Dodaj do ulubionych

Ile straciłam...

20.04.09, 21:23
Każdego dnia, wciąż na nowo uświadamiam sobie jak wiele straciłam
wraz ze śmiercią Adama. Ja i moje dzieci.
Gdy słyszę opowieści koleżanki z kolejnego wyjazdu wiem, że ja nigdy
tam nie pojadę.
Gdy widzę moje szwagierki jak sobie śpiewają piosenki wiem, że już
nigdy nie będę taka beztroska.
Gdy odbieram dzieci z przedszkola i widzę rodziny: mama, tata i
dziecko wiem, że moje dzieci nigdy tego nie doświadczą.Ja również.
Po nich zawsze będzie przychodzić matka, babcia lub dziadek.
I takich przykładów mogłabym mnożyć. Śmierć bliskiej osoby okalecza.
Bardzo. I tak naprawdę po jakimś czasie zostajemy sami z tym bólem.
Tak bardzo pusto jest w moim życiu. Wszystko jest takie
powierzchowne.Ludzie czasmi mają takie śmieszne problemy, że chce mi
się krzyczeć, aby dali sobie spokój z tymi głupotami.
Całkowicie przewartościowało się moje życie. To co kiedyś urosłoby
do rangi ogromnego problemu w tej chwili nie ma znaczenia.

Teściowie mają inne dzieci, brat i siostra własne rodziny. Pozostały
brat i dwie siostry Adama są za młodzi, aby rozpamiętywać śmierć
brata.
Moi przyjaciele, znajomi zajęci są swoimi sprawami, problemami.
Życie nawet dla mnie się nie zatrzymało. Tak wiele planów, marzeń
w jednym momencie pękło jak bańka.
I nawet jeśli kogoś może kiedyś spotkam to miejsce pozostanie na
zawsze puste.
Czasami tak bardzo chciałabym umrzeć.Ale wiem, że nie mogę.

Chciałam Wam coś powiedzieć, ale chyba nie do końca mi się udało.
Zresztą Wy wiecie, że nie wszystko da się wyrazić słowami.
Chciałam Wam również podziękować za ten rok kiedy byliście ze mną.
W sobotę wyprowadzam się do swojego domu, a tam nie mam interetu
i nie wiem, kiedy będę miała. Teraz rzadziej będę zaglądać na forum
i na naszą klasę.
Tak się cieszyłam na myśl o przeprowadzce, a teraz się boję.Boję się
tego nowego życia.
Pozdrawiam. Justyna.
Obserwuj wątek
    • b.wicia Re: Ile straciłam... 20.04.09, 21:54
      Jakbym "czytała siebie";(((Nam już nigdy nie będzie to dane;((nigdy nie
      stworzyliśmy 3- osobowej rodzinki, nie zdążył nawet nacieszyć się Nami jeden
      dzień;(( ja w to nie wierzę!!nie chcę uwierzyć;(((wydaje mi się ciągle, że to
      zły sen;(((Boże, dlaczego;(((to tak niesamowicie boli,tak mi Go brakuje co
      dzień;((masz rację, z czasem zostajemy same z tym wszystkim. Staram się na siłę
      szukać zajęć jakiś, ale gdy przyjdzie taki dzień, że już naprawdę nie mam Go
      czym zapełnić, gdy coś mi nie wychodzi, i chciałabym się tym z kimś podzielić,
      wyżalić, przytulić (JAK DAWNIEJ!!!!!) i okazuje się, że nie mam co z sobą
      zrobić;(((odbierze siostra, przyjaciółka..ale to nie to samo;(((one zaraz odłożą
      telefon, pomyślą chwilkę, ale wrócą do swojego życia, do NORMALNEGO życia:((a ja
      zostanę ze swoimi myślami i swoją tęsknotą;(((nie chcę nowej miłości!! chcę
      mojego Bartusia!! chcę, żeby mi Go oddano!!żeby wrócił;(((żeby się chociaż
      odezwał;(((przyszedł, powiedział, że pamięta, że myśli, że kocha, że jest...a ja
      nic nie czuję;(((czy nie zasłużyłam sobie na to???;((może za to, co złego mu
      wyrządziłam w czasie Naszego wspólnego życia...;((
      Justynka, trzymam kciuki za Twoją przeprowadzkę!!będziemy czekać, aż założysz
      internet:)oby jak najszybciej!:)pozdrawiam ze smutnego domku;(
      • malgosiamarcin Re: Ile straciłam... 21.04.09, 07:35
        Witam Was...<br />
        niestety i ja moge sie podpisac pod Waszymi odczuciami. My nie tylko
        stracilysmy/lismy nasze najblizsze osoby,ale takze czastke siebie.
        Nie jestem przekonana czy kiedykolwiek te pustki zostana
        zapelnione.<br />
        Ja takze jak odbieram dzieci ze zlobka serce mi peka jak widze
        rodziny pelne,radosne,trzymajace sie za rece pary, jak widze w pracy
        kolege piszacego smsa do zony, jak szykuja sie ludzie do swietowania
        jakis swoich uroczystosci,czy poprostu ludzi
        szczesliwych.....brakuje mi tej MILOSCI mojego meza.<br />
        Mam chwile,kiedy nachodza mnie mysli ze zostalam ukarana,ze cos zle
        zrobilam.... ale ostatnio zobaczylam napis na nagrobku: NIE PYTAMY
        CIEBIE BOZE DLACZEGO GO ZABRALES,ALE DZIEKUJEMY TOBIE ZA TO,ZE GO
        NAM DALES....usilnie pracuje nad soba, wiara , zeby moc te slowa
        wypowiedziec z glebi serca.<br />
        Kolejne wakacje,ale juz niestety nie pojade nigdzie z mezem, nie
        bedziemy juz spacerowac i wielu rzeczy juz robic razem nie
        bedziemy.... moim malutkim swiatelkiem sa dzieci i to dla nich
        staram sie robic kolejny krok do przodu,na ile sil mi wystarczy bede
        walczyla ze swoimi slabosciami i z cholernym bolem.<br />
        Dla KAZDEJ z WAS zycze tej sily i ukojenia w cierpieniu.<br />
        Serdecznie pozdrawiam, Małgorzata
        • kasik2222 Re: Ile straciłam... 21.04.09, 08:06
          ja też to tak czuje, jakbym straciła częśc siebie, a nie tylko JEgo.
          Pamiętam siebie sprzed... zwariowana, beztroska, szalona,
          rozesmiana. Jak sobie przypomnę, jakie głupoty potrafiłam robić, z
          czego się śmiać, śpiewać w głoś, biegać na boso itd, tego juz nie
          będzie. Zatraciłam to zupełnie, tę spontaniczność, radość z głębi
          serca. Wszystko teraz bardziej wymusdzone i mechaniczne. Usniecham
          sie do ludzi, śmieję sie nawet, ale zawsze zadra w sercu siedzi, bo
          każdy mój smiech okupuję pamięcią, że on juz się śmiać nie będzie.
          Jakbym winiła siebie za to że mogę się śmiać, mogę robić to co on
          lubił, jeśc to co lubił. Więc uciekam od tego. Mimo że od niedawna z
          kimś sie spotykam ( właściwie to coś więcej jest ), to mam wrażenie
          że tamtej Kasi już nie będzie, juz jej nie odzyskam.
          Justynko, będę trzymać kciuki za przeprowadzkę, nie bój się, a może
          dobrze Ci to zrobi? Może potrzebna Ci teraz jakas radykalna zmiana?
          Wiem - to miał być WASZ dom, ale Twój mąż będzie czuwał. Będzie Ci w
          nim dobrze. Buziaczki
          • aneri59 Re: Ile straciłam... 21.04.09, 08:44
            To prawda, strata Męża to tak jakbyśmy straciły część siebie.
            Nigdy nie będzie już tak samo i to słowo nigdy brzmi przerażająco.
            Trzeba wiele czasu żebyśmy mogły normalnie żyć. Wtedy kiedy zostajemy same nagle zaczynamy widzieć wokół siebie szczęśliwe pełne rodziny i pary, czego wcześniej raczej nie dostrzegałyśmy.
            Ja wręcz wolałam siedzieć w domu, żeby ich nie spotykać.
            U mnie minęło 2 lata i powoli zaczynam dostrzegać wokół siebie coraz więcej również ludzi samotnych, niepełne rodziny, chociaż nadal widok pełnych rodzin wywołuje ból i smutek.
            Nadal denerwują mnie zaproszenia na spotkania z zaznaczeniem „dla par małżeńskich przygotowano…” , brzmi to tak jakbyśmy były gorsze, dlaczego nie ma zwrotu „dla rodzin”?

            Przez jakiś czas nie nosiłam obrączki bo świadomość, że nie ma już Męża, który mi ją założył sprawiała ogromny ból. Teraz noszę ją stale bo daje mi poczucie, tak jakby jeszcze był w pobliżu mnie, że jest ze mną i dodaje mi sił w codziennym trudnym życiu, że nie jestem sama. Nie potrafię jej jednak założyć na lewą rękę, bo tam wręcz parzy, dlatego noszę ją na prawej i zakładam razem z nią pierścionek jaki otrzymałam od Męża, niech są sobie razem.
            Justynko pozdrawiam
            Jadwiga
          • trelka10 Re: Ile straciłam... 21.04.09, 08:47
            Witajcie
            Uczucia o których piszecie nie są mi wcale obce. Doświadczyłam i doświadczam
            nadal podobnie. Jest mi ciężko kiedy widzę, roześmiane pełne rodziny na
            wspólnych spacerach. Dochodzi do tego myśl, ze czas który mieliśmy nie został
            wykorzystany do końca i nie tak jak trzeba.
            Staram sie iść do przodu i ...
            potrafię się już śmiać, spontanicznie bawić itd. Moje dzieci wcale nie są gorsze
            przez to, ze są tylko ze mną. Dobrze się uczą, są roześmiane może maja tylko
            inne pojęcie o życiu bardziej dorosłe. Przyznam tutaj, ze moim maluchom a
            zwłaszcza Magdzie bardzo pomógł nasz "sabat". Zobaczyła, ze są inne dzieci takie
            jak ona. (Edytko ona cały czas mówi, ze jedzie do Sammego bo ja zaprosił :-))
            Fakt, zabolało wczoraj jak moja Magda zapytała "mamo a kiedy będziemy mieli
            nowego tatę?" ale to chwilowe i ja ich rozumiem. My wypłakujemy swoje łzy a
            dzieci inaczej to wszystko przechodzą.
            Podróze i wspólne wakacje to niestety mam za sobą, co nie znaczy, ze samotne
            wakacje z dziećmi są gorsze, najważniejsze to chcieć i się przemóc. Bałam się
            jak diabli w zeszłym roku ale się udało a teraz tez mamy wszystko zaplanowane.
            W niedzielę po raz pierwszy poczułam się tak szczęśliwą, ze chciałam śpiewać z
            radości. Mogę śmiało powiedzieć, ze marzenia się spełniają, bardzo powoli ale
            można poczuć szczęście tylko jest ono ciut inne, bo nasze spojrzenie na świat
            też się zmienia. Pewnie niejeden jeszcze dołek przede mną ale dam radę!
            Po kiepskim okresie z teściową nastąpiło zawieszenie broni i na długi weekend
            zabiera dzieci do siebie a ja... jadę na podbój stolicy :-)) Zresztą teściowa
            ostatnio przy każdym spotkaniu mówi o tym iz nie mogę być sama (ironia losu)
            Powiem jeszcze jedno. Zmieniło się grono znajomych. Sporo wypadło tzw
            przyjaciół, sporo czekało na to, kiedy nie dam sobie rady. Widząc zawód w ich
            oczach, ze mi sie udało moja radośc jest bezcenna.

            Justynko życzę Ci powodzenia i oby wszystko ułożyło się pomyślnie.
            To było Wasze wspólne marzenie i będziesz tam się dobrze czuła.

            Pozdrawiam
            Ela
            • kam-ta Re: Ile straciłam... 21.04.09, 09:44
              Jest ciężko, bardzo ciężko, ale też widzę, że małymi kroczkami idę
              do przodu.
              Każdy z nas przechodzi przez to samo, ale na inny sposób, sposob jak
              wybrał dla siebie.

              Ale napiszę Wam o mojej wcorajszej rozmowie z kolegą który jest
              terapeutą.

              Wczoraj po raz kolejny byłam wsciekła na osoby z pracy i to nawet na
              tą z którą pracuję w jednym pokoju. Za to, że mnie nie rozumieją, że
              są złośliwe itd.
              Po całym nerwowym dla mnie dniu, niebiosa mi go zesłały.
              Kiedy tak się przed wygadałam i wyżaliłam, wiecie co mi powiedział.
              A mianowiecie, że one zazdroszczą mi sukcesu jaki odniosłam.
              W pierwszej chwili zgłupiałam. I pytam się jakiego sukcesu.
              A on na to, że takiego, że po tym wszystkim co przeszłam i przez co
              dalej przechodzę stoję na nogach a nie leżę.
              Dało mi to wiele do myślenia.

              Justyna pozdrawiam.
              Nam w nowym domu było nam dane razem mieszkać 14 miesięcy.
              • dusia75 Re: Ile straciłam... 21.04.09, 10:02
                Kam-ta, myślę, że to co powiedział Twój kolega ma naprawdę sens.
                Wiele osób wolałoby nas widzieć załamanych i nie radzących sobie z
                naszymi problemami, a gdy widzą że tak nie jest, poprostu je
                trafia... Na szczęście mam nie wiele takich osób wokół siebi, ale do
                niektórych to stwierdzenie naprawde pasuje. Wiecie co, to jest
                naprawdę chore, gdyby tak naprawdę pomysleli to nigdy nie chcieliby
                być na naszym miejscu. Jak widać ludzie potrafią wszystkiego
                zazdrościć.
              • elka323 Re: Ile straciłam... 29.04.09, 21:27
                Jest coś w tym , co powiedział twój kolega , bo ja wczoraj usłyszałam podobne
                słowa od koleżanki ;że powinnam byc z siebie dumna , bo dałam sobie radę tyloma
                przeciwnościami i dalej idę do przodu.A to , że zostało mi niewielu znajomych,
                to zawiśc , że się nie poddałam i mam jeszcze na tyle sił , aby chodzic z
                podniesioną głową.Nie pokazuję , że bywa mi ciężko i tak jak wam , dziewczyny ,
                nieraz jest mi przykro , gdy widzę całe rodziny razem lub gdy słyszę , że
                impreza jest tylko dla par.
                A ciebie , Justynko , pozdrawiam i życzę spokoju i nadziei na lepsze jutro w
                nowym domu - Justyna
    • angel259l Re: Ile straciłam... 21.04.09, 09:37
      Ja, mimo iż według kalendarza jestem młoda, mam poczucie ok. 15 lat
      więcej i boję się szczęścia, bo zawsze, kiedy przychodzi, odchodzi i
      pozostaje po nim dłuższy okres cierpienia.. moim największym
      szczęściem był On i bez niego tak naprawdę jestem nikim.. czasami
      czuję się wyjątkowa, bo przecież, to ja będę matką Jego jedynego
      dziecka..
      Jak czytam o obrączkach, które zakładali Wam mężowie, wciąż nie mogę
      uwierzyć, że wesele miało być tam, gdzie odbyła się stypa... Często
      targają mną ambiwalentne uczucia, to jest jakiś koszmar, raz
      obwiniam siebie…a później potrafię mieć pretensję do Niego.. Zapewne
      to nie minie i wiem, że będę musiała nauczyć się z tym żyć, nie tyle
      dla siebie, co dla Naszego synka..
    • anaveronika Re: Ile straciłam... 21.04.09, 12:02
      macie racje dziewczyny, czesc mnie odeszła razem z Konradem. i nigdy juz ne bede taka jak kiedys. Za miesiąc wroce do pracy, a tam zapytaja kiedy chce urlop. Pewnie listopad bedzie dobry, bo przeciez nigdzie nie pojade. a rok temu planowalismy wyjad do jego ciotki na Sycylie... Rok temu bylismy w ogrodzie botanicznym, teraz znowu kwitną magnolie, ale juz nie pojdziemy nigdzie razem....
      Bylam wczoraj w W-awie, połaziłam po sklepach, rok temu nosiłam młodziezowe kolorowe ciuchy, nie miałam w szafie prawie nic powaznego. Byłam taka beztroska, jak nastolatka mimo 30 na karku. Wszystko było latwe i proste, o nic sie nie martwiłam... A dzis, po tych 10 miesiącach czuje ze sie postarzałam o 20 lat...
      I coraz czesciej sie zastanawiam, kto zaopiekuje sie moim synkiem gdy mnie sie cos stanie...
      • justynakm1 Re: Ile straciłam... 21.04.09, 12:51
        Dziwczyny,
        czytam Was i w sumie to pod słowem kazdej z Was moge sie podpisac
        (za wyjatkiem o wrednych ludziach z pracy). Od smierci Kubusia nie
        minely nawet 2 miesiace i ja nadal tego faktu nie akceptuje, moj
        mozg ewidentnie wierzy, ze Kuba gdzies wyjechal. kazdy dzien jest
        taki beznadziejnie podobny, pelen zalu, tesknoty, placzu,
        niedowierzania, strachu i "guli" na gardle i kamienia na sercu.
        Jestem przed 30tka, a Jego 2-letnia choroba, te chemie, operacje,
        Jego cierpienie, jezdzenie w nocy do szputala bo w organizmie
        zaszfaknowalo to i tamto, albo momenty nadzei, ktora trzymala nas
        przy zyciu - to mi dodalo tez ze 20 lat. Widze jak sie zmieniam, ze
        tez ciemne ubrania mimo wisony (a zawsze kochalam jaskrawe kolory),
        ze juz nie gadam tyle co kiedys, nie mam ochoty widziec sie ze
        znajomymi, juz nie czuje potrzby byc mila dla niemilych i zawsze
        usmiechnieta czy umalowana... rozmowy o karierze (pracuje w centrali
        korporacji), o samochodach, utach itp - draznia mnie niemilosiernie,
        jakas agresje we mnie wywlouja!!! Kolezanki zareczaja sie, wychodza
        lada miesiac za maz, zachodza w ciaze, z innymi parami wyjezdzaja na
        wakacje... a ja nawet nie mam do kogo wrocic w piatek do domu - Kuby
        nie ma, jest tylko nasza rybka.. Nie mielismy dzieci, nie
        zdazylismy, tak samo jak ze slubem.. i z Jego przeprowadzka do
        mojego mieszkania, mielismy caly plan remontu, nawet klory scian
        (teraz sama wdrazam to w zycie)... nie ma we mnie radosci, nie ma
        pozytywnych emocji, taka jestem wyobcowana, totalny outsider w
        swiecie szczesliwcyh mlodcyh i kochajacych sie rozin. nie ma wdow
        wokol. Pierwszy raz czuje sie inna... Odszedl Kubus, z NIm
        odeszlam "tamta" ja. "Tamta" ja byla jaka On kochal ponad wszytko,
        dla której walczyl i znosil bohatersko kazde cierpienie.
        Najgorsze sa momenty, gdy cos sie wydarzylo i tak bardzo chce MU o
        tym powiedziec, zadzwonic. Wy jako zony zostalyscie ze wspolnymi
        rzezcami, z dziecmi - ja musialam oddac klucze, zabraam kilka Jeo
        ukochanych ubran , teraz szlag mnie tarafia jak wszytko jest
        porzdakowane i pewnie zostanie wywiezione.... jak mozna tak szybko??
        ale jako nie-zona nie mam zadnych praw, zeby sie "rzadzic"...
        i ta cholerna cholerna samotnosc, czyli narzeczona-wdowa w wielkim
        miescie...................
        Justynko, Twoj maz bedzie z Wami w tym domu. Wiara, ze Oni sa obok
        nas, pozwala mi zyc. Bo Kuba chcial zyc, walczyl o zycie, wiec ja
        nie moge Go zawiesc...musze zuc, ale co to za zycie...:-(((
    • angel259l Re: Ile straciłam... 21.04.09, 14:45
      Przeczytałam tu wcześniej przy innym wątku, że to już nie jest
      życie, to po prostu jest trwanie (spanie, jedzenie i korzystanie z
      toalety) i mogę podpisać się pod tym w 100%. Często o Nim mówię( i
      to chyba drażni wszystkich) czasem przypominają mi się sytuacje, o
      których wcześniej nie myślałam... i mimo tego uśmiechu na twarzy,
      który zdarza mi się np. przy Jego rodzicach, bo przecież, po co mam
      ich dodatkowo martwić.. gdy zostaję sama nie radzę sobie, czuję się
      beznadziejnie i boję się, że nie będę w stanie zadbać o Potworka,
      tak jak powinnam.. boję się wszystkiego, a może raczej wszystko jest
      mi obojętne… a jeszcze niedawno tyle pięknych planów, wspólny wyjazd
      w maju nad morze, gdziekolwiek byle we trójkę… i dom, który chciał
      budować nigdy nie będzie stał.. i nic nigdy nie będzie już tak jak
      miało być… tylko, dlaczego, czy aż tak złym człowiekiem jestem?
      • dakam751 Re: Ile straciłam... 22.04.09, 13:29

        • justynakm1 Re: Ile straciłam... 22.04.09, 15:36
          ja tez ciągle "Kuba to.. Kuba by sie usmiał, Kubie by się
          podobało".. bo to On mnie wychował, podszlifował, nauczył, wyjaśnił,
          pokazał ten świat... i nastroił na swoje brzmienie. I niech tak
          zostanie.
          • jucha32 Re: Ile straciłam... 22.04.09, 19:21
            Widzę w oczach wielu ludzi ulgę, że to nie ich spotkało. A ja czuję
            żal, że właśnie mnie to spotkało. Jakbym była gorsza i nie
            zasługiwała na dobre życie.
            Tak, ja też wiele razy mówię, że coś tam kupił Adam, że coś załatwił
            jak jeszcze żył, że coś się zdarzyło jeszcze jak żył.
            Przy wielu czynnościach myślę, że mielismy to zrobić razem, albo, że
            On to robił.
            Gdy przygotowuję się do przeprowadzki to odrazu nasuwa mi się myśl,
            że mieliśmy się przeprowadzać razem. A pierwszego wieczoru wypić
            miód pitny, który kupił mój tata jak się urodziłam. Dał mi go jak
            się wprowadzałam z mężem do naszego wspólnego mieszkania.
            Tyle pięknych chwil straciłam bezpowrotnie. Odeszły z człowiekiem,
            którego kochałam tak, że chętnie oddałabym swojego życie, aby On
            mógł wrócić i żyć.
            • angel259l Re: Ile straciłam... 22.04.09, 20:31
              Ja właściwie nie chciałabym, aby On przez to przechodził, aby tak
              cierpiał, jednak czy musiał odejść tak młodo ...
            • justynakm1 Re: Ile straciłam... 22.04.09, 23:44
              Ja tez widze ta ulge... uff, nie my - tylko oni -czyli Kuba i ja...
              nawet wspomnialam o tym Kubusiowi, dlaczego to wlasnie nas dotknela
              taka tragedia??? dlaczego na Niego spadlo to przeklete raczysko i
              nie dalo sie pokonac??? Pamietam moje poranki po super dobrych
              wynikach badan, nasze wakacje - budzilam sie z taka "czysta" glowa,
              lekkim sercem! wygralismy, wracamy do zycia.. a jednak.. Ja tez
              oddalabym za Niego zycie, ale swiat jest taki porabany, ze nawet
              Jego strszliwego bolu i cierpienia nie moglam zabarc, tylko patrzec
              i plakac w sercu i zmieniac sie w aniola cierpliwosci, zeby choc tak
              Mu ulzyc...
              Kolejna noc bez Niego.. bez zapachu i Jego ramienia, glosu. Czasem
              mysle, ze tego nie przezyje. Wczoraj pisalam sms do mojego taty, ze
              Go kocham, ale zamyslilam sie i wybtralam numer Kuby (nadal mam w
              komorce, choc nr juz nie istnieje) i zaczelo sie... az padlam z tego
              szlochu..
              teraz samotnie jezdze na rowerze, to bylo wielkie hobby Kubusia,
              ktorym mnie zarazil.. jezdze i widze Jego przede mna, w bialej
              bluzie, te pracujace lydki, te radosne oczy.. koncze juz bo nie dam
              rady wiecej pisac.
              spokojnej nocy.
              • wdowa120309 Re: Ile straciłam... 21.05.09, 22:20
                Bez zastanowienia mogę powiedzieć że straciłam - zgasło moje słońce które
                oświetlało moja codzienna drogę, moją miłość i mojego przyjaciela któremu zawsze
                mogłam ufać i który nigdy mnie nie zdradził i nie zawiódł. A śmierć zabierając
                mojego męża zabrała tez część mojego życia. Straciłam radość i chęć
                życia.....ale padłam więc muszę powstać dla Magdusi, bo kocham ją bardzo, bo
                czekaliśmy na nią tak długo i wiem że jest tą częścią radości która została po
                Jarku.
                • tilia7 Re: Ile straciłam... 25.05.09, 19:05
                  Wraz z Nim straciłam część samej siebie.Straciłam człowieka, który był dla mnie
                  tak dobry, troskliwy i opiekuńczy, że myślałam, że spotkałam anioła.Nie
                  wiedziałam, że przyjdzie taki moment, kiedy tylko jako Anioł będzie mógł być
                  przy mnie.Czasem i anioły upadają.Zostawił mi nawet pióra...oboje kochaliśmy ptaki
                  • tilia7 Re: Ile straciłam... 27.05.09, 22:40
                    A jutro jadę zabrać swoje rzeczy z Jego domu.Boję się tego tak, że aż mi się
                    słabo robi.Ostatni raz byłam tam w dniu Jego śmierci...
                    • justynakm1 Re: Ile straciłam... 28.05.09, 09:54
                      Rozumiem Cie moja droga... ja wyprowadzke z mieszkania Kubusia
                      odchorowalam, robilam to jak w amoku..jakos nie pomyslalam, ze juz
                      NIGDY nie wejde do tego mieszkania, ze nie posiedze na naszej
                      kanapie, nie poleze na naszym lozku... a mieszkanie Jego rodzice juz
                      wynajlei, bez sensu, nie moge im tego wybaczyc...i teraz ktos tam
                      mieszka,zyje, spi, je, smieje sie. na nszych miejscach...
                      mam taka taktyke ochronna, zeby nie myslec, nie analizowac-ona chyba
                      przychodiz z czasem.. bo mozna oszalec, zwariowac, rzucic sie do
                      rzeki... Ja wieczory mam straszne, juz po pracy zaczyna sie dol,
                      czesto jak jade samochodem to tak placze, ze nie wiem czy jechac
                      dalej czy sie zatrzymac... chce mi sie krzyczec, zeby wykrzyczec ten
                      bol...a przed zasnieciem jest placz, szloch, tesknota i bol
                      rozdzierajacy dusze. gdzie jestes Kubusiu??? dlaczego mi sie nie
                      snisz???
                      • tilia7 Re: Ile straciłam... 28.05.09, 13:37
                        justynakm1 ja też jak czuję, że już nie daję rady to staram się wyłączyć
                        myślenie, ale to nie zawsze się udaje.I boję się tam jechać okropnie.Zwłaszcza,
                        że jak zabiorę swoje rzeczy,to już będzie taki jakby koniec tego bycia tu
                        razem.Choć to głupie, bo przecież ten koniec i tak już nastąpił a myśleć i
                        kochać i tak nie przestanę.Ale boję się bardzo.Najbardziej tego, żeby nie
                        zwariować i żeby nie wróciły myśli samobójcze, z którymi nie można sobie dać
                        rady.I też wciąż pytam dlaczego i tłumie krzyk, bo boję się, że jak zacznę
                        krzyczeć, to już nigdy nie przestanę...
                        • jucha32 Re: Ile straciłam... 01.06.09, 19:31
                          Mieszkam w nowym domu, który zaczeliśmy budować razem z Adamem.
                          I jak jest? Nijak. Totalnie nijak.
                          Nie tak to miało wszystko wyglądać.
                          Po domu kręcą się moi rodzice. Rodzina Adam totalnie sobie nas
                          odpuściła.
                          Mieszkam, bo nie mogłam mieszkać z teściami do końca życia.
                          To kolejna rzecz, którą straciłam. Miłość i opiekę mojego męża.
                          Tak bardzo mi brakuje tego, żeby mnie przytulił i powiedział, że
                          wszystko będzie dobrze.
                          Co to za życie? Nie tak to miało wszystko wyglądać.Nie tak miało być.
                          Ale to kara za to, że byłam złą żoną. Nie przytulałam Adama, nie
                          kochałam się z nim wtedy, gdy tego chciał, kłóciłam się z nim,
                          obrażałam, nie pisałam smsów, gdy pracował za granicą, nie mówiłam,
                          że go kocham, choć to nie wymagało żadnych wysiłków.
                          To moje życie to kara za to, że byłam złym człowiekiem i nie
                          potrafiłam docenić tego co miałam.
                          Teraz kara będzie długa i bolesna. Źli ludzie muszą być ukarani.


                          • angel259l Re: Ile straciłam... 01.06.09, 20:25
                            Tak jakbym czytała swoje myśli, odnośnie tej kary.. Tylko nie mogę
                            zrozumieć, dlaczego karę ma ponieść też Nasze dziecko, przecież
                            Patryś nawet nie zdążył się urodzić, tym bardziej popełnić
                            błędu..,więc dlaczego nie będzie mógł nigdy tego dnia spędzić ze
                            swoim ojcem, który tak na Niego czekał..
                            Ile straciłam.. nie jestem w stanie wymienić,jednak są
                            rzeczy,sprawy,których nie można nazwać..
    • wiolawarszawa Re: Ile straciłam... 01.06.09, 20:06
      jucha32 - co Ty opowiadasz???? jaka kara? jaki z Ciebie zły
      człowiek? tak czasem wygląda życie są wzloty i upadki - raz jest
      miło innym razem mniej. Jeśli dla Ciebie to kara, że byłaś "zła" to
      dlaczego On zapłacił najwyższą cenę? Nie wolno tak Ci myśleć bo
      zwariujesz. Budowaliście razem dom.... byłaś zła bo nie miałaś Go
      przy sobie tak często jakbyś chciała - naturalna obrona.Myślę, że
      Twój ukochany nie chce abyś w ten sposób myślała - jest mu przykro!
      przecież byliście razem i mieliście konkretne plany a to znaczy, że
      bardzo Cię kochał. Pamiętaj o tym.
      Pozdrawiam Cię serdecznie i nos do góry.
    • wdowa120309 Re: Ile straciłam... 01.06.09, 22:37
      Justyna, Angelika....co wy opowiadacie...jak kara za co..??? co wy zrobiłyście,
      nie wolno wam tak mysleć że jesteście lub byłyście złe....to nie tak. Każda z
      nas może tak powiedzieć....i ja też...(((
      Myslę że zrobiłyśmy co w naszej mocy....ja też czasami złościłam sie na męża
      ....ale tego nie cofnę, wiem tylko że kochałam go i kocham całym sercem i wiem
      że walczyłam do końca lecz nie dałam rady wyrwac go śmierci.
      Wy napewno tez macie na swoim koncie nie tylko złe rzeczy ale i te dobre.....
      napewno byłyście dobrymi żonami i jesteście i będziecie wspaniałymi mamami.
      Nasi mężowie ...napewno są dumni z nas.....że tak dzielnie tu walczymy.....tylko
      szkoda że nie mogą nam tego powiedzieć...(((
      • tilia7 Re: Ile straciłam... 01.06.09, 22:51
        A ja byłam bardzo dobra,okazywałam miłość i czułość i przywiązanie i
        wsparcie.Mówiłam o tym, pisałam w sms-ach, pokazywałam w codziennym
        życiu.Zresztą z wzajemnością, bo On też był dla mnie bardzo dobry.Więc nie wiem
        za co miałaby mnie ta kara spotkać.Ale tak samo, jak Wy czuję się ukarana:(
        • kasik2222 Re: Ile straciłam... 02.06.09, 09:23
          dziewczyny, nie ma ideałów, my też nie byłysmy i nie jesteśmy
          idealne. To żadna kara, przecież nie przewidzimy pewnych rzeczy. W
          każdym małżeństwie jest różnie, lepiej czy gorzej. U mnie też
          idealnie nie było... ale gdzie jest? Justyna, jakim złym człowiekiem
          jesteś? co Ty mówisz? zaczynasz popadać w obwinianie siebie. Nie rób
          tego, to błędne koło. Jesteś cudowną matką, i byłaś normalną żoną,
          raz lepszą raz gorszą. Jak każda z nas.
          • dario5555 Re: Ile straciłam... 02.06.09, 12:45
            wiesz to jest trudne bo ja wiem ze żona jest ze mna duchowo jednak
            ja tez pragne i potrzebuje bliskosci zostalem sam z synkiem moge
            sie do niego przytulic jednak dzieci niekiedy poprostu nie chca sie
            tulic brakuje mi ze tak powiem cielesnosci tego by spojrzec w oczy
            usmiechnac sie przytulic porozmawiac
            • justynakm1 Re: Ile straciłam... 02.06.09, 15:34
              Mi tez strasznie brakuje, zeby wtulic sie w ramiona Kuby, pocalowac
              sie, poprzytulac...zasnac obok Niego i czuc jego cieplo nad ranem...
              i kto wstaje pierwszy, kto idzie 1 pod prysznic a kto robi kawe...
              serce mi peka, z zalu i rozpaczy...ze tego NIGDY juz nie bedzie -
              nie umiem tego zaakcaptowac.
              • tilia7 Re: Ile straciłam... 02.06.09, 18:09
                Ja też nie umiem tego zaakceptować,przeraża mnie wizja dalszego życia bez
                Niego.Bo po co, w jakim celu mam się męczyć?Tak strasznie mi brakuje wspólnego,
                zwykłego przebywania razem, przytulenia, rozmowy,wszystkiego.
                • xxxkarolinkax Re: Ile straciłam... 02.06.09, 23:48
                  potrzeba Łukaszowego dotyku jest tak wielka... :((

                  kłade sie do lóżka..niby spię, co chwile sie budze, obracam na drugi bok z
                  nadzieją, ze On tam śpi...
                  • tilia7 Re: Ile straciłam... 03.06.09, 22:17
                    Wiem, mam to samo:(((Otulam się kocem, żeby udawać, że tuli mnie do snu.Trzymam
                    za łapkę i przyciskam do siebie misia, którego od Niego dostałam, żeby czuć się
                    bezpieczniej.To jest koszmar, ten straszny brak, pustka, nieobecność:(((
                    • xxxkarolinkax Re: Ile straciłam... 03.06.09, 22:50
                      najgorsze w tym wszystkim jest to, że teraz musze mysleć o sobie. nie tak jak to
                      robiłam dotychczas - myślałam w kategoriach "My".. My zrobimy to, pójdziemy tam
                      itp.. a teraz zostałam tylko Ja. Już nie moge napisać po powrocie z pracy smsa
                      do Niego, że już jestem...Nie moge już nic planować na dwie osoby.

                      Czuje sie bezradna. oszukana przez tą chorobę, przez wszystkich, którzy ukrywali
                      przede mną prawde.. pozwolono mi wierzyć, że nie jest tak źle.. :( nikt mi nigdy
                      nie powiedział, że jesteśmy bez szans.. sama nie wiem co czuje. mama tak
                      rozstrojoną psychike.. nie umiem ogarnąć sama siebie.

                      zawsze byłam bardzo skomplikowaną osobą. nigdy nie mogłam zrozumieć siebie. i
                      dopiero Łukasz mnie "poukładał". pokazał mi co jest ważne. czułam się przy nim
                      jak ktoś wyjątkowy..najważniejszy, jedyna na świecie.piękna. uwierzyłam w
                      miłość. Jego miłość mnie uratowała.

                      nie wiem jak to teraz będzie wyglądało. kazdy dzień to walka o normalność.
                      zmaganie się z samym sobą. z bólem, rozpaczą. z tęsknotą tak ogromną. stałam się
                      innym człowiekiem. tak jakby była mnie tylko połowa. pusto w środku. brak serca :(
                      • justynakm1 Re: Ile straciłam... 04.06.09, 11:29
                        Karolino,
                        dzis 3 miesiace naszego rozstania... a nigdy nie bylo dluzej niz
                        weekend, przez 3,5 roku. Nie moge sie na niczym skupic, robie jakies
                        glupie rzeczy, tak ciezko byc samej. Tak ciezko zyc gdy stracilo sie
                        najcuodwniejsza osobe, absolutna polowke, faceta troche jakby z
                        innej bajki,z pewnoscia nie swiata XXI wieku, gdzie kazdy goni za
                        kasa i bezporoblemowym zyciem. jak ciezko zyc gdy nie ma sie do kogo
                        przytulic, poczuc bezwarunkowa milosc i uslyszec Kocham Cie
                        Myszko... ja ciezko cieszyc sie sloncem i latem, gdy w sercu jesien
                        listopadowa, a w glowie zawierucha. Jak miec sile gdy choroba i
                        smierc odebrala sile, wiare i energie. jak myslec pozytywnie o
                        przyszlosc, gdy ja w ogole nie mysle??? cos sie w glowie pojawia, co
                        zjesc, o kotrej wstac. Zadnych zdjec, zadnych wspomnien. Nie umiem ,
                        nie potrafie, bo wiem, ze dopadne mi zlamanie i ten cholerny smutek
                        i tesknota, ktora sprawia, ze w glowie psychopatyczne mysli.
                        Kubus, dzis miaja 3 miesiace. Nie ma Ciebie przy mnie, nawet mi sie
                        nie snisz, czyw ogole gdzies jestes??????????????????????????/????
                        tak strasznie Ciebie kocham Robaczku. Dbaj o mnie - tam z gory, bo
                        ja bardzo tego potrzebuje.
            • irada Re: Ile straciłam... 04.06.09, 09:22
              mi też bardzo brakuje przytulenia,rozmowy o ważnych i błahych sprawach o przyszłości naszych dzieci, brakuje mi tego na tyle że boje się że mogę związać się z kimś, a potem tego żałować eh..
              • tilia7 Re: Ile straciłam... 04.06.09, 11:44
                Ja też nie umiem się odnaleźć i poskładać w jakąś całość.Jestem wrakiem
                człowieka.Mój ukochany też był z innej bajki, wrażliwy, czuły, uważny.Byliśmy
                razem szczęśliwi, mieliśmy swój świat, który teraz jest pusty a ja czuję, jakby
                zniknęła część mnie.A najgorsza jest świadomość, że mógł podjąć próbę leczenia
                tej cholernej depresji, a zagubił się w niej tak, że nie dał rady.Mimo mojej
                miłości, mimo pomocy, mimo wszystko:(((
                Pustka jest straszna.To, co dawało radość teraz wywołuje piekący ból, bo kojarzy
                się z Nim i uświadamia Jego brak.I ta potrzeba podzielenia się wszystkim,
                opowiedzenia, wyżalenia się.I wciąż zimno, zimno i smutno, bo już nie przytuli,
                nie ogrzeje swoją miłością.I strach czy sobie poradzę, jak w ogóle żyć bez
                Niego, jak umieć myśleć w miarę spokojnie o tym, co się stało?
    • mar-y88 Re: Ile straciłam... 08.05.10, 22:19
      (Wątek może 'przedawniony'... choć nie tu nie ma takich wątków, źle
      to ujęłam..)
      Czuję się DOKŁADNIE tak samo. Nie wiem czy można przyzwyczaić się do
      tęsknoty, może można się z nią oswoić(?)... już chyba nie umiem
      płakać z powodu tej tęsknoty. to dziwne bo czuję ją coraz silniej,
      coraz bardziej dotkliwie, ale chyba się 'przyzwyczaiła' do tego bólu,
      jestem z tego powodu strasznie przygaszona, i przygnębiona. ale ta
      tęsknota wywołuje we mnie już tylko nieustający smutek.
      Teraz dla mnie najgorsze jest własnie to co napisała jucha32. Dociera
      do mnie to przeraźliwe SAMA. Już zawsze ja i moja córeczka będziemy
      SAME. Już zawsze. do tej opory nie wybiegałam myślami w przyszłość,
      liczył się tylko ból związany ze śmiercią M, teraz bólem stało się
      nawet myślenie o przyszłości. Tak jak zostało napisane w temacie nie
      mogę znieść świadomości 'ile straciłam' Nie mogę pogodzić się z tym
      że już NIGDY moja córka nie będzie miała taty, że nawet nie będzie go
      pamiętać. Nie mogę się pogodzić z tym, że zawsze będziemy SAME.Wiem
      że sobie nie poradzę z wychowaniem córki, wiem że z niczym sobie sama
      nie poradzę.
      • kasik2222 Re: Ile straciłam... 09.05.10, 08:55
        i tu się mylisz. Łatwo nie będzie, ale sobie poradzisz. Bo musisz.
        Dla Niego, dla siebie i dla waszej córeczki. Cudownej istotki która
        po nim została. Poradzisz sobie. Głowa do góry.
        • xxxkarolinkax Re: Ile straciłam... 09.05.10, 16:16
          Tak. Na pewno sobie poradzisz!! Nie ma innego rozwiązania.

          Czytałam sobie wczoraj co pisałam tutaj rok temu - totalna rozpacz, bezsilność,
          brak nadziei na dzień kolejny, pragnienie śmierci. I wtedy były to jak
          najbardziej normalne i naturalne uczucia. Bo przecież straciłam kogoś
          najważniejszego! I kilka kolejnych miesięcy od maja 2009 było dla mnie trudnych.
          Świetnie udawałam, że jest ok byle tylko każdy dał mi spokój.
          A dziś? Dziś jest inaczej. Jestem "bogatsza" o rok doświadczeń od czasu Jego
          odejścia. Tak, wczoraj minął dokładnie rok. I widzicie, żyje. Mam się dobrze.
          Radze sobie. Układam świat na nowo. Bo wiem, że Tamto już nie wróci. Nie cofne
          czasu. Nie bede Go znowu miała. Ale wiem, że to co teraz robie jest tym
          najlepszym co moge robić. A co to jest? Żyje. Po prostu żyje. Mimo całej
          tragedii dotrwałam na studiach do końca - własnie są na finiszu. Staram się
          wyciskać dzień jak cytrynę. Bo wiem, że może to być ten ostatni. I już nie
          płaczę po nocach. Owszem, zdarza się gorszy dzień..zdarza się, że nad grobem
          płyną łzy..ale zawsze po tych chwilach słabości się podnosze.
          I mam jakieś takie wewnętrzne przekonanie, że On jest dumny ze mnie. I że cały
          czas jest obok.

          I wierzę, że za kilka miesięcy będziesz w stanie powiedzieć to samo!
          • jucha32 Re: Ile straciłam... 09.05.10, 20:27
            Przeczytałam i siebie i Ciebie xxxkarolinkax. Twój ostatni
            wpis...myślę i czuję dokładnie to samo.
            Gdy rozpoczęłam ten wątek rozpoczałam, ból nie opuszczał mnie ani na
            chwilę.
            Dziś już nauczyłam się z tym bólem żyć. Adama brakuje mi na każdym
            kroku, ale jakoś sobie radzę.
            Ja zapisałam się na drugie studia, rozpoczęłam specjalizację
            z psychiatrii.
            Ostatnio koleżanka z pracy powiedziała mi, że bardzo się cieszy, że
            jestem pogodna, że się śmieję. Tak, staram się.
            Wciąż nie opuszcz mnie pytanie: jak to się mogło stać?. Ale cóż, nie
            ma na nie odpowiedzi, a żyć trzeba. Czas nie zatrzymał się
            w miejscu, wciąz płynie, szybko.
            18 maja minie 2 lata.Już dwa lata.
            Pozdrawiam wszystkich forumowiczów.
            • beattrix120309 Re: Ile straciłam... 09.05.10, 22:04
              I ja mam za sobą już ponad rok....i wiele się zmieniło przez ten czas. Też na
              początku byłam zagubiona i błądziłam jak dziecko we mgle....teraz mniej już
              płaczę...staram się walczyć o każdy dzień...właśnie dla mojego Jarka i Madzi.
              Walczę ale są dni kiedy upadam kiedy wszystko traci sens kiedy dopada mnie
              strach o dalsze życie ...co będzie i jak dam rade szczególnie finansowo. Teraz
              znów targają mną smutek i strach..... stoję przed zadaniami które mam wrażenie
              że mnie przerastają. W najbliższym czasie będę zmieniać mieszkanie....niby
              powinnam się cieszyć...bo własne i większe ...ale nie ma tej radości tylko
              stres... bo trzeba wybrać kolory ścian, załatwić brygadę do remontu...poszukać
              kogoś kto połozy panele ( bo mąż już tego nie zrobi ...a zajmował się tym
              dorywczo) ...kupno mebli....i najgorsze to pakowanie i przeglądanie rzeczy , bo
              po jego śmierci jeszcze nic nie ruszyłam....oprócz najważniejszych
              dokumentów...(((( ..... wiem ze muszę to pokonać...ale wiem że tez będzie
              ciężko....popłynie wiele łez...(((
              Ostatnio właśnie nachodzą mnie różne myśli ...co będzie dalej....jak dam radę
              wychować córeczkę....jak dam radę finansowo z tym wszystkim....i co będzie jak
              ona znajdzie swoje towarzystwo. Wiem że jeszcze jest czas...ale to tak przeleci
              ....a ja zostanę sama ...(((
          • abi-23 Re: Ile straciłam... 10.05.10, 23:05
            nie jestem na forum zbyt często, zamknęłam się w tej rozpaczy, dopuszczam do
            siebie kilka osób, którzy i tak nie potrafią mi pomóc. ja straciłam męża prawie
            10 miesięcy temu i nie umiem uwierzyć że kiedyś będzie lepiej. wprawdzie dobrze
            radze sobie w pracy, mam dużo zajęć żeby nie zwarioać ale Twój wpis tchnął ta2ą
            malutką wątłą iskierkę nadziei, nie wiem jak długa ona będzie ale jestem
            wdzięczna, bo widzę że można inaczej żyć niż ja b6 t6 nie życie a 1a2aś cholerna
            agonia, jestem zmęczona, jak stara kobieta, a łży płyną cały czas...
            • jucha32 Re: Ile straciłam... 11.05.10, 18:18
              Ile i co straciłam...Pewne uczucia we mnie umarły.
              Przespałam się z facetem. Wydawało mi się, że mi się podoba
              i że jest fajny. Ale gdy było już po wszystkim miałam ochotę
              powiedzieć mu, żeby się wynosił, bo dostałam tego co chciałam
              i niczego więcej już od niego nie potrzebuję.
              Oczywiście wiem, ze nie powinnam porównywać go z Adamem, ale wypadł
              raczej blado.
              I tak ma wyglądać moje życie?
              • luck29 Re: Ile straciłam... 12.05.10, 18:35
                Ja straciłam wszystko o czym marzyłam, o czym śniłam, czego pragnęłam... jutro minie 10 miesięcy odkąd GO nie ma i nie ma też mnie. Żyję bo muszę, bo mam dla kogo... ale każdego dnia, w każdej minucie myślę o NIM. wiem, że straciłam wtedy wszystko. boję się tylko o to czy choc odrobinę uda mi się zbudowac coś nowego aby jakoś przetrwac, "przezimowac" to życie... aby wytrwac do końca by znów móc byc z NIM... żeby miec siłę by walczyc bo na razie jest mi po prostu bardzo źle... :-(

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka