Dodaj do ulubionych

Recital kukły ze spalonego teatru

16.01.21, 00:19
Niee, nie zawsze Bordery wracają.

Po przeszło 5. latach mój aksjomat, moja miłość mojego tamtego życia, przestała mnie kochać i uznała skrajną podzielność priorytetów. Tę, która sprawia, że trzeba wyjąć z pomieszczenia gospodarczego kartony i spakować 80% wyposażenia mieszkania, prawie 2 tysiące wspólnych dni i pierdyliard historii. Wyjątkowych jak wszystkie inne. Wyjątkowych, bo współdzielonych z jedynym człowiekiem, którego kochało się miłością taką wszeteczną, dobrą, złą, na zawsze. Więc wyszłam zostawiając klucz w skrzynce pocztowej, to wygodne, bezpieczne i stabilne życie. Śliczne i płytko prestiżowe osiedle, mdło-przyjemne życie z tych, które chce się wieść lądując w, hah, wielkim mieście. Więc wyszłam i psychicznie nigdy więcej nie wróciłam. To nic, że trzeci miesiąc. Nie w czasie rzecz. Rzecz w odległości emocjonalnej i rozległości śmierci wewnętrznej. Coś we mnie umarło. Coś na tyle "małego", by mnie nie zabić i na tyle dużego, by spustoszyć w łamiący, mi tylko znany sposób. A jednak spośród wszystkich przerobionych autośmierci ta najbardziej we mnie rezonuje, dudni do dna żył. Nadal wyglądam całkiem. O moje włosy dba jeden z najlepszych fryzjerów w mieście. Moje buty zawsze przyciągają uwagę. Moje słuchawki, którymi się wygłuszam gdy tańczę frenetycznie w pustym mieszkaniu do wyczerpania spazmów i szlochów, do ostatniej kolki, są naprawdę porządnym sprzętem. Ciągle jeszcze w tym granicznym jak na swoje stany roztrzaskaniu, w autentyczności tak saute, jaką rzadko miewałam, bywam próżna i autokreacyjna, żenujące, śmieszne i urocze, 3w1, wiem.

Mimo pustki tak wyje.banej, że mam echo każdej czynności, myśli, bodaj każdego przejawu faktu, że żyję, poczułam się wyzwolona. Nie w kierunku rozdawania siebie i spuszczenia ze smyczy. Przeciwnie. Nigdy, nigdy nie byłam tak bardzo sama, tak samotna jak obecnie. Ta dotkliwa jednostkowość, pojedynczość, alienacja w byciu bez -.... Nagle tak bardzo mogę wszystko. Dobra, raz czy dwa pocięłam się, ale nie więcej, odkryłam inne uśmieżacze. Ba, rok temu odłożyłam stabilizatory, sporadyczne antydepresanty, a nawet doraźne uspokajacze. Zarzynam się w sporcie i byciu ze sobą bez znieczulenia. No ok, poza doraźną, naprawdę doraźną wódką lub winem.

Moja miłość ocknęła się. Że jednak nie przestała kochać, (…), żeby jeszcze naprawić, spróbować. I choć kocham go, tak bardzo, że brakuje mi powietrza i chcąc spróbować ująć to w granice słowa mam wrażenie, że przeciekam, tak okropnie bardzo, nadal, niestety, wbrew wszelkim woluntaryzmom, już nie potrafię. Podjęłam decyzję. Nareszcie mogę wyjechać z Warszawy. To jest moja wolność i podstawowe samostanowienie. Za kilka miesięcy przeprowadzam się. Wybrałam to, za czym tęsknota spalała mnie od długiego już czasu. Tatry. Muszę wrócić do wspinaczki, górskich łajzów, biegów i chłonięcia, przesiąkania do każdej elementarnej cząstki mojego rewersu.

Nigdy, nigdy dotąd nie byłam fizycznie tak drastycznie sama i zniszczona. Ale radzę sobie. Od kilku tygodni potrafię nawet spać bez włączonego światła, w totalnie ciemnym mieszkaniu. I noszę sobie sama zgrzewki wody, ogarniam trasy dojazdowe, morsuję, Bolę nieustannie wyłączając nienaturalne chwile wyrzutów dopaminy. Łapię chwilowe ulgi nicując wszystko, co tylko dotyczy moich ukochanych, umarzonych gór.

Nie nienawidzę mojej miłości. Mam potworny, klinczujący żal i wściekłość, że śniąc swój szablonowy, idealny sen korporacyjnego człowieka ze szczytu, pozwala mi odejść. Jednocześnie wiem, że skoro daje ku temu przyzwolenie, a raczej rodzaj rezygnacji, czynniki inne niż kochanie wiodą prym, i lepiej tym samym dla mnie.
Nie jestem prestidigitatorem. Nie robię sztuczek magicznych. Nie rzucam się w kogokolwiek, wbudował mi się szacunek do siebie i poczucie, że zasługuję na to, co dobre, komfortowe i bezpieczne, jak każdy zresztą. Prócz okazjonalnego alkoholu trzeźwo przechodzę to, co mi się dostało. Nie chcę już kotwiczyć się na przeświadczeniach, że moim hymnem były te jantarowe słowa, że nic nie może wiecznie i trzeba będzie zapłacić, niemenowe, że nie wrócisz tu, barańczakowe, że nie wolno się przyzwyczajać. Bo choć w to jeszcze nie wierzę, to racjonalnie wiem, iż jest po prostu etap. I nie, nie wolałabym nigdy nie kochać, coby nie przeżywać tego, co obecnie. No nie, bo w tym po.kurwieniu i rozbuchaniu bólu czuję, że żyję, perwersyjnie dotkliwa... przyjemność?, iże siebie mam. Tak bardzo mi przykro. Tak mi k.urewsko przykro.

non grata

Obserwuj wątek
    • rzarufka Re: Recital kukły ze spalonego teatru 16.01.21, 09:22
      Życzę powodzenia i wytrwania w postanowieniu 💪

      Moja ex partnerka odezwała się do mnie po ponad dwóch latach.
      Wielki żal i skrucha jakie to wielkie zmiany na lepsze poczyniła w swoim zachowaniu itd.
      Odpisałem że nie ma problemu ważne że zrozumiała swoje błędy i teraz stara się żyć inaczej. Zapytałem również co z moimi pieniędzmi?
      Podziękowała mi za odpowiedź pisząc że oczywiście zwróci mi cała kwotę i zakończyła mail pytaniem na które już nie odpowiedziałem.
      Po kilku miesiącach napisała do mnie raz jeszcze jak byśmy byli zajebistymi znajomymi a ona jak by właśnie wróciła z dalekiej podróży.Odpisałem jednym krótkim zdaniem dając do zrozumienia że nie chce mieć z nią żadnego kontaktu i zapytałem co z pieniądze które mi ukradła. Panna zaczęła kręcić jak kiedyś i gubić się w zeznaniach. Napisałem że dalsza korespondencja nie ma sensu.Minęło prawie 3 lata a ja nie dostałem ani grosza na konto.
      Czy się zmieniła na lepsze?

      Pozdrawiam
      • per-se Re: Recital kukły ze spalonego teatru 20.01.21, 20:09
        Każdy istotniejszy związek zmienia, jakkolwiek. Zapewne widzisz to po sobie samym. Pieniądze raczej przepadły, wiesz o tym :)
        Nie reaguj. Może patrzę zbyt krańcowo, mnie zawsze łatwiej dla siebie samej, by nie pokusiło, było blokować ;)

        non grata
        • rzarufka Re: Recital kukły ze spalonego teatru 20.01.21, 23:06
          Wspomniane pieniądze zadziałały jak wykrywacz kłamstw ;)
          Był to banalny i skuteczny sposób na weryfikację jej słów.
          To dość smutne że po tak długim czasie dalej jest w miejscu w którym była :/
          Rzeczy których kiedyś nie widziałem lub bardziej nie chciałem widzieć stały się bardzo czytelne i proste w odbiorze.
          Widocznie przestałem być białym rycerzem i mam to po prostu w dupie....
          • astroblaster Re: Recital kukły ze spalonego teatru 21.01.21, 00:22
            Gdyby tak było -że masz to w dupie- nawet byś tu nie zajrzał.

            A z tą kasą to słabe. Taką sobie kotwicę ujebałeś. Przykre to, wiem, ale tak już jest.

            Adrenalina jak każdy dobry narkotyk ma swoją wymierną cenę.

            Tę kasę to odpuść sobie przede wszystkim. Nie trzeba się wstydzić. Było i się już nie liczy.

            Obyś miał kiedyś w dupie.
    • czitaaa88 Re: Recital kukły ze spalonego teatru 17.01.21, 11:28
      Przykro mi cholernie Des, myślałam o Tobie ostatnio, że być może udało Ci się ułożyć sobie w końcu życie... Domyślam się jak bardzo boli, jak rwie :(. Pewnie będąc z nim tyle lat nie raz tesknilaś za wolnością a teraz przytłacza Cię ta ogromna pustka?.. Przeżyłam coś podobnego, dużo się u mnie działo, ale nie chcę tu tego wywlekać. Bo potem będę pewnie żałować.. Napisz do mnie, jak masz znów ochotę na niekończące się maile pelne zwierzeń. Nie odzywałaś się chyba 1.5 roku :(... Pamiętam jaka byłaś wtedy spokojna. Mi już odechciało się walczyć o cokolwiek. Liczy się tylko święty spokój. Nie chce mi się kłócić, walczyć o swoje, zatracilam siebie i swoje marzenia, nadzieje, cały ten wewnętrzny napęd. Można powiedzieć, że udaję, że żyję i sama sobie wmawiam, że jest ok. Bo źle nie jest... Pewnie dlatego, że już mi wszystko jedno, często poddaję się bez walki, nie jestem już tak brutalnie szczera, skoro tak wielkie konflikty to wywoluje. Nie mówię co myślę ani co czuję... Bo i po co. Po co siać zamęt... Chowam się w sobie, odpływam myślami, niby wciąż jestem obok, a tak naprawdę wcale mnie tu nie ma. Chyba przestalam juz wierzyć w to, że gdzie indziej, z kim innym mogłoby być lepiej.. Ze ktokolwiek potrafiłby mnie zrozumieć i zaakceptować. Ostatni płomyk nadziei, cudem zapruszony, spalił mnie wewnątrz doszczętnie. Nie zasługuję na nic poza potępieniem, więc pozostaje się cieszyć tym co mam. Tylko, że mnie to nie cieszy. Co najwyżej momentami zadowala. I daje jako takie poczucie bezpieczeństwa. Ale czy tak wygląda szczęście? Na pewno nie. Tak jest po prostu łatwiej żyć, mając swoje miejsce i kogoś, kto tam czeka, niż błąkać się po świecie bez celu.. Dlatego wróciłam. No i dlatego, że o mnie walczył, do upadlego, do upodlenia. Coś tam we mnie jeszcze drgnęło. Choć tyle razy przyrzekalam sobie że już nigdy, za nic ;(. I znowu się poddałam. Btw. Ja nie wierzę, że będąc w pełni rozumu można nas naprawdę  kochać... On jest ode mnie uzależniony, dlatego mnie zniewala. Dba o to, bym była przy nim, by mu było lżej, skoro beze mnie życie nie miało sensu. Nie dba o moje szczęście, dobro, zdrowie. Tak to widzę. Coraz wyraźniej. Niemal zmusił mnie do powrotu, by ostatnio znów wyzywać od chorych i krytykować moje humory. Jaki to ma sens? Po co mam mówić cokolwiek, skoro wzamian spodziewam się dostać tylko tani banał lub kolejne "niewinne" kłamstwo lub pustą obietnicę. Nie rozmawiamy nawet o leczeniu, a mieliśmy iść oboje. Leczy mnie obojętność i rutyna. Spokój. Dystans. Rezygnacja. Po co mam rozstrząsać swoje lęki, pragnienia i tęsknoty, kroić na kawałki swój ból. Wolę zakopać wszystko głęboko i skupić się na tym, jak spokojnie przeżyć kolejny dzień. I tak dzień za dniem. Dokąd mnie to zaprowadzi? Nie wiem. Wszystko mi jedno. Coś we mnie zgasło..

      Wrócisz w rodzinne strony? Kontynuujesz terapię? Zerwałaś kontakt? Bo sama wiesz, że 3 miesiące są niczym...

      Nie jesteś sama. Pisz co&kiedykolwiek zapragniesz.
        • per-se Re: Recital kukły ze spalonego teatru 20.01.21, 20:34
          Nie za poezję zapłaciłam.

          Choć może gdybym potrafiła być bardziej toporna, przebojowa /nie tylko płytko zewnętrznie, ale w wewnętrznym osadzeniu/....

          Lubię w specyficzny, dotkliwy sposób to miasto, w którym siedzę. Centrum nocą ujmuje jakimś rozżarzeniem. W wielkomiejskim syfie jest coś totalnego, czego warto doświadczyć, dotknąć. Przerobiłam tu prawdopodobnie wszystkie historie, które chciałam przerobić. Ale powinno chodzić o coś więcej, aniżeli punktowe "check" przy wielorakich pozycjach. Nie umiem tu żyć, potrzebuję czegoś innego, co sprawia, że jestem u siebie i przy sobie.
          I on to wiedział, i mocno zapamiętał. Chociaż zdecydowałam się osiąść tu ze względu bez niego, bez cierpienia i poczucia pokrzywdzenia, to chwilę wcześniej, ze względu na miejsce właśnie, oddałam mu pierścionek zaręczynowy.
          Ja poszłam dalej, wyszłam z tego, ponownie "wróciłam", jednak on w tym został, to po czasie w nim wybiło.
          Więc idę teraz w tym trochę nieociosanym i faktycznie bardziej eterycznym kierunku, bo mi się przepriorytetowało życie na totalizm w byciu w zgodzie ze sobą.
          Konstytuują mnie niezmiennie słowa i zachwyty, stąd może faktycznie jednak poezja z całą fakturą do uregulowania.
      • per-se Re: Recital kukły ze spalonego teatru 20.01.21, 20:22
        Czita.... przepraszam. Ty wiesz... Odezwę się @ na dniach.

        Napiszę tutaj tylko:

        "Pewnie będąc z nim tyle lat nie raz tesknilaś za wolnością a teraz przytłacza Cię ta ogromna pustka?"

        Ty wiesz. W punkt, a o tym bodaj nikomu nie mówiłam. Jak ja oświecenie i wyważenie potrafiłam mówić, że doskonale potrafiłabym poradzić sobie bez niego i nie odczułabym braku w żaden sposób. Jak niesamowicie gładko chlapie się takimi złotymi myślami mając zaplecze, asekurację... Mogłabym obecnie pękać ze śmiechu, gdybym mogła...

        "Btw. Ja nie wierzę, że będąc w pełni rozumu można nas naprawdę kochać..."

        Dlaczego?
        Ja już tak nie patrzę. Nie chce mi się już kategorii zasługiwania/ uprawnienia, ale gdzieś w tym spektrum trzeba się osadzić i na tyle, na ile siebie czy Ciebie, nie widzę powodów, by nie. Jest ciężej i będzie, ale ponoć są tacy, którym chce się ;)
        Swoją drogą, ja pierdzielę, nie wyobrażam sobie kiedykolwiek jeszcze komukolwiek przecierać jakiekolwiek szlaki o sobie :) Mi się już nie chce, ja jestem zbyt na to zmęczona. Tak jak i na terapię.

        Niee, nie wrócę już w nasze rejony, choć fizycznie mam tam x-letnie, realne przyjaciółki. Ja mogę przejazdem, odwiedzać, wpadać, bywać, ale już nie być.
        Chcę zorganizować sobie życie w Krakowie. Mam tam brata, z którym wypracowałam bardzo fajną relację i autobusy 2:20h od gór :)

        Resztę @

        Dziękuję Ci

    • czitaaa88 Re: Recital kukły ze spalonego teatru 23.01.21, 20:05
      Des, napisz proszę... U mnie znowu bardzo źle, nie umiem tłumić swoich myśli w nieskończonośc i udawać, że jest dobrze ;(, trwać obok siebie i olewać wszystko co tak cholernie mnie irytuje... Dziś puściły mi hamulce i pojechałam po bandzie, wyrzygalam wszystko co czuję i myślę, mając w dupie konsekwencje. Nie potrafię udawać i nie chcę się tego uczyć :/. Nie będę żyła wbrew sobie samej. Wolę zdechnąć. Najlepsze, że nie zrobiłam w sumie nic. Tylko wyraziłam swoje zdanie na jego temat, co nie było żadna nowością, i poinormowalam o tym co czuję. Nawet się nie unosilam, bo nie ma już emocji, które byłyby w stanie mnie unieść jak kiedyś. Teraz placzę, ale jest mi wszystko jedno co będzie. Mam go gdzieś, znowu jest taki jak kiedyś, 2 miesiące grał szopkę i znowu łże mi prosto w oczy, nie wyobrażam sobie męczyć się z nim parę lat, a co dopiero do końca życia, jak sobie planowal. Wiem, że nie zasługuje na nic lepszego, ale trwanie w takiej farsie jest najgorszą z kar.... Parę miesięcy temu zrozumiałam, że chyba nigdy go nie kochałam... Tylko czułam się kochana, potrzebna, i to mnie przy nim trzymalo, potem pojawiło się chore uwiązanie oparte na litości i poczuciu winy, chorej nienawiści, pogardzie i uzależnieniu. Tyle razy chciałam odejść, a nie potrafiłam ;(... Jestem żałosna i śmieszna.

      Chcialabym porozmawiac z kimś kto jest w stanie mnie zrozumieć, a nie ma wiele takich osób ;((.
    • deterramirabili Re: Recital kukły ze spalonego teatru 27.01.21, 20:53
      Per-se, właśnie dla takich wpisów, z sentymentu jeszcze czasem czytam to forum.
      Ja ze swoich zaburzeń wyszłam, choć nie miałam diagnozy bpd a stpd i jestem wciąż na lekach wiodąc właśnie takie "nudne" życie. Udało mi się wejść w związek, choć to przecież mało realne przy stpd. Moje życie dryfuje sobie w tym bezpiecznym kierunku - całkiem niezła praca, kredyt na mieszkanie z ukochanym. Niebawem pewnie zaręczyny. Czy ja się duszę, albo brakuje mi wolności? Nie, chyba jestem tak po prostu szczęśliwa. Chyba na tym polega dorosłość. Ale... zawsze już będę tęsknić za czasem gdy z miłości wariowałam w sensie dosłownym. Gdy zostałam odrzucona i bolało tak że chyba dopiero wtedy na prawdę czułam że żyję. Więc poniekąd rozumiem Ciebie.
      A Ty jesteś nieprzeciętna, to można wyczuć po Twoim stylu. Więc raczej nie będziesz wieść przeciętnego życia.
      Jesteś jednym z niewielu borderów którzy nie irytują. W środowisku psychologów i psychiatrów jest takie powiedzenie że jak pacjent Cię irytuje to znaczy że to border. Jesteś wyjątkiem, który potwierdza regułę :)
      Kiedyś byłam czytelniczką Twojego bloga, w moich burzliwych czasach identyfikowałam się z nim, poniekąd. Zazdrościłam trochę talentu. Zazdrościłam, że masz i geniusz i szaleństwo, a ja tylko to drugie.
      Żyj po swojemu. Coś mi mówi, że ciasne społeczne ramy nie są dla Ciebie:)
      • per-se Re: Recital kukły ze spalonego teatru 06.02.21, 15:26
        @deterramirabili - jaki urokliwy nick

        Schlebiasz mi i chętnie przykleiłabym się do tego, co napisałaś w moim kontekście, niemniej mam poczucie, że byłoby to fałszywe z mojej strony. Ja się przytępiłam, wytarłam. Nawet, jeśli jeszcze myśli mi się jakoś ładniej, pisanie moje jest już upłaszczone. Straciłam jakiś rezon i pazur, i nie umiem z tego stanu wyjść, czego żałuję. I bloga też żal, nie umiałam już w żaden sposób odzyskać treści.

        STPD - ooooo jak ładnie.... W takim pokracznym, zwichniętym poczuciu estetyki zawsze podobała mi się ta diagnoza, przez moment, w szpitalu, także miałam pazerną przyjemność być obiektem rozważań pod kątem :) Ekscentryzm zobowiązuje ;)

        W kwestii irytowania - na żywo wiedziałabyś, że jestem/ bywam przyciężkawa ;)

        Tak ciepło i dobrze czytać, że wybrnęłaś poza zwichrowanie. I że czujesz się szczęśliwa. W jakiejś puli żyć o to chodzi, w innych, już wiem, że niekoniecznie, niemniej zupełnie szczerze podziwiam, a nawet zazdroszczę takiej umiejętności stworzenia sobie i utrzymania normalności. Takiej, której nie trzeba nazywać nudną, ani za nią wstydzić się czy przepraszać. Przecież chodzi o to, by było komfortowo / chociaż innym dobrze, gdy nie za dobrze, to też już wiemy /.
        Z jakich przyczyn nadal - i jakie - bierzesz leki?

        non grata
        • deterramirabili Re: Recital kukły ze spalonego teatru 07.02.21, 18:11
          Swoim nickiem jestem ciągle trochę zażenowana, bo bardzo infantylny jest, ale cóż, jak się wgłębisz wyczytasz moje imię :)
          Jeśli chodzi o leki to biorę arypiprazol (neuroleptyk) w małej dawce. Biorę go bo te kilka lat wstecz miałam psychozę tj. zwariowałam w sensie dosłownym. Trafiłam wtedy do szpitala po próbie "s". To było chyba najtrudniejsze zdarzenie w moim życiu, ale jednocześnie nie potrafię się pozbyć sentymentu gdy wspominam tamte czasy i swój obłęd. Takiego lęku i takiej ekstazy nie przeżyłam nigdy. I nie, nie brałam narkotyków. Po prostu taką miałam konstrukcję psychiczną, kruchą bardzo, no i się posypało. Szczerze to myślałam wtedy, że dostanę diagnozę F20 i to będzie koniec życia jakie znałam. Dano mi jednak szansę i dostałam F21. Czy jestem ekscentryczna? Ciężko się samej ocenić ale chyba nie tak bardzo. Myślę, że to raczej ze względu na silną fobię społeczną, odchył psychotyczny i pochłonięcie w tamtym czasie duchowością i mistyką wschodu. Wróciłam po jakimś czasie "do świata żywych" ale bez nadziei na ułożenie sobie życia, jakkolwiek i z kimkolwiek. Dziś na razie mi się udaje, ale wiem że to wszystko jest na kruchych fundamentach, więc neuroleptyk biorę nadal. Nie wiem czy kiedykolwiek go odstawię, bo jak ponad rok temu tylko trochę zmniejszyłam dawkę to znów "latałam" może nie bardzo wysoko ale tak z 10 metrów nad ziemią :)
          Tak, swego czasu byłam zwichrowana bardzo, wtedy podejrzewałam u siebie BPD, ale w tamtym czasie nie leczyłam się jeszcze mimo że miałam niejasne poczucie że przydałby się psycholog albo psychiatra. Do lekarza jednak trafiłam dopiero gdy rozwaliłam się już całkiem psychotycznie. Wiem, że to może głupie, ale mi osobiście psychoza trochę pomogła. Dużo z niej wyciągnęłam, w odmiennym stanie świadomości nieraz ma się ciekawe wglądy. I wiele spraw przepracowałam. Nigdy nie uczęszczałam na żadną terapię indywidualną, bo mój skrajny introwertyzm nakazuje mi pracować nad sobą w pojedynkę ;) Kiedyś chodziłam na terapię grupową na oddziale dziennym i zupełnie nie umiałam się tam odnaleźć. Nawet nie bardzo wiedziałam o czym mam opowiadać terapeutce, pewnych zawiłości mojej psychiki, podejrzewam, że by nie rozwikłała, a ja samodzielnie jestem dość "wglądowa".
          A jak u Ciebie wygląda terapia/leczenie? Podjęłaś w ogóle kiedyś?
          • per-se Re: Recital kukły ze spalonego teatru 07.02.21, 22:20
            Jak od piosenki ze słowami, że znowu życia schody kręte?

            Znam tego rodzaju sentymenty. I wcale nie źle, że zostają, chyba. W kwestii samej psychozy - dla mnie - totalną iluminacją było uświadomienie sobie, że wrzucałam się w te stany uciekając od rzeczywistości. Nie w derealizacje, w depresonalizacje, a w stricte psychozy, nie chcąc / nie będąc w stanie unosić jakichś stanów. To bodaj po Kępińskim. Kwestia, czy się chce, choć się nie chce, brać odpowiedzialność, czy pójść w psychozę. Czasami to upraszczające, owszem, ale nie w tym przypadku. Więc podrzucam myśl, poniekąd kątem Twoich powyższych "kruchych fundamentów" i pewności ciągnięcia na neuroleptyku. Zasadnicze i niemiłe pytanie, CZY CHCESZ wchodzić w brak poczucia odpowiedzialności, czy też nie. Jakoś tak. Możliwe, że się nieco rozmyłam w wątku.

            I wcale to niegłupie :) Ja do dziś żywo pamiętam / choć raczej nie sięgam, a chwytam na zasadzie skojarzenia / psychotyczne bądź tripowe-narkotyczne wygięcia, percepcje i wglądy.

            Wschód? Zaadaptowałam na potrzebę śmierci założenia tengryzmu i najdalej za rok, jak się trochę ułożę ze światem w swojej sprawie, muszę pobłąkać się trochę po Syberii..

            Ze swojej perspektywy nie umiem uwierzyć ludziom twierdzącym, że są w stanie wyłącznie na podstawie własnego wglądu wyciągnąć się. To nigdy nie działa AŻ TAK. Bez asekuracji z boku wiele przegapia się, odgałęzień i tuneli jest zbyt. Można na kanwie, dalej uprawiać tę autowiedzę, autonaukę, ale dopiero po jakimś zewnętrznym maglu i naprostowaniu.

            Grupowa? No way :)

            Mam długą historię terapii i leczeń.
            Ponad rok temu odłożyłam stabilizatory, na których przejechałam pół roku/ rok, jakoś tak. Poniekąd chciałam wrócić do piątkowego alkoholizowania się z grubej rury, poniekąd uznałam, że już starczy, poniekąd moja ukochana psychiatra nie poznała mnie, gdy z włosów po pasa przerzuciłam się na włosy do brody, z grzywką, i poczułam się fatalnie odtrącona :)
            Na tę chwilę jestem mocniej subdepresyjna, zaburzyła się mi amplituda. Ekscytacje i szczęścia nie są tak doskonałe, jak głębokie mam histerie, rozpacze i jakąś dolną smutkową stagnację, jednak wynikają one z realnych, życiowych trudności. A klarowne odczuwanie nawet tych mniej miluśkich afektów jest u mnie w większej cenie, niż spłycenie. Więc zostanie, jak jest, w sensie - bez wspomagania. Muszę przerobić bieżące problemy, jestem gotowa na kilka cięższych miesięcy. A to, co stracimy na karuzeli, odbijemy sobie na huśtawce ;)

            non grata
            • deterramirabili Re: Recital kukły ze spalonego teatru 08.02.21, 17:16
              Też chciałabym odstawić neuroleptyk i spróbować żyć bez tego wspomagania. Tylko że to nie jest takie proste, na co dzień praca, w której nie mogę nawalić. Nie mogę sobie pozwolić na tego rodzaju niedyspozycję. Dlatego w planach raczej odstawianie bardzo powolutku, wtedy mniejsze ryzyko gwałtownego wejścia w psychotyczny świat.
              Ale spłycenie afektu jest i też mi trochę doskwiera. Lubię odczuwać, nawet tak na maxa, to zawsze lepsze niż nieodczuwanie, albo takie przytępienie uczuć.

              Co do terapii... może i racja, że "lustro" w postaci terapeuty jest potrzebne. Ale ja po prostu nie chcę stać się tak całkowicie, w 100% "normalna". Po psychozie została mi delikatna ksobność, zwana iluzjami odniesienia, którą w sumie polubiłam i która nie przeszkadza mi w życiu. Nie wpadam przez to w paranoję, nie uważam, że ludzie są do mnie negatywnie nastawieni. Raczej ową ksobność odczytuję przez pryzmat synchroniczności - za Jungiem. Polubiłam to gdy codzienność jest "złamana" takim subiektywnie lekko magicznym światem. Jest podobno w psychiatrii takie określenie jak "positive schizotypy" i myślę, że w dużej mierze się w to wpisuję. Albo - za Kazimierzem Dąbrowskim - swoją psychozę nazwałabym dezintegracją pozytywną. Tzn. uważam, że przed psychozą funkcjonowałam nawet gorzej niż teraz. Teraz jest u mnie jakiś spokój i zaufanie do (wszech)świata. Poczucie że nawet jak jest źle to jest dobrze. Że koniec końców nie ma się czym martwić, bo w ostatecznym rozrachunku wszystko będzie dobrze :)
              Polubiłam swoje niecodzienne doznania i nie chcę się nimi dzielić z terapeutą - taki zorientowany na materialistyczną psychiatrię z pewnością nie zrozumiałby mojego zafiksowania na synchroniczność i innych dziwactw, uznałby to wszystko za urojenia, negując bardziej transcendentny charakter takich doświadczeń. Gdyby w Polsce jakkolwiek funkcjonowała psychologia transpersonalna to może prędzej oddałabym się w ręce kogoś kto się tym zajmuje. A tak to jest opór, bo zanegowanie duchowego charakteru moich doświadczeń, albo zmniejszenie ich znaczenia u mnie po prostu się nie sprawdzi. Nie zamierzam pozbywać się tej "protezy" która tak mi pomaga funkcjonować w świecie. Nawet mój chłopak zaakceptował moje dziwactwa, znajomi z reguły nic o nich nie wiedzą.

              Tengryzm? No muszę przyznać że tego nie znałam. U mnie było zawsze ciut bardziej mainstreamowo tzn buddyzm, fascynacje szamanizmem i inne new-ageow'e nurty (wiem, że to taka trochę pop-duchowość). Teraz najbardziej ufam już sobie, nie innym guru, choć tak jak mówisz, są ślepe uliczki i czasem ciężko się połapać.

              Ciężko by mi było znieść chorobę/ zaburzenie psychiczne gdyby nie jakaś forma duchowości jednak. Tak po prostu łatwiej to zrozumieć, wytłumaczyć samemu sobie.

              Nie myślałam tak o psychozie, że to forma ucieczki. Za pierwszym razem może i tak było, ale potem, gdy odstawiałam leki, myślałam zawsze, że to czysto biologiczny mechanizm, że nie ważne czy się na to godzę czy nie, to i tak przyjdzie.
              Kiedyś na jakimś forum buddyjskim przeczytałam, że schizofrenia (a więc psychoza nie będąca schizofrenią chyba też) to błąd w rozwoju duchowym, do rozwiązania. Że to tzw "inflacja ego". Zgadzam się z tym. W psychozie jestem JA i jest reszta świata, który mówi tylko do mnie. Zawsze chciałam to ego rozpuścić jak nakazują liczne tradycje duchowe - do tej pory się jeszcze nie udało. Raczej oszukiwałam samą siebie, przybierając nowe "duchowe ego".

              Subdepresje znam z doświadczenia. Nigdy nie miałam takiej prawdziwej, klinicznej depresji, ale łapały mnie różne doły i marazm. To było w sumie tuż po wyjściu z psychozy (depresja popsychotyczna), kiedy zanegowałam całkiem znaczenie tego stanu. Potem już otworzyłam się nieco bardziej, pojawiła się synchroniczność, albo nazywaj to jak chcesz, dziwne zbiegi okoliczności np :) I tak sobie funkcjonuję do dziś i jest dobrze :)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka