Gość: Nolem
IP: *.brodnica.sdi.tpnet.pl
11.08.02, 16:44
HEPPI END
- Wstawaj pijaku! - krzyknęła kobieta.
Karol płochliwie odrzucił poduszkę. Z głowy posypał się łupiesz, lecz tego
nie dojrzał.
Otworzył oczy. Zalene było wszystko mgłą. Migotającą. Mruknął nerwowo, powoli
rozjaśniając obraz dlońmi trąc oczodoły. Przekrwawione. Napuchnięte. Ale nie
łajdackie.
Ujrzał wpierw niedopitą butelkę winy. Z wysiłkiem usiadł na wersalce.
Spróbował ogarnąć miniony wieczór.
Ma środku ujrzał biurko.
„Jak ja wróciłem do domu?”
Na biurku pufka.
„Boże? Co ja rzem wczoraj naodpierdalał?”
Na pufce śrubokręt.
- Kurwa mać! - wydobył, gdy spojrzał na górę. Na sufit.
Rozkręcony żylandor wisiał na jednym drucie.
- Co ty gnojku tu wyprawiałeś?! - wycedziła nienawistnie kobieta trzasnąwszy
drzwiami.
Była to matka Karola.
Jeszcze nie wzeszło słońce, ale gasły powoli żarówki w mieszkaniach. Wstał,
będąc ubrany. Wszedł do łazienki i przemył się, po czym zajadał już kawałek
ugotowanego wieczorem boczku wciąż wraz z rodzicielką mamrocząc pod nosem, a
to że to, a to że tamto.
I że żonę by se znalazł.
I w ogóle wyniósł się z JEJ domu.
Nie lubił poranka nastałego po alkoholowej libacji. W mordzie klucha, w
pomyślunkach rozpacz zaginionej akcji i jedyne pragnienie. Zapomnieć śpiąc.
Nic więcej.
Do kurtki włożył owinięte w gazety pajdy chleba. I ruszył. Do pracy.
Była szósta zero trzy. Dokładnie o tym wiedział. Trzy lata doświadczeń, a od
miesiąca szósta zero siedem - kulminacja marzeń i uniesień, kiedy obok poczty
mijał w napięciu, zawładnięty dreszczami JĄ. Wysoką, tajemniczą, powabnie
maszerującą. „Do pracy?” - zastanawiał się.
Kumulował swoje olśnienie JEJ w najgłębszej odchłani, by jak torpeda
wystrzelić, konkretnie trafić lub przynajmniej otrzeć się. O miłość. Przede
wszystkim był tchórzem i nieśmiałkiem.
Kroczył szybko betonowym chodnikiem wraz z innymi ludźmi. Zmęczonymi, z
twarzami osnutymi złością. Patrzył w rozmemłane podłoże. Nie dzierżył oglądać
swą twarz w żywych lustrach.
Mężczyzna na ulicy męczył się, pchając w pocie, próbując uruchomić silnik
syrenki.
- Mógłby pan pomóc? - zagadnął Karola.
- Spierdalaj! - usłyszał odpowiedź.
Mężczyźnie zastygła twarz. Usta tylko nieznacznie poruszyły sie wydobywając:
Skur-wiel!
Wyłoniła się zza bloku. Karol drżał, a jakże te serce dudniło. Splunął
zgnilizną swego wnętrza. Stanął. Stado wron poderwało się do lotu. Ulicą
przemknęła charcząc syrenka. Czuł, że nadeszła ta chwila.
- Słuchaj - zagadnął, gdy go mijała.
Stanęła.
- Wczoraj - kontynuował natchniony -, gdy po raz pierwszy z taką fajową werwą
obserwowałem terytorium Brazylii na mapie wręcz nie mogłem wyjść z olśnienia.
Ile tam mają zieleni! Ile miejsca gdzie się da ukryć! Gdzie zamieszkać, z
dala od tego zesmrodziałego żywota postępujących w tej ich rodzinnej
nowoczesności. Jest gdzie zapomnieć twarze tchnące chytrodobroduszną
obojętnością. Jest Amazonka, Japuara, Rio Negro i wiele mniejszych rzek,
rzeczułek w których biegu zastygły wysepeczki, wyspy. Nie zamieszkane.
Dziewicze. Z całym bogactwem boskich darów. No ot od takich konopii
zaczynając a kończąc na pomarańczy. Toż to raj dziewczyno! - krzyknął i
odętchnąwszy widząc zasłuchane oblicze pytał:
- Czy chciałabyś uciec na wespę gdzieś na Amazonce, Japuarze lub innej, z
dala od tej zadufanej społeczności dorobkiewiczowskiej?
- Ależ jasne! - odezwała się radośnie. - Człowieku. Czy ty wiesz ile ja czasu
na ten właśnie dzień czekałam? Boże! - jęknęła z wolna unosząc głowę do góry.
Karol podniecony czuł smak ekstazy.
- Dzisiejszej nocy, wyobraź sobie - zdawało się nuciła - śniła mi się
uliczka. Tynku gdzieniegdzie nie było, rynny miejscami przerdzewiały, a mrok
nocy uwidaczniał ponadgryzany wyraz i ścian i uliczki wyłożonej brukiem
nieskładni i aż harmonijnie. Bruk kleił się czule do fundamentów równie
niesprecyzowanej płaszczyzny na których wyrosły mury kilkunastu kamienic i
przybódówek. Były także blaszane śmietniki, powyginane tak i tak. Wrażenie
jakby tworzyły niespokojny szyk walecznych. Uliczkę rozświetlały kamienic
okna. Kilka pouchylanych. Z któregoś czuć przypalone mleko, wydobywa się
para. Z innego radio nuci pipol ar strendż de dors. Brzdęk. Gdzieś tłucze się
szklanka. Płacze dziecko, dzwoni budzik. I na tej uliczce, gdzieś z boku w
kartonach MY. Szczęśliwi. Wolni. MY - w rozkoszy miłości.
Karolowi, wydawało się, frunął.
Ale on biegł.
Z dziewczyną.Spleciony dłońmi.
Dyszał.
692-127-937