1fatum
15.01.09, 19:51
Proces historyka Dariusza Ratajczaka można porównać do procesu Georgiego
Dymitrowa o podpalenie Reichstagu. Tylko, że tamten proces był zakończony
uniewinnieniem domniemanego sprawcy.
Polski historyk został skazany przez Polski sąd tak naprawdę na śmierć. Śmierć
cywilną, naukową i publiczną. Gorszą od fizycznej śmierci, bo człowiek z
doktoratem zamiast być wykładowcą jest nocnym stróżem. Tylko, dlatego że miał
odwagę. Odwagę mówienia prawdy.
Fragmenty przeprowadzonego wywiadu z D. Ratajczakiem:
Panie Dariuszu, czy historyk może świadomie mówić nieprawdę?
D. Ratajczak: Nie, absolutnie nie może. Jest to rzecz nie do zaakceptowania.
Głównym celem działalności historyka jest zbliżanie się do prawdy,
poszukiwanie prawdy. W istocie prawda jest jedynym przyjacielem historyka.
Owszem, historyk może błądzić, może popełniać błędy i często tak się dzieje.
Powiem szczerze: ja prawdopodobnie też bardzo często nie mam racji, popełniam
błędy - cóż, jestem tylko człowiekiem - zawsze jednak pragnę zbliżać się do
prawdy. Historyk i prawda to powinno być jedno. Historyk powinien być skażony
prawdą, skażony dążeniem do prawdy. Historyk świadomie podający nieprawdę jest
w istocie propagandystą. Niestety, zjawisko to obserwujemy również w
dzisiejszych "demokratycznych czasach". Oczywiście nie tylko w Polsce, ale
niech ona będzie podstawą naszej rozmowy, zgodnie z maksymą: "bliższa koszula
ciału..." Dlaczego tak się dzieje? Otóż dlatego, iż ciągle - uwaga ta odnosi
się przede wszystkim do "trzeciorzeczpospolitowych" historyków zajmujących się
dziejami najnowszymi - historia przesiąknięta jest polityką. Podejrzewam
nawet, że nadal pełni ona rolę nauki pomocniczej polityki, że, mówiąc wprost,
zależna jest od bieżących interesów warstw rządzących. I to jest rzecz godna
ubolewania, gdyż podobno żyjemy w wolnym Kraju. W jakiś sposób ma to związek z
tą straszliwą socjalistyczno-postępową cenzurą (nazwijmy ją polityczną
poprawnością), która zastąpiła po 1989 r. cenzurę realnego socjalizmu,
komunizmu, marksizmu, czy jak go tam zwał. Po 1989 roku wielu historyków
wpadło z "komunistycznego deszczu" pod "politycznie poprawną rynnę", ale to
jest też cenzura. Inna sprawa, że przyszło im to z łatwością. Kłamali za
"komuny", kłamią i teraz. To są ludzie o mentalności, nikogo nie obrażając,
kelnera. Ja to nazywam dosadniej: " kundlizm". Oczywiście funkcjonują tylko
dlatego, że po 1989 r. nie przeprowadzono zdrowej weryfikacji na wyższych
uczelniach. A zresztą - gdzie ją tak naprawdę przeprowadzono?!
J. Telejko: Teraz wróćmy do historii dr Dariusza Ratajczaka, bo to też jest
historia; był Pan znanym i lubianym wykładowcą na Uniwersytecie Opolskim.
D. Ratajczak: ...byłem. Tak, byłem.
J. Telejko:...wybitnym naukowcem i znawcą Kresów Wschodnich, a obecnie pracuje
Pan jako stróż nocny - dlaczego?
D. Ratajczak: Z bardzo prostego powodu - w 1999 roku opublikowałem
publicystyczną książeczkę pt. "Tematy niebezpieczne". W książce tej w jednym z
podrozdziałów poruszyłem sprawę tzw. rewizjonizmu holokaustu, przytoczyłem
tezy głoszone przez rewizjonistów holokaustu bez mojego komentarza
autorskiego... i to się pewnym gremiom nie spodobało...
J. Telejko: Panie Dariuszu, kim są rewizjoniści holokaustu?
D. Ratajczak: Rewizjoniści holokaustu są środowiskiem złożonym z naukowców ,
dziennikarzy, publicystów. Przede wszystkim to prawdziwie międzynarodowe grono
uważa, że żydowski holokaust nie był wydarzeniem wyjątkowym w XX wieku, że ten
straszliwy XX wiek, który na szczęście skończył się, dotykał także tragediami
inne nacje, inne narody: a więc Polaków, Cyganów, Japończyków, Ormian, Rosjan,
Ukraińców itd. Dlatego twierdzą, że właściwie żadna nacja, żaden naród nie ma
monopolu na cierpienie, w tym ciężko doświadczony podczas ostatniej wojny
naród żydowski. Tymczasem dzieje się tak, że niektóre środowiska żydowskie
chcą wmówić światu, że holokaust był jakby osią martyrologiczną XX wieku. Co
więcej, osią martyrologiczną historii całego świata. Oczywiście tą podstawową
rewizjonistyczną tezę uzupełniają inne poglądy. Na przykład taki, że podczas
II wojny światowej nie zginęło 6 mln Żydów, tylko mniej. Ta teza jest o tyle
do obrony, że jeszcze 15 - 16 lat temu twierdzono, że w straszliwej mordowni
hitlerowskiej w Auschwitz - Birkenau zginęło 4 - 4,5 mln ludzi. Dzisiaj
oficjalnie władze Muzeum Oświęcimskiego twierdzą, że milion, milion sto... No
więc mamy w tym jednym przypadku różnicę trzech milionów. To są rzeczy, które
trzeba badać i sprawdzać. Na tym polega praca historyka. Tymczasem możni tego
świata twierdzą, iż "prawdy uświęcone" dyskusji nie podlegają. Czy na tym
polega wolność badań naukowych? Czy nie nazwiemy tego cenzurą? A ja po prostu
mówię: dajcie spokój historykom, zapewnijcie historii autonomię. Dajcie jej
żyć. Właśnie - dajcie jej żyć. Czy żądam zbyt wiele?
J. Telejko: Kogo dotknęła i obraziła Pana publikacja "Tematy niebezpieczne"?
D. Ratajczak: Widzi Pan, to jest właśnie bardzo dziwne - chyba najmniej samych
Żydów, dlatego, że głosów "anty-ratajczakowskich" w wydaniu środowisk ściśle
żydowskich było stosunkowo mało i pojawiły się nieco później. Co więcej,
chciałbym wymienić z nazwiska jednego polskiego Żyda, pana Jana Stopczyka-
człowiek ten przeżył Auschwitz - który bardzo mocno mnie bronił. Wysłał nawet
stosowny list na ręce opolskiej prokuratury z uwagą: "cenię Ratajczaka za
odwagę, nie zamykajcie ust młodemu pokoleniu". Natomiast "centralą" walczącą z
moją skromną osobą była forpoczta "postępu" w Polsce - "Gazeta Wyborcza",
która całą sprawę nagłośniła i w ciągu 24 godzin ze znanego w Opolu i - tak
jak Pan powiedział - lubianego wykładowcy stałem się banitą, czy ściganym
infamusem. W ciągu kilkunastu godzin zostałem zawieszony w prawach nauczyciela
akademickiego, a potem, po neostalinowskim wewnętrznym śledztwie, wyrzucono
mnie z uczelni. I oczywiście założono przeciwko mnie sprawę sądową, która
ciągnęła się miesiącami.
J. Telejko: ...wiem, że się skończyła już ta sprawa. Jaki był werdykt sądu?
D. Ratajczak: Sprawa zaczęła się w 1999 roku a zakończyła w 2001. Ostatecznie
warunkowo umorzono ją ze względu na niską szkodliwość społeczną. Ja wprawdzie
w sądzie cały czas tłumaczyłem, że przecież nie wyrażałem własnego zdania co
do tez głoszonych przez rewizjonistów holokaustu, podkreślałem, że jedynie
referowałem problem (a to wolno mi było robić), chciałem także powołać
stosownych ekspertów w osobach pp. profesorów Rainy i Bendera, ale sąd
pozostawał niewzruszony. Uznał, że sam jest władny określić, czy referowałem
poglądy, czy też się z nimi zgadzałem. Widzi Pan, od samego początku sprawa
była "szyta grubymi nićmi"... Nie miałem zbyt wielkich szans, bo proszę zdać
sobie sprawę z jednej rzeczy : jednostka wobec systemu jest niczym, tak samo,
jak błogo śpiący na ulicy człowiek wobec walca kierowanego przez szaleńca.
Mogę powiedzieć tak: zachowałem twarz, walczyłem o nią, ale na wyrok
uniewinniający w 100% oczywiście nie miałem szans. Raz jeszcze powtórzę:
sprawa była od samego początku "kręcona z góry", szły dyrektywy z ministerstwa
sprawiedliwości, że trzeba szybko "tego Ratajczaka załatwić". Jeżeli bowiem
nie zrobimy tego teraz, za chwilę pojawią się następni, którzy zaczną drążyć
"bardzo niebezpieczny temat" . Mój Boże, czegóż to "nasze elity" nie
wypisywały w tamtych czasach o mnie. Wysyłano mnie do zakładów
psychiatrycznych, twierdzono, że moja sprawa może wpłynąć na stosunki
polsko-żydowskie. Istna paranoja, "dom wariatów". Taki to był cyrk i takie
występujące w nim małpy. Doprawdy żyjemy w ciekawych czasach. I "ciekawi"
ludzie nami rządzą.
*************************
Jakże blado wyglądają oskarżenia prok. Wolińskiej i innych komunistycznych
przestępców na tle oskarżeń przez sądownictwo wolnej Polski polskiego
historyka, tylko dlatego, że miał cywilną odwagę.