Dodaj do ulubionych

Opowiadanko na łikend

13.08.05, 18:09
taki sobie wątus pokrewny pewnemu innemu wątkowi z innego forum, tyle, że tu
będę wrzucął teksty prozą, albo linkownie do nich jeśli dłuższe.
Pierwszy tekst na otwarcie, jeden z moich ulubieńców, miłosnik półswiatkowych
opowiastek, amerykański Himilshbach z Wiechem zmieszany, którego nijak dopaśc
w oryginale nie umiem, bo z Amazona korzystac nie mogę...:(
Tak więc, przed państwem, Damon Runyon i opowiadanie "Tobiasz Groźny":


Tobiasz Groźny
Pewnego wieczora siedzę sobie w restauracji Mindy'ego na Broadwayu,
konsumując z apetytem porcję węgierskiego gulaszu, który podają tam
niezgorszy, jako że szef kuchni jest w jakiejś tam części Węgrem, kiedy naraz
wchodzi zupełnie mi nie znany gość i siada przy moim stoliku.
Z początku wcale nie zwracam na gościa uwagi, bo przeglądam akurat listę
startową wyścigów konnych w Laurel na dzień następny, słyszę jednak jak prosi
kelnera, aby i jemu dał trochę gulaszu. Po pewnym czasie od strony tego
gościa zaczynają mnie dobiegać jakieś dziwne odgłosy, zerkam więc na niego
znad gazety i widzę, że płacze. Jest tak: wielkie łzy toczą mu się po
policzkach prosto w gulasz i spadają weń z głośnym plum.
No a nie można w żaden sposób powiedzieć, że płacrący goście to u Mindy'ego
częsty widok, choć przychodzą tu tysiące takich, którym mocno na płacz się
zbiera, szczególnie po ciężkim dniu na torze, więc przyglądam się gościowi z
dużym zainteresowaniem. No i widzę, że gość z niego malutki, może trochę
ponad metr pięćdziesiąt i ważący tyle, co porcja wątróbki za dziesięć centów,
w poprzek górnej wargi ma wąsiki jak czułki komara, bladoblond włosy i bardzo
smutne oczy.
Do tego gość jest młody i nosi garnitur koloru francuskiej musztardy z
ukośnymi kieszeniami, a gdy wchodzi, można podziwiać jego brązowy kapelusz
tkwiący mu na głowie na bakier. Każdy by się poznał, że gość jest
nietutejszy: po tych smutnych oczach, a już na pewno po kapeluszu.
Naturalnie myślę sobie, że ten jego płacz to jakiś numer. Jest tak: myślę
sobie, że może gość liczy na to, że się wzruszę i tym sposobem wypłacze sobie
u mnie ten swój węgierski gulasz, chociaż gdyby zapytał kogokolwiek,
dowiedziałby się, że równie dobrze może sobie wypłakiwać Ala Smitha z jego
biur w Empire State Building.
Ale gość nic do mnie nie mówi, tylko dalej leje łzy w gulasz, więc w końcu
mnie to zaciekawia i odzywam się doń w te słowa:
- Słuchaj pan, kolego - mówię - jeśli płaczesz pan z powodu gulaszu, to się
pan lepiej szybko obetrzyj, zanim pana szef kuchni zobaczy, bo - mówię - szef
kuchni jest bardzo drażliwy na punkcie swego gulaszu i mógłby pańskie łzy
uznać za wyraz krytyki.
- Gulasz nie jest zły - mówi ten gość głosem o kalibrze pasującym do jego
osoby. - Zresztą nie płaczę nad gulaszem. Płaczę nad swym smutnym życiem.
Przyjacielu - mówi - czy ma pan kiedy okazję być zakochany?
No, pewnie, po czymś takim to już jasne, co gościa gryzie. Gdybym tak zebrał
do kupy wszystkie łzy wylane wzdłuż Broadwayu przez zakochanych gości,
miałbym dość słonej wody, aby założyć ocean konkurencyjny wobec Atlantyku i
Pacyfiku, i jeszcze by mi starczyło na wysiudanie Wielkiego Jeziora Słonego z
branży. Chcę jednak zaznaczyć, że ani jedna z tych łez nie należy do mnie,
gdyż co to takiego miłość nie wiem, co więcej - odpukać - dowiadywać się nie
mam zamiaru, bo jak ja na to patrzę, cała ta miłość to pierwszej wody bujda
na resorach i właśnie w tym guście odpowiadam małemu gościowi.
- No - on mi na to - nie wyrażałby się pan o miłości tak opryskliwie mając
przyjemność znać pannę Deborę Weems.
Z tymi słowami znów zaczyna płakać jak cię mogę i skutek tego jest taki, że
mam już zacząć płakać razem z nim, dochodząc do wniosku, że gość płacze jak
najszczerzej.
Wreszcie jednak zwalnia trochę tempo, zaczyna jeść swój gulasz i po trochu
humor mu się poprawia, no ale też powszechnie wiadomo, że dobra dawka gulaszu
Mindy'ego doda otuchy każdemu, choćby był nie wiem jak smutny. Wkrótce gość
zaczyna mi opowiadać o sobie i słyszę, że nazywa się Tobiasz Tweeney i
pochodzi z pewnego miasta w hrabstwie Bucks, stan Pensylwania, o nazwie
Erasmus czy jakoś tak.
Nabieram też przeświadczenia, że to całe Erasmus nie jest szczególnie dużym
miastem, za to bardzo przyjemnym, a Tobiasz Tweeney ma honor urodzić się tam
i wychować, i właściwie nic ponadto w życiu nie widzieć, chociaż liczy już
sobie lat dwadzieścia pięć.
No, okazuje się też, że Tobiasz Tweeney ma tam niezłą posadę w sklepie
obuwniczym, gdzie sprzedaje buty i wiedzie mu się dobrze, dopóki nie
przytrafia mu się zakochać w pewnej dzidzi nazwiskiem panna Debora Weems,
której tato posiada w Erasmus stację benzynową i jest bardzo wybitnym
obywatelem. Z tego co mi Tobiasz opowiada wnoszę, że panna Debora Weems bawi
się nim jak piłeczką, co dowodzi, że dzidzie w małych miastach są dokładnie
takie same jak na Broadwayu.
- Jest piękna - mówi Tobiasz Tweeney o pannie Deborze Weems. Myślę, że nie
mogę bez niej żyć. Ale - powiada - panna Debora Weems mnie nie chce, bo ma
kopa na punkcie desperackich postaci z podziemia przestępczego, które to
postaci ogląda na filmach w kinie w Erasmus.
- Chce wiedzieć - mówi Tobiasz Tweeney - dlaczego to ja nie mogę być takim
wielkim rewolwerowcem, co chodzi tu i tam, strzela sobie do ludzi, rozmawia z
politykami i policją i wygląda tak malowniczo i romatycznie jak Edward G.
Robinson albo James Cagney czy już nawet Georgie Raft. Ale rzecz jasna - mówi
Tobiasz Tweeney - żaden taki typ nigdy ze mnie nie będzie. W każdym razie -
dorzuca - szeryf Wendell na pewno nie zgodzi się, bym był kimś takim w
Erasmus.
- Więc panna Debora Weems powpada, że mam tyle ikry co śledź - mówi Tobiasz
Tweeney - i kręci z gościem o nazwisku Joe Trivett, który prowadzi knajpę
Smoke Shop, sprzedaje od tyłu przemycane piwo imbirowe i utrzymuje, jakoby Al
Capone miał mu kiedyś powiedzieć „cześć", chociaż osobiście uważam - mówi
Tobiasz - że Joe Trivett to wielki, wielki łgarz.
Tutaj Tobiasz Tweeney znowu zaczyna płakać i jest mi go naprawdę żal, bo
widzę, że to przyjacielski nieszkodliwy mały facecik, zupełnie nie
przyzwyczajony do tego, by się nim dzidzia bawiła jak piłeczką, a jeśli gość
nie jest do tego przyzwyczajony, zawsze za pierwszym razem przeżywa to bardzo
boleśnie.
- No jak - mówię, mocno oburzony - panna Debora Weems plecie okropne
głupstwa, bo w dzisiejszych czasach ci wielcy rewolwerowcy zawsze kończą ze
stawką dziesięć do zera na minus, nawet w kinie. Jest tak - powiadam - gdyby
tak w kinie nie kończyli, cenzura nie pozwoliłaby tego wyświetlać. Czemu nie
palniesz pan tego gościa Trivetta w trąbę - mówię - i nie każesz mu pilnować
swoich spraw?
- No - Tobiasz na to - powód, dla którego nie palnę go w trąbę, jest tego
rodzaju, że to on pierwszy wpada na pomysł palnięć w trąbę i trąba zwykle
należy do mnie. Ponadto - mówi Tobiasz - od tych jego palnięć trąba mi
krwawi, a on powiada, że znów mnie palnie, jeśli się dalej będę kręcił wokół
panny Debory Weems. I to głównie dlatego - dodaje Tobiasz - że nie oddaję
palnięć, będąc zbyt zajęty powstrzymywaniem krwawienia z trąby, panna Debora
Weems daje mi kosza na dobre.
- Mówi, że nigdy nie będzie z gościem, który ma tak mało odwagi jak ja -
powiada Tobiasz - ale - powiada - pytam pana, czy to moja wina, że parę
tygodni przed moim przyjściem na świat moją matkę musi wystraszyć zając,
przez co jestem na całe życie napiętnowany?
- No więc wyjeżdżam z miasta - mówi Tobiasz. - Podejmuję z banku wszystkie
oszczędności w kwocie dwustu dolarów i przyjeżdżam tutaj w nadziei, że
spotkam może jakieś desperackie postaci z podziemia przestępczego, zapoznam
się z nimi, wrócę do Erasmus i Joe Trivett zzielenieje. Przy okazji - mówi -
nie zna pan tu czasem jakichś desperackich postaci z podziemia przestepczego?
No, ma się rozumieć, że żadnych takich postaci nie znam, a gdybym nawet znał,
tobym o tym nie gadał,
Obserwuj wątek
    • braineater cd. 13.08.05, 18:12
      bo najlepsze co może człowieka w tym mieście spotkać za chlapanie jęzorem na
      podobne tematy to dobry kopniak pod krzyże. Mówię więc Tobiaszowi Tweeney, że
      nie, i mówię mu jeszcze, iż sam jestem właściwie nietutejszy, a wtedy on
      pragnie wiedzieć, czy mogę mu pokazać jakąś porządną spelunkę, w rodzaju tych,
      które ogląda na filmach.
      Ma się rozumieć, że nie znam żadnego takiego lokalu, ale potem myślę sobie o
      małym Gingham Shoppe Zabawy Charleya na Czterdziestej Siódmej Ulicy i że
      Charleyowi jakoś niespecjalnie idzie interes, gdy tam ostatnio bywam, i może to
      akurat mała okazja, by mu trochę ten interes napędzić, jako że goście z dwiema
      stówami w kieszeni stanowią w końcu nieczęste w tych czasach zjawisko.
      No więc zabieram Tobiasza do Zabawy Charleya, aby pożałować tego jak tylko
      przekraczamy próg, bo któż jest obecny, jak nie tuzin osobników z różnych
      części miasta, a osobników tych i pojedynczo nie za dobrze jest spotkać. Siedzi
      tam więc kilku gości z Brooklynu, jak Harry Koń i Angie Bawół, trzech z
      Harlemu, w tym Mały Mitzi i Niemiecki Schwartz, paru też chyba z Bronksu, bo
      widzę Joeya Śródmieście, a Joey nigdzie się nie rusza bez gromadki oddanych
      przyjaciół z sąsiedztwa.
      Potem dowiaduję się, że osobnicy ci odbywają wcześniej spotkanie w interesach
      nieopodal Zabawy Charleya i po jego zakończeniu wpadają złożyć Charleyowi
      grzecznościową wizytę, jako że Charley jest w tym mieście na dobrej stopie ze
      wszystkimi. Tak czy inaczej siedzą sobie właśnie przy jednym stole, gdy
      wchodzimy z Tobiaszem, toteż witam ich bardzo serdecznie, a oni odwzajemniają
      powitanie i zapraszają, bym się wraz z przyjacielem do nich przysiadł, gdyż
      wygląda na to, że są akurat nastawieni nadzwyczaj gościnnie.
      Oczywiście przysiadam się, bo to niespecjalnie roztropna strategia odrzucać
      zaproszenia gości takich jak ci tutaj, sadzam więc Tobiasza obok siebie,
      przedstawiam go obecnym i pijemy wspólnie parę kolejek, a następnie opowiadam
      zebranym, kim jest Tobiasz i jak jego kochająca dzidzia bawi się nim jak
      piłeczką, a Joe Trivett tłucze go po trąbie.
      No, Tobiasz znów wybucha płaczem, bo żaden niedoświadczony gość nie da rady
      wypić kilku kolejek u Zabawy Charleya nie zalewajac się łzami, nawet jeśli
      Charley poda swój prywatny trunek, a wszyscy zaczynają Tobiaszowi bardzo
      współczuć, szczególnie Mały Mitzi, którym pewna dzidzia też akurat bawi się jak
      piłeczką ile wlezie. Jest tak: Mały Mitzi zaczyna płakać razem z nim.
      - No jak - mówi Joey Śródmieście - w życiu nie mam okazji słyszeć o czymś
      podobnym, chociaż - mówi - z pana też ciapciak, że nie oddaje pan temu gościowi
      Trivettowi. Lecz jeśli nawet - mówi Joey - gdybym lak miał wolną chwilkę, żeby
      wpaść do tego tam miasta, co to pan o nim mówi, i popędzić gościowi kota. Co
      więcej - tej pannie Deborze Weems też bym powiedział do słuchu.
      Wtedy wyjaśniam im, że Tobiasz przyjeżdża do Nowego Jorku licząc na to, że może
      spotka kilka desperackich postaci z podziemia przestępczego, oni natomiast
      wysłuchują mnie bardzo uważnie i w końcu Angie Bawół mówi tak:
      - Zastanawiam się - mówi Angie - czy dałoby się może znaleźć kogoś, kto mógłby
      takie postaci znać i zorganizować panu Tweeney jakieś spotkanie, chociaż
      osobiście - mówi Angie - żywię jedynie wstręt i pogardę dla osób tego pokroju.
      No, gdy Angie się zastanawia, od drzwi wejściowych dobiega gwałtowne stukanie,
      i jest to ten rodzaj stukania, jakim posługują się wyłącznie mundurowi, i
      wszyscy przy naszym stole zrywają się raptownie. Zabawa Charley podchodzi po
      cichu do drzwi, zerka przez judasza i nagle słychać ostry donośny głos mówiący
      tak:
      - Otwieraj, Charley - mówi głos - chcemy się przyjrzeć twoim klientom. I
      powiedz im - dorzuca - żeby nie próbowali tylnego wyjścia, bo tam też nas
      znajdą.
      - To porucznik Harrigan i jego oddział - mówi Charley wracając do naszego
      stołu - musi skądś dostać cynk, że tu jesteście. No - mówi Charley - kto się ma
      podzielić z kimś gnatem, niech to lepiej zrobi zaraz.
      Na te słowa Joey Śródmieście podchodzi do Tobiasza Tweeney, podaje mu wielką
      Betsy i mówi tak:
      - Schowaj pan to - mówi Joey - i siedź pan cicho. Gliny nie będą się panem
      zajmować - mówi Joey - o ile będzie pan pilnować swego nosa, ale - mówi - dla
      każdego z nas będzie nieklawo jeśli znajdą przy nim gnata, zwłaszcza dla tych,
      którzy są jeszcze krajowi winni kilka lat, a ja - mówi - o ile mnie pamięć nie
      myli, kilka jeszcze jestem.
      No, oczywiście co mówi Joey to sama prawda, bo hasa sobie akurat tu i tam
      wyłącznie dzięki zwolnieniu warunkowemu i kilku z obecnych podobnie, a dla
      hasającego sobie tu i tam na zwolnieniu warunkowym jest bardzo poważną sprawą
      zostać złapanym ze starym dobrym Johnem Roscoe w kieszeni. Sytuacja staje się
      więc niezwykle delikatna i dosyć kłopotliwa.
      No, Tobiasz Tweeney jest nieco oszołomiony tymi kilkoma kolejkami trunków
      Zabawy Charleya i bardzo możliwe, że niezbyt do niego dociera, co się wokół
      wyprawia, bierze więc gnata Joeya i wsadza go sobie do kieszeni spodni. Wtedy
      nagle Harry Koń, Angie Bawół, Mały Mitzi i wszyscy inni także zaczynają
      podchodzić do niego i dawać mu swoje gnaty, a Tobiasz Tweeney jakoś tam upycha
      je sobie po kieszeniach i siada, zanim Zabawa Charley otwiera drzwi i wchodzą
      mundurowi.
      Do tego czasu Joey Śródmieście i reszta są już roztasowani po różnych stolikach
      na sali, najwyżej po trzech, zostawiając Tobiasza i mnie przy zajmowanym na
      początku. Co więcej, każdy wygląda bardzo niewinnie i wszyscy wydają się mocno
      zdumieni najściem mundurowych, którzy są chłop w chłopa młodymi facetami z
      broadwayowskiego oddziału Harrigana, bardzo niesympatycznymi.
      Znam Harrigana z widzenia i większość jego ludzi również, a oni wiedzą, że nie
      jestem bardziej szkodliwy niż dwuletnie bobo, toteż nie zwracają specjalnej
      uwagi ani na mnie, ani na Tobiasza Tweeney, tylko walą prosto do Joeya
      Śródmieście, Angiego Bawoła i innych, każą im wstać i obszukują ich na
      okoliczność posiadania gnatów, bo gliniarze zawsze zaczepiają takich gości, w
      nadziei, że ich wreszcie złapią obładowanych.
      Oczywiście nie znajdują przy nikim żadnych gnatów, bo wszystkie gnaty ma
      Tobiasz Tweeney, a nikt z mundurowych nie zamierza rewidować Tobiasza Tweeney w
      poszukiwaniu gnatów, jeśli tylko rzuci na Tobiasza okiem, zwłaszcza w tym
      pasjonującym momencie, kiedy Tobiasz już prawie smacznie sobie chrapie po
      trunkach Zabawy Charleya i mało go obchodzi, co się wokół niego dzieje. Jest
      tak: Tobiasz kiwa się na krześle i podrzemuje.
      Naturalnie mundurowi są wysoce rozgoryczeni nie znajdując żadnych gnatów, a
      Angie Bawół i Joey Śródmieście informują ich, że mają zamiar skontaktować się z
      radnymi, na których zawsze głosują, i zapytać czy praworządni obywatele mogą
      być obmacywani w poszukiwaniu gnatów i w ogóle stawiani w tak uwłaczającym
      położeniu, ale mundurowi nie wyglądają na specjalnie zaniepokojonych tymi
      groźbami, zaś porucznik Harrigan mówi tak:
      - No - mówi - może i dano mi tym razem fałszywy cynk, ale - mówi -
      przejechałbym się po was dranie i za dwa centy, tak dla sportu.
      Naturalnie nie należy mówić w ten sposób do osobników takich jak ci tutaj, bo
      są w końcu dość znani w różnych częściach miasta, ale porucznik Harrigan to już
      tego rodzaju gość, że rzadko kiedy dba, w jaki sposób do kogo mówi. Jest tak: z
      porucznika Harrigana jest bardzo twardy glina.
      No i właśnie zamierza zabrać swoich mundurowych z lokalu, kiedy Tobiasz Tweeney
      przechyla się z krzesłem trochę za daleko i wali się na podłogę, a pięć
      wielkich gnatów wypada mu z kieszeni i rozjeżdża się na wszystkie strony i w
      następnej minucie Tobiasz Tweeney jest już aresztowany i trzymany mocno przez
      wszystkich mundurowych.
      No, nazajutrz gazety są pełne doniesień o schwytaniu gościa zwanego Tweeney
      Dwanaście Gnatów i podają, iż według oświadczenia policji jest to bez wątpienia
      najtwardszy gość jakiego widzi świat, bo o ile słyszano już o gościach z dwi
      • braineater Re: cd II 13.08.05, 18:14
        ema spluwami, a nawet i z trzema, to nigdy jeszcze o takim, który spaceruje
        sobie obładowany dwunastoma.
        Mundurowi twierdzą, że po sposobie, w jaki Tweeney Dwanaście Gnatów się
        zachowuje widać wyraźnie, jak okropnie krwiożerczy z niego typ, bowiem nic
        zupełnie nie mówi, tylko patrzy z takim stalowym błyskiem w oczach, chociaż tak
        naprawdę patrzy w ten sposób jedynie dlatego, iż ciągle jeszcze jest zbyt
        oszołomiony, aby wykombinować coś rozsądnego do powiedzenia.
        Oczywiście myślę sobie, że jak tylko Tobiasz dojdzie trochę do siebie, na pewno
        wszystko popsuje, a pozostali obecni przy jego aresztowaniu myślą chyba
        podobnie i udają się na jakiś czas na małe wczasy. Ale wygląda na to, że gdy
        Tobiasz orientuje się wreszcie, która godzina, jest już tak znany, że bardzo mu
        to pochlebia, więc decyduje się nadal być Tweeneyem Dwanaście Gnatów i to jak
        długo się da, a decyzja taka wydaje się odpowiadać wszystkim zainteresowanym.
        Wślizguję się na rozprawę do Sędziego Rascovera, gdy na wokandzie stoi sprawa
        przeciwko Tobiaszowi za pogwałcenie Prawa Sullivana zabraniającego noszenia
        gnatów i sala sądowa jest szczelnie zapchana obywatelami aż palącymi się, by
        zobaczyć postać na tyle desperacką, że musi nosić aż dwanaście gnatów, a między
        obywatelami przepycha się i piszczy sporo dzidź, z których kilka to wcale nie
        wrony. Mnóstwo fotografów kręci się wokół, by robić Tweeneyowi Dwanaście Gnatów
        zdjęcia, gdy go wprowadzają na salę przykutego do mundurowych po obu stronach i
        z dodatkowymi mundurowymi z przodu i z tyłu.
        Ale wszyscy są bardzo zdumieni i mocno rozczarowani widząc, jaka z Tobiasza
        malutka wiewiórka, zaś Sędzia Rascover patrzy nań, potem wkłada okulary i
        patrzy jeszcze raz, jakby nie wierząc w to, co widzi za pierwszym. A gdy kończy
        przyglądać się Tobiaszowi przez swoje szkła, co czyni dobrą chwilę potrząsając
        głową jakby w wielkim oszołomieniu, Sędzia Rascover mówi do porucznika
        Harrigana tak:
        - Czy jest pan gotów zaświadczyć przed tym sądem mówi Sędzia Rascover - że ta
        oto połówka to desperacki Tweeney Dwanaście Gnatów?
        No, porucznik Harrigan na to, że nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości,
        zaś Sędzia Rascover pragnie wtedy wiedzieć gdzie i w jaki sposób Tobiasz nosi
        te wszystkie gnaty, więc porucznik Harrigan zbiera u obecnych na sali
        mundurowych dwanaście spluw, wyjmuje z nich magazynki i zaczyna je utykać tu i
        tam na Tobiaszu, starając się przypomnieć sobie dokładnie jak to wygląda wtedy,
        a Tobiasz przyjaźnie pomaga mu jak umie.
        Porucznik Harrigan kładzie więc po dwa pistolety do każdej z bocznych kieszeni
        jego marynarki, po jednym do obu ukośnych kieszeni na biodrach, jeden za pasek,
        po jednym do bocznych kieszeni spodni, po jednym do rękawów i jeden do
        wewnętrznej kieszeni marynarki. Wtedy porucznik Harrigan oświadcza sądowi, że
        ma przyjemność skończyć i że Tobiasz jest uzbrojony dokładnie tak, jak w chwili
        aresztowania w lokalu Zabawy Charleya, a Sędzia Rascover mówi w ten sposób:
        - Podejdź no pan tu do bariery - mówi Sędzia Rascover - niechże się przypatrzę
        z bliska jaki to z pana wielki złoczyńca.
        No tak, Tobiasz robi tylko jeden krok do przodu i zaraz pada na nos i dopiero
        teraz rozumiem, dlaczego tak naprawdę spada z krzesła wtedy u Zabawy Charleya,
        wyjąwszy trunki Charleya. Gość ma po prostu za ciężki tułów od tych wszystkich
        gnatów.
        No i jest mnóstwo zamiesznia, gdy upada, a jedna młoda dzidzia, tak na oko
        tłuściutka jak cię mogę, przepy chi się przez tłum wrzeszcząc i płacząc i choć
        mundurowi starają się ją zatrzymać przedziera się do Tobiasza, klęka przy nim i
        mówi tak:
        - Toby, kochanie - mówi - to przecież ja, Debora, która kocha cię czule i od
        samego początku wie, że w końcu i tak okażesz się największym rewolwerowcem ze
        wszystkich. Popatrz na mnie, Toby - mówi - i powiedz, że też mnie kochasz. Nic
        zupełnie nie wiemy, jaki z ciebie bohater, aż zeszłego wieczora przychodzą do
        Erasmus nowojorskie gazety i pędzę do ciebie najszybciej jak mogę. Pocałuj
        mnie, Toby - mówi gruba dzidzia, a Tobiasz unosi się na łokciu i robi o co go
        proszą i jest to naprawdę ładna scena, chociaż mundurowi ciągle starają się ich
        rozłączyć, nie mając do tego typu spraw żadnej cierpliwości.
        No a Sędzia Rascover przygląda się całej tej hecy przez swoje szkła i to nie
        żaden frajer, ale stary wróbel, bardzo jak na sędziego cwany, czuje więc, że
        coś tu nie gra z tym Tobiaszem Tweeney jako tak desperacką postacią, jak tego
        chcą mundurowi, zwłaszcza że widzi, iż Tobiasz nie jest nawet w stanie tych
        wszystkich gnatów udźwignąć, choćby mu zapłacili.
        Więc gdy mundurowi zdejmują z Tobiasza grubą młodą dzidzię oraz te parę kilo
        broni i jest on wreszcie zdolny podnieść się i stanąć gdzie trzeba, Sędzia
        Rascover odracza rozprawę, zabiera Tobiasza do swego prywatnego gabinetu na
        małą pogawędkę i wszystko wskazuje na to, że Tobiasz wyznaje mu całą prawdę, bo
        zanim kto ma czas mrugnąć, Tobiasz już maszeruje sobie wolny niby ptaszki w
        koronach drzew, tyle, że ta tłuściocha wisi na nim jak plaster opatrunkowy,
        więc może nie jest znowu aż tak bardzo wolny, no nie.
        No i to już mniej więcej wszystko, co się tyczy tej historii, wyjąwszy może
        fakt, że dochodzi później do ostrych spięć miedzy osobistościami obecnymi w
        lokalu Zabawy Charleya przy zaobrączkowaniu Tobiasza, wygląda bowiem na to, iż
        zebranie, w którym uczestniczą przed udaniem się do Charleya, jest swego
        rodzaju konferencją pokojową i nikt nie ma przynosić ze sobą żadnej broni, aby
        okazać wzajemne zaufanie, toteż wszyscy są niezwykle oburzeni, gdy okazuje się,
        że na zebraniu tym właściwie nikt nie ma do nikogo zaufania.
        Nie mam już odtąd żadnych wieści od Tobiasza Tweeney, za wyjątkiem jednego
        wypadku, kiedy to w parę miesięcy po tych wydarzeniach Joey Śródmieście i Mały
        Mitu bawią z inspekcją w swych lewych browarach w Pensylwanii i przejeżdżając
        koło miasteczka o nazwie Erasmus dochodzą do wniosku, że miło byłoby odwiedzić
        Tobiasza Tweeney i zobaczyć jak też on sobie radzi.
        No, wygląda na to, że Tobiasz jest mężem panny Debory Weems i radzi sobie
        pierwsza klasa, a miasto wybiera go na urząd szeryfa, wychodząc z założenia, że
        gość o tak desperackiej reputacji na pewno będzie trzymać zbirów z dala od
        Erasmus, jeśli tylko zostanie przedstawicielem prawa, i pierwszym urzędowym
        krokiem Tobiasza jest wykurzenie Joe Trivetta z miasta.
        Ale na Broadwayu Tobiasz Tweeney zawsze będzie wspominany jako najzwyklejszy
        niewdzięcznik, w związku ze wsadzeniem Joeya Śródmieście i Małego Mitzi do
        miejskiego ula i ściągnięciem z nich po pięćdziesiąt dolców grzywny za
        nielegalne noszenie broni.
        • braineater Źródło: 13.08.05, 18:16
          Damon Runyon, 15 opowiadań nowojorskich, tłum. Wacław Brzeziński, wyd. Uraeus.
          Leży w tanich ksiązkach i wart zakupu jest, jak mało co.
          Pozdrowienia:)
    • braineater Re: Opowiadanko na łikend II 21.08.05, 15:14
      Jako że forum się pogrążyło w świecie ciszy, to opowiadania pane, który cisze
      opisywał najdoskonalej:

      Jorge Luis Borges

      Krążek

      Krążek

      Jestem drwalem. Nazwisko nie ma znaczenia. Chata, w której się urodziłem i w
      której niezadługo umrę, stoi na skraju lasu. O tym lesie mówią, że ciągnie się
      aż do morza otaczającego całą ziemię, po którym krążą drewniane domki, takie
      jak mój. Bo ja wiem? Nigdy go nie widziałem. Nie widziałem też drugiego krańca
      lasu. Kiedy byliśmy mali, mój starszy brat kazał mi przysiąc, że we dwóch
      wyrąbiemy cały las do ostatniego drzewa. Mój brat umarł, a ja szukam i będę
      szukał czegoś całkiem innego. Na zachodzie płynie rzeczka, w której można łowić
      ryby ręką. W lesie są wilki, ale nie boję się ich, a moja siekierka nigdy mnie
      nie zawiodła. Nigdy nie liczyłem też swoich lat, choć wiem, że mam ich dużo.
      Moje oczy już nie widzą. We wsi, dokąd zresztą nie chodzę, żeby nie zabłądzić,
      uważają mnie za sknerę. Ale do czego mógł w życiu dojść drwal?
      Drzwi domu przyciskam kamieniem, żeby się tam nie dostał śnieg. Pewnego
      popołudnia usłyszałem ciężkie kroki, a potem stukanie. Otworzyłem i wszedł
      jakiś obcy człowiek. Był wysoki, stary, owinięty w zniszczony koc. Na twarzy
      miał bliznę. Lata dodały mu więcej chudości, niż odebrały sił, lecz zauważyłem,
      że chodzi o lasce. Zamieniliśmy parę słów, których nie pamiętam. Wreszcie rzekł:
      - Nie mam domu i sypiam, gdzie popadnie. Przeszedłem całe królestwo anglosaskie.
      Te słowa pasowały do jego wieku. Mój ojciec zawsze mówił o królestwie
      anglosaskim, teraz ludzie mówią o Anglii.
      Miałem chleb i rybę. W czasie posiłku milczeliśmy. Zaczęło padać. Z paru skór
      zrobiłem mu posłanie na klepisku, na którym umarł mój brat. Kiedy zapadła noc,
      zasnęliśmy.
      Wyszliśmy z domu o świtaniu. Deszcz ustał, a na ziemi leżał świeży śnieg.
      Upadła mu laska, którą mi kazał podnieść.
      - Dlaczego mam cię słuchać? - zapytałem.
      - Bo jestem królem - odparł.
      Pomyślałem, że to wariat. Podniosłem laskę i podałem mu ją.
      Przemówił już innym głosem:
      - Jestem królem Secgenów. Wielekroć wiodłem ich poprzez ciężkie bitwy do
      zwycięstwa, lecz w chwili dopełnienia się przeznaczenia straciłem moje
      królestwo. Moje imię jest Isern, a pochodzę z rodu Odyna.
      - Nie czczę Odyna - rzekłem. - Czczę Chrystusa.
      Ciągnął dalej, jakby mnie nie usłyszał:
      - Przemierzam drogi wygnania, ale wciąż jestem królem, bo mam krążek. Chcesz go
      zobaczyć?
      Otworzył kościstą dłoń. Nie było w niej nic. Wtedy zdałem sobie sprawę, że
      przez cały czas miał zaciśniętą pięść. Wbijając we mnie wzrok, powiedział:
      - Możesz go dotknąć.
      Nie bez nieufności dotknąłem czubkami palców jego dłoni. Poczułem coś zimnego i
      dojrzałem błysk. Jego dłoń nagle się zamknęła. Nie powiedziałem nic. Tamten
      ciągnął dalej, cierpliwie, jakby mówił do dziecka:
      - To jest krążek Odyna. Ma tylko jedną stronę. Na całym świecie nie ma drugiej
      rzeczy, która by miała tylko jedną stronę. Póki będzie w mojej ręce, będę
      królem.
      - Jest ze złota? - zapytałem.
      - Nie wiem. To krążek Odyna i ma tylko jedną stronę.
      Wtedy poczułem żądzę, by posiąść ten krążek. Gdyby był mój, mógłbym go
      sprzedać, wymienić na sztabkę złota, być królem.
      Powiedziałem do włóczęgi, którego do dziś nienawidzę:
      - W chacie mam ukrytą szkatułkę pełną monet. Są ze złota i lśnią jak siekierka.
      Jeżeli dasz mi krążek, oddam szkatułkę.
      Odrzekł z uporem:
      - Nie chcę.
      - A więc - powiedziałem - idź swoją drogą.
      Odwrócił się do mnie tyłem. Wystarczyło uderzenie siekiery w kark, by zachwiał
      się i padł, lecz padając, otworzył pięść i zobaczyłem w powietrzu złoty błysk.
      Dobrze zaznaczyłem miejsce siekierką i zaciągnąłem trupa aż do wezbranego
      strumienia. Tam go cisnąłem.
      Po powrocie do domu szukałem krążka. Nie znalazłem go. Od lat bez przerwy go
      szukam.

      Źródło: Księga Piasku, tłum Z.Chądzyńska
      • kwiecienka1 Re: Opowiadanko na łikend II 21.08.05, 16:08
        dziękując za lekturę zapytuję:
        czy opowiadanka na łikend mają zastąpić słowa na niedzielę?
        czy może będą ich bliźniakiem, ale tylko na TWA?
        czy będą jescze jak wrócę, czyli czy przewiduje się ich kontynuację?
        pozdrawiam
        Kwiecienka z Drżącym Serduszkiem
        • braineater Re: Opowiadanko na łikend II 21.08.05, 16:41
          słowa to słowa, opowiadanko to opowiadanko - wontki równoległe:)
          będą dopóki mi sie 10 Gb tekstów na dysku nie wykończy:)
          Pzdr:)
    • blind_librarian Re: Opowiadanko na łikend III a 28.08.05, 14:28
      Pat Cadigan
      Anioł


      Zostań ze mną jeszcze, Aniele, poprosiłam, i Anioł powiedział, że zostanie.
      Dobrze mi było z Aniołem, dobrze mieć go przy sobie, gdy wieczór chłodny i nie
      ma dokąd pójść. Staliśmy razem na rogu ulicy i przyglądaliśmy się
      przejeżdżającym samochodom i ludziom, i w ogóle. Ulice oświetlone były jak na
      Gwiazdkę uliczne latarnie, witryny sklepów, markizy nad czynnymi całą noc
      kinami i księgarniami błyskały i migotały: zmierzch nad wschodnim śródmieściem.
      Anioł przyzwyczajał się już do tego otoczenia i do tego, jak spędzam wieczory.
      Trzymając się na uboczu, bo jak by tu inaczej. Był teraz m o i m Aniołem, był
      nim od tamtego chłodnego wieczora, kiedy wracałam do domu, bo gdzież więcej
      można było pójść, i znalazłam go, i zabrałam ze sobą. Dobrze jest mieć kogoś,
      kogo można ze sobą zabrać; kogoś, kim można się opiekować. Anioł to wiedział.
      On też zaczął się mną opiekować.

      Jak teraz. Staliśmy tam przez chwilę, a ja rozglądałam się wokół bez
      specjalnego zainteresowania; mijały nas samochody, niektóre zatrzymywały się
      raz po raz przy dziwkach wdzięczących się przy krawężnikach - i wtedy
      zobaczyłam to kącikiem oka. Z Anioła wydobywał się fluid połyskujący jak iskry,
      ale płynny jak ciecz. Srebrne fajerwerki. Odwróciłam się, żeby lepiej się
      przyjrzeć, i nic już nie zobaczyłam. A on spojrzał na mnie i uśmiechnął się
      niepewnie, jakby nieco zakłopotany tym, że widziałam. Nikt więcej jednak tego
      nie spostrzegł; ani niski facet, który przystanął obok Anioła i czekał na
      zielone światło, żeby przejść przez ulicę, ani chudy jak szczapa hip
      rozglądający się za amatorem na kolumnę głośnikową, którą taszczył na ramieniu,
      ani żołnierz na przepustce przechodzący obok nas defiladowym krokiem dwiema
      przyjaciółkami uwieszonymi jego ramienia, nikt oprócz mnie.

      Głodna? spytał Anioł.

      Jasne, odpowiedziałam. Jestem głodna.

      Anioł przeniósł wzrok na coś za moim plecami. Okay, powiedział. Obejrzałam
      się - nadchodzili: trzej chłopcy w skórach, czapki z daszkiem, pasy, buty,
      kółka na klucze. Na wspólnym obchodzie. Skóra cierpnie na sam widok, chociaż
      wiesz, że nawet nie raczą na ciebie spojrzeć.

      Oni ? zapytałam. O n i ?

      Anioł nie odpowiedział. Minął nas jeden, potem drugi, a Anioł zatrzymał
      trzeciego chwytając go za ramię.

      Cześć.

      Chłopak skinął głową. Głowę miał ogoloną. Tam gdzie kończyła się czapka,
      widziałam króciutką, szaroczarną szczecinę. Nie miał brwi, oczy bez wyrazu. Te
      oczy były tam za sprawą Anioła.

      Przydałoby mi się trochę forsy, powiedział Anioł. Ja i moja przyjaciółka
      jesteśmy głodni.

      Facet wsunął rękę do kieszeni i wyciągnąwszy z niej kilka banknotów wręczył
      je Aniołowi. Anioł wybrał dwudziestkę i zacisnął na reszcie dłoń faceta.

      Tyle wystarczy, dziękuję.

      Chłopak schował pieniądze i czekał.

      Życzę udanego wieczoru, powiedział Anioł.

      Tamten skinął głową i przeszedł na drugą stronę ulicy, gdzie na następnym
      rogu czekali nań jego dwaj koledzy. Nikogo to nie zdziwiło.

      Anioł uśmiechał się do mnie. Czasami, kiedy coś robił, bywał ANIOŁEM,
      czasami zaś Aniołem, kiedy był tylko ze mną. Teraz był znowu Aniołem. Poszliśmy
      ulicą do barku przekąskowego i zajęliśmy miejsca przy oknie frontowym, skąd
      jedząc nadal mogliśmy obserwować ulicę.

      Hamburger z serem i frytki, powiedziałam nie zadając sobie trudu, żeby
      spojrzeć na menu w plastykowych okładkach leżące na pojemniczku na serwetki.
      Anioł skinął głową.

      Tak myślałem, powiedział. A zatem ja to samo.

      Podeszła kelnerka z małym, cieniutkim bloczkiem, żeby przyjąć zamówienie.
      Chrząknęłam. Wydawało mi się, że nie używałam głosu od stu lat. - Dwa
      hamburgery z serem i dwa razy frytki - powiedziałam - i dwie filiżanki... -
      spojrzałam na nią i zaniemówiłam. Nie miała twarzy. Jak n i c , jak pustka od
      linii włosów do podbródka, łagodne, małe wypukłości, tam gdzie powinny być
      oczy, nos i usta. Anioł kopnął mnie pod stołem, ale delikatnie.

      - I dwie filiżanki kawy - powiedziałam.

      Nic nie odpowiedziała - bo jak mogła odpowiedzieć? - zanotowała sobie tylko,
      co zamówiłam, i odeszła. Wstrząśnięta do głębi spojrzałam na Anioła, ale on
      siedział niewzruszony jak zawsze.

      To nowo przybyła, wyjaśnił mi Anioł i rozsiadł się wygodnie w krześle.
      Jeszcze za wcześnie, żeby wykształciła się jej twarz. Ale jak ona oddycha?
      zapytałam.

      Porami skóry. Na razie nie potrzebuje jeszcze dużo powietrza. No tak, ale co
      z... to znaczy, czy inni ludzie nie w i d z ą , że ona tam nic nie ma ?

      Nie. To nie jest taki znowu nadzwyczajny stan.

      Tylko dlatego ty to zauważasz, bo jesteś ze mną. Przejmujesz ode mnie pewne
      rzeczy, ale nikt więcej tego nie dostrzega. Patrząc na nią widzą taką twarz,
      jaką spodziewają się zobaczyć u takiej jak ona osoby. I kiedyś ona będzie miała
      taką twarz.

      Ale ty masz twarz, powiedziałam. Zawsze miałeś twarz.

      Ja jestem inny, odparł Anioł.

      Pewnie, że jesteś inny, pomyślałam w duchu spoglądając na niego. Anioł miał
      piękną twarz. Tamtej nocy zabrałam go ze sobą do domu nie tylko dlatego, że
      miał piękną twarz - to miałam już dawno poza sobą - ale ona była w nim: jego
      uroda. Był piękny tak, jak powinien być piękny mężczyzna: szlachetne, czyste
      rysy, głęboko osadzone oczy, nieokreślony wiek. Istniał chyba tylko jeden
      sposób, w który można go było opisać - odwróć wzrok, a zapomnisz o wszystkim z
      wyjątkiem jego urody. Ale on miał twarz. M i a ł .

      Anioł poprawił się na krześle - kojarzyły mi się z czyimiś starymi krzesłami
      kuchennymi, na których nie można się wygodnie usadowić - i potrząsnął głową, bo
      wiedział, że dręczą mnie przykre myśli. Czasami można myśleć o czymś i nie być
      przygnębionym, a później myśleć o tym samym i popadać w przygnębienie. Anioł
      nie lubił, kiedy byłam przygnębiona z jego powodu.

      Masz papierosa? zapytał.

      Chyba tak.

      Obmacałam swoją kurtkę i znalazłszy prawie całą paczkę wręczyłam mu ją.
      Anioł zapalił i zabawiał nas oboje wypuszczając dym uszami i tocząc z oczu coś
      w rodzaju widmowych łez. Poczułam, że też łzawię; przetarłam oczy i znowu t o
      zobaczyłam, ale teraz wydobywało się ze mnie. Płakałam srebrnymi fajerwerkami.
      Strzepnęłam je na stolik i patrzyłam, jak parują i znikają.

      Czy to znaczy, że s t a j ę s i ę teraz tobą? spytałam.

      Anioł potrząsnął przecząco głową. Dym unosił się teraz z jego włosów. To
      tylko przechodzą na ciebie pewne cechy. Bo jesteśmy razem, a ty jesteś...
      podatna. Ale dla ciebie są one inne.

      Potem kelnerka przyniosła nasze dania i jak powiedziałby Anioł przeszliśmy
      do następnego etapu. Nadal nie miała twarzy, ale domyślałam się, że raczej
      nieźle widzi, bo rozstawiła wszystkie talerzyki na stoliku dokładnie tam, gdzie
      według mnie powinny stać, i położyła pośrodku blatu maleńki rachuneczek.

      Czy ona... chciałam spytać, czy znasz ją stamtąd, skąd...

      Anioł wykonał krótki przeczący ruch głową. Nie. Ona jest skądinąd. Nie
      należy do mojej... rasy. Odsunął swój talerzyk z hamburgerem i frytkami na moją
      stronę stolika. Tak było zawsze; ja zjadałam wszystko i jakoś to było.

      Wzięłam w rękę mojego hamburgera z serem i niosłam go do ust, kiedy w oczach
      coś mi zawirowało i zobaczyłam, że unoszą się za nim całe s z e r e g i
      hamburgerów, cyk-cyk-cyk, trikowa fotografia, tylko w rzeczywistości. Zamknęłam
      oczy, wtłoczyłam hamburgera w usta i przytrzymałam go tam czekając, aż dołączą
      do niego wszystkie pozostałe hamburgery.

      Wszystko będzie dobrze, powiedział Anioł. Uspokój się teraz.

      Odpowiedziałam z pełnymi ustami, że to było... było n i e s a m o w i t e .
      Czy ja kiedykolwiek przejdę nad tym do porządku dziennego ?

      Wątpię. Ale uczynię, co w mojej mocy, żeby ci w tym dopomóc.

      Tak, no tak, Anioł będzie w i e d z i a ł . To coś przechodzące na mnie; on
      potrafi to czuć lepiej niż ja. To z n
      • blind_librarian Re: Opowiadanko na łikend III b 28.08.05, 14:30
        To z n i e g o to przechodzi.

        Skończyłam już swojego hamburgera z serem i pół hamburgera Anioła, i
        zabierałam się za dwie nasze porcje frytek, kiedy zauważyłam, że Anioł patrzy
        przez okno z tym twardym, napiętym wyrazem twarzy.

        - Na co patrzysz? zapytałam.

        - Jedz, odpowiedział.

        Nie przerywałam jedzenia, ale i nie zaprzestawałam obserwacji. Anioł
        wpatrywał się w duży błękitny samochód zaparkowany przy krawężniku dokładnie
        przed wejściem do naszej knajpki. Był to srebrzystobłękitny pojazd, jeden z
        tych luksusowych modeli, i siedziała w nim kobieta wychylająca się zza
        kierownicy, żeby wyjrzeć przez okno po stronie pasażera. Była piękna w ten
        luksusowy sposób - kasztanowe włosy odrzucone do tyłu - i nawet z tej
        odległości widziałam, że ma turkusowe oczy. Naprawdę piękna kobieta. Czułam się
        bliska płaczu. O rany, jak jednym ludziom może się tak powodzić, kiedy
        tymczasem ja jestem zbyt nieszkodliwa, żeby żyć.

        Ale Anioł nie był ani trochę zachwycony jej widokiem. Wiedziałam, że nie
        chce, abym się odzywała, ale nie mogłam się powstrzymać.

        - Kto to jest?

        - Jedz, powiedział Anioł. Potrzebujemy tych protein, nawet takiej garstki.

        Jadłam i patrzyłam, jak Anioł i kobieta obserwują się nawzajem i jak
        nawiązuje się między nimi coś bardzo... no nie wiem, coś bardzo s p e c j a l n
        e g o , nawet przez szybę. I wtedy zahamował przy niej policyjny radiowóz i
        wiedziałam, że każą jej odjechać. Odjechała.

        Anioł opadł na oparcie krzesła i zapaliwszy następnego papierosa wydmuchiwał
        dym w regularny, niedbały sposób.

        Co będziemy robili dziś wieczór? spytałam Anioła, gdy wychodziliśmy z
        restauracji.

        Nie będziemy kusili złego, odparł Anioł, co było w jego ustach nową
        odpowiedzią. Większość nocy spędzaliśmy włócząc się bez celu i chłonąc wszystko
        z otoczenia. Chłonął głównie Anioł. Mnie przy nim też się trochę udawało, ale
        nie tak, jak jemu. To było dla niego inne. Czasami wykorzystywał mnie w
        charakterze swego rodzaju filtra. Innymi razy wchłaniał to bezpośrednio. Pewnej
        nocy akurat na moim rogu wydarzyła się poważna katastrofa samochodowa. Wielki
        stary Buick, przejeżdżając przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, rąbnął w
        czyjegoś eleganckiego Lincolna. Anioł musiał wchłonąć to bezpośrednio, bo ja
        nie nadawałam się do przesączenia tego rodzaju rzeczy. Nie pojmowałam, jak
        Anioł może to chłonąć, ale on to wchłonął. Starczyło mu tego też na parę dni i
        musiałam jeść tylko za siebie.

        To natężenie, moja mała, powiedział do mnie, jakbym oczekiwała od niego
        wyjaśnień.

        To natężenie, nieważne czy dobra, czy zła. Wszechświat nie zna pojęcia dobra
        ani zła, wie tylko, co to mniej i co więcej. Większości z was trudno się z tym
        pogodzić. Trudno ci, mała, ale ty spisujesz się lepiej od innych ludzi. Może
        dlatego, że jesteś, jaka jesteś. Wiele przeszłaś, nie miałaś w życiu wielu
        szans. Jesteś takim samym wyrzutkiem jak ja, tyle że na własnej ziemi.

        To mogła być prawda, ale przynajmniej b y ł a m s t ą d , a więc od tej
        strony było mi łatwiej. Ale nie powiedziałam tego Aniołowi. Sądzę, że dobrze mu
        było z myślą, iż potrafi radzić sobie w życiu tak samo jak ja, a może nawet i
        lepiej - to znaczy z myślą, że ja na przykład nie potrafiłabym tak po prostu
        spojrzeć na jakiegoś chłopaka w skórze i wydębić od niego dwudziestodolarowego
        banknotu. Oberwałabym raczej pięścią w twarz, albo i gorzej.

        Dzisiejszego wieczora nie wiodło mu się jednak tak dobrze; to przez tę
        kobietę w samochodzie. Wybiła go z rytmu, coś w tym rodzaju.

        Nie myśl o niej, powiedział Anioł, ni stąd, ni zowąd. Nie myśl o niej
        więcej.

        Okay, powiedziałam, czując ciarki przechodzące ~i po plecach, bo ciarki
        przechodziły mnie zawsze, kiedy Anioł zerkał do mojej głowy. I wtedy nie
        mogłam, rzecz jasna; skupić na niczym swoich myśli.

        Chcesz wrócić do domu? spytałam go.

        Nie, nie mogę teraz siedzieć w domu. Dziś wieczór zrobimy, co się da, ale
        muszę uważać ze sztuczkami. Tyle mnie kosztują i jeśli mamy nie kusić złego,
        mogę nie zdołać dostatecznie tego nadrobić.

        W porządku, powiedziałam. Już jadłam. Dziś wieczór niczego więcej mi nie
        potrzeba, nie musisz już nic robić.

        Na twarzy Anioła malował się teraz ten wyraz, co, jak wiedziałam, oznaczał;
        że pragnie mnie obdarowywać różnymi rzeczami, na przykład uczuciami, których
        już więcej nie mogłam mieć. Wspaniałomyślny był ten Anioł. Ale ja nie
        potrzebowałam tych uczuć, w odróżnieniu od innych ludzi, którym wyraźnie na
        nich zależało. Anioł jakby przez chwilę tego nie rozumiał, ale o nic nie
        zapytał.

        Mała, powiedział i niemal mnie dotknął. Anioł nie dotykał zbyt często. Ja
        mogłam go dotykać i to było w porządku, ale jeśli o n kogoś dotknął, to nie
        mógł już nie zrobić czegoś temu komuś, jak temu klientowi, który dał nam
        pieniądze. To było rozmyślne. Gdyby ten klient pierwszy dotknął Anioła,
        wszystko miałoby inny przebieg, nic by się nie wydarzyło, chyba że Anioł
        odwzajemniłby się mu dotknięciem. Sam dotyk znaczył dla Anioła coś, czego nie
        rozumiałam. Istniał też dotyk bez dotknięcia. Tak jak jak przechodzące na mnie
        rzeczy. A czasami, kiedy dotykałam Anioła, doznawałam uczucia, że dotknięcie
        było raczej jego niż moje, ale nie przywiązywałam do tego żadnej wagi. Ilu
        ludzi przeszło przez życie i nigdy nie miało okazji doknąć Anioła ?

        Szliśmy razem i wszędzie wokół nas ulica naprawdę budziła się dopiero do
        życia. Robiło się też zimniej. Usiłowałam ciaśniej otulić się kurtką. Anioł
        tego nie czuł. Ciepło i zimno niewiele zazwyczaj dlań znaczyły. Ponownie
        ujrzeliśmy tych trzech typków. Ten, od którego Anioł wydębił pieniądze, wsiadał
        do samochodu. Dwaj pozostali przyglądali się, jak odjeżdża, a potem poszli
        swoją drogą. Obejrzałam się na Anioła..

        Dlatego, że wzięliśmy od niego tę dwudziestkę, powiedziałam.

        Nawet gdybyśmy nie wzięli, odparł Anioł.

        Szliśmy więc dalej, Anioł i ja, i czułam, jak dzisiejszego wieczora jest
        inaczej, niż bywało we wszystkie inne wieczory, kiedy razem szliśmy lub
        staliśmy. Anioł był jakiś zamknięty w sobie i miałam wrażenie, że cały czas na
        mnie uważa i trzyma się mnie coraz bliżej. Dostrzegałam kątem oka coraz więcej
        tych fajerwerków, ale kiedy odwracałam głowę, żeby spojrzeć, znikały.
        Przypomniało mi to noc, kiedy spotkałam Anioła stojącego na moim rogu jak
        uosobienie cierpienia. Anioł powiedział mi później, że muszę mieć prawdziwy
        talent, bo wyczułam wtedy, że cierpi. Nigdy nie posądzałam siebie o
        jakiekolwiek talenty, ale sądząc po tym, jak wszyscy inni po prostu go
        ignorowali, wydaje mi się, iż musiałam mieć coś takiego, że go mimo wszystko
        zauważyłam.

        Anioł zatrzymał się kilka metrów za całonocną księgarnią. Nie patrz,
        powiedział. Spoglądaj na ulicę, albo gap się pod nogi, ale nie patrz, bo to się
        nie stanie.

        Akurat wtedy nie było na co spoglądać, ale i tak nie patrzyłam. Tak czasami
        się zdarzało: Anioł mówił, że to, czy będę na coś patrzyła, czy nie, zrobi
        jakąś różnicę; coś o innych ludziach świadomych tego, że ja zwracam na nich
        uwagę. Nie rozumiałam, ale wiedziałam, że Anioł ma zwykle rację. A więc kiedy
        ten facet wychodził z księgarni i obrywał pięścią w głowę, gapiłam się akurat
        na ulicę.

        Niemal to zauważyłam kącikiem oka. Jakieś zamieszanie, fruwające w powietrzu
        ramiona i nogi, postękiwania. Inni ludzie przystawali, żeby popatrzeć, ale ja
        nie odrywałam wzroku od ulicy i widziałam, jak niektóre samochody zwalniają, bo
        kierowcy chcieli przyjrzeć się lepiej bójce. Anioł stał obok mnie cały sztywny.
        Chłonął to, co nazywał wydatkowaniem emocjonalnej energii kinetycznej. Nie ma
        dobra, nie ma zła, mała, mawiał. To tylko energia, jak zresztą cała reszta
        wszechświata.

        Tak więc wchłaniał ją, a ja czułam, jak ją wchłania, i kiedy smakowałam to
        uczucie, jakaś srebrna mgła zaczęła spowijać moje gałki oczne i
        • blind_librarian Re: Opowiadanko na łikend III c 28.08.05, 14:31
          znalazłam się w dwóch miejscach na raz. Obserwowałam ruch uliczny i
          jednocześnie byłam w Aniele patrzącym na walkę, i czułam jak się ładuje niczym
          wielki akumulator.

          Było to uczucie, jakiego nigdy dotąd nie doznałam. Tych dwóch okładających
          się pięściami facetów - no nie, okładaniem zajmował się raczej jeden z nich;
          drugi miotał się rozpaczliwie usiłując się wywinąć spod razów tamtego i nie
          zarobić nokautującego ciosu w głowę, Anioł zaś napawał się tym widokiem, jak
          gdyby popijając z pustej filiżanki, w której mimo wszystko coś jeszcze zostało
          na dnie. Gdzieś głęboko w Aniele potężniało to, co podtrzymywało go na chodzie.

          Poddawałam się falom przepływającym tam i z powrotem pomiędzy nim a mną;
          można by to lepiej przyrównać do kołysania. Zastanawiałam się, skąd to
          pochodzi, bo Anioł mnie nie dotykał. Naprawdę staję się nim, pomyślałam; Anioł
          przechwycił moje myśli i odłożył odpowiedź na później. Miałam wrażenie, że
          podróżuję poprzez mgłę, będąc raz jednym, to znów drugim z nas, i trwało to
          chyba dłuższy czas, a potem, po chwili, znowu byłam bardziej sobą niż nim i
          mgła jakby się przerzedziła.

          I ujrzałam ten samochód, tym razem zaparkowany przodem w odwrotną stronę, a
          kobieta wysiadała z niego z szerokim, niesamowitym uśmiechem na ustach, jak
          gdyby coś właśnie wygrała na loterii. Pomachała na Anioła, żeby do niej
          podszedł.

          Diabli wzięli całkowicie łączącą nas więź i Anioł przemknął obok mnie
          uciekając w stronę przeciwną do tej, gdzie stał samochód. Pobiegłam za nim.
          Kątem oka zobaczyłam jeszcze, jak kobieta wskakuje z powrotem do wozu i chwyta
          za dźwignię zmiany biegów.

          Anioł nie był wielkim biegaczem. Coś dziwnego działo się z jego kolanami.
          Przebiegliśmy nie więcej jak jakieś trzydzieści metrów; kiedy zaczął się
          zataczać i usłyszałam, jak ciężko dyszy. Przeciął pusty i w większości ciemny
          parking niestrzeżony, który sąsiadował z jakimś parkingiem prywatnym, a
          otaczające oba place ogrodzenia usiłowały odciąć ten sam wąski pas
          pokiereszowanego trotuaru. Łatwo je było przesadzić, ale Anioł był zbyt
          przerażony. P r z e b i e g ł po prostu przez nie, zanim zdążył o tym pomyśleć;
          wiedziałam o tym, bo gdyby pomyślał, pragnąłby zachować to, czym się właśnie
          naładował, na chwilę, kiedy naprawdę będzie tego potrzebował.

          Ja musiałam przełazić przez ogrodzenie w normalny sposób i kiedy usłyszał,
          jak drapię się z grzechotem po obwisłej siatce, przystanął i się obejrzał.

          Uciekaj, powiedziałam do niego. Nie czekaj na mnie !

          Pokręcił ze smutkiem głową. Jestem głupcem, mała. Mogłem nauczyć się od
          ciebie czegoś więcej.

          Nie stój, uciekaj ! Pokonałam wreszcie płoty i znalazłam się po drugiej
          stronie. W nogi ! Przebiegając obok szarpnęłam go za rękaw i ruszył za mną
          ciężkim truchtem.

          Trzeba się gdzieś ukryć, powiedział, wtopić w tłum.

          Potrząsnęłam głową wiedząc, że gdyby udało nam się przebiec jeszcze jakieś
          cztery przecznice dalej, znaleźlibyśmy się przy kładce dla pieszych
          przerzuconej nad drogą szybkiego ruchu. Pod tą. kładką znajdowały się nasypy
          starej drogi, którą zamknięto po zbudowaniu autostrady. Można się tam było
          ukrywać do końca świata i nikt by cię nie znalazł. Ale Anioł kazał mi skręcić w
          prawo i biec wzdłuż domów do rozsypującej się rudery zwanej "Barem u Stasia".
          Nigdy tam jeszcze nie byłam - nie mam skłonności do odwiedzania takich
          spelunek - ale Anioł tak nalegał, że nie potrafiłam się mu przeciwstawić.

          W środku panował zaduch i mrok, i nie było zbyt przytulnie. Podeszliśmy z
          Aniołem do końca baru i stanęliśmy w świetle krwistoczerwonej lampy, a on
          zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy.

          Wystarczy na po jednym drinku na osobę, powiedział. ja nic nie chcę.

          Możesz napić się wody sodowej, albo coś w tym rodzaju. Anioł złożył
          zamówienie u zerkającego na nas podejrzliwie barmana. To był lokal dla stałych
          bywalców i nikogo więcej, a już na pewno nie dla takich jak ja i Anioł. Anioł
          wyczuwał to jeszcze silniej ode mnie, ale stał nie dając niczego po sobie
          poznać i sączył drinka nie patrząc na mnie. Był całkowicie pogrążony w myślach,
          a ja majaczyłam tylko gdzieś na obrzeżach jego podświadomości. Widziałam, że
          nadal jest porządnie wystraszony i stara się obmyśleć jakiś plan działania. O
          ile się nie myliłam, to jeśli musi wiać gdzieś naprawdę daleko, będzie miał
          problem, i ja też. Będzie musiał mnie holować, a to nie było w tej sytuacji
          zbyt wygodne.

          Może żałował teraz, że nie chciał pójść ze mną do domu. Ale wtedy był tak
          słaby, a teraz, po całym tym filtrowaniu i robocie, jaką dla niego odwaliłam,
          nie mógł tak po prostu mnie zostawić, bo sprawiłoby to mu wiele bólu.

          Zachodziłam w głowę, jak by mu teraz pomóc, kiedy znowu podszedł barman i
          obrzucił nas spojrzeniem, które oznaczało, że albo coś jeszcze zamawiamy, albo
          wynocha, przy czym jemu bardziej by odpowiadało, żebyśmy się jednak wynieśli.
          Tak samo zresztą, jak każdemu z pozostałych gości. Kilka osób stojących przy
          barze nie patrzyło na nas, ale dobrze wiedzieli, gdzie jesteśmy, tak jak się
          wie, gdzie jest obolałe miejsce. Nietrudno było też wydedukować, co sobie o nas
          myślą; może ze względu na mnie, a może ze względu na piękną twarz Anioła.

          Musimy wyjść, powiedziałam do Anioła, ale on wbił sobie do głowy, że znalazł
          tu dobrą kryjówkę. Nie starczyło pieniędzy na jeszcze dwa drinki, uśmiechnął
          się więc do barmana, przesunął dłonią po kontuarze i położył ją na dłoni
          tamtego. To było dość niebezpieczne; barmani i kelnerki wymagają większego
          zachodu, bo nie leży w ich naturze, aby podawać coś komuś za darmo.

          Barman spojrzał na Anioła spod półprzymkniętych powiek. Sprawiał wrażenie,
          że się zastanawia. Ale Anioł zmarnował już wiele energii przechodząc przez
          ogrodzenie z marszu zamiast pokonać je górą, a strach nie pozwalał mu się
          skoncentrować i już wiedziałam, że się nie uda. A może przeważyło to, że
          wiedziałam.

          Wolna ręka barmana wsunęła się pod kontuar i wynurzyła stamtąd z małą
          pałką. - A masz ! - wrzasnął i rąbnął Anioła tuż nad uchem. Anioł zatoczył się
          na mnie i oboje runęliśmy na podłogę. Sporo tu emocjonalnej energii
          kinetycznej, pomyślałam ni w pięć ni w dziewięć widząc, jak rzucają się na nas
          faceci stojący dotąd przy barze, a potem nic już nie myśląc zwinęłam się w
          kłębek pod ich pięściami i butami.

          Mieliśmy szczęście, że nie byli w nastroju, by kogoś zatłuc na śmierć. Anioł
          wyleciał przez drzwi pierwszy, a ja za nim. Gdy tylko na nim wylądowałam,
          wiedziałam już, że oboje popadliśmy w tarapaty; coś w nim pękło. A mieliśmy nie
          kusić złego. Zlazłam z niego i leżałam na chodniku wpatrując się w niebo i
          usiłując złapać oddech. W ustach i nosie czułam krew, a ból w plecach był nie
          do zniesienia.

          Aniele? odezwałam się po chwili.

          Nie odpowiedział. Czułam, jak mój umysł wymyka się spod kontroli i galopuje,
          jakby mózg wyciekał mi przez uszy. Pomyślałam o kliencie, od którego
          wydębiliśmy pieniądze, i jak bałam się jego i jego kolesiów, i jakie to było
          głupie. Ale przecież byłam zbyt nieszkodliwa, żeby żyć.

          Gwiazdy tryskały na mnie srebrnymi fajerwerkami. Nie pomogło.

          Aniele? powiedziałam znowu.

          Przekręciłam się na bok, żeby go sięgnąć, i spostrzegłam ją. Samochód stał
          zaparkowany przy krawężniku, a ona, trzymając Anioła pod pachy, ciągnęła go w
          kierunku otwartych drzwi od strony pasażera. Trudno było powiedzieć, czy jest
          przytomny, czy nie, i to mnie przeraziło. Usiadłam.

          Zatrzymała się wciąż podtrzymując Anioła. Patrzyłyśmy sobie w oczy i
          zaczynałam rozumieć.

          - Pomóż mi wsadzić go do samochodu - odezwała się w końcu. Głos miała
          twardy, matowy i nienaturalny. - Potem też możesz wsiąść. Na t y 1 n e
          siedzenie.

          Nie miałam siły, żeby się z nią handryczyć. Zresztą lepiej będzie dla
          Anioła, jeśli jej pomogę. Wstałam. Przeszedł mnie tak stra
          • blind_librarian Re: Opowiadanko na łikend III d 28.08.05, 14:32
            że omal znowu nie upadłam, ale chwyciłam Anioła za kostki stóp. Miał takie
            delikatne kostki, prawie kobiece, jak j e j . Nie na wiele zdała się moja
            pomoc, tyle tylko, że umieściłam w środku jego stopy, ona zaś posadziła go na
            siedzeniu i przypięła pasami bezpieczeństwa. Wgramoliłam się na tylne
            siedzenie, a ona tymczasem obiegła wóz zmierzając do drzwi od strony kierowcy.
            Kroki miała lekkie i raźne, jakby przed chwilą znalazła na chodniku milion
            dolarów.

            Byliśmy już na autostradzie, kiedy Anioł poruszył się wreszcie na siedzeniu.
            Jego głowa przetaczała się bezwładnie tam i z powrotem po oparciu fotela.
            Wyciągnęłam rękę i dotknęłam lekko jego włosów, mając nadzieję, że nieznajoma
            tego nie zauważy. Dokąd mnie wieziesz? spytał Anioł.

            - Na przejażdżkę - odparła kobieta. - Krótką. Dlaczego ona mówi głośno?
            spytałam Anioła.

            Bo wie, że sprawia mi to przykrość.

            - Wiesz przecież, że mówiąc na głos potrafię lepiej formułować myśli -
            odezwała się kobieta. - Nie jestem taka, jak któreś z tych twoich marnych
            podopiecznych. - Spojrzała na mnie w lusterku wstecznym. - Co porabiałeś,
            kochanie, od kiedy odszedłeś? To chłopak, czy dziewczyna?

            Udawałam, że nic mnie nie obchodzą jej słowa albo że jestem zbyt
            nieszkodliwa, aby żyć, albo cokolwiek z tych rzeczy, ale sądząc po tym, jak to
            powiedziała, miała to być szpilka.

            Przyjaciółmi mogą być i dziewczyny, i chłopcy, powiedział Anioł. To nie ma
            znaczenia. Dokąd nas wieziesz?

            Teraz powiedział n a s . Pomimo wszystko omal się nie uśmiechnęłam.

            - Nas? Chodzi ci o mnie i o siebie? A może naprawdę masz na myśli tego
            swojego pieszczocha z tylnego siedzenia?

            Moja przyjaciółka i ja jesteśmy razem. Ty i ja n i e . Ton, jakim powiedział
            to Anioł, sprawił, że pomyślałam, iż chodzi mu o coś więcej niż "nie razem";
            tak jakby był z nią kiedyś tak, jak był teraz ze mną. Anioł dał mi do
            zrozumienia, że się nie mylę. Srebrne fajerwerki zaczęły spływać wolno z jego
            głowy na oparcie siedzenia i wiedziałam, że coś z tym nie tak. Było tego za
            dużo na raz.

            - Dlaczego nie mówisz do mnie głośno, kochanie? - powiedziała kobieta z
            fałszywie brzmiącą opryskliwością. - Powiedz tylko kilka słów, a będę
            szczęśliwa. Masz rozkoszny głos, kiedy się nim posługujesz.

            To była prawda, ale Anioł nigdy nie odzywał się na głos, o ile nie było to
            naprawdę konieczne, jak wtedy, gdy zamawiał u barmana. Co prawdopodobnie
            pomogło barmanowi zdecydować się w końcu, co sądzi na nasz temat, ale
            roztrząsanie tego teraz było bezcelowe.

            - No dobrze - odezwał się Anioł i wiedziałam, że wysiłek, jaki w to wkłada,
            jest dla niego zabójczy. - Powiedziałem kilka słów. Jesteś zadowolona? - Zwisł
            wyczerpany na pasie bezpieczeństwa.

            - Jestem w ekstazie. Ale i tak cię nie puszczę. Podrzucę twojego pieszczocha
            do najbliższego szpitala, a potem pojedziemy do domu. - Zerknęła na Anioła znad
            kierownicy. - Tak mi cię brakowało. Nie mogę w y t r z y m a ć bez ciebie, bez
            twoich sztuczek. Bez tych małych cudów. Wiedziałeś, że się do tego
            przyzwyczaiłam; do wszystkiego, co możesz czynić ludziom. I wtedy nagle
            odszedłeś, nie wiem, co ci się stało. A to b o 1 i. W jej głosie pojawił się
            jakiś żal, jakaś dziecinna skarga. - Naprawdę cierpiałam. Ty pewnie też.
            Prawda? No powiedz, cierpiałeś ?

            Tak, powiedział Anioł. Ja też cierpiałem.

            Przypominam sobie, jak stał na moim rogu, gdzie dopóki się nie pojawił,
            zawsze przebywałam sama. Stał tam pełen cierpienia. Nie wiedziałam wtedy
            dlaczego ani przez co; zabrałam go po prostu do domu i po jakimś czasie
            przestał cierpieć. Chyba wtedy, kiedy zadecydował, iż zostaniemy razem.

            Srebrzysta struga płynąca po oparciu fotela stawała się coraz obfitsza.
            Podstawiłam pod nią złożone w muszelkę dłonie i odniosłam wrażenie, że mój mózg
            rozjaśnia się obrazami. Ujrzałam Anioła takiego, jakim był, zanim stał się moim
            Aniołem, jeszcze w tym naprawdę ładnym domu, domu kobiety, i jak zabierała go w
            różne miejsca, do restauracji, do sklepów, na przyjęcia, myśląc do niego
            naprawdę intensywnie, tak że był jej pełen i musiał robić wszystko, czego
            zażądała. Kradł czasami; innym razem robił ludziom głupie kawały: na przykład
            ni z tego ni z owego zaczynali śpiewać, albo rozbierać się. To zdarzało się
            przeważnie na przyjęciach, chociaż raz sprawił, że kelner, którego nie lubiła,
            sparzył się dzbankiem gorącej kawy. Dzięki Aniołowi miała też mężczyzn, którzy
            szli z nią do łóżka w przekonaniu, że to najlepszy pomysł na świecie. Potem
            kazała Aniołowi pokazać sobie innych, tych, co zostali tu zesłani jak on, za
            zbrodnie, których nikt nie był w stanie pojąć, takich jak ta kelnerka bez
            twarzy. Patrzyła na nich, czasami próbowała zrobić im coś takiego, żeby czuli
            się nieprzystosowani lub nieszczęśliwi. Ale przeważnie tylko się im
            przyglądała.

            Nie od samego początku tak było, powiedział cicho Anioł i wiedziałam, że
            czuje się zawstydzony.

            W porządku, powiedziałam mu. Ludzie z początku mogą wyglądać na porządnych,
            wiem to. Potem odkrywają, kim jesteś.

            Kobieta roześmiała się. - Jacy wy jesteście słodcy i wzruszający. Jak dwójka
            małych dzieci. Domyślam się, że tego właśnie było ci trzeba, prawda, kochanie?
            Tylko że dzieci też mogą być okrutne, czyż nie? A więc masz to nareszcie: s t w
            o r z o n k o dla siebie. - Zwalniając nieco spojrzała znowu na mnie w lusterku
            wstecznym i przez chwilę bałam się, że zobaczy, co robię ze srebrzy stym
            fluidem nadal wypływającym z Anioła. Było go coraz mniej, Czasu nie pozostało
            wiele. Chciałam krzyknąć, wiedząc, co się za chwilę stanie, ale Anioł uspokoił
            mnie. - A swoją drogą, co ci się przytrafiło?

            Powiedz jej, rzekł Anioł. Wiedziałam, że chodzi mu o zyskanie na czasie, o
            zajęcie jej czymś.

            Taka się już urodziłam, powiedziałam. Przyszłam na świat z dwiema płciami.

            - Obojnak! - wykrzyknęła z niekłamanym zachwytem. Ona uwielbia wynaturzenia,
            powiedział Anioł, ale kobieta nie zareagowała.

            Zrobili mi operację, ale się nie udała. Usiłowali coś jeszcze poprawić, ale
            moje ciało nie radziło sobie najlepiej z przemianą materii, czy coś w tym
            rodzaju. Rodzice się mnie wstydzili. Po jakimś czasie uciekłam z domu.

            - Biedactwo - powiedziała wcale tak nie myśląc. Byłaś w ł a ś n i e t y m ,
            czego potrzebował obecny tu skarb, prawda? Takie małe nic, żadnych wymagań,
            żadnych pragnień. Nic. - Jej głos stwardniał nagle. - Zdaje mi się, że teraz
            potrafiliby cię wyleczyć, wiesz?

            Nie chciałam. Pogodziłam się z tym już dawno temu, nie potrzebowałam tego.

            - W p r o s t idealny pieszczoch dla ciebie - powiedziała do Anioła. -
            Przykro mi, że muszę was rozdzielić. Ale nie mogę teraz zajmować się obojgiem.
            Życie jest takie nużące. I puste. L.. - Sprawiała wrażenie zakłopotanej. - I
            nie ma po co żyć, od kiedy mnie opuściłeś.

            To nie ja, powiedział Anioł. To ty mnie opuściłaś.

            - O nie, sam wiesz, że wiele w tym twojej winy. Wiesz, że nie możecie żyć
            bez istot ludzkich, wiecie to, kiedy tu przybywacie... kiedy was tu przysyłają.
            Hej, pieszczoszku, wiesz, jaką on popełnił zbrodnię, dlaczego zesłali go na
            kolonię karną na tej zabitej dechami planecie?

            Tak, wiem, powiedziałam. Tak naprawdę to nie wiedziałam, ale nie zamierzałam
            się przed nią do tego przyznawać.

            - I co ty na to, bezpłciowy pieszczoszku? - powiedziała wesoło, dociskając
            pedał gazu i przyśpieszając. - Ca sądzisz o zbrodni polegającej na odmowie
            udziału w prokreacji?

            Anioł wydał przytłumiony jęk i chwycił za kierownicę. Samochód skręcił
            gwałtownie, a mnie wcisnęło w oparcie. Srebrzysty fluid sączący się z Anioła
            zalał mnie całą. Usiłowałam zgarniać go do ust, tak jak to już robiłam, ale
            wszędzie go było pełno. Usłyszałam chrzęst opon zjeżdżających z szosy na
            pobocze. Coś rąbnęło w bok samochodu, prawdopodobnie barierka ochronna, i wozem
            zarzuciło t
            • blind_librarian Re: Opowiadanko na łikend III e 28.08.05, 14:34
              tak, że spadłam z siedzenia na podłogę. Siedząca za kierownicą kobieta
              wrzeszczała i klęła na czym świat stoi, Anioł zaś wydawał jakieś dźwięki, ale
              rozlegały się one tylko w mojej głowie, niczym zawodzenie. Cokolwiek się stało,
              to musiało być to. Anioł opowiadał mi już jakiś czas temu, po tym, jak zabrałam
              go do domu, że oni, zesłańcy z jego świata i innych planet, przybywszy tu nie
              żyją długo. Prześladuje ich wciąż zły los, nawet jeśli znajdą sobie kogoś
              takiego, jak ja czy ta kobieta. Giną w wypadkach, albo zabijają ich tutejsi
              ludzie. Jak antyciała w ciele ludzkim odrzucające przeszczep albo walczące z
              chorobą. Ja byłam stąd, ale wszystko wskazywało na to, że zginę w wypadku
              samochodowym razem z Aniołem i kobietą. Było mi w tej chwili wszystko jedno.

              Wóz na kilka sekund zjechał z powrotem na autostradę, a potem znowu zboczył
              na prawo. Nagle pod kołami otworzyła się pustka i po chwili spadliśmy na coś,
              nie na drogę, ale na ziemię, trawę, czy coś, podskakując jak szaleni w górę i w
              dół. Wciągnęłam się z powrotem na tylne siedzenie akurat na czas, żeby zobaczyć
              pędzący na nas pod kątem znak drogowy. Jego narożnik zaczynał właśnie przebijać
              przednią szybę od strony kobiety, a potem przez długi czas widziałam tylko
              największy ze wszystkich pokaz sztucznych ogni.

              Trudno było obchodzić się z nim delikatnie. Każdy ruch był cierpieniem, ale nie
              chciałam zostawić go tak w samochodzie obok niej, nawet jeśli była martwa. To
              że siedziałam na tylnym siedzeniu, uchroniło mnie przed główną falą okruchów
              szkła z roztrzaskanej szyby, ale i tak wytrząsnęłam ich sporo z włosów, a
              uderzenie nie wyszło na dobre moim plecom.

              Położyłam Anioła na wygniecionej trawie w niewielkiej odległości od
              samochodu i rozejrzałam się dookoła. Znajdowaliśmy się jakieś sto metrów od
              autostrady, w pobliżu biegnącej do niej równolegle drogi lokalnej. Było ciemno,
              ale mogłam jeszcze odczytać znak, który stłukł przednią szybę i rozłupał na
              dwoje głowę kobiety. Głosił on: "Roboty Drogowe. Zmniejsz Szybkość". Daleko na
              tej drugiej drodze dostrzegłam migoczące żółte światełko i z początku
              przestraszyłam się, że to policja albo coś takiego, ale nie poruszało się i
              pojęłam, że to pewnie ta budowa.

              - Przyjaciółko - wyszeptał Anioł wprawiając mnie w osłupienie. Nigdy nie
              zwracał się do mnie na głos, bezpośrednio. Nic nie mów, powiedziałam pochylając
              się nad nim i starając się wymyśleć jakiś sposób, żeby go dotknąć, po prostu na
              pocieszenie. Nic innego nie mogłam już dla niego zrobić.

              - Muszę - ciągnął wciąż szeptem. - Wszystko się niemal wyczerpało. Zebrałaś
              to?

              Większość, powiedziałam. Nie wszystko.

              - Chciałem, żeby to było dla ciebie.

              Wiem.

              - Nie wiem, czy to ci się na coś przyda. - Przy oddychaniu bulgotało mu
              dziwnie w gardle. Na jego ustach widziałam coś wilgotnego i połyskliwego, lecz
              to nie były srebrne fajerwerki. Ale jest teraz twoje. Możesz z tym zrobić, co
              chcesz. Żyj z tym tak, jak ja z tym żyłem. Używaj, ile ci potrzeba, kiedy tylko
              zajdzie konieczność. Ale możesz przy tym żyć jak istota ludzka. Jeść. Pracować.
              Możesz robić, co chcesz i jak chcesz.

              Nie jestem istotą ludzką, powiedziałam. Chociaż jestem stąd, nie jestem
              istotą ludzką bardziej niż ty.

              - Mylisz się, mała, jesteś. Nie uczyniłem cię ani trochę mniej ludzką -
              powiedział i zakasłał. - Nie żałuję, że nie chciałem spółkować. Nie mógłbym
              tego robić z kimś z mojej rasy. Byłoby w tym zbyt... nie wiem, jak to określić,
              zbyt mało mnie, zbyt dużo ich, coś w tym rodzaju. Nie mogłem się wiązać, to nie
              byłoby niczym więcej poza pustką. To Wielki Grzech być niezdolnym do dawania,
              bo Wszechświat zna tylko pojęcia więcej albo mniej, a ja pragnąłem, żeby to
              było dobro albo zło. A więc zesłali mnie tutaj. Ale wiesz, w końcu dopięli
              swego, mała. - Przez chwilę czułam na sobie jego dłoń, która potem znowu
              opadła. - Mimo wszystko zrobiłem to. Tyle że nie z kimś z moich.

              Bulgotanie w jego gardle ustało. Siedziałam przez chwilę przy nim w
              ciemnościach. W końcu poczułam to, anielski fluid. Był drgająco-burzliwy, jak
              za dużo kawy na pusty żołądek. Zamknęłam oczy i położyłam się na trawie
              dygocząc. Być może sprawił to szok, ale raczej nie. Srebrne fajerwerki
              rozjarzyły się, tym razem w mojej głowie, a z nimi pojawiło się mnóstwo
              obrazów, których nie rozumiałam. Coś o Aniele i miejscu, z którego przybył, i o
              sposobie, w jaki spółkowali. Przypominało to bardzo rzeczy, które Anioł i ja
              robiliśmy będąc razem. Wyglądali bardzo podobnie do nas, ale istniało też wiele
              różnic, rzeczy, których nie potrafiłam określić. Nie potrafiłam też zrozumieć,
              jak go tu przysłali ś w i a t ł e m , w małych wiązkach, czy jakoś tak. Nie
              miało to dla mnie żadnego sensu, ale domyślałam się, że Anioł mógł być
              światłem. Srebrnymi fajerwerkami.

              • blind_librarian Re: Opowiadanko na łikend III f 28.08.05, 14:38
                Musiałam stracić przytomność, bo kiedy otworzyłam oczy, miałam wrażenie, że
                leżę tak od dłuższego czasu. Ale było wciąż ciemno. Usiadłam i wyciągnęłam
                rękę, żeby dotknąć Anioła, myśląc, że powinnam ukryć jego ciało.

                Nie było go. Tam gdzie leżał, pozostała tylko kupka jakiegoś wilgotnego,
                sypkiego popiołu.

                Spojrzałam na samochód i na nią. Wszystko to wciąż tam jeszcze było. Ktoś to
                niedługo zauważy. Nie chciałam być wtedy w pobliżu.

                Byłam nadal cała obolała, ale zdołałam dowlec się do tej drugiej drogi i
                ruszyłam pieszo z powrotem w kierunku miasta. Chyba to teraz c z u ł a m , tak
                jak musiał czuć to Anioł, coś wibrującego jak bęben, albo dźwięczącego jak
                dzwon wszystkimi rodzajami zjawisk, śmiechem i płaczem, miłością i nienawiścią,
                troską i czym tam jeszcze, co przytrafia się ludziom. To było to, co chłonął
                Anioł; energia, którą, jeśli chciałam, mogłam teraz też wchłaniać.

                Wiedziałam, że wchłanianie jej w ten sposób będzie wspanialsze od
                wszystkiego, co mają inni ludzie, wspanialsze od wszystkiego, co mogłabym mieć,
                gdyby wiele lat temu nie stało się ze mną to, co się stało.

                Nie byłam wcale pewna, czy tego chcę. Jak Anioł odmawiający spółkowania tam,
                skąd przybył. On nie chciał tam, a ja nie mogłam tu. Z tym, że teraz byłam
                zdolna do czegoś więcej.

                Nie byłam wcale pewna, czy tego chcę. Ale nie wierzyłam też, że zdołam się
                powstrzymać, tak jak nie mogłam powstrzymać bicia mego serca. Być może nie był
                to naprawdę taki dobry czy taki niezbędny dar. Ale było tak, jak powiedział
                Anioł: wszechświat nie zna pojęcia dobra czy zła, wie tylko, co to więcej i co
                mniej. Tak. Słyszałam t o .

                Pomyślałam o kelnerce bez twarzy. Mogłam teraz odszukać ich wszystkich,
                wszystkich tych z innych miejsc, z innych światów, które ich wygnały za jakieś
                niepojęte zbrodnie, których natury nikt tu nie zrozumie. Mogłam odnaleźć ich
                wszystkich. Wy przepędzacie swoich wyrzutków, powiedziałabym im, ale my tutaj p
                o z w a 1 a m y z o s t a ć naszym. I oto tak właśnie. Tak właśnie żyje się we
                wszechświecie, który zna tylko pojęcie więcej lub mniej.

                Szłam w kierunku miasta.


                Źródło: Pat Caddigan, Wzory, tłum. Jacek Manicki, wyd.Arteria

                Usilnie polecam zarówno ten zbiorek opowiadań (Patterns), jak i powieść
                Wgrzesznicy (Synners), bo pani jest jedną z ciekawszych postaci współczesnego
                SF i generalnie ma parę ciekawych rzeczy do napisania, szcególnie w tematach
                człowiek vs technologia.
                Pozdrowienia:)

                Za tydzień cos krótszego:)
    • braineater Re: Opowiadanko na łikend IV 04.09.05, 17:14
      Kurt Vonnegut

      Pies Tomasza Edissona

      Pewnego słonecznego ranka w Tampa na Florydzie na ławce w parku siedziało dwóch
      starszych panów. Jeden z nich usiłował czytać książkę, której lektura sprawiała
      mu wyraźną przyjemność, podczas gdy drugi, Harold K. Bullard, opowiadał mu
      historię swego życia pełnymi, krągłymi zdaniami człowieka nawykłego do
      publicznych wystąpień. U ich stóp leżał wodołaz Bullarda, który zwiększał
      jeszcze udrękę przymusowego słuchacza, trącając swoim wielkim wilgotnym nosem o
      jego nogi.
      Bullard, który przed przejściem na emeryturę miał sukcesy w wielu
      dziedzinach, z przyjemnością dokonywał przeglądu swego życiorysu. Musiał jednak
      liczyć się z faktem, który tak komplikuje życie ludożercom – mianowicie, że nie
      można wielokrotnie wykorzystywać tej samej ofiary. Każdy, kto raz zetknął się z
      Bullardem i jego psem, później omijał już ich z daleka.
      Tak więc Bullard codziennie wyruszał do parku na poszukiwanie nowych twarzy.
      Tego dnia szczęście mu dopisało – od razu zoczył człowieka wyraźnie świeżo
      przybyłego na Florydę, gdyż nie zdążył się jeszcze rozstać z grubą marynarką,
      sztywnym kołnierzykiem i krawatem, i nie znalazł sobie nic lepszego do roboty
      niż czytanie książki.
      – Tak – mówił Bullard, kończąc pierwszą godzinę swego monologu – pięciokrotnie
      dorobiłem się majątku i pięciokrotnie go straciłem.
      – Już to słyszałem – powiedział nieznajomy, którego Bullard nie spytał nawet o
      nazwisko. – Leżeć, leżeć zawołał do psa, zdradzającego coraz bardziej agresywne
      zamiary co do jego nóg.
      – Tak? Już to panu mówiłem? – zdziwił się Bullard.
      – Dwa razy.
      – Dwa razy na nieruchomościach, raz na złomie, raz na nafcie i raz na
      transporcie.
      – Już to słyszałem.
      – Tak? A, rzeczywiście. Dwa razy na nieruchomościach, raz na złomie, raz na
      nafcie i raz na transporcie. Nie wy rzekłbym się ani jednego dnia ze swego
      życia.
      – Bardzo słusznie – powiedział nieznajomy. – Przepraszam, ale czy nie mógłby
      pan odsunąć psa trochę dalej?
      – Jego? – spytał Bullard zdumiony. – Najmilszy pies na świecie. Nie ma powodów
      do obaw.
      – Ja się nie boję. Po prostu denerwuje mnie, jak bez przerwy obwąchuje moje
      kostki.
      – Plastyk – powiedział Bullard chichocząc.
      – Proszę?
      – Plastyk. Musi pan mieć coś plastykowego. Słowo daję, to muszą być te guziczki
      przy podwiązkach. Założę się, że są plastykowe. Ten pies jest zwariowany na
      punkcie plastyku. Nie wiem, skąd mu się to bierze, ale wywącha i znajdzie
      najmniejszą drobinę plastyku. Widocznie jego organizm odczuwa potrzebę tego,
      chociaż niech skonam, on lepiej się odżywia niż ja. Kiedyś zżarł cały
      plastykowy worek, uwierzy pan w coś takiego? To jest teraz interes, którym
      warto by się zająć, ale niestety pigularze zalecili mi spokój.
      – Może pan przywiązać psa pod tamtym drzewem – powiedział nieznajomy.
      – Diabli mnie biorą, jak patrzę na tę dzisiejszą młodzież! – mówił Bullard. –
      Ciągle tylko narzekają, że nie mogą się wyżyć. Nigdy jeszcze nie było tyle
      możliwości działania co dzisiaj. Wie pan, co by powiedział Horacy Greeley,
      gdyby żył?
      – On ma mokry nos – powiedział nieznajomy i schował nogi pod ławkę, ale pies
      podczołgał się bliżej, niezmożony w swoich poszukiwaniach. – Leżeć! Poszedł!
      – Mokry nos jest u psa oznaką zdrowia – powiedział Bullard. – Zamiast „Na
      Zachód, młody człowieku!”, dzisiaj Greeley zawołałby: „Na plastyk, młody
      człowieku! Na atom, młody człowieku!”
      Pies zlokalizował ostatecznie plastykowe guziczki na podwiązkach
      nieznajomego i teraz przekrzywiał głowę raz w jedną stronę, raz w drugą,
      zastanawiając się, jak tu najlepiej dobrać się do tych smakołyków.
      – Fuj! – zawołał nieznajomy.
      – „Na elektronikę, młody człowieku!” – perorował Bullard. – Nie mówcie mi o
      braku możliwości. Na każdym kroku otwierają się nowe horyzonty. Kiedy ja byłem
      młody, człowiek musiał sam sobie szukać szansy i wczepić się w nią pazurami.
      Dzisiaj...
      – Przepraszam – powiedział nieznajomy stanowczo, po czym zatrzasnął książkę,
      wstał i uwolnił nogi z psich uścisków. – Muszę już iść. Do widzenia panu!

      Nieznajomy odszedł oglądając się za siebie, znalazł wolną ławkę, usiadł i z
      westchnieniem ulgi pogrążył się w lekturze. Jego oddech właśnie wrócił do
      normy, kiedy znowu poczuł na nodze dotknięcie mokrego nosa.
      – O, to pan! – zawołał Bullard siadając. – To on pana wywęszył. Szedł jakimś
      tropem i pozwoliłem mu się prowadzić. Na czym to stanęliśmy? – Rozejrzał się z
      aprobatą. – Nie dziwię się, że pan zmienił miejsce. Tam było za duszno na
      przyjemną pogawędkę, ani śladu przewiewu.
      – Czy ten pies dałby mi spokój, gdybym mu kupił plastykowy worek? – spytał
      nieznajomy.
      – Świetny kawał, świetny kawał – powiedział Bullard przyjaźnie. Nagle klepnął
      nieznajomego po kolanie. – Hej, pan chyba nie pracuje w plastyku, co? Ja się tu
      wymądrzam o plastyku, a to może jest pańska specjalność.
      – Moja specjalność? – powiedział nieznajomy z błyskiem w .oku, odkładając
      książkę. – Ja nigdy nie miałem specjalności. Nigdy nigdzie nie zagrzałem
      miejsca od dnia, kiedy skończyłem dziewięć lat, od czasu kiedy Edison założył
      laboratorium w sąsiednim domu i pokazał mi swój przyrząd do pomiaru
      inteligencji.
      – Edison? – spytał Bullard. – Tomasz Edison, ten wynalazca?
      – Jeśli panu zależy, może go pan tak nazywać.
      – Jeśli mi zależy? – roześmiał się Bullard. – Myślę, że tak. Ojciec żarówki
      elektrycznej i Bóg wie jeszcze czego. – Jeśli chce pan wierzyć, że to on
      wynalazł żarówkę, to proszę bardzo. Nie ma w tym nic złego – powiedział
      nieznajomy i otworzył książkę.
      – Co to ma znaczyć? – spytał Bullard podejrzliwie. Czy to jakiś żart? Co to za
      przyrząd do pomiaru inteligencji? Nigdy o tym nie słyszałem.
      – Nie mógł pan słyszeć. Edison i ja obiecaliśmy zachować to w tajemnicy. Ja nie
      powiedziałem nikomu. Edison złamał słowo i powiedział Fordowi, ale Ford wymusił
      na nim obietnicę, że dla dobra ludzkości nigdy już o tym nie wspomni.
      Bullard był zafascynowany.
      – Ten... ten przyrząd do pomiaru inteligencji mierzył inteligencję, prawda?
      – To była elektryczna maselnica.
      – Nie, poważnie – naglił Bullard.
      – Może nawet dobrze byłoby z kimś o tym porozmawiać – powiedział nieznajomy. –
      Bardzo ciężko jest dusić coś takiego latami. Ale skąd mogę mieć pewność, że to
      nie pójdzie dalej?
      – Daję panu słowo dżentelmena – zapewnił nieznajomego Bullard.
      – Myślę, że trudno uzyskać lepszą gwarancję – powiedział nieznajomy z powagą.
      – Może pan być spokojny – powiedział z dumą Bullard. – U mnie jak w grobie.
      – A więc dobrze. – Nieznajomy odchylił się na oparcie i przymknął oczy,
      przygotowując się do podróży w przeszłość. Milczał tak chyba z minutę, podczas
      gdy Bullard wpatrywał się w niego z szacunkiem.
      – Było to jesienią tysiąc osiemset siedemdziesiątego piątego roku – zaczął
      wreszcie nieznajomy cichym głosem. – We wsi Menlo Park, w stanie New Jersey.
      Miałem wtedy dziewięć lat. W sąsiednim domu założył sobie laboratorium młody
      człowiek, którego wszyscy uważaliśmy za czarownika, bo stale tam coś błyskało,
      wybuchało i działy się różne przerażające rzeczy. Wszystkie dzieci w okolicy
      anioły przykazane trzymać się z daleka od czarownika i nie denerwować go
      hałasami.
      Edisona poznałem nie od razu, ale za to od pierwszego dnia zaprzyjaźniłem
      się z jego psem imieniem Sparky. Był bardzo podobny do pańskiego psa i
      uganialiśmy się z nim po
      • braineater Re: Opowiadanko na łikend IVb 04.09.05, 17:16
        całej okolicy. Tak, proszę pana, pański pies to wykapany Sparky.
        – Naprawdę? – spytał Bullard pochlebiony.
        – Słowo daję. Więc pewnego dnia Sparky a ja, tarzając się jak zwykle,
        podtoczyliśmy się pod same drzwi laboratorium Edisona. W pewnej chwili Sparky
        wepchnął mnie do środka, i bach! Siedziałem na podłodze laboratorium twarzą w
        twarz z samym Edisonem.
        – Na pewno się rozzłościł – powiedział Bullard z zadowoleniem.
        – W każdym razie ja byłem przerażony. Myślałem, że znajduję się przed samym
        Szatanem. Edison miał przyczepione do uszu druty, które prowadziły do małego
        czarnego pudełka, jakie trzymał na kolanach. Chciałem się wymknąć, ale złapał
        mnie za kołnierz i siłą posadził.
        – Chłopcze – powiedział Edison – pamiętaj, że najciemniej jest zawsze przed
        świtem.
        – Tak jest, proszę pana – odpowiedziałem.
        – Od przeszło roku – mówił Edison – poszukuję najtrwalszego włókna do lampy
        próżniowej. Włosy, struny, nici – wszystko na nic. Zastanawiając się nad tym,
        czego by tu jeszcze spróbować, zacząłem ot tak, dla rozrywki, dłubać przy innym
        pomyśle i zmajstrowałem ten przyrząd – powiedział, pokazując mi czarne
        pudełko. – Pomyślałem sobie, że może inteligencja jest tylko pewnym rodzajem
        elektryczności i zrobiłem ten oto przyrząd do pomiaru inteligencji. Przyrząd
        działa! Jesteś pierwszym człowiekiem, który się o tym dowiaduje! Właściwie
        dlaczegóż by nie? To twoje pokolenie będzie dorastać we wspaniałych czasach,
        kiedy ludzi będzie się segregować równie łatwo jak pomarańcze.
        – Nie wierzę! – zawołał Bullard.
        – Niech mnie grom spali! I przyrząd rzeczywiście działał. Edison wypróbował go
        na ludziach, nie mówiąc im, o co chodzi. I słowo daję, im mądrzejszy facet, tym
        dalej w prawo wychylała się strzałka na skali małego czarnego pudełka.
        Pozwoliłem Edisonowi wypróbować przyrząd na mnie, ale strzałka drżała tylko w
        miejscu. Mimo jednak swojej głupoty, właśnie wówczas dokonałem swego pierwszego
        i ostatniego odkrycia. Jak już mówiłem, od tamtego czasu nie ruszyłem palcem.
        – Cóż pan takiego zrobił? – spytał Bullard z ciekawością.
        – Powiedziałem: „Panie Edison, wypróbujmy to na psie”. Trzeba było zobaczyć, co
        ten pies zaczął wyrabiać, kiedy to usłyszał! Poczciwy Sparky szczekał, wył i
        drapał do drzwi, żeby go wypuścić. Kiedy przekonał się, że nie mamy zamiaru
        zrezygnować, skoczył w stronę przyrządu i wytrącił go z rąk Edisona. W końcu
        zapędziliśmy go w kąt i Edison go przytrzymał, a ja przyłożyłem końce przewodów
        do jego uszu. I może pan wierzyć albo nie, ale strzałka przeleciała przez całą
        skalę, daleko za czerwoną kreskę.
        – Pies popsuł przyrząd – wtrącił Bullard.
        – Proszę pana – spytałem Edisona – co oznacza ta czerwona kreska?
        – To znaczy, że przyrząd jest popsuty, bo ta czerwona kreska to ja.
        – Musiał być popsuty – powiedział Bullard.
        – Ale przyrząd nie był wcale popsuty – kontynuował nieznajomy poważnie. – Nie,
        proszę pana. Edison sprawdził cały przyrząd i wszystko było w najlepszym
        porządku. Kiedy o tym powiedział, Sparky chciał się wydostać za wszelką cenę i
        wtedy się zdemaskował.
        – W jaki sposób? – spytał Bullard podejrzliwie.
        – Drzwi były zamknięte na haczyk, zasuwę i zatrzask. Pies zerwał się, podniósł
        haczyk, odsunął zasuwę i już sięgał zębami do zatrzasku, kiedy Edison go
        złapał.
        – Niemożliwe! – zawołał Bullard.
        – Tak było! – potwierdził nieznajomy z błyskiem w oku. – I wtedy właśnie Edison
        udowodnił, że jest prawdziwym uczonym. Chciał poznać prawdę, choćby była nie
        wiem jak przykra.
        – Więc to tak! – powiedział Edison do psa. – Najlepszy przyjaciel człowieka,
        tak? Głupie zwierzę, tak?
        – Sparky grał swoją rolę do końca. Udawał, że nie słyszy, drapał się, łapał
        pchły i obszczekiwał mysie nory robił wszystko, żeby tylko nie spojrzeć
        Edisonowi w oczy.
        – Niezła synekura, co? – mówił Edison. – Niech kto inny troszczy się o
        pożywienie i dach nad głową, a wy wylegujecie się przed kominkiem, uganiacie
        się za suczkami albo wałkonicie się z kolegami. Żadnych rat, polityki, wojen,
        żadnej pracy i zmartwień. Wystarczy pomachać ogonem albo polizać rękę i
        wszystkie wasze potrzeby są zaspokojone.
        – Panie Edison – spytałem – czy to znaczy, że psy są mądrzejsze od ludzi?
        – Mądrzejsze? – zawołał Edison. – Powiem o tym całemu światu! I nad czym ja
        pracowałem przez ostatni rak? Tyrałem jak wół nad wynalezieniem żarówki po to,
        żeby psy mogły bawić się po nocach!
        – Panie Edison – odezwał się Sparky – czy nie...
        – Chwileczkę! – ryknął Bullard.
        – Cisza! – zawołał nieznajomy tryumfalnie. – Panie Edison – odezwał się Sparky –
        czy nie lepiej utrzymać to w tajemnicy? Od tysięcy lat rzecz działa ku
        obopólnej satysfakcji. Tylko wy dwaj wiecie, gdzie jest pies pogrzebany. Pan
        zapomni o wszystkim i zniszczy przyrząd do pomiaru inteligencji, a ja powiem
        panu, co się będzie najlepiej żarzyć w żarówce.
        – Bzdury! – warknął Bullard robiąc się purpurowy na twarzy.
        Nieznajomy wstał.
        – Ma pan moje słowo dżentelmena. Sparky w nagrodę za moje milczenie powiedział
        mi, jak grać na giełdzie, dzięki czemu stałem się człowiekiem niezależnym
        finansowo do końca życia. Ostatnie słowa Sparky'ego zwrócone były do
        Edisona. „Niech pan spróbuje zwęglonego włókna bawełnianego”, powiedział i
        zaraz po tym został rozszarpany przez stado psów, które podsłuchiwały za
        drzwiami.
        Nieznajomy odpiął podwiązki i podał je psu Bullarda.
        – Proszę przyjąć ten skromny podarek jako wyraz szacunku dla pańskiego przodka,
        który swoją rozmowność przypłacił życiem. Moje uszanowanie.
        I odszedł z książką pod pachą.


        przekład: Lech Jęczmyk
        • braineater Źródło: 04.09.05, 17:17
          Kroki w nieznane tom 3
          P:)
    • schabomil Re: Opowiadanko na łikend 16.06.06, 21:58
      Przeglądając przebogate archiwum foruma natkąłem się oto na ten, chyba
      niesłusznie zapomniany, wątek. Zamieszczone niżej opowiadanie, większości
      (całości?) forumowiczów zapewne doskonale znane, jest właściwie prośbą o
      wskrzeszenie cyklu.

      Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Tabakiera z Bagombo" Kurta Vonneguta.

      Der Arme Dolmetscher

      Pewnego dnia w 1944 roku, w samym środku frontowego piekła, dowiedziałem się ze
      zdumieniem, że zostałem mianowany tłumaczem, jeśli wolicie, Dolmetscher, dla
      całego batalionu i mam być zakwaterowany w domu belgijskiego burmistrza,
      położonym w zasięgu artylerii Linii Zygfryda.
      Nigdy nie przyszło mi do głowy, że posiadam odpowiednie kwalifikacje na
      tłumacza. Zlecono mi tę funkcję, gdy czekałem na przeniesienie z Francji na
      linię frontu. Będąc studentem, nauczyłem się na pamięć pierwszej zwrotki Die
      Lorelei od kolegi, z którym dzieliłem pokój, i gdy przypadkowo zawzięcie ją
      recytowałem, usłyszał mnie dowódca batalionu. Pułkownik (detektyw hotelowy z
      Mobile) spytał swego zastępcę (sprzedawcę wyrobów pasmanteryjnych z Knoxville),
      w jakim języku jest ten tekst. Zastępca wstrzymał się z opinią, dopóki nie
      wydeklamowałem nieudolnie Der Gipfel des Berges foo-unk-kelt im Abendsonnenschein.
      - To chyba szwabski, pułkowniku - powiedział w końcu.
      Te jedyne słowa, jakie znałem po niemiecku, oznaczały: "Nie wiem, czemu jestem
      taki smutny. Nie mogę wyrzucić z myśli dawnej legendy. Powietrze jest chłodne i
      zapada zmrok, powoli płyną wody Renu. Szczyt góry skrzy się w zachodzącym słońcu".
      Pułkownik uważał, że jego rola polega na obowiązku wydawania szybkich,
      stanowczych decyzji. Podjął kilka pierwszorzędnych, zanim spuszczono lanie
      Wehrmachtowi, ale moją ulubioną była właśnie ta, którą podjął tamtego dnia.
      - Skoro to szwabski, to co ten człowiek tutaj robi? - spytał.
      W dwie godziny później pisarz kompanijny kazał mi odłożyć wiadra, ponieważ od
      tej pory jestem tłumaczem batalionu.
      Wkrótce potem nadszedł rozkaz wymarszu. Moi zwierzchnicy byli zbyt udręczeni, by
      dotarły do nich moje oświadczenia o braku kompetencji.
      - Na nasze potrzeby całkiem wystarczy - powiedział zastępca dowódcy. - Nie
      będziemy mieli czasu na rozmowy z Niemiaszkami. - Poklepał czule mój karabin. -
      To będzie najlepiej za ciebie tłumaczyło - dodał. Zastępca, który uczył się
      wszystkiego od pułkownika, wyobrażał sobie, że armia amerykańska właśnie pobiła
      Belgów i że miałem być zakwaterowany w domu burmistrza po to, by się upewnić, że
      nie spróbuje nas oszukać. - Poza tym - zakończyli moi przełożeni - nikt inny
      tutaj nie szprecha.
      Pojechałem na farmę burmistrza jedną ciężarówką z trzema rozczarowanymi Niemcami
      z Pensylwanii, którzy kilka miesięcy wcześniej starali się o pracę tłumacza. Gdy
      wyjaśniłem im, że nie stanowię dla nich żadnej konkurencji i mam nadzieję, że
      zostanę zwolniony w ciągu dwudziestu czterech godzin, rozkrochmalili się na
      tyle, by dostarczyć interesującą informację, że jestem Dolmetscher. Na moją
      prośbę rozszyfrowali również Die Lorelei. Dzięki temu opanowałem około
      czterdziestu słów (na poziomie dwulatka), za żadne skarby jednak nie potrafiłem
      sklecić jakiejkolwiek ich kombinacji.
      Każdy obrót kół ciężarówki przynosił nowe pytanie:
      - Jak jest po niemiecku "wojsko"...? Jak mam zapytać o łazienkę...? Jak jest
      "chory"...? "dobrze"...? "potrawa"...? "brat"...? "but"?
      Moi flegmatyczni nauczyciele zmęczyli się w końcu i jeden z nich dał mi
      broszurkę, która podobno miała ułatwić naukę niemieckiego każdemu żołnierzowi w
      okopie.
      - Niektórych stron brakuje - wyjaśnił ofiarodawca, gdy zeskoczyłem z ciężarówki
      przed kamiennym wiejskim domem burmistrza. - Używaliśmy ich do skrętów.
      Było jeszcze ciemno, gdy zapukałem do drzwi burmistrza. Stałem na progu niczym
      grający ogony aktor za kulisami, a w głowie, poza tym pustej, kołatała mi się
      jedna linijka, którą miałem wyrecytować. Drzwi się otworzyły.
      - Dolmetscher - powiedziałem.
      Sam burmistrz, szczupły starszy pan w nocnej koszuli, zaprowadził mnie do
      sypialni na parterze, którą miałem zająć. Wymamrotał słowa powitania, odgrywając
      jednocześnie małą pantomimę, na co odpowiedziałem stosownym na tę okazję danke
      schön. Byłem przygotowany na zdławienie dalszej rozmowy stwierdzeniem: Ich weiss
      nicht, was soll es bedeuten, dass ich so traurig bin. To powinno skłonić go do
      położenia się spać z przekonaniem, że jego Dolmetscher płynnie mówi po
      niemiecku, choć cierpi na Weltschmerz. Ale fortel nie był konieczny. Zostawił
      mnie samego, bym mógł skonsolidować moje zasoby.
      Najważniejsza wśród tych zasobów była okaleczona broszura. Studiowałem kolejno
      każdą z jej cennych stron, zachwycony łatwością przetransponowania angielskiego
      na niemiecki. Mając ją, musiałem tylko sunąć palcem wzdłuż kolumny po lewej
      stronie, dopóki nie znalazłem angielskiego zwrotu, o który mi chodziło, a
      następnie trajkotałem nonsensowne sylaby wydrukowane naprzeciwko w prawej
      kolumnie. Na przykład, "Ile macie granatników?" brzmiało po niemiecku: "Wi fil
      grenada werfer haben zi?". Nienagannym niemieckim odpowiednikiem zdania "Gdzie
      są wasze kolumny czołgów?" było właściwie niekłopotliwe: "Wo zind ire pancer
      szpicen?". Deklamowałem z patosem: "Gdzie są wasze haubice? Ile macie karabinów
      maszynowych? Poddajcie się! Nie strzelać! Gdzie ukryłeś swój motocykl? Ręce do
      góry! Z której jesteś jednostki?".
      Broszura nagle się skończyła, a ja z podniecenia popadłem w depresję. Niemiec z
      Pensylwanii zużył na skręty wszystkie uprzejmości stosowane na tyłach, zawarte w
      pierwszej połowie broszury, a mnie pozostały jedynie cięte odpowiedzi w walce wręcz.
      Gdy leżałem w łóżku, nie mogąc zmrużyć oka, w mojej wyobraźni rozwijała się
      jedyna sztuka,
      w której mógłbym zagrać...

      ***

      DOLMETSCHER (do CÓRKI BURMISTRZA): Nie wiem, co się ze mną dzieje, jestem taki
      smutny. (Obejmuje ją).
      CÓRKA BURMISTRZA (z uległą nieśmiałością): Powietrze jest chłodne, zapada zmrok,
      wody Renu płyną tak spokojnie.
      (DOLMETSCHER porywa CÓRKĘ BURMISTRZA, niesie ją do swego pokoju).
      DOLMETSCHER (cicho): Poddaj się.
      BURMISTRZ (wymachując lugerem): Ręce do góry!
      DOLMETSCHER i CÓRKA BURMISTRZA: Nie strzelaj!
      (Z kieszeni na piersi BURMISTRZA wypada duża mapa pokazująca rozmieszczenie
      wojsk amerykańskich).
      DOLMETSCHER (na stronie, po angielsku): Skąd się wzięła u podobno proalianckiego
      burmistrza mapa z rozmieszczeniem wojsk amerykańskich? (Wyciąga spod poduszki
      automatyczny pistolet kalibru 45 i celuje z niego w BURMISTRZA).
      BURMISTRZ i CÓRKA BURMISTRZA: Nie strzelaj! (BURMISTRZ rzuca broń, kuli się,
      uśmiecha się szyderczo).
      DOLMETSCHER: Z której jesteś jednostki? (BURMISTRZ nie odpowiada, z posępną
      miną. CÓRKA BURMISTRZA przypada do jego boku, płacząc cicho. DOLMETSCHER staje
      przed CÓRKĄ BURMISTRZA). Gdzie ukryłaś swój motocykl? (Odwraca się znów do
      BURMISTRZA). Gdzie są wasze haubice, co? Gdzie są kolumny czołgów? Ile rakietnic
      macie?
      BURMISTRZ (załamując się pod .straszliwym ogniem pytań): Ja...
      (Wchodzi straż złożona z Niemców z Pensylwanii, dla dokonania rutynowej
      kontroli, w samą porę, by usłyszeć, jak BURMISTRZ i CÓRKA BURMISTRZA wyznają, że
      są agentami nazistowskimi, którzy wylądowali na spadochronach za linią frontu,
      po stronie zajętej przez wojska amerykańskie).

      ***

      Johann Christoph Friedrich von Schiller nie wykorzystałby lepiej tych samych
      słów, a były to jedyne słowa, jakie znałem. Nie miałem szansy, by jakoś sobie
      poradzić, nie odczuwałem najmniejszej przyjemności z powodu bycia tłumaczem dla
      całego batalionu w grudniu, nie mogąc powiedzieć nawet: "Wesołych Świąt".
      Pościeliłem łóżko, zaciągnąłem sznurki w moim worku, rozsunąłem zaciemniające
      zasłony i wymknąłem się w noc.
      Czujni wartownicy skierowali mnie do kwatery głównej batalionu, gdzie odnalazłem
      większość naszych oficerów studiujących mapy lub ładujących broń. Panowała
      świąteczna atmosfera, zastępca dowódcy ostrzył osiemnastocalowy nóż myśliwski,
      nucąc pod nosem: Are you from Dixie?
      - Niech mnie kule biją - powiedział, zauw
      • schabomil cd. 16.06.06, 21:59

        - Niech mnie kule biją - powiedział, zauważywszy mnie w drzwiach - jeśli to nie
        nasz stary "szprechen zi dojcz". Co się stało, chłopcze? Czy nie powinieneś być
        teraz w domu burmistrza?
        - To niemożliwe - odparłem. - Oni wszyscy mówią językiem potocznym, a ja literackim.
        Najwyraźniej zrobiło to na zastępcy duże wrażenie.
        - Jesteś dla nich za dobry, co? - Powiódł palcem po ostrzu swego morderczego
        noża. - Sądzę, że całkiem niedługo natkniemy się na tych, którzy znają
        ekskluzywny niemiecki - powiedział, po czym dodał: - Jesteśmy okrążeni.
        - Spuścimy im lanie, tak jak im spuściliśmy w Karolinie Północnej i Tennessee -
        odezwał się pułkownik, który nigdy nie tracił kontenansu. - Zostaniesz tutaj,
        synu. Będziesz tłumaczył dla moich podwładnych.
        Dwadzieścia minut później znalazłem się znów w wirze tłumaczenia. Cztery tygrysy
        podjechały pod drzwi kwatery głównej i zeskoczyło z nich ponad dwudziestu
        niemieckich żołnierzy piechoty. Otoczyli nas, trzymając w dłoniach pistolety
        maszynowe.
        - Powiedz coś - rozkazał pułkownik, nie przejawiając odrobiny strachu.
        Przebiegłem wzrokiem lewą kolumnę w mojej broszurze, aż wreszcie znalazłem
        zwrot, który najwłaściwiej odzwierciedlał nasze uczucia.
        - Nie strzelać - powiedziałem.
        Niemiecki czołgista z pewną siebie miną zerknął na coś, co trzymał w ręku. Była
        to broszura, nieco mniejsza od mojej.
        - Gdzie są wasze haubice? - spytał.
        • braineater Schabomiłku, sprawdź maila Schabomiłowego, proszę 16.06.06, 22:04

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka