owsikk
20.09.02, 22:58
- Kiedyś dostałem cynk, że jakaś bardzo bogata rodzina z eleganckiej
dzielnicy podjęła pieniądze z banku, bo emigrowali do Stanów. Wpadłem do nich
w nocy, kiedy kobita była sama, ale nie chciała suka powiedzieć, gdzie
schowali pieniądze. Musiałem ją przekonać.
- Żelazkiem?
- Nie. Związałem ją, tłukłem, chlasnąłem nożem po gębie... Pan wie, że faceci
bardziej boją się pistoletów, a kobiety noży? No więc tłukę ją, a ona nic,
więc biorę dzieciaka, leżało w łóżeczku, przykładam nóż i do niej: "Gadaj, bo
poderżnę dziecku gardło". Ona wyje, lamentuje, błaga, pełza na kolanach,
przysięga, że jeszcze w banku. Uwierzyłem jej, a później się dowiedziałem, że
pieniądze ukryte były w kontakcie. Ja dziecku krzywdy nigdy bym nie zrobił,
ale skąd ona mogła to wiedzieć? Jak ona mogła narażać taką małą istotkę.
Żałuję, że jej chociaż nie zgwałciłem, żeby poczuła, szmata, co to ból.
Po odsiedzeniu wyroku za ginekologa Albert znowu zgłasza się do wojska, bo
wybucha wojna w Libanie. Jest rok 1982.
- Po wejściu do każdego miasta komendant kazał przeczesywać domy w
poszukiwaniu terrorystów i broni, ja z kumplem szukałem, gdzie mieszka
złotnik, jubiler czy zegarmistrz. Wpadaliśmy, wybijaliśmy właścicieli i
braliśmy forsę i fanty. 120 tysięcy dolarów zarobiłem na tej wojnie.
- To jest pan zbrodniarzem wojennym.
- E tam. To jest zwykły łup, prawa wojny. Trzeba było ich zabijać, bo później
jakaś ONZ dostałaby nasze rysopisy i wpadamy. Tych dwóch handlarzy narkotyków
też musiałem stuknąć. To było w południowym Libanie, w mieście Cydon.
Umówiłem się na kupno większej ilości heroiny, potem załatwiłem dostawców, a
towar sprzedałem innym handlarzom.
Po wojnie kupuje mieszkanie w Tel Awiwie, resztę przepuszcza i wpada. Dostaje
12 lat za napad. Wychodzi po ośmiu i w styczniu 1992 roku wraca do Polski. -
To był raj dla takich jak ja. Tu łatwiej było obrabować bank, niż w Izraelu
ukraść kurę z kurnika. Tam na miejsce przestępstwa policja przyjeżdżała po
kilku minutach, tutaj po godzinie.
Co kilka miesięcy robi skok na hurtownie, biura firm, bogate wille. Zrabowany
towar upycha paserom na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Wchodził z
bronią, terroryzował ludzi, a oni mu dawali, co chciał. Aż wreszcie pod
Wałczem trafił na twardziela. - Postrzeliłem go w dwa kolana - mówi Albert
Kiełczyński. - Najpierw w jedno, ale nie chciał powiedzieć, gdzie ma te
monety, bo to był kolekcjoner, to potem walnąłem go w drugie i dopiero jak
wsadziłem mu lufę w usta - powiedział. Dostałem za niego siedem lat.
Calosc pod:
muzeum.gazeta.pl/Iso/Raporty/Reportaz11/040rap.html