Dodaj do ulubionych

Żagle na Cykladach a potem Kreta - wróciłem

18.09.06, 19:23
Witam wszystkich serdecznie po dłuższym okresie niebywania tutaj!

To co miłe szybko się kończy i tak właśnie, jakoś dziwnie szybko minęło te 5
tygodni, z tego dwa tygodnie spędzone pod żaglami na Cykladach, dwa tygodnie
na Krecie i dwa dni w Atenach.
Jachtem poruszaliśmy się po znanej już trasie, wzbogaconej jednak o nowe
elementy. Wystartowaliśmy z Aten a później Sounio, Kithnos (Merikha i
Kastro), Siros (Ermoupolis), Mykonos i Delos, Paros (Paroikia), Sifnos
(Kamares, Apollonia i Kastro), Serifos (Livadhi i Chora), Kithnos (Ormos A.
Stefanos, O. Kanala i Kanali), Ayios Yeoryios i Ateny.
Trasa jak widać bardzo wczasowa. Ponieważ warunki pogodowe (wietrzne) były
bardzo przyjazne dla wczasowej żeglugi była więc również możliwość zażycia
kąpieli gdzieś na środku morza.
Nie udało mi się jednak po raz kolejny dotrzeć do Amorgos. Fatum jakieś czy
co?
Nie będę się rozpisywał o błękicie nieba nad Helladą i wody w boskim Egeo, bo
do tego już się chyba przyzwyczailiśmy, że tam tak po prostu jest a poza tym
są tacy, którym takie opisy wychodzą lepiej niż mi. Jednak chętnie odpowiem
na wszelkie pytania z rejsem czy odwiedzonymi miejscami związane, zwłaszcza,
że już niedługo zacznę wykonywać pierwsze ruchy związane z organizowaniem
rejsu (a może rejsów?) w przyszłym roku.
Obserwuj wątek
    • amigo50 Re: Żagle na Cykladach a potem Kreta - wróciłem 18.09.06, 19:24
      Zapomniałem jeszcze dodać, że o Krecie napiszę szerzej w następnym "wejściu".
      • tomaszkozlowski1 Re: Żagle na Cykladach a potem Kreta - wróciłem 19.09.06, 00:33
        Bardzo mnie intryguje wyspa Kithnos.Czy mógłbyś napisać o niej coś więcej?
        Wiem,że jest rolnicza,mało turystyczna ( w tym roku ma w dodatku utrudnione
        połączenia z Pireusem-z braku statków-latem mieszkańcy protestowali nawet w
        Atenach)i ogólnie moja wiedza o tej wyspie nie przekracza tej,która jest w
        przewodnikach.Będę wdzięczny gdybyś opisał swoje wrażenia z Kithnos.Jakaś aura
        tajemniczości w moich wyobrażeniach otacza tę wyspę.Pozdrawiam! smile
        • amigo50 Re: Żagle na Cykladach a potem Kreta - wróciłem 19.09.06, 23:38
          Tomku! O.K.
          Przygotuj się na dłuższy wykład o tegorocznych wrażeniach, jednak daj mi trochę
          czasu.
          Na początek i na zachętę powiem, że po pierwszej wizycie na Kithnos, w porcie
          Merikha, stwierdziłem, że można sobie tę wyspę podarować na dłużej.
          Kiedyś warunki pogodowe sprawiły jednak, że zawinąłem do Merikhy z grupą
          młodzieży, dla której był to pierwszy port po wyjściu z Aten, a w Atenach,
          kiedy omawialiśmy planowaną trasę, powiedziałem, że Kithnos omijamy szerokim
          łukiem, bo tam nie ma po co płynąć. Kiedy jednak zawinęliśmy do Merikhy i
          młodzież po półgodzinie wróciła na pokład, miała oczy okrągłe ze zdumienia, no
          bo przecież jak musi być gdzie indziej na tych Cykladach, skoro tutaj jest tak
          pięknie?!
          Jakoś tak cieplej spojrzałem wtedy na tę Marychę (jak o niej mówiliśmy) i
          później zajrzałem tam parę razy.

          • bebiak Re: Żagle na Cykladach a potem Kreta - wróciłem 20.09.06, 08:16
            Ja od siebie dziękuję, Amigo moy - podczytuję z ciekawością, bo Kithnos to
            jedna z takich (niewielu wysp), które jakoś świadomie omijałam, bo mnie tam
            nigdy nie ciagnęło, bo moje wyobrażenia o niej - nie są najlepsze. Nie opieram
            mojej opinii na czymś konkretnym, nie, ale czasami bywa, że się uprzedzę, a
            potem....
            A wiesz, żeś dla mnie jednym z guru, prawda?
            Może trafię i ja tam kiedyś?
            Filakia Amigo moy. B.
            • amigo50 Relacja z rejsu. I etap - Sounio. 24.09.06, 14:46
              W sobotni wieczór przylecieliśmy do Aten. Lecieliśmy z Berlina liniami easyJet.
              Z lotniska do Mariny Alimou, znanej przez polskich żeglarzy raczej jako
              Kalamaki, dostaliśmy się autobusem X96, który kursuje przez całą dobę z
              częstotliwością 15 – 30 minut, zależnie od pory dnia. Przystanek tego autobusu
              jest tuż przy wyjściu z lotniska a bilet można nabyć w kiosku przy przystanku i
              kosztuje 3,20 euro.
              Zwykle jest tak, że w niedzielny poranek przejmujemy jacht. Podobnie było i w
              tym roku. Zaokrętowaliśmy się na jacht typu Athena 44, znany nam już z
              ubiegłorocznego rejsu. Ponieważ w niedzielę nie można liczyć na zrobienie
              jakichkolwiek zakupów artykułów spożywczych zaprowiantowanie na pierwsze 2 – 3
              dni przywieźliśmy z Polski. W Atenach kupiliśmy jedynie wodę mineralną na kilka
              dni. Jacht był zatankowany wodą i paliwem. O godzinie 15.30 wyszliśmy.

              I etap.
              Trasę mieliśmy oczywiście „z grubsza określoną” ale rejs był zaplanowany
              jako „wczasowy”, z kąpielami, plażowaniem, ale i ze zwiedzaniem i oglądaniem.
              Jeżeli nie chce się pływać w nocy i wychodzi się z Aten w kierunku Cyklad po
              południu, to na pierwszy postój przychodzi zatrzymać się około 25 Mm od Aten.
              Takie możliwości są w zasadzie dwie. Pierwsza to kotwicowisko koło przylądka
              Sounio, a druga to płytka zatoczka położona po południowej stronie wyspy Ayios
              Yeoryios.
              Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów na Zatoce Sarońskiej trafiliśmy na
              południowy wiatr. Zwykle, i w zasadzie jedynie, o tej porze roku wieje z
              północy. W tej sytuacji kotwica przy wyspie raczej nie wchodziła w rachubę.
              Zatoka przy Sounio też jest co prawda odsłonięta od południa, jednak częściowo
              przylądek daje osłonę przed wiatrem z tych kierunków.
              Dzisiaj turyści dość tłumnie odwiedzają to miejsce. Jedni przyjeżdżają tutaj,
              aby oglądać wschody słońca, kiedy wynurza się ono z morza za pobliską Keą. Inni
              twierdzą, że ciekawsze są zachody, kiedy chowa się ono za nie zawsze widoczną
              Eginą. Jedni i drudzy podziwiają widok na morze, którym upajał się lord Byron i
              wspominał to miejsce w Don Juanie i szukają, na której z kolumn ten słynny
              wandal wyrył swoje nazwisko. Lord Byron miał niestety ten mało lordowski
              zwyczaj i umieszczał swoje nazwisko także w innych znanych miejscach w Grecji
              O godzinie 20.00 rzuciliśmy kotwicę.
              Do zachodu słońca czasu mieliśmy niewiele, a jeszcze trzeba było postawić na
              wodzie bączka, dopłynąć nim do brzegu, i wdrapać się na urwisko, które było
              miejscem tragedii Egeusza.
              Zdążyliśmy w ostatniej niemal chwili. Apollin dojeżdżał już swym ognistym
              rydwanem do linii horyzontu, kiedy dotarliśmy na górę. Świątynia Posejdona,
              niegdyś jedno z najważniejszych miejsc kultu w starożytnej Grecji, z której
              zostało dziś jedynie 15 z 34 doryckich kolumn była jak zwykle oblegana przez
              turystów.
              Pierwsza noc na kotwicy minęła spokojnie.
              W towarzystwie kilku innych jachtów staliśmy sobie spokojnie pod rozgwieżdżonym
              niebem, podglądani przez księżyc, który dopiero co oberwał z jednej strony w
              gębę, bo był lekko plaskaty i sączyliśmy Metaxę, która jakoś tak inaczej
              smakuje pod tamtymi gwiazdkami.
              Wczesnym rankiem następnego dnia postanowiliśmy zweryfikować opinie o tym czy
              to wschody czy zachody, ale poglądy były zróżnicowane więc dalej nie wiem jak
              to tam jest naprawdę.
              • amigo50 Relacja z rejsu. II etap - Kithnos 26.09.06, 22:55
                II etap.
                Wczesna pobudka sprowokowana ponowną wyprawą do świątyni Posejdona o wschodzie
                słońca spowodowała, że o godzinie 08.30 byliśmy już po śniadaniu. Podnieśliśmy
                więc kotwicę. Przy słabym, w dalszym ciągu południowym wietrze postawiliśmy
                żagle i obraliśmy kurs w kierunku wyspy Kithnos. Południowy wiatr w tym miejscu
                i w tym czasie to jakiś wybryk natury i wiadomo było, że długo trwać nie będzie.
                Wiatru starczyło tylko na pół trasy. Około wpół do jedenastej, w miejscu gdzie
                zwykle wieje i to dość mocno, zdechło całkiem. Morze się wypłaszczyło całkiem.
                Widocznie dopłynęliśmy do miejsca, w którym przestało wiać znacznie wcześniej.
                Kithnos widoczne gdzieś w oddali poprzez mgłę powstającą w wyniku intensywnego
                parowania wody pozostawało jednak dość daleko.
                Zrzuciliśmy żagle i zrobiliśmy sobie kąpiel. Dla całej niemal załogi była to
                pierwsza kąpiel gdzieś na środku morza i początkowo nawet z niedowierzaniem
                przyjęli moją propozycję kąpieli w takim miejscu. Frajda była więc tym większa.
                Woda oczywiście ciepła, wyporność jak to w Egeo, dużo większa niż gdzie
                indziej. Nie chciało się wychodzić.
                Włączyliśmy jednak silnik i krótko przed godziną trzynastą znaleźliśmy się na
                wejściu do zatoki, w której znajduje się Merikha, główny port Kithnos. Z
                Merikhy wychodził właśnie prom, który obrał kurs gdzieś na południe.
                Kithnos przywitała nas skalistymi stromymi brzegami, na których tylko
                gdzieniegdzie widoczne były kępki zieleni, a raczej tego co było zielenią kilka
                miesięcy temu, a teraz wypalone przez słońce nabrało rudego koloru.
                Tuż przed wejściem do portu minęliśmy lewą burtą zatokę, w której kilka jachtów
                stanęło w celu zażycia kąpieli. W zatoczce tej stałem już kilka razy. Jest to
                bardzo dobra zatoczka do kąpieli, ale także do tego aby tam stanąć na kotwicy
                na nocny postój. Wpływając do niej warto jednak zajrzeć do GWP Heinkel’a, bo
                jest tam parę haczyków, na które można łatwo się dać nabrać i wylądować na
                mieliźnie lub na kamieniach, co nie znaczy wcale, że są tam jakieś szczególne
                utrudnienia na pokonanie których trzeba mieć nie wiadomo jaką wiedzę czy
                umiejętności. Nie, wystarczy odrobina zdrowego rozsądku.
                O 13.15 stanęliśmy rufą przy nabrzeżu w porcie Merikha.

                Merikha.
                Kitnos nie jest wyspą do odwiedzenia której namawiają przewodniki czy biura
                turystyczne. Nie ma na niej jakichś szczególnych atrakcji. Dlatego też nie walą
                na nią tłumy turystów i dzięki temu panuje na niej błogi spokój. Taka jest
                wyspa i taka jest Merikha – jedyny na wyspie port, do którego przypływają promy
                i jeden z dwóch portów, do których zawijają jachty. Tym drugim portem jest
                Loutra, w której jeszcze nie byłem i omal nie wylądowałem w niej w drodze
                powrotnej, ale nie będę o tym pisał w tej chwili. Napiszę o tym wtedy, kiedy
                będę pisał po raz drugi o wyspie Kithnos.
                Merikha jest malutką miejscowością, którą można obejść w pół godziny zaglądając
                przy tym do wszystkich sklepów. Po przeciwnej stronie zatoki, patrząc od
                przystani jachtowej i promowej, znajduje się niewielka żwirowa plaża, na której
                w części poustawiano stoliki kilku restauracyjek. Zabudowa zdecydowanie nowa
                ale w cykladzkim stylu. Wszystko utrzymane w cykladzkich barwach, czyli białe
                ściany domów i niebieska stolarka okienna i drzwiowa. W kilku miejscach można
                kupić charakterystyczne dla Kithnos pamiątki, czyli wyroby ceramiczne z
                tutejszej glinki.
                Z Merikhy odjeżdżają autobusy w dwóch jedynie kierunkach – do Dryopidy i do
                Chory i dodać trzeba, że autobusy jeżdżą bardzo rzadko.
                Rozwikłanie legend o dryopidach zostawiliśmy sobie na następny raz i
                postanowiliśmy wybrać się do Chory.
                Autobus zaraz za Merikhą wjeżdża na wąską, serpentynami wijącą się po krawędzi
                urwiska drogę, to znów wjeżdża w kotliny, ale droga w nich jest tak samo kręta.
                Nad kotlinami grzbiety surowych, pozbawionych jakiejkolwiek zieleni skał, ale w
                kotlinach, jak na Cyklady, zieleni bardzo dużo. Widać poletka uprawne, na
                których niedawno chyba rosło jakieś zboże, widać niewielkie ale jednak ogrody
                oliwkowe. Gdzieniegdzie zagrody, w których kozy skubią jakiś busz.
                W autobusie zaledwie kilkanaście osób, ale to głównie dlatego, że frekwencję
                robi nasza ósemka. Oprócz nas wszyscy pozostali to miejscowi. Autobus dojeżdża
                do Chory i zatrzymuje się na placyku na obrzeżu miasteczka. Wysiadamy.

                Chora.
                Chora znana jest także jako Messaria.
                Autobus, którego długość jest chyba większa od każdego z boków placyku, jakoś
                na nim jednak zawraca i odjeżdża na dół do Merikhy. Przyjedzie tu znów za
                cztery godziny i tyle czasu mamy na zwiedzanie Chory.
                W Chorze panuje absolutny spokój. Na uliczkach, po których nie jeżdżą żadne
                samochody, wymalowane białą farbą różne wzory: kwiaty, ryby, kotwice, ptaki,
                motywy roślinne. Nie widać ani miejscowych, ani przyjezdnych. Można snuć się po
                tych uliczkach do woli i nie spotkać nikogo. Chora na Kithnos jest wymuskana aż
                do bólu. Biel ścian i niebieski kolor drzwi, okien, drewnianych schodów i
                balustrad aż boli. I do tego te malowidła na uliczkach...
                Mamy trochę szczęścia i gdzieś na końcu jakiejś uliczki trafiamy na człowieka.
                Na nasze „Kalimera” odpowiada i natychmiast wykorzystuje to jako pretekst do
                nawiązania rozmowy. Bardzo słabą angielszczyzną wypytuje nas skąd jesteśmy. Z
                nadzieją w głosie pyta: „from Czechien?”. Na nasze „from Poland” wspomina, że
                byli tu Polacy. Miesiąc temu ich spotkał. Po półgodzinie wracaliśmy tą samą
                drogą. Nasz rozmówca zaczepił jakąś trójkę turystów. Ci byli z Włoch (a
                włoskich turystów w tym roku na Cykladach było baaaardzo dużo. Jeszcze nigdy
                ich tu tylu nie widziałem).
                Włoscy turyści byli jedynymi, których spotkaliśmy w uliczkach Chory. Oprócz
                nich spotkaliśmy raptem kilkoro miejscowych.
                O samej Chorze wiemy bardzo niewiele, bo przewodniki niewiele na jej temat
                mówią. Znajdujemy resztki starego cmentarza, na którym był pochowany Georgios
                Mazarakis. Kim on był nie wiemy, ale takie nazwisko udało nam się odczytać na
                jedynym ocalałym bardzo ciekawym i bogato zdobionym krzyżu. Znajdujemy
                kościółek Agios Savas z 1613 r zbudowany przez wenecką rodzinę Cozzadini i
                kościół Agios Ioannis Chrisostomou oraz kościół, którego patrona nie udało nam
                się ustalić. Nie znaleźliśmy kościoła Agia Triada – ponoć najstarszego na
                wyspie, ale w czasie naszej wędrówki nie wiedzieliśmy, że taki istnieje. Ta
                wiedza przyszła później.
                W Chorze wybraliśmy się na kolację do napotkanej tawerny. Z problemami, ale
                dogadaliśmy się jakoś z obsługą. Było nas osiem osób, więc zaproponowaliśmy
                szefowej, że bierzemy kolację za osiemdziesiąt euro. Były trzy rodzaje mięs,
                sałatki, tzatziki, domowe pieczywo i 2 kilo domowego wina. Kiedy nas
                podsumowano, okazało się, że nie wykorzystaliśmy zaproponowanego przez nas
                limitu i rachunek opiewał na niecałe 60 euro. Pani chyba jednak nie do końca
                nas zrozumiała, ale nie protestowaliśmy z tego powodu.
                Na przystanku autobusowym było tym razem trochę więcej ludzi. Nazbierało się
                tego z pół autobusu ze znacznym udziałem turystów.
                Dość dziwna była podróż do Merikhy, bo autobus na tych serpentynach rzucał
                światło reflektorów gdzieś w ciemną przestrzeń, ponieważ jednak nie znajdowało
                ono nigdzie żadnej przeszkody było pożerane przez mrok. Droga nie posiadała
                oczywiście żadnych barier no bo i po co.
                Kiedy dojechaliśmy do portu życie trochę rozkwitło, bo w tawernach, które
                widzieliśmy wcześniej na plaży było trochę gości. Nawet na betonowym nabrzeżu
                przy przystani rozstawiono kilkanaście stolików i było przy nich całkiem sporo
                gości.
                I tylko punkt informacji turystycznej był ciągle zamknięty.
                • tomaszkozlowski1 Re: Relacja z rejsu. II etap - Kithnos 27.09.06, 02:04
                  Bardzo ciekawie czyta się Twoje opisy smile
                  Już wiem,że na Kithnos coraz bardziej mnie ciągnie smile
                  • amigo50 Re: Relacja z rejsu. III etap - Siros 29.09.06, 00:30
                    Dzięki Ci Tomku za dobre słowo i życzliwość. Znam takich, co robią to lepiej i
                    to tu, na tym forum...ale nie chcą (póki co!) dać się namówić na rejs, no to ja
                    muszę te relacje kaleczyć.
                    ...a na Kithnos warto zajrzeć. Ja uczynię to jeszcze w czasie tego rejsu i choć
                    będzie to wizyta zupełnie nie planowana, to okaże się bardzo sympatyczną.
                    A teraz wracamy do Merikhy.


                    III Etap.
                    Każdy poprzedni postój w porcie Merikha kojarzył mi się z promami, które
                    wpływając do portu robiły niezłą zadymę, bo wpłynąć musiały do wewnętrznej
                    części basenu portowego i w nim się obrócić. Wiązało się to każdorazowo z
                    kotłowaniem się wody w basenie, i rzucaniem o betonowe nabrzeże jachtów i
                    łodzi, których kotwice nie zawsze wytrzymywały takie manewry. Promy przybijały
                    i w dzień i w nocy. Tym razem w porcie panował spokój. Także w nocy. Wychodzący
                    prom, który widzieliśmy wchodząc do portu był chyba jedynym jaki zawijał tu
                    teraz w ciągu doby.
                    Po spokojnej nocy, wczesnym rankiem oddajemy cumy, podnosimy kotwicę i
                    punktualnie o 06.55 wychodzimy. Tym razem prawą burtą mijamy zatoki Episkopis i
                    Apokriosis, której zachodnia część, Fikiadha okupowana jest przez kilka
                    jachtów, które wybrały to sympatyczne miejsce na nocny postój. Przed dziobem
                    mamy malutką wysepkę Ay. Loukas, którą od Kithnos oddziela cieśnina o
                    szerokości około 1 Kabla. Cieśnina ta nie do końca jest cieśniną, bo przecina
                    ją piaszczysta łacha, która w ten sposób łączy Kithnos i Ay. Loukas. Z jednej
                    strony tej łachy jest Zatoka Fikiadha, z drugiej Zatoka Kolona. Mijamy i tę
                    zatokę i płynąc blisko brzegu kierujemy się na północ. Skaliste brzegi wyspy
                    podobne są do wszystkich innych wysp na Cykladach.
                    Dopływamy do Kefalos, północnego cypla Kithnos. Stąd prosto na wschód, w
                    kierunku Trimeson – północnego cypla Siros.
                    Po wczorajszej flaucie wiatr zaczyna wiać nareszcie z normalnego, czyli
                    północnego kierunku. Płyniemy pięknym półwiatrem o sile około 2 – 3B i stanie
                    morza 1.
                    Słońce wędruje coraz wyżej. Na pokładzie plaża. Śpiewamy Keję, Amigo, Pacyfik,
                    4 Piwka. Sielanka.
                    Spodziewałem się trochę większego ruchu promów, jachtów żaglowych i motorowych
                    w kierunku Tinos, bo to przecież 15 sierpnia, a Tinos jest miejscem
                    tradycyjnych pielgrzymek i pięknej procesji na wodzie w tym dniu – a tu nic.
                    Wyprzedził nas któryś z highspeedów – i dalej nic.
                    Około godziny jedenastej zaczynamy dostrzegać kontury Siros. Widoczność szybko
                    i zdecydowanie się poprawia. Nawet Kithnos, które już było niewidoczne widzimy
                    znów za naszą rufą. Sprawdzam barometr. Poszedł w dół. Wszystkie znaki na
                    niebie i wodzie wskazują, że nadciąga meltemi. Nie mówię nic załodze, żeby nie
                    psuć im zabawy. Liczę, że do Ermoupolis powinniśmy dojść zanim zrobi się mniej
                    przyjemnie.
                    Rzeczywiście, wiatr zaczyna tężeć.
                    Kiedy mijamy Trimeson wieje już 4 – 5B. Tu jednak zmieniamy kierunek i płyniemy
                    na południowy wschód wzdłuż brzegu Siros. Dostrzegamy miejsce gdzie na brzeg
                    wychodzi z wody kabel energetyczny. Mijamy jakieś małe groty wystające tuż nad
                    wodą.
                    Płyniemy teraz baksztagiem, najszybszym z kursów względem wiatru. Po trzech
                    kwadransach jesteśmy w główkach Ermoupolis. Choć chcemy jak najszybciej stanąć
                    w porcie, to jednak znajdujemy chwilę, żeby z basenu portowego, bo stąd
                    najlepszy widok, popatrzeć na dwa wzgórza górujące nad Ermoupolis, na Vrondado
                    z niebieską kopułą bizantyjskiego kościoła Anastasis i na Ano Siros z
                    klasztorem kapucynów, na błękitno-złotą kopułę i dwie bliźniacze wieże kościoła
                    Agios Nicolaos.
                    Wybieramy sobie miejsce do stanięcia. Kotwica, cumy, stoimy.
                    Pora obiadowa. Dziewczyny wzięły się za gary (spokojnie, jest ich pięć więc nie
                    ma bólu). Dla skippera zimne piwo z lodówki. Dla wszystkich innych chętnych też.
                    Sączę piwko i dyskretnie spoglądam na wskazania wiatromierza. W porcie
                    wieje „piątka”. Przyszliśmy w samą porę.

                    Siros.
                    Odkryte ślady cywilizacji na tej wyspie świadczą o tym, że była ona zamieszkała
                    już około 2 800 lat pne.
                    W średniowieczu francuscy kapucyni szerzyli na Siros chrześcijaństwo i
                    większość mieszkańców stanowili katolicy, ale w czasie powstania greckiego
                    przybyło tu wielu prawosławnych uciekinierów. W XIX w wyspa stała się bogatym i
                    ważnym portem nie tylko Grecji, ale także wschodniej części Morza Śródziemnego.

                    Ermoupolis.
                    Stolica Siros i główne miasto Cyklad nazwane zostało na cześć Hermesa
                    Ermoupolis. Mitologia nie podaje jednak, aby ten syn Zeusa i Mai – jednej z
                    pięknych Plejad – był w jakiś szczególny sposób z tą wyspą związany.
                    Zadecydowało raczej to, że był patronem kupiectwa. Złośliwi przypominają
                    jednak, że Hermes jest również patronem złodziei, gdyż jeszcze będąc w
                    pieluchach ukradł woły swojego boskiego brata Apollona oraz, że był też
                    ostatnim przewodnikiem i odprowadzał dusze do wrót Hadesu.
                    Port już dawno stracił na znaczeniu na rzecz Pireusu, jednak w XIX w był
                    najczęściej odwiedzanym greckim portem.
                    Po obiedzie wychodzimy na zwiedzanie miasta.
                    Docieramy do Platia Miaoulis – centralnego placu miasta.
                    Wyłożony marmurem, z rosnącymi na nim palmami i otoczony kawiarniami i
                    pizzeriami nazwany został na cześć bohatera wojny o niepodległość admirała
                    Andreasa Miaoulisa.
                    Przy placu stoi klasycystyczny ratusz wzniesiony w 1876 r wg projektu
                    niemieckiego architekta Ernsta Zillera. W bocznym skrzydle ratusza mieści się
                    muzeum archeologiczne. Tym razem jest nieczynne, ale oglądałem w nim kiedyś
                    ciekawe przedmioty wykonane z brązu i marmuru, liczące sobie blisko 5 tys. lat
                    oraz charakterystyczne dla tego regionu figurki pochodzące z tzw. kultury
                    cykladzkiej.
                    Naprzeciw ratusza stoi pomnik admirała Miaoulisa.
                    Z Platia Miaoulis wbijamy się w wąską uliczkę, nad którą na całej szerokości
                    wiszą kwitnące w różnych kolorach bougenwilie. Idziemy najpierw na wzgórze Ano
                    Siros.
                    Na wzgórzu tym rozłożyła się średniowieczna katolicka dzielnica Ano Siros znana
                    również jako Apano Chora lub Kastro. Mijamy ładne, zadbane domy, uliczki
                    wyłożone marmurem. Wspinamy się po licznych schodach, a jakże, marmurowych.
                    Tuż przed szczytem wzgórza docieramy do kościoła Matki Boskiej z 1581 r.
                    Na szczycie wzgórza docieramy do średniowiecznego klasztoru kapucynów Agios
                    Ioannis (św. Jana) ufundowanego przez króla Francji Ludwika XIII i wybudowanego
                    w 1535 r oraz do barokowego Ayios Yeoryios, znanego jako katedra Św. Jerzego –
                    barokowej bazyliki zbudowanej na miejscu kościoła z XIII w.
                    Korzystamy z tego, że dzisiaj jest dzień świąteczny. Wszystkie kościoły są
                    pootwierane, ale ze względu chyba na porę całkowicie puste.
                    Wędrujemy po szczycie wzgórza. Docieramy do tawerny Panorama. Jest w niej kilka
                    osób, miejscowych. Powinno być dobrze. Szybko orientujemy się skąd taka nazwa.
                    Rzeczywiście, z tarasu, na którym znajduje się tawerna rozlega się piękny widok
                    na całe Ermoupolis. Na zatokę, na port, na stocznię, na przeciwległe wzgórze
                    Vrondado z kościołem Anastasis, na wyspy Tinos i Mykonos i leżącą tuż obok
                    Ermoupolis Gaidharos. Panorama jest piękna.
                    Po frapce i lodach schodzimy z Ano Siros, ale robimy to tak sprytnie, żeby z
                    jak najmniejszym wysiłkiem wejść na Vrondado i dojść do kościoła Anastasis.
                    Udaje nam się.
                    Anastasis jest także otwarty. To ortodoksyjny grecki kościół Zmartwychwstania
                    Pańskiego - z greckiego Anastasis – stąd zapewne wzięła się podawana często
                    błędna informacja, że jest to cerkiew Św. Anastazji.
                    Kościół został wybudowany w 1821 r na wzgórzu, na którym rozłożyła się
                    grekokatolicka dzielnica Vrondado.
                    Niemal na szczycie wzgórza niewielki, ale ładny park z sosnami
                    śródziemnomorskimi i piniami. Wygrzane w słońcu nasycają teraz intensywnie
                    powietrze swoimi olejkami eterycznymi. Cykady głośno dają znać o sobie
                    koncertem na jedną nutę. Można byłoby tutaj zostać. Przysiąść albo i położyć
                    się pod drzewem, obok starych armat przypominających militarne dz
                    • amigo50 Re: Relacja z rejsu. III etap - Siros c.d. 29.09.06, 00:39
                      Jakiś złośliwy chochlik nie wysłał całego tekstu sad(

                      Cykady głośno dają znać o sobie koncertem na jedną nutę. Można byłoby tutaj
                      zostać. Przysiąść albo i położyć się pod drzewem, obok starych armat
                      przypominających militarne dzieje wyspy, upajać się zapachem i słuchać letniego
                      koncertu na milion świerszczy i wiatr w koronach drzew.
                      Musimy jednak iść dalej. Marmurowymi schodami, po marmurowych uliczkach
                      schodzimy teraz w dół. Kierunek wyznacza charakterystyczna błękitno-złota
                      kopuła Ay. Nicolaos.
                      To kościół z I połowy XIX w. Nad nim wznoszą się także dwie bliźniacze
                      dzwonnice. Z tego okresu pochodzi znajdujący się w tym kościele marmurowy
                      ikonostas wykonany przez rzeźbiarza Witalisa. Rzeźbiarz ten zasłynął także tym,
                      że jest autorem pierwszego na świecie a stojącego przed tym kościołem pomnika
                      nieznanego żołnierza.

                      W pobliżu kościoła, przy Plateia Wardaka, stoi Teatr Apollo, który w
                      założeniach miał być zminiaturyzowaną nieco wersją mediolańskiej La Scali.
                      Zaprojektowany został w 1864 r przez francuskiego architekta Chabeau. Jest to
                      pierwszy w Grecji i czynny do dzisiaj budynek teatru operowego, co nadaje mu
                      znaczenia w ojczyźnie klasycznego teatru dramatycznego. Teatr ten został
                      ostatnio odrestaurowany dzięki dotacjom z Unii Europejskiej.
                      Wnętrze teatru można oglądać za jedyne 1,50 euro od osoby, ale nie można w nim
                      fotografować. Nie można także przeszkadzać soliście ćwiczącemu akurat na
                      scenie.
                      Zaraz, zaraz, a co on gra? Toż to przecież „Legenda” – utwór Wieniawskiego na
                      skrzypce i orkiestrę ...tyle, że bez orkiestry.
                      W foyer teatru zorganizowano małą wystawę muzealną pamiątek związanych z
                      przeszłością teatru. Są tu plakaty z przedstawień ze znamienitymi obsadami,
                      programy spektakli i koncertów, projekty scenografii, zdjęcia wykonawców.
                      Teatr rzeczywiście wyremontowano bardzo starannie nie żałując złotych farb do
                      malowania różnych elementów ozdobnych i gipsowych sztukaterii i słodząc go
                      ponad miarę, ale czegoś mu brakuje. Nie ma w nim klimatu, nie czuć ducha ani
                      duszy.

                      Mocno zdeptani wracamy na jacht.
                      W porcie zrobiło się ciasno. Nawet bardzo ciasno. Stoją w nim jachty takie jak
                      nasz, jachty dużo większe, jachty motorowe ale i małe okręty żaglowe, a raczej
                      żaglowe tylko udające, bo noszą żagle tylko do dekoracji i robienia zdjęć, żeby
                      pasażerowie mogli powiedzieć, że pływali pod żaglami a na dowód pokazać nawet
                      zdjęcia. Musimy jeszcze zatankować wodę na naszym jachcie, ale przysiadamy na
                      chwilę w jednej z licznych na portowym nabrzeżu kawiarni, tawern i restauracji.
                      Przecież zimne piwko na pewno nie może zaszkodzić po takim upalnym dniu. Ba,
                      jego działanie może być zbawienne [tu mrugam okiem wink i
                      dopisuję „bezalkoholowe”]. Młodzież wybiera frape z eiscreamem – też zimne. A
                      jakie dobre...

                      • amigo50 Relacja z rejsu. IV etap - Siros - Mykonos 04.11.06, 01:25
                        Chroniczny brak czasu i kilka wyjazdów spowodowały przerwę w mojej relacji, ale
                        postaram się to jednak doprowadzić do końca.

                        IV Etap
                        Podczas naszej nieobecności port w Ermoupolis zapełnił się jachtami żaglowymi,
                        motorowymi, małymi statkami wycieczkowymi a do tego wszystkiego przybijało
                        tutaj jeszcze sporo promów. Czekało nas jeszcze zatankowanie jachtu wodą.
                        Mieliśmy już rozeznanie jak to działa. Można podłączyć się wężem do słupka na
                        nabrzeżu pod warunkiem jednak, że wykupi się odpowiednią ilość kart. Karta
                        umożliwia zatankowanie 150 l wody i kosztuje 1 euro. Działa to trochę jak
                        automat telefoniczny. Słupków jednak w porcie niewiele (bodaj 2?) a chętnych do
                        tankowania sporo. Do tego jeden, którego zapotrzebowanie określiliśmy – jak się
                        później okazało bardzo prawidłowo - na około 5 tys. litrów. Czekając na swoją
                        kolej obserwowaliśmy nocne życie toczące się w knajpkach ciągnących się wzdłuż
                        portowego nabrzeża, których stoliki stały tuż obok jachtów kołyszących się
                        lekko na spokojnej wodzie. Na naszą kolej czekaliśmy do godz. 2.00 w nocy. Po
                        zatankowaniu wody z 3 kart zbiorniki mieliśmy pełne. Teraz już tylko szybko
                        spać, bo rano płyniemy dalej.
                        Od samego rana wieje dość mocno. Nie na tyle jednak aby zniechęcić nas do
                        wyjścia. Robimy jeszcze jakieś drobne zakupy. Tymczasem w porcie niespodzianka.
                        Jakże miła. Do basenu portowego wszedł piękny „Sea Cloud”, jeden z największych
                        i najpiękniejszych żaglowców świata. Białe żagle zwinięte co prawda na rejach,
                        ale piękny mahoń, i błyszczące mosiądze lśniące nawet z daleka przykuwają wzrok
                        i zupełnie nie widać po staruszku, że jego metrykę wypisano już 75 lat temu
                        nadając mu imię „Huzar”. Był prezentem amerykańskiego milionera E. Huttona dla
                        jego żony. W chwili kiedy powstał był największym żaglowcem świata. 4 maszty,
                        100 metrów długości po pokładzie, i ponad 3600 m2 żagli jakie może „Sea Cloud”
                        postawić robi wrażenie. Szkoda, że nie mieliśmy okazji zobaczyć go pod żaglami.
                        Przez długie lata kapitanem tego żaglowca był Polak – kpt. Ryszard Choiński,
                        człowiek, który dowodził także naszym „Darem Pomorza”. Kto dzisiaj nim dowodzi –
                        nie wiem, a nie było już czasu aby tego dochodzić.
                        Przy wiejącej regularnej „trójce” o godzinie 10.00 oddajemy cumy. Podpływamy w
                        pobliże „Sea Cloud” aby przyrównać naszą łupinę do tego kolosa. Przepływamy
                        obok suchego doku, w którym stoi ten sam co w ubiegłym roku okręt (coś długi
                        ten remont). Robimy kółeczko po basenie portowym – w końcu sesja zdjęciowa nam
                        się przecież też należy. Wychodzimy za główki portowe. Za nimi czeka już na nas
                        nasz przyjaciel Meltemi i „czwóreczką” wali nam prosto w nos. Ci, którzy nie
                        wiedzieli dlaczego wiatr wiejący od dziobu żeglarze nazywają mordewindem teraz
                        już wiedzą. Bierzemy kurs na Mykonos. Płyniemy teraz pełnym bajdewindem lewego
                        halsu, co znaczy, że wiatr wieje nam pod kątem około 45 stopni do naszej
                        diametralnej z jej lewej strony.
                        Jesteśmy na przejściu pomiędzy Siros i Mykonos. Tutaj zwykle wieje nawet wtedy,
                        kiedy gdzie indziej nie wieje a i fala zwykle tutaj jest duża jak na Egeo. Tak
                        jest i tym razem. Wiatr tężeje i szybko osiąga 6 stopni B. Nasze bimini, pod
                        którym do tej pory pływaliśmy chroniąc się nim od lejącego się z nieba żaru
                        zaczyna puszczać na szwach. Musimy je zwinąć. W takich warunkach ta prosta
                        czynność nie jest dla początkującej załogi taka prosta. Ubieram dwóch
                        załogantów w szelki asekuracyjne. Od razu poczuli się lepiej i operacja
                        przeszła dość sprawnie. Jednak kiedy było już po wszystkim zaczęły dawać o
                        sobie znać objawy choroby morskiej i pomuliło trochę - jednych mniej, drugich
                        trochę więcej.
                        Miałem nadzieję, że warunki będą na tyle dobre, że uda nam się odwiedzić jedną
                        z zatoczek na wyspie Renea i stanąwszy na kotwicy zażyć kąpieli, ale patrząc na
                        miny niektórych załogantów widziałem, że jedyne o czym marzą w tej chwili, to
                        znaleźć się jak najszybciej w porcie i poczuć pod nogami kawałek stałego lądu.
                        Mijamy więc w dość znacznej odległości Reneę i jej sąsiadkę Świętą Wyspę Delos,
                        z daleka oglądamy wiatraki stojące nad zatoką, przy której leży mykonoska Mała
                        Wenecja i wchodzimy do New Harbor Mykonos. Za osłoną portowego falochronu woda
                        jest spokojniejsza ale siła wiatru wcale się nie zmniejszyła. Przy wiejącym
                        Meltemi wyspy nie chronią przed wiatrem, taka jest jego specyfika. Dają jedynie
                        osłonę przed falami.
                        W porcie pełno. Nabrzeża zajęte są dość dokładnie. W niektórych miejscach
                        jachty nawet stoją warstwami. W jednym miejscu załogi trzech włoskich jachtów
                        wykonują ruchy świadczące o tym, że przygotowują się do wyjścia. Kręcimy więc
                        kółeczka w pobliżu. Po pewnym jednak czasie okazuje się, że oni jedynie usiłują
                        rozwiązać gordyjski węzeł jaki powstał z ich łańcuchów kotwicznych. Tutaj więc
                        odpuszczamy i wbijamy się w głąb portu. Znajdujemy miejsce, gdzie z trudnością,
                        ale jednak wbijamy się pomiędzy inne jednostki. Kotwicę rzuciliśmy dość
                        nietypowo, bo wystawiając ją na wiatr pod pewnym kątem do naszej diametralnej.
                        Kładziemy trap i schodzimy na ląd. Tutaj niektórzy stwierdzają, że stały grunt
                        pod nogami wcale nie jest taki stabilny i kiwa się pod nogami. Poruszają się
                        lekko chwiejnym krokiem jakby byli po kilku głębszych. To efekt rozkołysania
                        błędnika. Po pewnym czasie to minie.
                        Idziemy sprawdzić jakie kafle położyli w sanitariatach, które, co niezbyt
                        częste na wyspach, wybudowano tuż obok nowej przystani i sprawdzamy kiedy i jak
                        funkcjonują kibelki i prysznice. To jedyna zaleta nowej mariny.
                        Kiedyś jachty stały w starym porcie i było to i wygodne i bardzo malownicze. Od
                        czasu jednak kiedy wybudowano nową przystań (bo o nowym porcie zdecydowanie
                        jeszcze nie można mówić), to stało się to zdecydowanie mniej wygodne, bo do
                        miasta jest około 2,5 km i zupełnie nie malownicze, bo sąsiaduje ona z wielkim,
                        niezagospodarowanym jeszcze placem.
                        Po południu jedziemy do Mykonos autobusem, który kursuje co pół godziny albo z
                        mariny, albo z przystanku znajdującego się obok odległej o około 300 m knajpki.
                        Spacerujemy po mieście. Oglądamy, zwiedzamy, zaglądamy. Spokojnie i bez
                        pośpiechu. Na następny dzień zaplanowaliśmy wycieczkę na Delos a na kolejny
                        wypad na tutejsze plaże.
                        • amigo50 Re: Relacja z rejsu. IV etap - Mykonos 04.11.06, 19:30
                          Mykonos
                          Niewiele wiadomo o starożytnej historii wyspy Mykonos. Pozostawała zawsze w
                          cieniu leżącej tuż obok Delos. Nawet w tutejszym muzeum archeologicznym zbiory
                          rzymskich i hellenistycznych rzeźb oraz ceramiki pochodzące z VII i VI w pne.
                          pochodzą z Delos. Niewiele wiadomo o starożytnej przeszłości wyspy choć
                          istniało na niej starożytne miasto Mykonos. Zlokalizowane było prawdopodobnie w
                          głębi wyspy na wzgórzu Palaiokastro, na którym później wzniesiono zamek
                          wenecki. W XVII w wzniesiono na tym miejscu czynny do dzisiaj klasztor Moni
                          Palaiokastru. Z tego samego okresu pochodzi Moni Agios Pantaleimon w wiosce
                          Marathi (1665?). Starszym od niego jest jedynie XV-wieczny kościół Panagia
                          Turliani w miejscowości Ano Mera.
                          Szczególną budowlą jest znajdujący się w kastro w Mykonos kościół Panagia
                          Paraportiani. Wzniesiony on jest w miejscu gdzie kiedyś znajdowała się boczna
                          brama średniowiecznej twierdzy (paraporti). Jego część pochodzi z 1425 r a
                          część z XVI i XVII w. Tworzy go pięć kaplic – cztery w części parterowej i
                          piąta postawiona na nich.
                          Od 1207 r Mykonos pozostawało pod władzą Wenecjan, jednak w 1615 r mieszkańcy
                          powołali do życia Wspólnotę Mykonos, wypowiedzieli posłuszeństwo Wenecji i
                          stali się samowystarczalni.

                          Dzisiaj wyspa Mykonos jest jedną z najliczniej odwiedzanych przez turystów.
                          Najpierw licznie odwiedzali ją intelektualiści, później była ostoją gejów i
                          nudystów. Dzisiaj ma miano najbardziej rozrywkowej wyspy. Tłumy przybywają
                          tutaj jednak dla jej pięknych plaż i osobliwego miasteczka. Wiatraki stojące na
                          wysokim brzegu nad zatoką, malownicza Alefkandra zwana Małą Wenecją i kręte
                          uliczki z olśniewająco białymi domkami stanowią o niewątpliwej urodzie tego
                          miasteczka. Wiele źródeł podaje, że uliczki Mykonos były celowo budowane w taki
                          pogmatwany sposób aby dezorientować piratów, którzy dokonywali tutaj częstych
                          napadów.

                          W starym porcie lub jego pobliżu spotkać można którąś z żywych maskotek wyspy.
                          Kiedyś był to jeden pelikan, dzisiaj są trzy. Pierwszy pelikan, który przez 29
                          lat drugiej połowy ubiegłego wieku spacerował po porcie i przyległych uliczkach
                          zwał się Petros. Z jego powodu doszło do konfliktu między Mykonos a sąsiednim
                          Tinos, gdyż był to pelikan, który wcześniej był maskotką Tinos. Nie wiadomo w
                          jaki sposób dostał się z wyspy na wyspę (podobno nie był w stanie przelecieć).
                          Mieszkańcy Mykonos byli oskarżani o ten swoisty kidnaping. Gdy Petros dokonał
                          żywota w 1985 r po potrąceniu przez samochód, został ustawiony jako eksponat w
                          tutejszym muzeum etnograficznym a Mykonos przez pewien czas pozbawione było
                          swojej maskotki. Jednak jeden z niemieckich turystów, których jest tutaj
                          najwięcej, przywiózł na wyspę młodego pelikana jako podarunek wskrzeszając tę
                          nową tradycję.

                          • amigo50 Relacja z rejsu. IV etap - Delos 05.11.06, 23:20
                            Na Delos wybieramy się wczesnym rankiem. Jedziemy autobusem do Mykonos. W
                            jednym z trzech biur obok starego portu kupujemy bilety na lokalny mały prom,
                            jeden z tych, które co pół godziny kursują pomiędzy Mykonos a Delos.
                            Delos, to wyspa – muzeum. Czynna jest w godzinach od 9.00 do 15.30. Warto
                            popłynąć pierwszym promem i powrócić ostatnim aby zapewnić sobie możliwie
                            najwięcej czasu na zwiedzanie tej wyspy. Pierwszy prom powinien odpłynąć z
                            Mykonos o 9.00, ale tego dnia, ze względu na mocno wzburzone morze, nie
                            odpływa. Od 9.30 promy kursują już jednak normalnie.

                            Delos.
                            Aby zrozumieć choćby częściowo szczególny charakter i znaczenie Delos dla
                            starożytnej Grecji warto choćby trochę przybliżyć mity i historię wyspy.

                            Zeus, największy z nieśmiertelnych bogów, miał boską małżonkę Herę, z którą
                            miał czworo dzieci: Aresa, Hebę, Ilitię i Hefajstosa. Zeus miał jednak liczne
                            związki z boginkami i śmiertelniczkami. Związki te powodowały u Hery napady
                            zazdrości. Z tych nieoficjalnych związków urodziło się Zeusowi mnóstwo dzieci:
                            bogów, półbogów i Herosów. Jeden z takich związków miał z boginią Ledą. Hera
                            przegoniła jednak rywalkę i ta, będąc brzemienną poszukiwała miejsca, w którym
                            mogłoby dokonać się rozwiązanie. Miejsce to znalazła na dryfującej po morzu
                            wyspie Ortygia. Na niej, na górze Kinthos, powiła Leda Zeusowi bliźnięta:
                            Apollina i Artemidę. Według innych mitów miejscem tych narodzin było Święte
                            Jezioro a palma, która tam się znajduje miejsce to wskazuje.
                            Dryfująca dotychczas po morzu wyspa w nagrodę została osadzona przez Zeusa na
                            czterech diamentowych słupach pośrodku pomiędzy wyspami i otoczona została
                            przez niego boską opieką. Nazwana została Delos, czyli Błyszcząca, od boskiego
                            blasku jaki ją otaczał. Wyspy, które kręgiem (z greckiego ciclos) otaczały
                            Delos nazwane zostały Cykladami.
                            Mity o narodzinach boskich bliźniąt wyjaśniają dlaczego na tej właśnie wyspie
                            kult Apollina i Artemidy był tak mocno rozwinięty i dlaczego Delos uważane było
                            za wyspę świętą.

                            Ślady najstarszego osadnictwa na wyspie znaleziono na górze Kinthos i pochodzą
                            sprzed roku 2000 pne.
                            Około 1000 r pne na wyspę przybyli Jonowie, którzy wprowadzili na niej kult
                            Apollina. Do jego sanktuarium pielgrzymowali mieszkańcy z całego basenu Morza
                            Śródziemnego aby złożyć tutaj dary wotywne i ofiary ze zwierząt.
                            Przez tysiąc lat świątynia stanowiła główny ośrodek kultu na Morzu Egejskim a
                            Delos stanowiło główny ośrodek życia politycznego.
                            Nie zmieniło tego nawet przejęcie około 700 r pne kontroli nad sanktuarium
                            Apollina przez Naksyjczyków, którzy uznali boski charakter wyspy i przyczynili
                            się do jej rozkwitu. Z tego okresu pochodzą lwy strzegące Świętego Jeziora,
                            wykute pod koniec VII w pne z pochodzącego z Naksos marmuru. Początkowo lwów
                            było dziewięć ale do dziś zachowało się ich pięć. W latach 2000 – 2002 lwy
                            przeszły konserwację i po niej przeniesione zostały do muzeum na Delos a na
                            cokołach w alei lwów ustawione zostały wierne ich kopie.

                            Z okresu panowania na wyspie Naksyjczyków pochodzi także hieron Apollina, na
                            który składają się m.in. trzy świątynie, z których jedna pochodzi z VI
                            (świątynia Porinos Naos) a dwie z V w pne. Okrąg Apollina miał wymiary około
                            180 x 150 m i otoczony był murami, na których znajdowały się portyki wykonane
                            przez Antigonosa.
                            Okrąg połączony był z portem drogą procesyjną.
                            Ołtarz Apollina zaliczany był przez niektórych do cudów starożytnego świata.
                            Według jednego z mitów miał go zbudować sam Apollin kiedy miał 4 lata z rogów
                            kozic upolowanych na szczycie góry Kinthos przez jego boską siostrę Artemidę.
                            Tuż obok hieronu Apoliina znajdują się pozostałości Artemizjonu. Składał się on
                            z dwóch świątyń poświęconych bogini Artemidzie.

                            Roli i znaczenia Delos nie zmieniło także zdobycie w 550 r pne Cyklad przez
                            tyrana Samos, który respektował nietykalność i świętość wyspy.
                            Przez cały ten czas odbywały się tu co cztery lata (według niektórych źródeł co
                            pięć lat) Delia - igrzyska delijskie – wielkie święto ku czci Apollina, w
                            czasie którego odbywały się zawody sportowe. Było to największe święto w Grecji
                            aż do IV w pne.
                            W 478 r pne Ateńczycy ustanowili Delos siedzibą I Ateńskiego Związku Morskiego.
                            W 422 r pne Ateńczycy wypędzili delijczyków do Azji Mniejszej. Ci jednak w roku
                            następnym wrócili na wyspę.
                            W 314 r pne Delos proklamowało niezależność od Aten
                            W 250 r pne wyspę zasiedlili Rzymianie
                            W 166 r pne Rzymianie zwrócili Delos Atenom. Od tego czasu na wyspie następuje
                            rozkwit handlu.
                            W 88 r pne Delos zostało złupione przez króla Pontu Mitrydatesa VI a
                            mieszkańców wycięto niemal całkowicie w pień. Niewielu tylko uprowadzono w
                            niewolę.
                            W 69 r pne, po kolejnym ataku piratów, Rzymianie ufortyfikowali Delos

                            Potęga i sława Delos zaczęła przemijać wraz z rozwojem chrześcijaństwa i
                            wkrótce wyspa popadła w zapomnienie aż do roku 1873, kiedy na wyspie pojawili
                            się francuscy archeolodzy.
                            Do dzisiaj na wyspie zachowały się częściowo fragmenty wielu budowli, które
                            wzbudzają podziw zwiedzających. Zaglądamy do nich wszystkich wędrując po wyspie.
                            Minęliśmy Propyleje, świątynie w Kręgu Apollina, Aleję Lwów. Obeszliśmy Święte
                            Jezioro, nad którym jak niegdyś, kiedy rodziły się boskie bliźnięta stoi jedyna
                            palma. Zaglądamy do domostw.
                            Chodząc pomiędzy zwykłymi budynkami zwykłych delijczyków, warto chwilę zadumać
                            się, przyjrzeć się bardziej szczegółowo niektórym rozwiązaniom, dostrzec system
                            kanalizacji znajdującej się pod chodnikami, wejść do domów, w których już ponad
                            dwa tysiące lat temu żyli ludzie. W domach tych często można znaleźć jeszcze
                            fragmenty tynków na ścianach z resztkami malowideł. W wielu miejscach na
                            posadzkach mozaiki układane mozolnie przez ówczesnych rzemieślników.
                            Pomału zmierzamy w stronę Kinthos.
                            Zanim jednak wdrapaliśmy się na tę górę zwiedziliśmy muzeum, w którym
                            wystawiono eksponaty znalezione na wyspie. Dużą część ekspozycji zajmują
                            wspominane już słynne lwy. Ząb czasu naruszył je znacznie.
                            Tuż obok muzeum znajduje się mały sklepik, w którym najbardziej chodliwymi
                            artykułami są zimne napoje. Przed sklepem taras ze stolikami, gdzie można
                            przysiąść i chwilę odpocząć. Czasu jednak nie ma zbyt wiele zbieramy się więc i
                            wdrapujemy się na górę Kinthos (112 m npm.). Po drodze mijamy świątynię Izis.
                            Na szczycie oglądamy piękny widok - jeden chyba z najpiękniejszych na
                            Cykladach. Panorama z widokiem na sąsiednie wyspy. Na Mykonos, na Tinos, na
                            sąsiednią Reneę. Na zachodzie widoczne Siros, na południu Paros i Naxos. Ze
                            szczytu widać także praktycznie całą wyspę. Tutaj też dopiero dociera do naszej
                            świadomości jak maleńką wyspą jest Delos. Zaledwie 4 km kwadratowe. Najmniejsza
                            z zamieszkałych wysp archipelagu. Wierzyć się nie chce, że w szczytowym okresie
                            zamieszkiwało ją nawet do 20 tys. ludzi – delijczyków i niewolników.

                            Schodzimy z góry kierując się w stronę amfiteatru i dzielnicy teatralnej.
                            Teatr. Zbudowany został w 300 r pne w naturalnej niecce pomiędzy górą Kinthos a
                            morskim brzegiem. Mógł pomieścić 5500 widzów.
                            W bezpośrednim sąsiedztwie teatru zbudowana została cysterna zbierająca wodę ze
                            zbocza otaczającego teatr. Woda używana była później do zaopatrywania miasta.
                            W pobliżu teatru powstało również wiele domów tworząc tzw. dzielnicę teatralną.
                            Niektóre z tych domów miały bogate kolumnowe dziedzińce i efektowne mozaiki.
                            Większość z nich powstała w II w pne.
                            Dom Delfinów – posiada efektowną mozaikę z delfinami.
                            Dom Masek – był prawdopodobnie kwaterą dla aktorów. Posiada efektowną mozaikę
                            przedstawiającą opiekuna teatru Dionizosa jadącego na panterze.
                            Dom Kleopatry – znajdują się w nim dwa bezgłowe posągi przedstawiające
                            Kleopatrę i jej męża Dioskuridesa.
                            Dom Dionizosa – posiada mozaikę przedstawiającą Dionizosa na lamparcie. O
                            kunszcie dawnych mistrzów niech świadczy oko lamparcie, które wykonane jest z
                            29 ka
                            • amigo50 Re: Relacja z rejsu. IV etap - Delos - dokończenie 07.11.06, 23:55
                              Jakiś złośliwy chochlik uciął kawałek mojej relacji z Delos. Może nie mógł już
                              tego strawić?...wink)

                              Dom Dionizosa – posiada mozaikę przedstawiającą Dionizosa na lamparcie. O
                              kunszcie dawnych mistrzów niech świadczy oko lamparcie, które wykonane jest z
                              29 kamyków (tesserae).

                              Zbliża się pora zamknięcia wyspy. Kierujemy się więc w stronę portu.
                              Starożytny port został zbudowany przez Rzymian w roku 146 p.n.e. po zburzeniu
                              Koryntu i Kartaginy. Od tego czasu Delos stało się jednym z najważniejszych
                              miast handlowych i portowych starożytności i słynęło m.in. z handlu
                              niewolnikami). Z tego okresu pochodzą też doki, mola i inne urządzenia portowe.
                              Ostatnim promem odpływamy z Delos na Mykonos. Z pokładu patrzymy jeszcze na to
                              jedno z najważniejszych w Grecji, wpisanych na listę światowego dziedzictwa
                              UNESCO, stanowisk archeologicznych.
                              Tyle razy już byłem na tej wyspie i za każdym razem odpływam z niej z nadzieją,
                              że nie był to ostatni raz.
    • alimur Re: Żagle na Cykladach a potem Kreta - wróciłem 11.12.06, 16:48
      Wspaniały reportaż! - a gdzie zdjęcia?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka