Dodaj do ulubionych

Slonzoki w Teksasie

06.08.07, 12:38
www.pannamariatexas.com/
Z ks. Wojciechem Reischem, proboszczem parafii Panna Maria w Teksasie,
rozmawia
Krzysztof Ogiolda

- 150 lat temu zaczęła działać pierwsza polska parafia w USA - Panna Maria.
Założyli ją emigranci z nieodległej od Opola Płużnicy. Dziś ksiądz -
pochodzący
z Kluczborka - jest jej proboszczem. Jak zmieniła się Panna Maria w ciągu
tych
lat?
- W pewnym sensie wcale się nie zmieniła. Wówczas przyjechało ze Śląska sto
rodzin i te same rodziny mieszkają tu do dziś. Niektórzy wprawdzie żenili się
z
miejscowymi, nawet z Meksykankami, ale i oni utrzymali swoją śląskość i
polskość. W ostatnich latach doszły do parafii może ze dwie rodziny
amerykańskie, które ostatnio kupiły u nas małe działki, ale to jest margines.
- Czy księdza parafianie, którzy od pięciu pokoleń mieszkają w Stanach, mówią
jeszcze po polsku?
- Najlepiej mówią - a właściwie po śląsku "rządzom" - najstarsi, 70-80
latkowie, którzy chodzili w Pannie Marii do polskiej szkoły. Oni potrafią
także
po polsku czytać i pisać. Młodsi znają ze słuchu polskie modlitwy i śpiewy i
rozumieją gwarę, ale z czytaniem już sobie nie radzą. Polskiej szkoły nie ma
u
nas od lat trzydziestych. Wtedy Ameryka, trochę jak potem komuna w Polsce,
forsowała jeden naród - amerykański, więc polską szkołę zamknięto. Mimo to
wielu moich parafian zachowało gwarę śląską, którą przywieźli tu ich ojcowie.
- Czym różni się ona od dziś używanej na Śląsku gwary?
- Oni mówią gwarą sprzed Kulturkampfu, bez wpływów niemieckich. Dlatego w
Pannie Marii nie ma fartuchów, są zapołski, sufit to nie jest gipsdeka, tylko
pokłołd. Niektóre słowa musieli tworzyć sami, bo ich w XIX-wiecznej gwarze
nie
było. Do dziś na samolot mówi się tu furgocz (furgać - latać, przyp. red).
Swojsko brzmi zachęta: ty się idź zejscać (wysikać). Jak do nas trafią czasem
jakieś buce z Warszawy, to się z takiego mówienia śmieją. Muszę się przyznać,
że nie zostawiam na takich prześmiewcach suchej nitki. Ale wielu gości z
Polski
słucha tego, jak mówią po polsku ci, którzy od pięciu-sześciu pokoleń
mieszkają
w Stanach, z zachwytem, prawie na kolanach. Bo wśród młodej polskiej
emigracji
w Chicago zwykle już dzieci nie mówią biegle po polsku, a wnuki nie znają ani
słowa.
- Co jeszcze różni starą emigrację od nowej?
- Starzy emigranci są Amerykanami od wielu pokoleń. Są u siebie. Nie muszą
niczego udawać ani niczego się bać. A równocześnie pielęgnują swoją polską
czy
śląską tożsamość. To jest dla nich ważne, szukają na Śląsku korzeni,
cmentarzy,
na których są ich nazwiska, miejsc, gdzie mówi się tą samą mową,
którą "rządziła" ich starka. Oni nie mają żadnych żalów do Polski, są nią
zachwyceni. Młodzi emigranci też są Amerykanami, ale nie mają tak wyrazistego
poczucia tego, kim są. A w dodatku są skłóceni. Przykro to powiedzieć, ale o
Polonii chicagowskiej mówi się czasem, że jak Polak Polakowi nie zaszkodził,
to
już mu pomógł. W Teksasie Polacy są otwarci, bo im nikt pracy nie zabierze,
nie
mają lęków.
- Czy ksiądz w kościele też mówi po śląsku?
- W niedzielę w kościele mówię tylko po angielsku, bo ten język znają wszyscy
dobrze. W tygodniu, kiedy na mszy św. są przede wszystkim najstarsi, a
braknie
mi jakiegoś angielskiego słowa, to wtrącam czasem śląskie i pytam ich, jak to
będzie po angielsku. Bardzo się z tego cieszą. Natomiast kiedy idę do
chorych,
rozmawiam z nimi po śląsku i modlimy się po polsku. Modlą się pięknie, trochę
archaicznie, np. Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do przybytku serca
mojego...
opole.kik.opoka.org.pl/maj04/art/san%20antonio.htm
Obserwuj wątek
    • technik888 Re: Slonzoki w Teksasie 04.10.13, 08:05
      Jest takie powiedzenie wśród emigrantów: jeśli Polak ci nie zaszkodził, to już ci pomógł.
      Niestety to bardzo przykre ale prawdziwe

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka