e.1986
02.06.10, 02:53
Mam za sobą półtoraroczny związek z dziewczyną spod znaku borderline.Całkowita
porażka, kompletna niemożność porozumienia. Właściwie strata czasu,
zmarnowanych kilkanaście miesięcy życia. Zaznaczam, że nie jestem żadnym
ideałem, lubię się napić, jestem nerwowy, wybuchowy, trochę niezrównoważony.
Ale sam nie wiem już czy zawsze taki byłem czy stałem sie taki przy niej.
Uwierzcie proszę, że doszedłem do takiego stanu, że nawet jak jeszcze ją
kochałem to bałem sie spotkań z nią, nigdy nie było nic pewnego, kiedy i o co
się przy... Nic nie rozumiałem. Wiedziałem, że to ma, była nawet w szpitalu.
Ale poszła tam sama, z własnej chęci, dla mnie to kompletnie niezrozumiałe jak
można się zamknąć w takim strasznym miejscu. Nie pojmuję jak mogła sobie ciąć
ręce (wg. mnie całkiem bez powodu), łykać prochy, żeby niby się zabić a potem
mi to mówić. Przecież to było śmieszne. Poza tym nie do pojęcia były jej
nastroje, np. kiedy wszystko układało się wspaniale, ona była smutna albo
rozdrażniona a kiedy pytałem o co chodzi to słyszałem bzdury na które nie
mogło być żadnego logicznego wytłumaczenia, natomiast kiedy coś się działo
złego, np. czyjaś ciężka choroba, zachowywała się jak pępek świata, z
pretensjami że ta chora osoba wcale nie jest taka biedna i wszyscy się nią za
bardzo przejmują. Dla mnie po prostu zwyczajna oziębłość, nieczułość. Nigdy
nie wiedziałem czego ona ode mnie oczekuje i jaki mam być. (Na początku
wątpiłem nawet czy jestem jej wart, uważałem czasami, że jest dla mnie zbyt
wspaniała a ja zbyt głupi, żeby zrozumieć taką wrażliwą i uduchowioną
kobietę)Mówiła że mnie kocha ale jednocześnie nie dawało się z nią rozmawiać
bo jakiekolwiek próby nazywała "jechaniem". Bywało, że po pijaku jej
nawsadzałem i kazałem spie... potem żałowałem, miałem wyrzuty sumienia,
przepraszałem ale poczucie bezsilności wobec jej pokreconej logiki, złości na
jej argumenty zupełnie z d..., wyczerpanie moich emocji,wreszcie marzenie
wyłącznie o pozbyciu się jej , uświadomienie sobie, że czas z nią był
całkowicie zmarnowany. Próbowałem zerwać z nią na różne sposoby, brałem na
siebie winę, przyznawałem się że nie kocham itp. Ale ona ciągle wracała,
mówiła, że kocha i chce ze mną być, jednocześnie bez przerwy mnie obwiniając
za wszystko bez końca. Najgorsze były jej kłamstwa i paplaństwo. Tak umiała
wpłynąć na ludzi, że nawet dalecy znajomi robili mi wyrzuty jak mogę byc takim
chamem, bić ją.... No ku..Kiedy ją pobiłem? Nie raz bym chciał, nie raz nie
wytrzymując dostawałem takiej agresji, że ostrzegałem, że zaraz jej przy.. Ale
NIE ZROBIŁEM TEGO NIGDY. Potem mówi, że szturchnięcia i klepnięcia to też
bicie. sama też miała problem z trzymaniem rąk przy sobie. Ale do swoich
koleżaneczek nie mówiła jak było naprawdę tylko wyolbrzymiała kosmicznie i
wychodziły z tego bzdury jakbym był jakimś mega oprawcą. Może.. już sam nie
wiem co się wtedy ze mną działo. Tak, paplanie to istna zmora, nie było nikogo
o kim nie mówiłaby źle a za jakiś czas idealizowała albo wmawiała mi, że nigdy
tak nie mówiła. Nawet ludzie o których mówiła "moi przyjaciele" byli przez nią
krytykowani i obmawiani, nie było tajemnic, których by nie wypaplała, ja
wiedziałem jacy oni są beznadziejni a oni wszystko o mnie. Wiem że niektórzy
już się połapali i było jej nieprzyjemnie. Nie wiem czy w końcu wyciągneła z
tego jakieś wnioski. Gdzie do diabła logika???? Już nie chciałem z nią być, to
ona nie dawała za wygraną, ciągle wracała jak bumerang. Więc jak to możliwe,
że skoro byłem taki zły, biłem ją, nawet gwałciłem bo i takie rzeczy słyszałem
na swój temat, to ona chciała ze mną być.Pasowało jej to? Albo mi? Przecież
gdybym był taki jak ona rozgaduje to dalej bym do woli korzystał z tego bicia
i gwałcenia. Jasne?
Pozbyłem sie jej nagle, w furii nie do opanowania, nie dałem rady. Nie chcę
tego opisywać, na samo wspomnienie robi mi sie źle. Wtedy nie dało się inaczej
a już dłużej nie zniósłbym jej osoby. Co się potem działo... nieważne, dość,
że jeszcze przez kilka miesięcy nekała mnie i dążyła do powrotu. Mieszała w
towarzystwie i jednocześnie opowiadała swoją wersję na lewo i prawo.
Zmilczałem to jakoś chociaż gniew trzymał mnie bardzo długo. Nie zależy mi na
ludziach którzy jeszcze jej wierzą, niektórzy sami doszli prawdy, chociaż nie
uważam, że kogoś to powinno interesować.Nie ma powrotu.
Mam teraz inną dziewczynę, jestem z nią szczęśliwy, wszystko jest takie proste
i normalne, o wszystkim można porozmawiać.
Zaczynam czuć się bezpiecznie. Mogę myśleć o swoich sprawach i jej o wszystkim
mówić, nie obawiając sie kłótni.
Tamtą widziałem pare razy, zawsze wygląda jakby się świetnie bawiła i była
przeszczęśliwa (udaje na 100%).Ale chyba już sobie też poradziła z naszym
rozstaniem. Wiem tylko, że jej natura nie pozwala spokojnie egzystować wśród
ludzi, wiem , że nadal opowiada niestworzone historie na temat mój i mojej
obecnej dziewczyny, to się wyczuwa od znajomych..No nic, jakoś mało mnie to
obchodzi.
Nie oczekuję żadnych odpowiedzi, po prostu przypadkiem tu wszedłem i
postanowiłem dorzucić swoją cegiełkę.Pomimo przejść jakie miałem z nią, pomimo
szczęścia, że już jej nie ma w moim życiu myślę jednak czasem o tym jak
byliśmy razem ale raczej w kategoriach "jak dałem sie tak zmanipulować, jak
mogłem kochać takiego człowieka?" To złe do szpiku kości dziecko, które
szkodzi sobie i innym. Dla niej moje sprawy, moje łzy, moje życie i problemy
nic nie znaczyły. Jeśli mówiłem, że płacze przez nią to ona na to, że nie
prosiła, żebym się nią przejmował, nie prosiła mnie żebym ją kochał, żebym dla
niej zawalał swoje sprawy... Tak, nie prosiła, to prawda. Sam za siebie
odpowiadam, za to że byłem z nią półtora roku i za to że z tym skończyłem. To
była najlepsza decyzja w moim życiu. Koniec. Dla mnie ona nie istnieje.
Czemu więc o niej dzisiaj pomyślałem? Taki dzień, po prostu, a raczej noc. Nie
życzę jej źle, współczuję że boryka się z takim g... ale ze wszystkiego w jej
zachowaniu najgorsze były kłamstwa, oszczerstwa, manipulacje i gadulstwo. Ona
to, myślę, wie.