Mam w domu mysz, w porywach do dwóch. (Wersja męża - w domu szaleje
horda wielkich głodnych agresywnych szczurów).
Na początku słyszałam tylko chroboty w kuchni, raz widziałam coś
jakby cień szybko zmykający do szafki. A niedawno zobaczyłam ją w
pełnej krasie - zapuściła się aż pod stół. Była malutka,
ciemnoszara, i miała różowe odstające uszka jak Obama. Przy moim
poruszeniu spłoszona natychmiast uciekła.Nie wiem, która z nas była
bardziej przerażona...
Pułapki omija - jest sprytna. Zresztą szczerze mówiąc to te pułapki
trochę sabotuję i nie zmieniam przynęty... Na trutki się nie
decyduję - myśl o rozkładających się mysich zwłokach w jakimś kącie
rozwala mnie.
Szczerze mówiąc, trochę mi jej żal. Wyobrażam sobie, w jakim musi
żyć stresie, schowana w tych swoich norkach, nasłuchująca, czy ktoś
idzie, nerwowo szkająca tych paru okruchów na podłodze. Wczoraj
rzuciłam dwie kulki z ryżu na podłogę, mając nadzieję, że
przynajmniej nie będzie chodzić po całym pokoju, kiedy oglądam film
wieczorem.
Zjadła.
Przypomina mi trochę nielegalnego emigranta. W końcu czym taka mysza
się różni od np.białych hodowlanych myszek, albo szczurów, które
ludzie trzymają w klateczkach i czule do nich przemawiają? Tylko
doświadczeniem zyciowym i tym, że potrafi sobie sama radzić...
Przyznam się, że kiedy wychodzę z domu, zastanawiam się, co Ona
robi...
Chyba mnie oswoiła.