nauczycieli piszących na tym forum było oburzonych tym że rodzice szukają
pomocy poza szkołą. Nie dość że sami nie pomagają, czy wręcz szkodzą, to
jeszcze chcą zablokować wszelkie drogi uzyskania pomocy z zewnątrz - to mi
przypomina próbę zastraszenia ofiary przestępstwa. Czego się obawiają, że
ktoś kompetentny oceni ich pracę i wyciągnie konsekwencje? Zgadzam się z
twierdzeniem że to nauczyciel może najwięcej pomóc, ale nie zawsze chce.
Twierdzą też, że wszystkie te nowinki to ”tylko teoria psychologiczna” –
niesprawdzona i z ich doświadczeń wynika całkiem coś innego.
Czy leworęczność to też ”tylko teoria psychologiczna”?
Dawniej mańkutów traktowano podobnie jak obecnie dyslektyków.
Wielu nauczycieli dorabiało teorie do swojej niewiedzy podobnie jak teraz
(np. antydys...).
Jednak w chwili obecnej nikt już nie dyskryminuje leworęcznych – czy aby na
pewno nikt? Ostatnio moja znajoma mi opowiadała jak jest traktowana jej
leworęczna córka w szkole przez jednego nauczyciela: na początek posadził ją
z prawej strony ławki z osobą praworęczną (czyli sobie nawzajem
przeszkadzają) ale chociaż interweniowała u nauczyciela nic to nie dało.
Wiadomo, sposób pisania jest typowy dla praworęcznych więc leworęczni się go
dłużej uczą i trudniej jest im zachować estetykę. Ale dla naszego nauczyciela
taki uczeń jest łatwą ofiarą więc może sobie kpić i popisywać się przed
klasą, no i oczywiście wmawiać dziecku że jest leniwe, a dodajmy w tym
momencie że to dotyczy nauczania początkowego (1 klasa). Co prawda nie jest
to tak drastyczne jak drzewiej bywało, nikt nie stara się na siłę „wyleczyć”
z leworęczności, ale...
I jestem gotów się założyć o skrzynkę piwa, że ten nauczyciel jest tak samo
pewny swoich wysokich kwalifikacji i ma również takie samo wysokie mniemanie
o sobie, jak większość nauczycieli biorących udział w dyskusji o dysleksji.
Wielu z nauczycieli oburzy się moimi „mocnymi” słowami, ale ja nie twierdzę
że tacy są wszyscy nauczyciele, ale że są, że jest ich stanowczo za dużo, i
niestety, że zbyt często pozostali przymykają oczy na ich zachowanie i
podejście do wykonywanej pracy. Oczywiście nikt w sam nie rozwiąże problemu i
dla tego należy często o nim wspominać!