Dodaj do ulubionych

______________________________________________

13.02.03, 13:10
GARBUS
(by awas)

Wicie, nigdy w naszej wiosce nie bylo tak, ze sie cos dzieje. No
prawda, ze tu sie ktos skumal a tam kogos sztachetami potlukli.. jak
zwykle na wsi. ALe zeby az tak ? Powiem jak bylo, od poczatku.
Czyli przyszli pod chate jakos tak poznym latem, juz noce i
chlodniejsze i w dzien tak cieplo nie bylo. Przyszli i staneli u plota.
- Witajcie, gospodarzu - zagail jeden.
- Ano witojcie, witojcie wedrowcze - Stal przy furtce taki maly,
przygarbiony ale wydaje sie ze niestary jeszcze. Ubranie podarte na
grzbiecie i wielki garb na plecach, to pamietam najlepiej.
- Przyjmiecie nas na jakis czas, gospodarzu ? - z ukosa tak patrzyl.
A ja na to
- "nas" to znaczy sie ilu, bo tylko jednego widze ?
- Ano pod wieczor przedstawie, jesli wolno..
- No wolno, a w stodole mozecie przenocowac, bez zadnych harcow nocnych
tylko - nie lubie jak mi sie goscie z miejscowymi dziewkami zadaja.. Nic z
tego dobrego byc nie moze.
- Aaale, gospodarzu, my nie z takich - I to prawda byla, garbus nie
wygladal na takiego co sie za spodniczkami ugania.
Poszedl wiec do stodoly i smy go do konca dnia nie widzieli. Jakos
tak robota sie palila w rekach, nie widzialem tez czy li przyszedl w koncu
ten jego kompan czy nie.
Wieczorem jak juz na niebie kilka gwiazd zaswiecilo matka
pomyslala coby tu nakarmic naszego garbusa. Wziela sera i chleba i
poszlismy do stodoly ale juz na podworku my widzimy ze drzwi rozwarte a
przez podworko idzie garbus bez koszuliny. Ja oczy mruze i patrze patrze a
tu ...
- Wszelki Duch PAna Boga chwali ! Ki diabel ? - Na plecach garbusa cos
siedzialo mocno go za szyje obejmuje i kolanami za plecy sie zapiera.
A glowa gdzies w kudlach schowana.
Wiele nie myslalem lapie za widly co przy chacie staly, matka na kolanach
sie modli. Niedaruje zlemu !
- Przebog diable, juz po tobie ! - wrzasnalem tak ze mnie i sasiedzi
uslyszeli, patrze a diabel zchodzi garbusowi z plecow i staje obok. Wysoki
on taki jakis, dumny a na plecach to i co jakby skrzydla mial...
Zbaranialem, powiem szczerze.
"Jakze to tak ?" mysle sobie. Ten zas skrzydla rozwija, wieelkie one
byly na dwa chlopa jedno. Raz dwa zakrecil sie ostro i do gory, w
powietrze poszedl jak z procy.
Ja juz nic nie wiedzial, matka na kolanach litanie odmawia a za
plecami i sasiedzi sie zbierac zaczeli. Garbus jak aniol w niebo polecial
powoli najpierw tancowac poczal potem szybciej i szybciej i my sie o niego
przerazili troche .. a tu nagle Jak nie huknie !! Niebo nagle pojasnialo
jak w poludnie a w gorze kolrowe kwiaty zakwitly: niebieskie, zielone,
czerwone i zlote.
Coraz to nowe sie pojawialy a na nasze podworko albo to kolorowy
deszcz iskier spadl albo to dziwaczne cienie podrygiwaly w rytm tanca
garbusa. Ladne to bylo. Naprawde.
Od tego dnia co noc garbus tancowal na ziemi, a aniol na niebie.
Pieknie po dniu pracy bylo sobie popatrzec na te cudownosci. Dobrze nam
wszystkim bylo. Radosniej sie zylo. Nawet z daleka ludzie przychodzili bo
w moc aniola wierzyli i uleczenia pragneli.. ja tam nie wiem.
Tyle powiem, ze pewnego dnia garbus wyszedl i juz nie wrocil do
nas. Wielu jeszcze czekalo, "moze sie wroci i nad ludem ulituje" mowili,
ale ja tam juz swoje wiedzialem. I ludzie w koncu poszli na swoje.
Poszli i tak cicho sie zrobilo nagle.
Czasem wieczorem jeszcze siadamy z matka na laweczce pod chata i
patrzymy sobie w niebo. Cos jednak nam pozostalo. Mamy teraz piekne
wspomnienia.
Obserwuj wątek
    • roseland Re: _____________________________________________ 13.02.03, 13:33
      ola boga - alem się wystraszyła, dobrze chociaż, że nastąpił happy end. :)
    • Gość: gb Re: _____________________________________________ IP: *.toya.net.pl 13.02.03, 14:27
      Otóż to, a potrzebujemy nowych przeżyć i wspomnień o nich. Ech.....:)
    • messja Re: _____________________________________________ 13.02.03, 18:37
      fajne, napisz cos jeszcze.
    • wspomnienia Re: _____________________________________________ 14.02.03, 09:24
      "SLUP"
      YAVANNA


      "Stal sobie przy drodze slup, taki zwykly, drewniany, telegraficzny.
      Ustawiona go tam dawno temu, za czasow kladzenia pierwszych
      kabli, i do tego czasu zdazyl juz troche sprochniec. Znajdowalo siê
      tam tez wile innych jemu podobnych "kolkow" jak je powszechnie
      nazywano. Zapelnialy cala ulice i ciagnely siê po horyzont, nadajac
      jakby tchnienie czegos magicznego. Jednym slowem mialy swój urok.
      Ale ten jeden byl inny, wyjatkowy, tetnil zyciem. I teraz zostal siê sam.
      Tamte zabrano, wyrzucono. Poczatkowo czul siê nieswojo, ale szybko
      siê przyzwyczail. Przy tym nie byl samotny. Mial swoje wnetrze,
      drewniane, i taka sama dusze. A wydawalo by siê, ze taka rzecz jest
      bezduszna, ze nie czuje, nie widzi, nie slyszy. Tylko, ze nikt o tym nie
      wiedzial.
      W poblizu otworzyli budke z piwem. Sprzedawca byl otylym
      facetem kolo 50, ale na pierwszy rzut oka calkiem mily i na ogol usmiech-
      nietym. Przychodzil codziennie o tej samej porze, za 15 trzecia po poludniu,
      otwieral drzwi, wchodzil, robil jakies porzadki, cos przestawial. Punkt o 15
      siadal za lada i zaczynal obslugiwac pierwszych klientow. A ci bywali rozni.
      Najwczesniej przychodzila mlodziez wracajaca po szkole do domu. Pozniej
      zagladali troche starsi w drodze powrotnej z pracy. Tutaj siê odprezali po
      ciezkim dniu. Na koncu przychodzili menele, ktorzy do tej pory zdazyli juz
      siê przebudzic. Gasili kaca kolejnymi piwami. O 23 wszyscy opuszczali ten
      maly lokalik i udawali siê w rozne strony. Wlasciciel natomiasy sprzatal,
      wyrzucal smiecie, dasil swiatlo i szedl do domu.
      Szybko znalazl siê amator latwego zarobku. Usiadl przed wejsciem, z
      kartka: "Zbieram na nastepne piwo". I to skutkowalo. Ludzie wrzucali mu do
      czapki drobniaki. Jak siê ich troche uzbieralo, to wchodzil do srodka, kupowal
      zlocisty napoj i wychodzil. Siadal pod owym slupem i tam w samotnosci zlopal
      jedne piwo za drugim. Pil, zeby zapomniec. Zapomniec, ze zyje. Nazywal siê
      chyba Jozek, o ile drewniana pamiec nie zawodzila naszego slupa. Codziennie,
      po wypiciu 5-tego piwa, zaczyczal opowiadac historie swego zycia. Mowil, o
      tym, jego rodzice zgineli w wypadku samochodowym, jak byl malym dzieckiem.
      Pozniej zaczal pracowac w jakiejs firmie, z czasem awansowal na wysokie
      stanowisko. Ozenil siê z ukochana kobieta. Mial nawet dziecko, syna. Ale w
      wieku 3 lat zmarlo na zapalenie opon mozgowych. Zona wpadla w gleboka
      depresje i musieli zamknac ja w zakladzie dla oblakanych. On sam nie mogl siê
      pozbierac. Pzrestal pokazywac siê w pracy. Zaczal pic. Stacil mieszkanie. I tak
      znalazl siê tutaj. Trwalo to jakis miesiac. Pozniej nagle zniknal.
      Wieczorami krecila siê tutaj pewna kobieta. Bardzo mloda, ladna.
      Miala jakies 17 lat. Stala sobie w poblizu, czasami tez opierala siê o ow
      slup.
      Usmiechala siê zalotnie do przechodzacych mezczyzn, rozmawiala z nimi, a z
      niektorymi gdzies odchodzila. Nastepnego dnia jednak wracala. Widac bylo,
      ze jest nieszczesliwa. Rok temu poznala chlopaka i zakochala siê w nim z
      miejsca. Zaraz tez pojawila siê niechciana ciaza. Facet odszedl gdzies. Gdy
      jej rodzice dowiedzieli siê o tym, wyrzucili ja z domu. Poszla do przytulka dla
      bezdomnych, pozniej do domu samotnej matki. Urodzila coreczke. Znalazla
      prace jako kelnerka w jakims obskurnym barze, ale pensja nie wystarcala na
      utrzymanie dwoch osob. Oddala dziecko, a sama zaczela dorabiac sprzedajac
      swoje cialo.Chciala zaoszdzedzic troche pieniedzy, zeby kiedys odzyskac swoje
      malenstwo. Czula jednak wyrzyty sumienia z tego co robi. Wiedzila, ze to
      grzech. Modlila siê do Boga o wybaczenie. Czêsto wlsnie tutaj wyrzucala z
      siebie rozpacz i nienawisc do tego swiata. A drewniany kolek sluchal i dawal
      otuche.
      Widywal takze co niedziele jedna stara kobiete. Chodzila rano do
      pobliskiego kosciola od wielu lat. Zawsze sama. Pewnie jej maz odszedl.
      Na jej twarzy odbijala siê obojetnosc i dziwny spokoj. Jakby dawno
      pogodzila siê z soba i z zyciem, jakie by ono nie bylo. Nigdy siê nie
      usmiechala.
      Lecz pewnego dnia szla z mlodym mezczyzna. Chyba jej syn lub wnuk. Milczeli
      cala droge. Wiecej siê nie pojawila. Pozniej mowiono, ze wyjechala do duzego
      miasta i zamieszkal z odnaleziona po latach rodzina. To chyba jedyna
      szczesliwie zakonczono historia z tamtego okresu, choc wielu ludzi siê tamtedy
      przewijalo i wiele siê dzialo. Tylko drewniana pamiec czasami siê zaciera.
      Teraz nit nie przychodzi. Zamknieto owa knajpke, okolica wyludnila siê.
      Nawet tamta mloda kobieta gdzies siê przeniosla. Pozostaly wspomnienia. Ale to
      i tak duzo dla takiego przedmiotu. Wystarczyly by na dlugie lata tkwienie
      bezczynnie w ziemi. Piekno i cierpienia ludzkiego swiata zebrane w
      jednym tak malym pomieszczeniu. Niestety los nie byl tak laskawy.
      Na horyzoncie ukazala siê para ludzi. Niesli lopaty, pily ito.W splup wstapila
      nadzieja i radosc. Nietrwala jednak dlugo. Szybko pojal po co ida i przestaszyl
      siê. Ale pzreciez nie mogl uciekac, bo nie mial nog. Zreszta nie widzial sensu.
      Sladem ludzi pogadzil sie z wlasnym losem. Zalowal tylko, ze wiecej nie
      zobaczy zadnego czlowieka, nie pozna nowej opowiesci, nie bedzie odczuwal
      czyis emocji.
      Ludzie wyrwali go, wraz z "korzeniami". Bolalo. Chyba pierwszy raz
      poczul czym tak naprawde jest bol. Pocieli go. Wyplynal sok. Lzy i wolanie o
      pomoc. Robotnicy oniemieli. Ale mieli wykonac polecenia, nie mogli litowac
      siê nad kawalkiem starego drzewa. Wrzucili do w ogien. Ostakiem sil wydal
      konajacy krzyk i zamarl na zawsze. Tak odszedl ostani drewniany slup. "





    • Gość: gb Re: _____________________________________________ IP: *.toya.net.pl 14.02.03, 10:34
      Czy wiesz co to znaczy żyć przeszłością? Żywić się ochłapami zamiast czerpać z
      życia pełnymi garściami, cieszyć się nim, dawać szczęście innym, może nawet
      ból ale cząstkę z siebie, żywego, świadomego swojego istnienia. Kto chce
      budować swoje życie na zgliszczach, niech lepiej od razu położy się do trumny,
      bo takie życie jak opisujesz jest umieraniem. Czyjeś radości? Smutki innych?
      To ma być jedynym pokarmem dla Ciebie? Stwórz swoje życie, bo czas najwyższy!
      Przykro mi, że tak to brzmi ale tak właśnie czuję czytając i gniewa mnie
      bezwolność z jaką ludzie poddają się losowi.
      • Gość: gb Re: _____________________________________________ IP: *.toya.net.pl 17.02.03, 19:51
        Nie miałam prawa tak napisać do kogoś o kim nie wiem nic, przepraszam.
        • wspomnienia Re: _____________________________________________ 18.02.03, 09:16

          " Trwalo leniwe popoludnie. Zamek odpoczywal, ociezale przygowujac
          sie do kolejnej, orgiastycznej, sobotniej nocy. Nie chcialysmy
          uczestniczyc w nadchodzacym wieczorze. Wrecz zdarzalo sie nam
          zyczyc sobie rezygnacji z calego tego zycia. Bylo to oczywiscie
          niemozliwe, poniewaz kazdy, kto zostal wyrzucony do tego kosza na
          smieci, na tymczasowe odpadki spoleczenstwa arystokratycznego, na
          dzieci chwilowo niechciane, oddane na burzliwy okres pod inne
          instancje, kazdy kto dostal sie tu, i my rowniez, musial
          uczestniczyc w rytualach mlodosci. Chcac miec chociaz namiastke
          ucieczki na wlasnosc, nalezalo pograzyc sie w czyms, do czego
          inni nie mieli dostepu. Ontologia. Dla nich, jak cos zamknietego
          w encyklopediach, na pietrze biblioteki, dla nas jak zyciodajna
          ambrozja, jak niezbedne powietrze..."

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka