Gość: adolf
IP: *.dip.t-dialin.net
22.12.03, 20:05
Jedyne dwa merytoryczne argumenty dotyczą znaczenia tzw. blokującej
mniejszości oraz potencjalnej roli tandemu niemiecko-francuskiego. Pierwszy
z nich odwołuje się do twierdzenia, że władzę w UE ma nie większość, lecz
blokująca mniejszość, która zgodę na określone rozwiązanie
może "przehandlować" na korzystne dla siebie rozwiązanie w innej dziedzinie.
Ale propozycja Konwentu, zwiększając wagę głosu dużych państw, jednocześnie
obniżyła próg większości, a więc nie zwiększyła ich zdolności do blokowania
decyzji. Jeśli wciąż istniałyby wątpliwości w tej sprawie, należałoby raczej
postulować dalsze obniżenie progu większościowego w RE/RM niż obstawanie
przy mechanizmie nicejskim.
Drugi argument przyjmuje milcząco założenie o zgodności interesów Francji i
Niemiec we wszystkich istotniejszych sprawach będących przedmiotem decyzji
organów unijnych i ich sprzeczności z interesami innych krajów. Teza taka
może się wydawać uzasadniona w świetle wydarzeń ostatnich kilkunastu
miesięcy. Chodzi o stanowisko obu krajów w sprawie wojny w Iraku lub ich
kłopoty z wypełnieniem kryterium fiskalnego z paktu stabilizacji i wzrostu.
Ale nie zawsze tak bywało w przeszłości, choćby w kwestiach budżetu Unii i
Wspólnej Polityki Rolnej. I tak nie musi być w przyszłości. Dla Polski zaś
budowanie swojej pozycji w Unii w opozycji do Niemiec, kraju który był
głównym politycznym promotorem obecnego rozszerzenia i jest naszym głównym
partnerem gospodarczym i potencjalnym donorem, to działanie co najmniej
nierozsądne.
Nie pierwszy raz krótkookresowe taktyczne cele polityki wewnętrznej,
licytacja, kto jest twardszy w obronie "pozycji Polski" i "interesu
narodowego" (którego nikt dobrze w tej konkretnej sprawie nie zdefiniował)
zwyciężyły nad spokojną refleksją merytoryczną i rzeczową dyskusją.
Demagogiczne hasła typu "Nicea albo śmierć" taką dyskusję wręcz
uniemożliwiły. Wątpiący byli bądź ignorowani, bądź okrzyczani piątą kolumną.
Koszty nieudanej obrony traktatu z Nicei, zarówno wewnętrzne, jak i
zewnętrzne, będą znaczące. Wewnątrz kraju w lekkomyślny sposób roztrwoniono
silne poparcie społeczeństwa dla idei integracji europejskiej. Wzmocniono
fobie antyintegracyjne ("silniejsi nas oszukują"). Główne siły polityczne
stały się zakładnikami swego nieprzejednanego, sztywnego stanowiska, a
przecież nowy traktat konstytucyjny przyjdzie kiedyś podpisać i ratyfikować.
Poparcie przez innych członków Unii naszego stanowiska jest mało
prawdopodobne. Aby nie blokować procesu integracji europejskiej i nie zostać
na jego marginesie, trzeba więc będzie prędzej czy później zaaprobować
rozwiązanie istotnie odbiegające od stanowiska zajętego przez Polskę w
ostatnich miesiącach.
W stosunkach zewnętrznych poważnie nadwerężono budowany od kilkunastu lat
historyczny sojusz z Niemcami oraz współpracę w ramach Grupy Wyszehradzkiej.
Egoistyczna, krótkowzroczna postawa Polski faktycznie potwierdziła obawy
tych polityków na zachodzie Europy, którzy bali się skutków politycznych
obecnego rozszerzenia i próbowali się przed nim zabezpieczyć
instytucjonalnie. Nie trzeba straszyć "Europą dwóch prędkości", czyli dalszą
integracją starych członków Unii przy wykorzystaniu istniejącego już w
traktatach europejskich mechanizmu "wzmocnionej kooperacji". Nowi członkowie
będą jeszcze przez szereg lat członkami "drugiej kategorii". Będą musieli
zabiegać o przyjęcie ich do Unii Gospodarczo-Walutowej oraz do strefy
Schengen, o skrócenie okresów przejściowych, m.in. w zakresie swobody
przepływu siły roboczej, będzie nad nimi wisiała przez pewien czas groźba
klauzul ochronnych. Będą zarazem oczekiwać uzyskania znaczących transferów
finansowych w kolejnym budżecie Unii. Nie można domagać się większego
wsparcia finansowego (czyli większej redystrybucji fiskalnej pomiędzy
członkami Unii), a jednocześnie sprzeciwiać się projektom dalej posuniętej
integracji politycznej