braineater
13.08.05, 18:09
taki sobie wątus pokrewny pewnemu innemu wątkowi z innego forum, tyle, że tu
będę wrzucął teksty prozą, albo linkownie do nich jeśli dłuższe.
Pierwszy tekst na otwarcie, jeden z moich ulubieńców, miłosnik półswiatkowych
opowiastek, amerykański Himilshbach z Wiechem zmieszany, którego nijak dopaśc
w oryginale nie umiem, bo z Amazona korzystac nie mogę...:(
Tak więc, przed państwem, Damon Runyon i opowiadanie "Tobiasz Groźny":
Tobiasz Groźny
Pewnego wieczora siedzę sobie w restauracji Mindy'ego na Broadwayu,
konsumując z apetytem porcję węgierskiego gulaszu, który podają tam
niezgorszy, jako że szef kuchni jest w jakiejś tam części Węgrem, kiedy naraz
wchodzi zupełnie mi nie znany gość i siada przy moim stoliku.
Z początku wcale nie zwracam na gościa uwagi, bo przeglądam akurat listę
startową wyścigów konnych w Laurel na dzień następny, słyszę jednak jak prosi
kelnera, aby i jemu dał trochę gulaszu. Po pewnym czasie od strony tego
gościa zaczynają mnie dobiegać jakieś dziwne odgłosy, zerkam więc na niego
znad gazety i widzę, że płacze. Jest tak: wielkie łzy toczą mu się po
policzkach prosto w gulasz i spadają weń z głośnym plum.
No a nie można w żaden sposób powiedzieć, że płacrący goście to u Mindy'ego
częsty widok, choć przychodzą tu tysiące takich, którym mocno na płacz się
zbiera, szczególnie po ciężkim dniu na torze, więc przyglądam się gościowi z
dużym zainteresowaniem. No i widzę, że gość z niego malutki, może trochę
ponad metr pięćdziesiąt i ważący tyle, co porcja wątróbki za dziesięć centów,
w poprzek górnej wargi ma wąsiki jak czułki komara, bladoblond włosy i bardzo
smutne oczy.
Do tego gość jest młody i nosi garnitur koloru francuskiej musztardy z
ukośnymi kieszeniami, a gdy wchodzi, można podziwiać jego brązowy kapelusz
tkwiący mu na głowie na bakier. Każdy by się poznał, że gość jest
nietutejszy: po tych smutnych oczach, a już na pewno po kapeluszu.
Naturalnie myślę sobie, że ten jego płacz to jakiś numer. Jest tak: myślę
sobie, że może gość liczy na to, że się wzruszę i tym sposobem wypłacze sobie
u mnie ten swój węgierski gulasz, chociaż gdyby zapytał kogokolwiek,
dowiedziałby się, że równie dobrze może sobie wypłakiwać Ala Smitha z jego
biur w Empire State Building.
Ale gość nic do mnie nie mówi, tylko dalej leje łzy w gulasz, więc w końcu
mnie to zaciekawia i odzywam się doń w te słowa:
- Słuchaj pan, kolego - mówię - jeśli płaczesz pan z powodu gulaszu, to się
pan lepiej szybko obetrzyj, zanim pana szef kuchni zobaczy, bo - mówię - szef
kuchni jest bardzo drażliwy na punkcie swego gulaszu i mógłby pańskie łzy
uznać za wyraz krytyki.
- Gulasz nie jest zły - mówi ten gość głosem o kalibrze pasującym do jego
osoby. - Zresztą nie płaczę nad gulaszem. Płaczę nad swym smutnym życiem.
Przyjacielu - mówi - czy ma pan kiedy okazję być zakochany?
No, pewnie, po czymś takim to już jasne, co gościa gryzie. Gdybym tak zebrał
do kupy wszystkie łzy wylane wzdłuż Broadwayu przez zakochanych gości,
miałbym dość słonej wody, aby założyć ocean konkurencyjny wobec Atlantyku i
Pacyfiku, i jeszcze by mi starczyło na wysiudanie Wielkiego Jeziora Słonego z
branży. Chcę jednak zaznaczyć, że ani jedna z tych łez nie należy do mnie,
gdyż co to takiego miłość nie wiem, co więcej - odpukać - dowiadywać się nie
mam zamiaru, bo jak ja na to patrzę, cała ta miłość to pierwszej wody bujda
na resorach i właśnie w tym guście odpowiadam małemu gościowi.
- No - on mi na to - nie wyrażałby się pan o miłości tak opryskliwie mając
przyjemność znać pannę Deborę Weems.
Z tymi słowami znów zaczyna płakać jak cię mogę i skutek tego jest taki, że
mam już zacząć płakać razem z nim, dochodząc do wniosku, że gość płacze jak
najszczerzej.
Wreszcie jednak zwalnia trochę tempo, zaczyna jeść swój gulasz i po trochu
humor mu się poprawia, no ale też powszechnie wiadomo, że dobra dawka gulaszu
Mindy'ego doda otuchy każdemu, choćby był nie wiem jak smutny. Wkrótce gość
zaczyna mi opowiadać o sobie i słyszę, że nazywa się Tobiasz Tweeney i
pochodzi z pewnego miasta w hrabstwie Bucks, stan Pensylwania, o nazwie
Erasmus czy jakoś tak.
Nabieram też przeświadczenia, że to całe Erasmus nie jest szczególnie dużym
miastem, za to bardzo przyjemnym, a Tobiasz Tweeney ma honor urodzić się tam
i wychować, i właściwie nic ponadto w życiu nie widzieć, chociaż liczy już
sobie lat dwadzieścia pięć.
No, okazuje się też, że Tobiasz Tweeney ma tam niezłą posadę w sklepie
obuwniczym, gdzie sprzedaje buty i wiedzie mu się dobrze, dopóki nie
przytrafia mu się zakochać w pewnej dzidzi nazwiskiem panna Debora Weems,
której tato posiada w Erasmus stację benzynową i jest bardzo wybitnym
obywatelem. Z tego co mi Tobiasz opowiada wnoszę, że panna Debora Weems bawi
się nim jak piłeczką, co dowodzi, że dzidzie w małych miastach są dokładnie
takie same jak na Broadwayu.
- Jest piękna - mówi Tobiasz Tweeney o pannie Deborze Weems. Myślę, że nie
mogę bez niej żyć. Ale - powiada - panna Debora Weems mnie nie chce, bo ma
kopa na punkcie desperackich postaci z podziemia przestępczego, które to
postaci ogląda na filmach w kinie w Erasmus.
- Chce wiedzieć - mówi Tobiasz Tweeney - dlaczego to ja nie mogę być takim
wielkim rewolwerowcem, co chodzi tu i tam, strzela sobie do ludzi, rozmawia z
politykami i policją i wygląda tak malowniczo i romatycznie jak Edward G.
Robinson albo James Cagney czy już nawet Georgie Raft. Ale rzecz jasna - mówi
Tobiasz Tweeney - żaden taki typ nigdy ze mnie nie będzie. W każdym razie -
dorzuca - szeryf Wendell na pewno nie zgodzi się, bym był kimś takim w
Erasmus.
- Więc panna Debora Weems powpada, że mam tyle ikry co śledź - mówi Tobiasz
Tweeney - i kręci z gościem o nazwisku Joe Trivett, który prowadzi knajpę
Smoke Shop, sprzedaje od tyłu przemycane piwo imbirowe i utrzymuje, jakoby Al
Capone miał mu kiedyś powiedzieć „cześć", chociaż osobiście uważam - mówi
Tobiasz - że Joe Trivett to wielki, wielki łgarz.
Tutaj Tobiasz Tweeney znowu zaczyna płakać i jest mi go naprawdę żal, bo
widzę, że to przyjacielski nieszkodliwy mały facecik, zupełnie nie
przyzwyczajony do tego, by się nim dzidzia bawiła jak piłeczką, a jeśli gość
nie jest do tego przyzwyczajony, zawsze za pierwszym razem przeżywa to bardzo
boleśnie.
- No jak - mówię, mocno oburzony - panna Debora Weems plecie okropne
głupstwa, bo w dzisiejszych czasach ci wielcy rewolwerowcy zawsze kończą ze
stawką dziesięć do zera na minus, nawet w kinie. Jest tak - powiadam - gdyby
tak w kinie nie kończyli, cenzura nie pozwoliłaby tego wyświetlać. Czemu nie
palniesz pan tego gościa Trivetta w trąbę - mówię - i nie każesz mu pilnować
swoich spraw?
- No - Tobiasz na to - powód, dla którego nie palnę go w trąbę, jest tego
rodzaju, że to on pierwszy wpada na pomysł palnięć w trąbę i trąba zwykle
należy do mnie. Ponadto - mówi Tobiasz - od tych jego palnięć trąba mi
krwawi, a on powiada, że znów mnie palnie, jeśli się dalej będę kręcił wokół
panny Debory Weems. I to głównie dlatego - dodaje Tobiasz - że nie oddaję
palnięć, będąc zbyt zajęty powstrzymywaniem krwawienia z trąby, panna Debora
Weems daje mi kosza na dobre.
- Mówi, że nigdy nie będzie z gościem, który ma tak mało odwagi jak ja -
powiada Tobiasz - ale - powiada - pytam pana, czy to moja wina, że parę
tygodni przed moim przyjściem na świat moją matkę musi wystraszyć zając,
przez co jestem na całe życie napiętnowany?
- No więc wyjeżdżam z miasta - mówi Tobiasz. - Podejmuję z banku wszystkie
oszczędności w kwocie dwustu dolarów i przyjeżdżam tutaj w nadziei, że
spotkam może jakieś desperackie postaci z podziemia przestępczego, zapoznam
się z nimi, wrócę do Erasmus i Joe Trivett zzielenieje. Przy okazji - mówi -
nie zna pan tu czasem jakichś desperackich postaci z podziemia przestepczego?
No, ma się rozumieć, że żadnych takich postaci nie znam, a gdybym nawet znał,
tobym o tym nie gadał,