Gość: trepidus
IP: *.tele2.pl
20.03.05, 23:27
W ostatnim, sobotnio-niedzielnym wydaniu "Rzeczpospolitej" Wojciech
Giełżyński, zasłużony dziennikarz PRL-u, zamieścił artykuł pod nazwą "My,
Europlebeje". Zacytuję in extenso fragment nas chyba dotyczący: "A (dlaczego)
w Dolomitach, gigantycznym włoskim zagłębiu narciarskim, gdzie język polski
jest już trzecim po włoskim i niemieckim (angielskiego i francuskiego tam nie
usłyszysz), nadal traktują nas jak poślednich klientów?"
W dalszej części wysłużony publicysta wywinął potężnego parabolicznego orła,
tłumacząc niechętny stosunek do Polactwa przesadną skłonnością naszego narodu
do martyrologii.
No, ale może coś jest na rzeczy. Przypominam sobie zgłoszoną na tym forum
przez Starucha5 aferę na Belwederze. Colagen wrócił z Canazei wybitnie
rozczarowany. Parę tygodni temu moi znajomi wrócili z Peio rozwścieczeni
przysięgając, że nigdy już nie pojada w Dolomity, bo "za dużo tam Włochów".
Przyznam się, że w Dolomitach Wschodnich nigdy nie byłem, ale regularnie
jeżdżę do Livigno/Bormio i zawsze wracałem nie tylko zadowolony, ale wręcz
"dopieszczony". Naprawdę się tam starają - i nie chodzi mi tu tylko o zwykłą
uprzejmość. Starają się również "instytucjonalnie", zatrudniając polską
obsługę. W Bagni Vecchi w Bormio przyjmuje w recepcji Polak, karnet sprzedała
mi Polka pracująca w obsłudze wyciągów, a najbardziej zdziwił się mój znajomy,
który zwichnął nogę i trafił do szpitala. Ordynatorką okazała się Polka, były
rownież polskie pielęgniarki.
No więc Włosi tam się starają. Domyślam się, że w ten sposób przełamują
barierę językową, która zapewne jest główną przyczyną konfliktów.
Może Staruch5, nasz czołowy "dolomiciarz", wypowie się w tej sprawie? Przyznam
się, że miałem zamiar wybrać się poznawczo w Dolomity Wschodnie, ale jakby
przechodzi mi ochota. Czy naprawdę można tam Włochom coś zarzucić?