tsy
08.10.07, 18:39
Z naszej kultury niedługo zostaną tylko roszczenia
autor: Witold Lipszyc, ar, 2007-10-05, Ostatnia aktualizacja: 2007-10-05
Czy będziemy musieli płacić za umieszczanie w sieci odnośników do stron
internetowych takich jak YouTube? W poniedziałek weszły w życie przepisy
wprowadzające nowe, nieistniejące wcześniej opłaty w ramach prawa autorskiego.
Nowelizację tę nasz kochany parlament przegłosował, a nasz kochany prezydent
podpisał.
Chodzi o to, by nałożyć haracz na blogerów i twórców stron internetowych,
zamieszczających pliki wideo. W praktyce wystarczy, byśmy na naszym blogu
podłączyli jakiś filmik z YouTube – i bach, musimy płacić. Może bez sensu
(w końcu nie publikujemy tego sami, tylko wskazujemy miejsce, gdzie
opublikował to ktoś inny), ale za to jakżeż zyskownie.
Ale to nie wszystko. Opłaty te mają być dokonywane na rzecz „organizacji
zbiorowego zarządzania” (OZZ), a artysta nie może w żaden sposób zrzec się
tego wynagrodzenia. Nie pomaga nawet sprzedaż praw autorskich. Bez sensu?
Oczywiście. Dotychczasowa praktyka pokazuje bowiem, że nie każdy artysta może
pieniądze od OZZ dostać, nawet jeśli zbierane były w jego imieniu. To OZZ mają
być beneficjentami tego rozwiązania.
Już raz próbowano te przepisy wprowadzić przed wakacjami, ale sprawę uwalił
Trybunał Konstytucyjny. Teraz, po kosmetycznych poprawkach, znowu przepchnięto
je przez Sejm. Jeszcze przed wakacjami Stowarzyszenie Filmowców Polskich za
pośrednictwem swojej kancelarii zaczęło rozsyłać do różnych twórców stron
monity. Przed wakacjami, bo stowarzyszenie miało nadzieję, że Trybunał
przepisów nie uwali. Ale uwalił. Co teraz zrobić z monitami, które już
wysłano? Na szczęście specjalistom pracującym nad ustawą wpadł do głowy
wspaniały pomysł – niech prawo działa wstecz!
Podczas obrad sejmowej komisji sprawa ta wzbudziła chwilowe zamieszanie, ale
ekspert komisji prof. Elżbieta Traple i rządowy legislator Ida Reykowska
znalazły rozwiązanie: w tekście nowelizacji zamiast mówić o „roszczeniach
powstałych” w czasie, gdy ustawa nie obowiązywała, zaczęto mówić o
„roszczeniach określonych” w ustawie. W ten sposób powstało prawo, które po
opublikowaniu 1 października będzie działać od 6 czerwca. Wystarczyło zmienić
terminologię. Proste i genialne. Dodatkowej pikanterii sprawie dodaje fakt, że
to prof. Traple jest bezpośrednim beneficjentem nowego prawa. W przerwach
pomiędzy doradzaniem zajmuje się bowiem ściąganiem wyżej wymienionych opłat na
rzecz... Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
Co jest kluczem do zrozumienia przemian, jakim podlega polskie prawo
autorskie. Oto mamy nowe prawo, które upoważnia jakieś nowe grupy do
zgłaszania roszczeń. Roszczeń do czego? Oczywiście do pieniędzy z racji
korzystania z dóbr kultury. Korzystania, które do tej pory było bezpłatne, ale
teraz zaś bezpłatne już nie będzie. Prawo to tworzone jest przy ogromnym
zaangażowaniu potencjalnych beneficjentów. Czasem prowadzone są nawet tzw.
konsultacje społeczne, ale owo „społeczne” zawsze oznacza wydawców,
dystrybutorów, organizacje zbiorowego zarządzania itd. Nie zawiera
natomiast... społeczeństwa, które nakładaniem nowych opłat nie jest
zainteresowane.
Kultura jest w naszych czasach jak postaw czerwonego płótna. Organizacje
zbiorowego zarządzania ciągną w swoją stronę, wydawcy w swoją, nadawcy w
swoją. W efekcie wspólna ogólnodostępna przestrzeń się kurczy. Resort kultury
i posłowie, zamiast tę wspólną przestrzeń chronić, ochoczo ulegają
roszczeniowym postawom kolejnych grup, każdemu wykrawając kawałek, po
plasterku. Jeśli tego procesu nie przerwiemy, to niedługo z naszej wspólnej
kultury nie zostanie nam nic. Oprócz roszczeń.
Autor jest koordynatorem projektu „Wolne Podręczniki”, członkiem zarządu
Internet Society Poland.