katarina_s
12.09.08, 20:53
A więc jednak, dziś trafiłam na to forum, będąc w okolicy, i się załamałam.
Owszem, od lat miałam rozpoznanie zaburzeń depresyjnych, osobowości chwiejnej
emocjonalnie, raz tylko po próbie samobójczej lekarz napisał borderline do
obserwacji, ale potem nikt tego nie potwierdził.
Nie wgłębiałam się w ten temat, a teraz włosy mi dęba stają, gdy czytam o tej
chorobie. Wszystko niemal książkowo o mnie.
Ale nie w tym mój dramat. Piszę to parę dni po tym, jak doprowadziłam swoim
zachowaniem do szału człowieka, którego od 4 lat bezgranicznie kocham. Nie
zapanowałam nad sobą, gdy się pokłóciliśmy i po prostu rzuciłam się do niego z
rękami. Oczywiście nic mu nie zrobiłam, ale on dostał szału. Wypchnął mnie z
samochodu siłą i zostawił na ulicy nieprzytomną [uderzyłam głową o bruk].
Chciałabym myśleć, tak jak radzi mi otoczenie, że niezależnie od tego, co
zrobiłam, on jest kawał sk... i nic nie tłumaczy takiego zachowania. Ale ja
czuję, że on już inaczej nie potrafił. Od ponad roku ciągle walczymy ze sobą.
Chce mnie zostawić [jest z inną kobietą], a ja nie potrafię tego zaakceptować.
Owszem, przez pierwszy rok byłam z nim tak blisko emocjonalnie jak z nikim
innym, myślałam po prostu że Pana Boga za nogi złapałam. Niestety zwidziało mi
się, że on jest dla mnie gotów zostawić tamtą. Gdy zdecydował inaczej, zaczęło
się. Szantaże, prośby, groźby. Żeby było śmieszniej, zawodowy terapeuta a mój
kolega, gdy mu się zwierzyłam co się dzieje, powiedział, że ja po prostu
szaleję z miłości i że takie sytuacje się zdarzają, że po prostu wreszcie
trafił się ktoś wg mnie idealny, więc to nic dziwnego, że walczę o to na
wszelkie sposoby.
Ale teraz widzę, że to zupełnie coś innego. Że swoim wyolbrzymianiem naszych
relacji, początkową mega ufnością, że to TEN człowiek i nikt inny, a potem
ciągłymi pretensjami o brak czasu dla mnie, o to, że mnie oszukał itp.
doprowadziłam siebie do karuzeli nastrojów [podczas jednego godzinnego
spotkania potrafiłam co kwadrans tulić się do niego, płakać, by potem
wrzeszczeć czy go uderzyć], a jego do furii.
Dziś jego nie ma, nawet się nie pofatygował, żeby zadzwonić i sprawdzić, czy
żyję, choć doszły do niego słuchy, że to co zrobił nie miało błahych
konsekwencji, a ja nie znajduję już żadnych argumentów, żeby go przekonać, że
wiele razy po prostu nie byłam sobą, ale że potrzebuję go ponad wszystko.
To, że mnie skrzywdził, że naopowiadał swojej kobiecie, że jestem szurnięta i
że ćpam [brał moje zachowania za dowód, że coś biorę], niczego we mnie nie
zmienia. Straciłam jedyną osobę, którą kochałam naprawdę.
Nawet jeśli powiedziałabym mu - mam BPD, to nie cofnie czasu, nie odmieni jego
nieufności, tego, że się zamknął w sobie i od miesięcy komunikuje się tylko
półsłówkami.
Przyjaciółka mi radzi - "olej go", ale jak, jeśli ja go nie obwiniam. Po
prostu uważam, że każdy ma granicę wytrzymałości i nawet jeśli był wobec mnie
od długiego czasu też nie fair [sam się przyznał, więc nie wydumałam sobie
tego] to jednak to ja to nakręcałam w kółko, aż coś w nim pękło.
Taka moja historia :(