saqqara
27.02.02, 13:41
Wiem, ze jestesmy na romantice, gdzie sie pisze o milosci, ktorej
pragniemy, o najwiekszej milosci naszego zycia, o milosci niespelnionej,
o tym czy sie oplaca czy nie oplaca kochac, czesc umiera z milosci,
czesc umiera, bo tej milosci nie zaznala,
ba niektorzy glosno wyrazaja swa watpliwosc,czy milosc wogole istnieje...
A ja bym chciala o milosci inaczej zatem:
Temat: Milosc jest ogolnie do bani.
Rozwiniecie: Milosc jest ogolnie do bani poniewaz:
Na jej poczatku, w trakcie i na zakonczenie czlowiek sie szarpie jak glupi, zeby cos uzyskac.
Najpier trzeba ukochana/ukochanego znalezc, biegamy po swiecie jak kot z pecherzem
i szukamy odpowiadajacego nam pod wzgledem fizycznym i psychicznym osobnika.
Niektorzy zadowalaja sie jedynie dopasowaniem nr 1, inni tylko nr 2. Zatem widac, ze panuje
spora dowolnosc w wyborze. Kiedy juz znajdujemy ofiare, osaczamy ja na wszelkie mozliwe
sposoby, gnebienie w postaci milosnych listow, telefonow, smsow i maili (te ostatnie zdobycze
techniki sa cool) potrafi czasem
zmiekczyc najtwardsze serce. W miedzyczasie doprowadzmy siebie do stanu, ktory znajdzie
najwieksza aprobate w oczach ofiary. O kobietach nie musze mowic, wszyscy wiemy jak to
wyglada: depilacje, silownie, fryzjerzy, kosmetyczki, salony pieknosci (niektorym naprawde to
nie pomoze, a jednak...), odtluszczanie, odchudzanie plus zatruwanie zycia innym
opowiadaniami o swoich klopotach. Panowie zastanawiaja sie co zrobic ze swoim brzuszkiem
(innych wad fizycznych zazwyczaj nie posiadaja;), kombinuja czy pozbyc sie swojego "czarnego
notesiku" z telefonami dawnych ukochanych i jak wytlumaczyc kumplom od piwa, ze bedzie sie
dla nich mialo mniej czasu. Widac zatem ze juz sam poczatek to wyprawa krzyzowa....
Nastepuje faza nr 2, czyli ciag dalszy. Milosc wielkim wysilkiem zostaje zdobyta, ale to nie
jest koniec naszych udrek. Nadal musimy dbac o swoj wyglad bardziej niz zazwyczaj, utrzymywac
swojego wybranka w przekonaniu, ze nie lubimy piwa, choc marzymy o tym zeby z kolezanka z pracy
wyskoczyc gdzies do knajpy... przy okazji moze sie zdarzy jakis maly podryw.. Pitrasimy w kuchni
chociaz mamy do gotowania dwie lewe rece i modlimy sie, ze moze sie uda wyskoczyc na miasto
i w ten sposob unikniemy oskarzenia o umyslne otrucie. Nie mamy czasu na kolegow,
sex z jedna osoba zaczyna nam sie nudzic, mamy ciagle rozterki moralne, czy mozna, czy nie
mozna, czy wypada, a co on powie na to, a co ona sobie o mnie pomysli, czy on/ona mnie jeszcze
kocha, czy mnie zdradzila, dlaczego on zaczyna sie spozniac, dlaczego ona kupila sobie nowe
majtki, ona sie perfumuje bardziej niz zwykle... itd.
Etap 3, czyli jak sie rozstac, zeby nie dostac po pysku.... to jest dopiero wysilek na miare
Syzyfa, cokolwiek nie zrobimy i tak bedzie zle, kazda rzecz zostanie poddana ostrej
krytyce, zaczynamy szarzec w oczach, przestajemy o siebie dbac, trujemy na prawo i
lewo, jak nam jest zle, mamy ciagle watpliwosci, ze moze jednak nalezy postarac sie
to uratowac, a moze juz nie warto, tracimy wiare w siebie, nikniemy w oczach...
wyciagamy "notesik" z numerami, okazuje sie, ze polowa ex nas nie pamieta,
reszta zyje w "szczesliwym zwiazku i ma trojke dzieci".... a tu zblizaja sie Walentynki
i nie mamy pod reka nawet kota, zeby mu powiedziec, jak go nienawidzimy.....
Podsumowanie: milosc jest NAPRAWDE ogolnie do bani i juz.
ps. to nie zółć, to proste wnioski oparte na doswiadczeniach, niekoniecznie wlasnych.