Dodaj do ulubionych

Dom pod gołym niebem

20.06.05, 21:48
czyli Wasze wspomnienia z godzin spędzanych poza domem - w którym okazywało
się po prostu za ciasno. Idzie zarówno o godziny spędzane na podwórku czy w
ogóle w mieście w gronie kolegów - jak i grzecznie w parku obok piaskownicy,
pod opieką Mamy, Babci...
Obserwuj wątek
    • luccio1 Kółka na Plantach krakowskich 21.06.05, 22:10
      Kółka na skrzyżowaniu alejek - z piaskownicami pośrodku. Pamiętam ich kilka:
      jedno zaraz pod Wawelem, drugie pod pomnikiem Grażyny i Litawora, trzecie w
      okolicach kościoła św. Norberta i Collegium Olszewskiego, czwarte koło
      Reformatów, za Pałacem Sztuki, piąte pod pomnikiem Lilli Wenedy, szóste pod
      pomnikiem Bohdana Zaleskiego (czyli Ślepca Bojana) koło sadzawki z fontanną i
      łabędziami (naprzeciwko wejścia na Stary Kleparz), siódme naprzeciw kościoła
      św. Krzyża i pomnika Bałuckiego, ósme znów blisko Wawelu, na tyłach kościoła
      św. Marcina i kompleksu kamienic zboru ewangelicko-augsburskiego.
      Każde takie kółko było od południa do wieczora oblężone przez mamy z dziećmi i
      babcie z wnukami, wszystkie ławki pełne, chmara dzieci grzebie w piasku lub
      gania się tam i z powrotem.
      Wszystko dlatego, aby - jeśli tylko pogoda pozwoli - być jak najdłużej poza
      przeraźliwie ciasnym domem (mógł to być zaledwie pokój w mieszkaniu
      "kołchozowym" - w Krakowie w pierwszych latach powojennych zamieszkiwało w tych
      samych ocalałych z wojny budynkach dwa razy tyle ludzi, co przed wojną) i
      zostawić jednemu domownikowi (zwykle ojcu rodziny) choć kilka godzin samotności
      w czterech ścianach.
      "Kółko plantowe" było każde światem dla siebie, z własną hierarchią (także
      zasiadania miejsc na ławkach), z własną obyczajowością, gdzie różne zachowania,
      gdzie indziej bulwersujące, uchodziły za rzecz normalną. Tutaj, pod gołe niebo
      i zielone liście drzew, przenosił się na długie godziny dnia dom i całe życie;
      tu się bawiło, pracowało, jadło - wreszcie wykonywało także czynności będące
      odwrotnością a zarazem następstwem jedzenia i picia.
      Z wierzchu - sielanka stworzona przez Polskę Ludową; naprawdę...
      • luccio1 Re: Kółka na Plantach krakowskich - c.d. 21.06.05, 23:19
        Moje osobiste wspomnienia dotyczące "kółek plantowych" sięgają lat r. 1958-59,
        kiedy miałem 4-5 lat, Mama 30-31. Wiele dni tam spędzonych zbija się razem w
        obraz popołudnia wczesnojesiennego, gdzieś na przełomie sierpnia/września, w
        obraz dnia słonecznego, choć już chłodnego, z liśćmi zaczynającymi lekko
        żółknąć. (Dodam: w domu nie było długo zwyczaju, by puszczać mnie dokądkolwiek
        samopas - dopiero jak byłem nieco większy, zacząłem być posyłany do sklepów).
        Widzę nas oboje: Mama w ciemnobrązowym kostiumie, pod żakietem brązowo-czerwony
        dziany bluzkosweterek, na głowie na bakier kapelusz-grzybek, przypięty wsuwkami
        do włosów, jeszcze niemal całkowicie czarnych, na pasku przez pierś torebka-
        kuferek. Mama oczywiście w stosunku do mnie niebotycznie wysoka, w jednym ręku
        dzierży koszyk z jedzeniem, robótką i częścią zabawek, drugą ręką trzyma mnie
        ciągnącego na sznurku drewniane auto ciężarowe, albo prowadzi delikatnie mnie
        jadącego na rowerku trójkołowym...
        Tak wkraczaliśmy do kółka "pod Grażyną", nierzadko (gdy Mama była akurat, z
        racji swych spraw krążeniowych, na L 4) jeszcze przed drugą po południu,
        sadowiąc się zawsze na tej samej ławce, obok tych samych Pań; zostawaliśmy
        niemal do ciemna, do siódmej wieczorem albo i dłużej.
        Jak pamiętam, każdy dzień biegł punkt po punkcie według jednego nie zmienianego
        schematu. Tuż po zajęciu naszego miejsca krótki wstępny podwieczorek, poczym ja
        szedłem do zabawy, a więc albo tworzyłem babki z piasku, albo coś rysowałem na
        asfalcie kredą lub kawałkiem cegły, albo woziłem się z moim autkiem, albo
        jeździłem na rowerku wciąż tam i z powrotem; Mama rozpoczynała
        właściwe "wysiadywanie kółka": wyjmowała włóczkę, druty i zaczynała tworzyć: a
        to szalik, a to czapkę, a to sweter, a to rękawiczki... podtrzymując przy tym
        konwersację towarzyską z Sąsiadkami. Tak trwało popołudnie, minuta po minucie,
        kwadrans po kwadransie, godzina po godzinie...
        Ten jednostajny bieg czasu przerywały dwa wydarzenia - oba przypadające dzień
        po dniu mniej więcej w tym samym momencie, a przyspieszenie burzące monotonię
        miało w obu przypadkach znów ustalony powtarzalny schemat.
        Najpierw, gdzieś między trzecią-wpół do czwartej, Mama po raz pierwszy
        przerywała "drutowanie" i wstając z ławki szła po mnie. Następował "wielki
        podwieczorek": kanapki, jabłka pokrojone na "szesnastki", jakieś ciasto,
        wszystko popite herbatą z termosu (Mama zażywała przy okazji część swoich
        lekarstw; lekarstwa towarzyszyły Jej zresztą przez całe życie). Do tego
        następowało wzajemne częstowanie się wypiekami domowymi, kompotem ze słoików...
        Po jedzeniu jeszcze chwila lektury - coś z serii "Poczytaj mi, Mamo!" - poczym
        każde wracało do swoich zajęć: Mama do drutów i rozmowy, ja do zabawy.
        Druga przerwa następowała gdzieś o piątej-wpół do szóstej. Mama ponownie
        odkładała robótkę, dźwigała się ze swego miejsca i albo szła po mnie do
        piaskownicy, albo też, jeśli jeździłem autkiem lub na rowerku, czekała, aż się
        zbliżę i stanowczo zatrzymywała mnie (i zsadzała z rowerka). Zabawki wędrowały
        na ławkę lub w jej okolicę, Mama zaczynała rozmowę z Paniami, znacznie bardziej
        ożywioną, niż zwykle. Było tam miejsce i na chwalenie mnie za osiągnięcia, i na
        grzecznościowe uwagi o innych dzieciach - w końcu nieodmiennie następowała
        prośba do Pań Sąsiadek o opiekę nad naszym koszykiem i mnóstwo słów o tym, że
        my teraz idziemy tylko na chwileczkę i zaraz, ale to dosłownie zaraz wrócimy.
        Po tych słowach Mama brała mnie za rękę i prowadziła ścieżką wydeptaną przez
        trawnik pod stare drzewo, zawsze to samo, i zawsze padała tam prośba-zachęta
        skierowana do mnie: "spróbuj zrobić siusiu!" Wiedziałem, że teraz powinienem
        sam, ale to całkiem sam uporać się ze wszystkimi guzikami przy spodenkach;
        wiedziałem również, że prawdopodobnie próba skończy się niepowodzeniem:
        zdążyłem już wcześniej sam ze dwa razy pobiec za krzaczek, za każdym razem
        przebiegając obok Mamy i mówiąc dokąd i po co idę; cała zatem prośba służyła
        więcej Mamie do tego, aby nareszcie mogła zrobić to, do czego zmierzała
        opłotkami przez długie minuty począwszy od momentu, w którym odciągnęła mnie od
        zabawy. Skoro tylko bowiem poradziłem sobie z guzikami i byłem
        gotów "próbować", Mama ustawiała się naprzeciwko mnie - aby kontakt wzrokowy
        matki i dziecka nie uległ na chwilę zerwaniu, płynnym ruchem, dzień w dzień
        takim samym, podnosiła spódnicę i halkę, a w końcu z westchnieniem ulgi kucała
        i zaczynała się załatwiać.
        Stąd pamiętam dobrze moment "tuż przed": rąbek spódnicy, a potem różowa koronka
        wędrująca w górę, i ukazujące się tuż na wysokości moich oczu dwie jadowicie
        różowe gumy podwiązkowe, zakończone połyskującymi w słońcu klamerkami z
        niklowanego drutu, wpiętymi w górną krawędź pończochy - i skóra z siateczką
        drobnych naczyń krwionośnych, przypominająca powierchnię marmuru (już wówczas
        taka sama jak grubo później, gdy opiekowałem się Mamą leżącą). Gdzieś w bliskim
        tle liście, lekko żółte, kilkaset metrów za nami kościół Franciszkanów z
        witrażami Wyspiańskiego, w przeciwnym kierunku o niecałe 100 metrów, oddzielony
        tylko niedaleką alejką, pomnik Grażyny dłuta Alfreda Dauna...
        Potem znów powrót do przerwanych zajęć i jeszcze godzina, zanim ginące światło
        dnia nie uniemożliwiło Mamie splatania oczek. Wtedy jeszcze raz z rzeczami na
        ławkę, jeszcze raz zostawienie ich pod opieką Pań "na chwilę" i spacer w
        miejsce i w celu jw., w końcu powrót do domu - już przy zapalonych lampach. Gdy
        docieraliśmy do domu, było już całkiem ciemno.
        Wszystko po to, aby dać Tacie kilka godzin spokoju niezbędnego do pracy własnej
        w domu.
        Bywało i na odwrót - kiedy chodziłem na długie spacery z Tatą, bez względu na
        pogodę: mogła być mgła, deszcz, śnieg - aby zostawić z kolei Mamie trochę
        spokoju, gdy była chora. Stąd pamiętam np. spacery Plantami przez mgłę, od
        lampy do lampy (wtedy były to kule mleczne z żarówkami wewnątrz): gdy staliśmy
        przy jednej, następnej nie było widać.
        Ze spacerów z Tatą pamiętam też oglądanie wystaw sklepowych. Towarów oczywiście
        nie było tam prawie wcale - za to pełno "dzieł sztuki" w rodzaju butelka
        oplatana koszyczkiem, w niej świecąca żarówka...
    • luccio1 Re: Dom pod gołym niebem 29.06.05, 20:34
      Inny przykład "domu pod gołym niebem": plac zabaw czyli "ogródek jordanowski" w
      samym centrum Krakowa, który oglądałem przez kilka dziesiątków lat z balkonu
      domu rodzinnego (blok-"plomba" z l. 60.). Jeszcze w latach 60. pełen od
      południa do wieczora mam i babć z dzieciarnią; dzieci gonią tam i z powrotem i
      wrzeszczą, panie twardo jedna przy drugiej na ławkach, tylko od czasu do czasu
      któraś wstaje, kilka kroków w sam raz pod nasze balkony i spódnica do góry...
      (z miejsc, na których siedziały, mogły widzieć okna swych mieszkań). W latach
      późniejszych miejsce stałych posiedzeń chuliganów (rozmowy np.: "bo k... opera
      jest k... cała śpiewana...", "k... wypiłem tylko cztery kieliszki i nie wiem,
      co mi k... te ch...e nalali..."), w końcu - zdeklarowanych pijaczków.
      Myśmy, jako obcy przeszczep odrzucany przez okolicę, na ten plac nie chodzili
      nigdy.
      • romanska.3463 Re: Dom pod gołym niebem 30.06.05, 21:56
        Ja wychowywałam się na Śląsku. Zdarzyło się parokrotnie, że Mama albo któraś z
        nianiek chodziła ze mną do tzw. ogródka Jordanowskiego. Szybko tego zaniechano,
        ponieważ nie dość, że bardzo szybko przyswajałam sobie wszystkie przekleństwa,
        jakie słyszałam, ale w domu zaczęłam się posługiwać gwarą śląską, co było nie
        do przyjęcia dla moich rodziców
        • luccio1 Re: Dom pod gołym niebem 30.06.05, 22:13
          > w domu zaczęłam się posługiwać gwarą śląską, co było nie
          > do przyjęcia dla moich rodziców.
          Jak pewnie wiesz, teraz są takie oszołomy, które robią z tego na siłę osobny
          język, nawet z osobną pisownią[!] - język, który oczywiście nie ma nic
          wspólnego z polskim!
          (Śląsk też nie ma nic wspólnego z Polską! - oprócz, gdy trzeba wspomnieć
          KZ Auschwitz-Birkenau - on leżał oczywiście na ziemi polskiej, a dla co
          niektórych jest wprost "polskim obozem koncentracyjnym"!).
          • romanska.3463 Re: Dom pod gołym niebem 30.06.05, 22:24
            niestety wiem o tym wszystkim i ubolewam. Znam kilka rodzin od pokoleń
            mieszkających na Śląsku - ich przodkowie walczyli o polskość Śląska.
            Dziś najgłośniej krzyczą Ci, u których te śląskie korzenie sięgają pierwszego
            pokolenia. Pamiętam jak w czasach komuny większość starała się o wyjazd do RFN
            (wtedy NRF) - krążył wtedy taki dowcip : Ojciec ze Lwowa, Matka ze Lwowa, a syn
            Ślązak.
    • luccio1 Moje spacery 29.06.05, 21:28
      W r. 1964, gdy miałem 10 lat, zostałem po południu posłany po chleb. W żadnym
      ze sklepów bliższych domu już nie było, więc, chcąc za wszelką cenę wrócić "z"
      a nie bez, zapuściłem się ulicą Starowiślną (podówczas: Bohaterów Stalingradu)
      aż po sam III Most (dziś Most Powstańców Śląskich). To był początek mojego
      samodzielnego poznawania świata.
      Natomiast z r. 1968, VIII klasa, ferie bożonarodzeniowe, "pusty" czas między
      Świętami a Nowym Rokiem (wtedy szkoły miały ten czas wolny), pamiętam mój
      spacer za Wisłę, na granicę Dębnik i Ludwinowa. Jeszcze istniała ulica Księdza
      Marka [NB: na Dębnikach magistrat krakowski zgromadził całą Konfederację
      Barską: jest tam Barska, Konfederacka, Pułaskiego...] - tam gdzie dziś hotel
      niegdyś FORUM, potem SOFITEL - dziś czekający na rozbiórkę (nie taki standart) -
      i przy tej ulicy stały chałupy drewniane kryte strzechą - a naprzeciwko Skałka
      i Wawel...
      Pamiętam też, kiedy ulice Krakowa oświetlały żarówki zawieszone nad środkiem
      jezdni, w oprawach jeszcze sprzed wojny. Szkoda tego żółtego, ciepłego światła,
      zwłaszcza efektu, gdy lampa podświetlała liście drzewa, które sięgnęło gałęźmi
      aż środka ulicy.
    • luccio1 Tramwaje krakowskie 14.07.05, 22:56
      Pierwsze normalnotorowe wagony tramwajowe, które zaczęły jeździć w r. 1913,
      wypadły z czynej służby w r. 1969. Były wytworem firmy austriackiej SGP
      ("Simmering-Graz-Pauker"). W ostatnich latach jadąc takim tramwajem nie dało
      się wewnątrz rozmawiać - hałas był zabójczy, skrzyp, huk, jęk... Potem, przez
      lata, wysuwając szufladę starego kredensu kuchennego w domu, w którym bywałem
      na wakacjach, odnajdywałem ten właśnie dźwięk - oczywiście znacznie cichszy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka