Dodaj do ulubionych

Border w żałobie

15.12.12, 22:13
A ja jestem zdiagnozowanym przez psychiatro-psychychoterapeutę BPD, z reszta podejrzewałam u siebie BPD od paru lat, jak tylko natrafiłam na info. I osoba, jedyna osoba w moim życiu, która do mnie dotarła, dla której podjełam jakiekolwiek leczenie, robiłam cokolwiek ze sobą...umarła. To juz ponad rok temu, ja sobie dalej nie radzę. Dla niego odeszłam z 10 letniego związku, w którym mnie od 5 lat nie było mentalnie0 rzucałam sie w coraz to nowe, nie przynoszące nic romanse- oni sie zakochiwali, ja z dnia na dzień urywałam kontakty, jeżeli ktos był niedostępny, interesowałam sie, jezu...uwielbiałam te cierpienia, miałąm jakiś cel w życiu, zdobywałam, zdobyłam...i OK, czasami jedno słowo, gest, cokolwiek wystarczyło, znikałam- urywałam wszelkie kontakty. Dopiero jeżeli ktoś zafundowal mi emocjonalną "ścieżkę zdrowia" czułam cokolweik, interesowałam sie ..aż spotkałam Jego.Jedyna osoba w moim całym życiu, która dotarła najgłębiej mnie. On wiedział najwiecej o mnie, o samym jądrze mnie.Po jego śmierci przytyłam ponad 30 kg, schudłam już 25, boję się, że spieprzę każdy zwiazek, że właściwie to podążam teraz ku samozagładzie, przerwałam terapię,, jedyny moment w życiu,kiedy poczułam jakiś ratunek, jakąś możliwość wyjścia z tego piekłą, jakie sama sobie sprawaim dał mu w dupę i to tak mocno, że żałuję, że nie miałąm dowagi, zeby to wszystko skończyć. Ale bardzo bym chciała..myslę, że tak właśnie skończy się moje życie kiedyś- nie dam juz rady, po prostu nie mam siły. Jak tylko coś chiałąm zrobić i widziała światełko....to dostałam w twarz od losu z chichotem w tle...bo on zginął-nagle i głupio.Ponad rok minął, a ja dokopuję sovbie sama psychicznie i nie daje rady...staram sie, zagłuszam, pół roku mieszałam wszelkie psychoptropy z dużą ilością alkoholu- przychodziłam z pracy (sukces dla mnie to było w ogóle to, że wstałzm rano z łózka i się do pracy dowlokłam) i odlatywałam - tabletki, wódka i nie mysleć, nie być, nie istnieć, nie czuć. Przestałam, tyłam koszmarnie, ale znowu mam napady...jezu, nie wiem gdzie zmierzam, pustka, border, boli mnie dusza nadal..nie wiem. Jestem "najsamszym" człowiekiem na ziemi....
Obserwuj wątek
    • brz_a_sk Re: Border w żałobie 16.12.12, 08:14
      masz coś
      tak trudno cieszyć się z tego, że było

      czasem żałobę udaje się przełamać tym olśnieniem - przecież to, że spotkałam takiego człowieka jest moim skarbem
      kiedy tracimy wspaniałą osobę trudno dokopać się do tej prawdy - cudownie, że była

      jeśli umiesz nie wyprzedając się z intymności i chcesz - napisz o Was

      tak wielu bordów żyje w poczuciu, że nie może się zdarzyć

      i żałobę tylko po sobie noszą za życia


      • cierpieniamlodegobordera Re: Border w żałobie 17.02.13, 22:48
        "i żałobę tylko po sobie noszą za życia"

        Bardzo mnie ugodziła trafność tych słów. To właśnie czuję.
    • vbs Re: Border w żałobie 16.12.12, 20:21
      Po co Ci nowy związek którego boisz sie spieprzyć co nie oznacza że go spieprzysz, jeśli nie jesteś na niego gotowa w najmniejszym stopniu.masz jakiś przymus że musisz z kimś być?bądż dla siebie bardziej wyrozumiała. daj sobie czasu bo rok to niewiele a w Twoim przypadku pół rok ,bo wcześniej uciekałaś od siebie alkocholem i prochami co jest zrozumiałe ,bo nie czuć i nie istnieć jest fajne tylko nieskuteczne.to była samozagłada a nie to do czego zmierzasz bo zaczynasz wszystko od początku.daruj sobie kolejny związek i najpierw zadbaj o siebie.związek to cierpienie a Ciebie nie stać na taki luksus w tej chwili.wróć na terapie żeby kontrolował Cie ktoś obiektywny.nikt nie wie dokąd zmierza to "uroda" życia.
    • rosmam Re: Border w żałobie 17.02.13, 22:41
      po dwóch mięsiącach wróciłam do tego postu. Pisałam go w najgorszym dole- kiedy z mozołem odbudowywane pewne rzeczy, z których odbudowania byłam tak dumna, wydawały wymykać mi się z powrotem z rąk, były niezauważone- jakby ktos podciął mi skrzydła i zepchnął z powrotem w otchłań. Ilość stresów, jakie miałam "na talerzu" przerosła mnie. Teraz, nie wiem, co jest powodem, ale nastąpił u mnie jakiś przełom-właściwie zaraz po nowym roku. Takie odcięcie od przeszłości-rapotwne, zadziwiajace i jednocześnie przynoszące dużo ulgi.Jakby nagle ktoś zdjął ze mnie wielki, betonowy kloc. Zmieniłam dużo, od tak trywialnych, jak to, ze nie chciałam zmieniać wielu rzeczy w mieszkaniu po jego smierci. Zmieniłam. Bo tego juz nie ma. Jakbym dostrzegła też to, czego sie wtedy bałam, jakbym "odróżowiła" sobie wiele z przeszłości- nie idealizowała, a urealniła. Patrzę w przyszłość. Jestem zmęczona przeszlością i rozpamiętywaniem. Juz tego nie chcę. I co wiecej- nie robie tego. Nie mam potrzeby. Przeszłość włożyłam do szkatułki-jak będę chciała, to ją wyjmę i popłaczę sobie, ale nie będę w tej szkatułce trzymać głowy. Poza tym...zastanawiające. Poczułam coś, od razu z zaufaniem - drugi raz w życiu tak mam. Z reguły mało czułam, nic nie czułam, nie ufałam.Pierwszy raz ever, w całej mojej historii relacji z jakimikolwiek istotami ludzkimi, nie tylko w związkach, wyczuwałam w ten sposób właśnie K.- ponownie, nawet nie patrząc na to z poziomu związkowo-różnej, a z poziomu po prostu człowieka, istoty ludzkiej -to dla mnie też było takie odkrywcze i niesamowite- ze cokolwiek ukłuło mnie, że pchał mnie instynkt, że tam jest bezpiecznie i że byłam tak pełna zaufania-właściwie od początku. Po prostu-klik, jak puzel.
      Wiem, że nie chciałabym wracać do starych wzorców...tak jakbym przez tę śmierć była nieporównywalnie bardziej dojrzała. Jakbym była w stanie zrobić krok do tyłu, odetchnąć i z większej perspektywy spojrzeć na sytuację.
      To teraz, nawet jeżeli to nie jest nic, albo sobie to wytworzyłam w głowie, to i tak jest dla mnie przełomowym doświadczeniem - uświadomiło mi, że właściwie to nadal moje życie się toczy, że się nie skończyło i że może mam jakąś przyszłość, że potrafiłam odciąć się od przeszłości.Tzn przestać w niej w sposób chory taplać-nawet na poziomie materialnym, że tak dużo zmieniam w domu, że nie chcę już "sanktuarium"- zrobiłam totalną reorganizację- teraz wszystko jest po mojemu, a nie jak było za jego czasów i jak on ułożył i wymyślił. Dałam mu odejść. Jakby mi ktos betonowy kloc zdjął z ramion.
      A to teraz- nawet jeżeli sobie to wymyśliłam albo tylko mi się wydawało- to może w taki właśnie sposób mój organizm postanowił się obronić?-impulsem i chemią? ;) Że jakoś sama się wzięłam i za własny kołnierz wyciagnęłam z najczerniejszej otchłani w jakiej byłam. I jestem do przodu-o tyle okropnych doświadczeń, wiem czego nie chcę, nie mam ułudy raju utraconego, co nie będzie mi rujnowało przyszłości- wyidealizowane "kiedyś".
      • czarnakrowawkropkibordoo Re: Border w żałobie 18.02.13, 15:46
        Uciekasz od żałoby?
      • brz_a_sk Re: Border w żałobie 19.02.13, 02:01
        myślę, że dobrą drogą idziesz
        przedłużanie żałoby ponad to co dla Ciebie konieczne nie znajduje uzasadnienia
        pamiętanie dobre nie jest mniej cenne niż pamiętanie smutne
        docenianie tego co się udało dobrego przeżyć z kimś jest najlepszym sposobem myślenia o swoim życiu
    • cierpieniamlodegobordera Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 17.02.13, 23:19
      Nie jestem matką i kocham moje dziecko.
      __________________________________

      Dzień był wyjątkowo chłodny. Otulona w koc wpatrywałam się w fale i zastanawiałam się, czy ten moment jest dobry, żeby powiedzieć mu, że za 9 miesięcy urodzi się nasze dziecko.

      Rozmyślania przerwała mi nagła kłótnia, w którą się wdałam. On już był mocno podpity i powiedział mi w gniewie, że nie dziwi się, że rodzice mnie tak traktowali. Uciekłam i zadzwoniłam do mężczyzny, którego bardzo kiedyś skrzywdziłam. Uwierzycie bądź nie, ale powiedział mi, że będę wspaniałą matką. Drugi telefon wykonałam do przyjaciółki z podstawówki, która uświadomiła mnie, że muszę być twarda, bo teraz nie żyję dla siebie, a dla dziecka.

      Wróciłam na plażę i z daleka obserwowałam mojego partnera. Beztroski pił piwo. Zebrałam się i podeszłam do niego. Poprosiłam, żebyśmy porozmawiali na osobności. Powiedziałam mu bez ogródek, jak się pewnie domyślacie, zaśmiał się. Nie mógł uwierzyć albo myślał, że robię sobie żarty, żeby wzbudzić w nim poczucie winy za kłótnię. Wracaliśmy do domu, a on mi nie szczędził uwag, że nie powinnam iść, bo się zmęczę i zaszkodzę dziecku.

      Trzy dni później byliśmy u lekarza. Skacowany szedł kilka kroków za mną. Pani doktor pogratulowała 6 tygodnia ciąży. Mój partner zapytał, jakie istnieje prawdopodobieństwo, że dziecko jest chore, bo on w ostatnim czasie cały czas imprezował. Do tej pory się zastanawiam, czy gdyby opowiedziała, że bardzo duże, to by rozważał aborcję.

      Ciąża była dla mnie trudnym przeżyciem, ponieważ bardzo szybko uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie nic zaoferować temu dziecku. Zawsze stawiałam sobie za cel, że zagwarantuję maleństwu wszystko, a wtedy byłam w takiej sytuacji, że wydawało mi się, że nie mogę nic dać. Bardzo dużo płakałam, ale też głaskałam mój brzuszek i rozmawiałam z dzieciątkiem. Niestety, w stanie smutku byłam o wiele częściej widziana, niż w euforii, więc mój partner powtarzał mi, ze w związku z tym, pokazuję, że nie jestem odpowiedzialna. To mnie tylko upewniło w tym, że będę najgorszą matką i powinnam zagwarantować dziecku coś więcej.

      Miotałam się między decyzją o ucieczce z brzuszkiem na koniec świata, a urodzeniem dziecka i zniknięciem z jego życia. Wierzyłam, że jego ojciec zaopiekuje się nim o wiele lepiej niż ja. W końcu to mi cały czas powtarzał, że jestem nieodpowiedzialna. Pomijał fakt, że śmiał się, kiedy mówiłam ludziom, żeby nie palili w mojej obecności. A co tam, sam sięgał po papierosa...

      Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy zobaczyłam 12-tygodniowego maluszka na USG. Jego twarzyczka, rączki i nóżki sprawiły, że poleciały mi łzy. Kochałam te dziecko całą sobą. Nienawidziłam siebie za to, że nie mogę mu nic więcej dać. Było tak małe, tak piękne, tak kochane. Moje dziecko.

      12 września dostałam bardzo silnego bólu w dolnej części pleców. Na pogotowiu uspokajali mnie, że to tylko korzonki. Ból był nie do wytrzymania! Nalegałam na badania. Po wstępnych oględzinach lekarz stwierdził, że z ciążą jest wszystko w porządku. Wybłagałam USG.

      Nigdy nie zapomnę milczenia lekarza i łez w jego oczach.

      Okazało się, że mojemu dziecku nie bije serduszko.

      Przeszył mnie wszechogarniający ból. W pierwszej kolejności pomyślałam: Boże, jeżeli istniejesz, to cię nienawidzę. Później zaczęło mnie kłóć serce, chciałam umrzeć. Zaczęłam się miotać po łóżku i krzyczeć. Jednak to nie przynosiło ukojenia. Wsiedliśmy z partnerem do taksówki, objechaliśmy inne miejsca, w których myśleliśmy, że wykonamy USG, ale nic nie znaleźliśmy. W końcu była pierwsza w nocy...

      Rano powiedziałam rodzinie. Ból ugrzązł we mnie tak głęboko, że wydawałam się nawet spokojna.

      W szpitalu, na porodówce, zostałam potraktowana bardzo źle. Usłyszałam, że tak krzyczę, że prawdziwego porodu bym nie wytrzymała. Ból, który znosiłam fizycznie był niczym, w porównaniu do pragnienia obudzenia się z tego złego snu. Bo to przecież nie mogła być prawda.

      Miesiąc później zaczęłam leczyć się psychiatrycznie i trwa to do dziś.

      Nie przeżyłam żałoby, bo jak? Nie rozmawiam, bo z kim? Nie cieszę się życiem, bo dla kogo mam żyć? Nienawidzę się, bo nie umiałam uratować mojego dziecka. Muszę cierpieć, bo pewnie, gdy umierało, też cierpiało. Jak mogłam dopuścić, że moje dziecko czuło ból? Było takie bezbronne i malutkie.

      Czuję się matką, chociaż nikt mnie za nią nie uważa. Kocham moje dziecko, chociaż nikt nie chce pamiętać, że ono było.
      • ykrastek Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 18.02.13, 09:34
        Moja była partnerka - borderka była początkowo doskonałą matką. Najlepszą na świecie jaką sobie można tylko wyobrazić. Pokochałem ją za to od razu 100 razy bardziej. To był mój błąd jak się później okazało.... Córkę uwielbiam - stała się najważniejszym i najbliższym mi człowiekiem w moim życiu! Jednak matka mojej córki - mająca wszelkie cechy dobrze (pozornie) funkcjonującej osoby z BPD - z czasem, w miarę dorastania kilkuletniej córki i jej naturalnej separacji od matki - zaczęła traktować córkę coraz gorzej. Na łzy dziecka i chęć przytulenia - zaczęła reagować agresją, coraz częściej pokrzykiwała, traktowała bez szacunku rodzące się odrębne uczucia dziecka, karała w sposób niehumanitarny i niedostosowany do wielkiej wrażliwości córki.. Do dzisiaj, mimo wielkiej miłości i przywiązania córki do mnie, próbuje ją alienować ode mnie. Pisze do Sądu wnioski o pozbawienie mnie władzy rodzicielskiej i całkowity zakaz kontaktów - fingując przy tym liczne ciężkie oskarżenia pod moim adresem. Potrafi przy tym być bardzo wiarygodna. Robi tak za każdym razem gdy staję w obronie córki i gdy próbuje udzielać jej wsparcia emocjonalnego. Moim zdaniem kobiety z BPD powinny uświadomić sobie fakt, iż ich niedojrzała osobowość może bardzo i na całe życie skrzywdzić ich dziecko.Dziecko nie jest po to aby "leczyć" matkę z BPD, wypełniać jej pustkę i kochać swą mamę, będąc jej bezwzględnie podporządkowanym. Dziecko potrzebuje miłości bezwarunkowej nie tylko będąc niemowlęciem całkowicie uzależnionym naturalnie od swej matki, lecz także a nawet przede wszystkim w pierwszych latach swego życia - gdy w sposób naturalny staje się odrębnym człowiekiem z odrębnymi (nie zawsze zgodnymi z matczynymi) uczuciami, które trzeba uszanować. Czy matki z BPD potrafią mieć na tyle empatii aby szanować uczucia dziecka (np do ojca) niezgodne z własnymi...?
        • cierpieniamlodegobordera Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 18.02.13, 09:54
          Czytałeś "Uratuj mnie"?
          • ykrastek Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 18.02.13, 13:00
            Niestety nie czytałem "Uratuj mnie"... Dlaczego pytasz?
            • cierpieniamlodegobordera Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 19.02.13, 19:30
              W tej książce zostały bardzo dobrze przedstawione relacje dzieci - border, zarówno w czasie kiedy miał "napady" (bo jak to nazwać;-)), jak i po terapii.
      • czarnakrowawkropkibordoo Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 18.02.13, 15:56
        Ciekawy styl, taki oderwany od rzeczywistości, jak fragment szkicu do powieści. Nie wiedziałabym jak zareagować, gdyby mi ktoś w taki sposób opowiedział o autentycznej tragedii. Jakiej reakcji byś oczekiwała?
        • cierpieniamlodegobordera Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 18.02.13, 16:04
          Żeby ktoś mnie wziął za rękę i pozwolił się wypłakać.
          • czarnakrowawkropkibordoo Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 18.02.13, 16:08
            A sama umiałabyś być dla siebie tym kimś?
            • cierpieniamlodegobordera Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 18.02.13, 19:26
              Nie, więc nikt dla mnie też taki nie będzie.
      • brz_a_sk Re: Border w żałobie. Moje dziecko umarło. 19.02.13, 01:42
        www.poronienie.pl/zaloba_ogolne2.html
        może zacznij o tego
        o ile ja wiem dobrze byłoby byś przeżyła żałobę i tak jest najlepiej
        jeśli nie znajdziesz sama stron na których jest wiele o tym
        pewnie jest forum gdzie wspierają sie mamy po stracie dziecka
        poszukaj - zrób to dla siebie i maleństwa które miała tak krótko
        trzymaj się - mamo

    • brz_a_sk Re: Border w żałobie 19.02.13, 01:50
      ykrastek gdybyś zechciał przenieść swój post do osobnego wątku (skopiuj i zamieść od nowa)
      jest bardzo cenny a tu zginie

      nie tylko Ty masz tak dramatyczny problem

      to najtrudniejsze patrzeć jak ktoś niszczy Twoje dziecko i móc tak niewiele

      ech trzymaj się


Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka