Dodaj do ulubionych

Relacje z psychiatrą

14.02.13, 14:59
Nie doszukałam się takiego wątku,chciałabym się dowiedzieć jak wyglądają Wasze relacje z psychiatrą-psychoterapeutą?
Obserwuj wątek
    • perpetua-mobila Re: Relacje z psychiatrą 15.02.13, 20:47
      Z psychiatrą miałam do czynienia 2 razy- rozmowy były rzeczowe, odpowiadałam na konkretne pytania dot. mojego obecnego stanu psychicznego i głównych patologii do zwalczenia których potrzebne mi były lekarstwa. Jeśli chodzi o psychoterapeutę- relacje zależą od etapu terapii, czasem tez od zmiany nastroju czy też tąpnięć.
    • non-grata Re: Relacje z psychiatrą 16.02.13, 09:53


      Ciekawy wątek.

      Relacje zmieniały się, tak, jak ja się zmieniałam.

      Nigdy nie mogłam być pacjentką "jedną z wielu", ogromna potrzeba bycia kimś wyjątkowym.

      Pytasz o psychiatrów & psychoterapeutów.


      Nie potrafię określić z ilu terapii i czy - w ogóle byłam decydentem - zrezygnowałam sama, zawsze dążyłam do tego, by to ze mnie rezygnowano móc bezpiecznie wtłamsić się w rolę bidulki-ofiary;
      początkowo jednak - podporządkować sobie terapeutę, by sprawić, by był dla mnie lepszym lustrem, buntowałam się, lecz - dozując, by trzymać w garści potrzebowałam świadomości, kiedy zwolnić, by kontrolować i kiedy przygazować, by podkręcić.

      Na terapiach walczyłam nie ze sobą, a z terapeutami.

      Pozwalałam sobie nazbyt na zbyt, wyegzaltowany, zachwycający upiór.

      Jednego uwiodłam.


      Z psychiatrami poprzez analogię,

      lecz bez uwiedzenia, jednego w porę ode mnie odsunięto;

      sądziłam, iż jeśli zacznę wybierać kobiety, będzie bezpieczniej, przestanę jątrzyć.

      Bzdura,
      lecz moja ostatnia psychiatra, z którą rozstałam się ponad rok temu potrafiła mnie łagodząco otumanić.
      Próby szokowania i epatowania kwitowane były łagodnym uśmiechem,
      stwierdzeniem: "nie trzeba", więc - nie musiałam.


      Obecnie jestem w terapii, która jest zdrową, zachowawczą relacją terapeutyczną.

      Nie otrzymuję empatii i współczucia, co niegdyś, notabene, w sprojektowaniu na terapeutce matki przyczyniło się do mojego "nienawidzę",

      dostaję ograniczone, zdrowe zrozumienie i momentami ciężkowyłapywalne współodczuwanie, lecz przenoszenie "brakującej, dobrej matki" z "kocham" mam za sobą.

      Jest zdrowo,
      JUŻ nie udowadniam, nie rzucam się, bo w tym duecie nauczyłam się, nie o terapeutkę chodzi, a - o mnie.

      Ona nie odejdzie, nie zostawi mnie, bo choć mogła zrobić to wiele razy - została, a przecież nie raz, zresztą, sama prosiłam o odrzucenie, by było łatwiej...
      nie jest emocjonalnym puzzlem schematu, ani Nadczłowiekiem.
      To terapeuta,
      tylko, i aż.
      • luna_76 Re: Relacje z psychiatrą 17.02.13, 13:34
        Podpisuję się pod non-grata wszystkimi kończynami... niestety. Identycznie. Do tego doszły uzależnienia. Mądrość przyszła po -nastu latach, w moim sędziwym wieku trudno już stwierdzić bpd, choć cechy nadal pozostają i bywa pod górę.
        Trzeba było wielu lat, potknięć i projekcji, patologicznego dążenia do odrzucenia. Prowadzenie pogranicznika jest dla wybitnych. Nie znalazłam "dr Pagetta". Dziś raczej nie jest mi potrzebny.
        Odwiedzam psychiatrę, gdy depresja zwala z nóg. Relacje normalne. Nie udaję już, że wiem lepiej.
        • babalaba Re: Relacje z psychiatrą 17.02.13, 14:11
          Ja swoją uprzedziłam lojalnie: proszę nie wierzyć w nic co mówię. ;)
          • non-grata Re: Relacje z psychiatrą 17.02.13, 15:52

            "Ja swoją uprzedziłam lojalnie: proszę nie wierzyć w nic co mówię. ;)"

            :)
            Na wstępie, w obecnej terapii zasygnalizowałam jasno i otwarcie, jakie postawy podważam, traktuję jako słabości i przekręcam na swój użytek, by stać się w relacji terapeutycznej Panem i Władcą.

            To działanie w pierwszym odruchu przecież wbrew sobie miało na celu wtłoczenie w jakieś prostujące ramy, by punkt ciężkości przerzucić na mnie, nie - na terapeutę.

            Oo, ciężko było... :)

            Opłaciło się, a i ja z czasem zelżałam :)
            • babalaba Re: Relacje z psychiatrą 17.02.13, 17:04
              Dla mnie to było wołanie o pomoc.
              • mala1116 Re: Relacje z psychiatrą 17.02.13, 17:31
                tzn??
                • babalaba Re: Relacje z psychiatrą 18.02.13, 09:10
                  Z mojej perspektywy - ja nigdy nie kłamałam. Tylko ta perspektywa była w ciągłym ruchu.

                  To wołanie o pomoc, żeby psycholog nie dała się zwieść temu, co mnie w moich własnych osądach zwodziło. Stan, w którym pływasz, nie ma żadnego punktu zaczepienia.
                  Brak zaufania do swojego odbioru rzeczywistości (i do opinii innych), a jednocześnie takie potworne zmęczenie tym. Żeby ktoś pomógł określić co jest prawdą.
                  To uraz wczesnodziecięcy. Leczy się to przez "zaklepywanie".
                  • mala1116 Re: Relacje z psychiatrą 18.02.13, 09:41
                    jak czytam Wasze postry to jestem przerażona:( jestem daleko w tyle za Wami....nie kłamie,ale mówię prawdę czasem nawet bolesną...tak się zastanawiam ...byc może moja psych. nie była przygotowana na pracę z takim pacjentem...uwodzenie jej i stawianie na piedestale podziałało tak jak chciałam... a później może się sama pogubiła...ech...nie wyobrażam sobie pracy z kimś innym...
                    • non-grata Re: Relacje z psychiatrą 18.02.13, 10:33


                      Kwestia samego terapeuty, to ciężka działka.

                      Moja terapeutka specjalizuje się co prawda w BPD,

                      ale każdy terapeuta, przynajmniej w teorii (albo ja postrzegam nazbyt optymistycznie?) ma/ musi mieć świadomość najprostszych, banalnych schematów, w które próbował będzie wciągnąć pacjent-border.

                      Uwodzenie, idealizacja, dewaluacja to strasznie prymitywne gierki borderowe, możliwe więc, iż może choć nie zdajesz sobie sprawy, Twoja terapeutka trzyma rękę na pulsie, a jeśli nie, cóż... terapeuta też człowiek, tarcza przeciwprzeniesienia też może być nadgryziona....

                      Myślę, że pewna dojrzałość w relacji terapeutycznej ujawnia się ciężkim do opanowania, ale możliwym zaprzestaniem świadomego brnięcia w grę ze strony pacjenta i otwartego mówienia o obawach, przypuszczeniach etc. ...
      • mala1116 Re: Relacje z psychiatrą 17.02.13, 15:13
        czytałam Twojego bloga z przykrością muszę stwierdzić ,że ubierasz w słowa moje odczucia ,myśli ....czytając o Tobie jakbym czytała o sobie (zresztą nie tylko o Tobie)
        relacje z moją psychiatrą a zarazem psychoterapeutą ...ech raczej nie są (były) zdrowe ,ja jestem zaburzona,ale ona chyba nie dała rady :/ chyba za dużo emocji...ja się uzależniłam od niej...niestety nie mogę wykluczyć że ona odemnie również...uciekłam...ze strachu ,ze złości że raz jestem dla niej boginą a raz jedną z wielu..., nie rozumiem siebie ,nie rozumiem jej...nie potrafię zdrowo stwierdzić czym się kieruje...czy moim dobrem?
    • cierpieniamlodegobordera Re: Relacje z psychiatrą 17.02.13, 22:28
      Relacje? Brak.

      Trudno zliczyć mi lekarzy, z którymi miałam okazję porozmawiać. Z każdym rozmowę zaczynałam w ten sam sposób:

      - Kłamałam na każdej poprzedniej wizycie. Naprawdę już nie chce dalej.

      Nie wiem, czy już te słowa lekarze traktowali jako swój sukces, ale każdy dawał mi odczuć, że wierzy mi w 100%. Jedynym sukcesem, który udało mi się osiągnąć w ostatnim czasie to wydłużanie czasu niekłamania.

      Może kiedyś w ogóle nie będę?
      • non-grata Re: Relacje z psychiatrą 18.02.13, 10:40

        Krok po kroku....

        Mi często wydaje się, podkreślam - wydaje się, że kłamię, także podczas terapii.
        Powiedziałam kiedyś o tym, przez wzgląd na fakt, iż po burzach emocjonalnych o ciężkich fragmentach mówię zupełnie apatycznie, jakbym opowiadała historię obcej osoby sponsorując ją swoim nazwiskiem.
        Usłyszałam: "ależ ja nie każę pani mówić prawdy"
        i szlag mnie trafił, lecz wreszcie jasno określiłam - "..ale ja nie kłamię!!!!!!"

        Bywa różnie,
        lecz u mnie poczucie kłamania, odczuwanie "jakby" i permanentne wyrażanie się poprzez "wydaje mi się" spowodowane jest sporą ruchomością postrzegania, czucia etc.
        Słynny relatywizm w określaniu, tak strasznie zmiennym percypowaniu sprawia, iż starając wrzucić się siebie do worka z aksjomatami i racjonalizmem sprawia, iż trzeźwo myślę: "nie można być aż tak zmiennym", ergo - "kłamię".

        Znam u siebie ten mechanizm,

        wiem, jak bardzo szczera jestem, choć tak drastycznie sprzeczna...
        • mala1116 Re: Relacje z psychiatrą 18.02.13, 11:15
          Dziękuje non-grata naświetliłaś mi pewne kwestie...w moim przypadku brak tej dojrzałości...moja terapeutka ...hm... nie pojmujejej zachowania,została złamana pewna bariera...za duże spoufalenie,przytulenie,dotyk,komplementy w stosunku do mojej osoby,wyładowywanie się na sobie nawzajem...ech a po pytaniu czy jest bi była czerwona jak burak po czym zaprzeczyła :D,nim zacznę terapię muszę chyba chociaż pokrótce zrozumieć siebie...dzięki Wam poniekąd...
    • czarnakrowawkropkibordoo Re: Relacje z psychiatrą 18.02.13, 15:57
      Poprawnie.
    • brz_a_sk Re: Relacje z psychiatrą 18.02.13, 17:27
      nie wymagaj by terapeuta był nadczłowiekiem

      wiedzę możecie mieć oboje olbrzymią

      jeśli idziesz na terapię planując walkę nie z sobą/o siebie ale przeciw terapeucie

      nie chodź wcale

      czasem terapeuta jest nieprzeciętny i sprowadzi cię do parteru czyli zastanowienie "co ja tu robię" ale zawsze wtedy pomyśl czy nie za duo czasu straciliście bo głupio kombinowałeś

      bord lubi silnych przeciwników - wiec terapeuta jest super graczem w życie :(

      • luna_76 Re: Relacje z psychiatrą 19.02.13, 21:57
        Zawsze waliłam prawdę, samą prawdę. I zawsze miałam wrażenie, że terapeuta mi nie wierzy :D jedno zmaściłam: nie powiedziałam na początku, co mnie w nim drażni. To był błąd. Można by było przeracować, ale nie wyszło. Odprawił mnie. Dawne dzieje.
        Nurtuje mnie jedno: jeśli od samego początku czuję niechęć do terapeuty - mam przeczekać, czy wiać po 3 spotkaniach, jeśli nic nie zaskoczy? Czy mam prawo czuć niechęć, czy faktycznie nie chcę się zmieniać? Skąd osoba zaburzona może to wiedzieć? Chyba trzeba szukać do skutku...
        Dla mnie terapeuta, który pozwala sobie na uściski, przytulanie nie jest OK. To wbrew zasadom.
        • mala1116 Re: Relacje z psychiatrą 20.02.13, 14:00
          Ja osobiście nie dałabym rady się otworzyć przy kimś kogo nie czuje...wydaję mi się że trzeba poczuć to "coś"sama niewiem jak to nazwać ...co do przytulania to cóż...różne opinie można znaleźć
    • zaburzonylublin Re: Relacje z psychiatrą 23.06.13, 12:17
      Witajcie,

      Zacząłem interesować się borderline mniej więcej od kiedy przeczytałem wykład dotyczący prowadzenia terapii z osobami z pogranicza. Pomyślałem wtedy, że w tym wykładzie zawarto zupełnie sensowne porady, które sprawdziłyby się w moim przypadku. Potem sporo czytałem o borderline, a teraz trafiłem na ten wątek.

      Również miałem potrzebę bycia kimś wyjątkowym, zresztą, jak mi się wydaje - potrzeba ta została zapoczątkowana przez jedną terapeutkę która kilka razy raczej nieumyślnie pozwoliła mi się tak czuć. Ale to nieistotne, przypomniało mi się tylko dlatego, że ktoś w tym wątku o tym pisał.

      Nie miałem i nie mam pełni zaufania do terapeutów. Ale nigdy nie kłamałem, w najgorszym wypadku mówiłem, że nie chcę rozmawiać na danych temat, albo musimy przełożyć ten temat przełożyć na dużo na później. Starałem się jak nie manipulować terapeutami, sam za to płacę, więc nie będę im utrudniał pracy.

      Byłem w tym roku na dwóch terapiach. Niemal od początku po pierwszym kontakcie z terapeutą - pierwszego dnia - postanawiałem odejść, czekałem jednak na dogodny moment (kilka miesięcy) w tym czasie pozyskując od terapeuty wiedzę, tyle, ile mógł mi udzielić. W międzyczasie nasilał się mój atak na terapeutę - jego wady osobowe i popełniane błędy (uważam moje uwagi za słuszne ale dopuszczam do siebie myśl, że być może nie wszystkie miały znaczenie dla terapii; na pewno brak istotnych wad u terapeuty ma znaczenie dla budowania zaufania którego nie było). Oczekiwałem terapeuty silnego, pewnego siebie, empatycznego, wierzącego mi. Niektóre moje postulaty były nawet uwzględnione i terapeutka przestawała robić rzeczy, które mi nie odpowiadały (nie były też częścią terapii). Po jakimś czasie terapeutka posądziła mnie o próbę przejęcia kontroli nad terapią (zupełnie słusznie). Niedługo potem nastąpiła moja rezygnacja. Za drugim razem schemat się powtórzył mimo zupełnie innej osobowości terapeutki. Jedyna różnica - sama mnie wyrzuciła (prowokowała do odejścia kilka razy, aż złamała kodeks etyczny zawodu i nie wytrzymałem). Pytała mnie, dlaczego ją atakuję. Mówiłem jej nawet, że to moje podświadome rozpaczliwe wołanie o pomoc, próba pomocy jej, aby potrafiła znaleźć drogę do mnie. Powiedziała mi, że ona nie będzie się do nikogo dostosowywać. Resztę pominę, bo było już tylko bardziej żałośnie.

      Potem wróciłem do tej pierwszej terapeutki, którą przed zerwaniem terapii zdewaluowałem do zera. Nadal jestem świadomy wszystkich jej wad, ale przestały mi przeszkadzać. Zacząłem ją w swojej głowie tym razem wartościować (ze względu na inteligencję), ale już mam w sobie myśl, że chciałbym odejść z tej terapii, tylko poczekam na jakiś odpowiedni moment i zobaczę co będzie się działo w tym czasie.

      Uważam, że w terapiach nieco przeszkadza mi samoświadomość i inteligencja emocjonalna.

      Również - jak jeden z przedmówców czy jedna z przedmówczyń, miałem wrażenie, że terapeuci nie wierzą w to, co im mówię (albo na prawdę nie wierzyli). To by pasowało to nagłych zmian nastroju z brakiem pamięci o stanie poprzednim (np ciężki nastrój depresyjny przeradza się w optymizm).

      Po przeczytaniu wielu materiałów dostępnych w internecie, widzę u siebie sporo cech borderline, choć nie chciałbym się diagnozować samemu.

      Czy z terapiami to nie jest tak, że to terapeuta powinien takie tematy ogarniać, a nie pacjent? Czy mam za duże oczekiwania? Oprócz rozszczepienia oczywiście racjonalizuje (mechanizmy obronne) i nie jest ten mechanizm trudno zburzyć - wystarczy racjonalizować lepiej ode mnie. Terapeuta teoretycznie powinien mieć nawet przewagę.

      Czy szukanie ciągle nowego terapeuty ma sens? Nie mam tyle cierpliwości aby spowiadać się ciągle to komuś nowemu, z całego życia.... Znowu zaczyna mi się wydawać, że jestem jakimś szczególnym przypadkiem.

      PS. W okresie niemowlęcym mojego życia poszło coś bardzo nie tak na etapie separacji od piersi matki.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka