Gość: koyot-69
IP: *.paterson.k12.nj.us / 216.157.225.*
23.07.04, 04:19
Nie tak dawno, zaledwie pare lat temu rodzinka w Polsce klula mnie po oczach
swoim stwierdzeniem: u nas teraz jest Ameryka... poczulems sie niedobrze jak
sie krzywili po otrzymaniu prezentow: zegarek plastykowy (dostalem go za
darmo za wypelnienie jakiejs subskrypcji), moj paszport amerykanski (do
pokazania oczywiscie a nie na sprzedarz. Paszport zostal dokladnie zbadany na
autentycznosc a i tak zlosliwcy znalezli dziure w calym ze to falsyfikat bo
takie na zachodzie sie kupuje kilogramami), samochod- wynajalem Mondeo bo
taki mi dala moja firma w Niemczech. Moglem wziac lepszy ale ksiegowy byl
zyla. Rodzinka po obejrzeniu go orzekla: WYNAJETY! Powiedzialem ze tak, przez
moja firme, a oni, ta, OCZYWISCIE!
Tak zesmy sie mocowali przez pare godzin, siedzialem jak tuman na rozniku i
bylo mi przykro. Przeciez wcale im nie chcialem imponowac a tylko pokazac i
powiedziec, sluchajcie, jestesmy rodzina, daliscie mi popalic jak mi nie szlo
a teraz przjezdzam bo mi idzie dobrze, no niezle. Ale nie dalo sie rozmawiac
racjonalnie. Ich emocje niszczyly kazde moje tlumaczenie. Potem padlo
pytanie: ile tam kosztuja studia? Mowie, zalezy, jakies $40,000 (kilka lat
temu, moze $80,000, zalezy). Popatrzyli po sobie i poszeptali, to nie
bedziesz mogla pojsc na studia do ameryki, bo za drogo. Zmartwilem sie, bo
przeciez mam miejsce i chetnie bym tej kuzynce pomogl chociaz jest mi osoab
calkiem obca, ale nic nie powiedzialem trzymajac te gotowosc w zanadrzu.
Dostalem talerz pierogow (bo tam w ameryce u was nie ma pierogow).
Zaoferowalem sie zaprosic wszystkich zaraz na wyzerke do najlepszego hotelu..
nie, tam swinstwo. Glowni winowajcy sie nie zjawili wiedzac ze przyjezdza,.
Upewnilem sie to 'ich' nie ma? PRACUJA! NAGLA SPRAWA.
Popatrzyli na moje ubranie krytycznie, fakt ze w podroz ubralem sie jak sie
ubieram do parku w stanach. Tenisowki i jeansy. Tenisowki ich zainteresowaly
najbardziej bo byly drogie. Jeansy nie bo byly szmaty ale byly wygodne wiec
dlatego je kupilem. Tak, pogadalismy o roznych sprawach, kto juz umarl... Do
widzenia. Powiedzialem sobie, po kiego grzyba mam sie tak wyglupiac jeszcze
raz? W nastepnym roku pojechalem do Polski ale juz sie z rodzinka nie
spotkalem, bylo znacznie lepiej mi z tym. Potem ktos mi podal wiadomosc ze
glowny rezyser tego feralnego spotkania zmarl krotko po moim wyjezdzie, tak
strasznie widac to przezyto. Nadal chetnie bym im pomogl, w czym tam trzeba,
ale przeciez nie bede wysylal tysiecy na jakies tam cele. Nawet bym pomogl
zalatwic prace, szkole czy co tam potrzeba ale przeciez nie bede sie sam
napraszal. Dali mi w kosc, robili ze mnie tego inaczej przy kazdej okazji,
mieli powody, mysle. ALe coz, poklocili sie z milionerem. Ostrzezenie do
zainteresowanych: nie kloccie sie z milionerami, nigdy nie wiadomo kiedy ten
Gump odniesie sukces. Mozecie napisac jak to u was wyglada(lo)?
PS slow 'milioner' uzywam jako synonim sukcesu raczej niz 'ciezka forse',
hehehehe