Dodaj do ulubionych

sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm?

15.11.05, 11:15
Kilka dni temu byłam ostatni raz ( w tym sezonie) na wsi/w lesie. Ostatnie
porządki wokół chałupki, ostatnia wyprawa do lasu, ostatni szaleńczy, ponad
10-kilometrowy spacer zakończony odciskami okrutnym tu i ówdzie... Ale nie o
tym chciałam, tylko o ciuchach bardzo starych i wysłużonych. Bo na wieś/do
lasu wywozi się wszystko, co już sprane do bólu i postrzępione, ale na miano
szmaty jeszcze nie zasłużyło. Tam donosimy podkoszulki zakupione jeszcze w DT
Jubilat w 1983... Tam obcinamy nogawki poprzecieranym dżinsom i czynimy z
nich mniej lub bardziej seksowne szorty :) I właśnie tam, sukając przed leśną
wyprawą jakiegoś szalika, bo ochłodziło się ciut - znalazłam szalik od
Wiktora... Ot, kawałek bawełnianej indyjskiej szmatki, kiedyś czarno-białej
we wzorku wzorzyste, dzisiaj bardziej brudno-niebiesko-szarej, ale ciągle tak
miękkiej i przyjemnie otulającej szyję. Dzisiaj Wiktora, wtedy belgijskiego
obywatela Belgii za nic nie poznałabym na ulicy, nawet nie wiem po jakich
ulicach chadza, bo ludzie mobilni są... Spotkaliśmy się na wakacyjnym kursie
szwedzkiego na zachodnim wybrzeżu Szwecji 23 lata temu. Jeżeli myślicie, że
opowiem teraz jakąś łzawą historię miłosną, to się rozczarujecie :) Jeżeli w
to upalne i barwne lato, tak bardzo odmienne od smutnej rzeczywistości w
Polsce stanu wojennego (to był mój pierwszy wyjazd na tzw. Zachód, ale to
osobna historia...) w kimś się kochałam, to w pewnym Szwajcarze. Uczestnikami
kursu byli młodzi ludzie z całej Europy i nawet jeden Amerykanin się
zaplątał. Ale to Wiktor na pożegnanie podarował mi swój szalik, bo pamiętał,
że kiedyś powiedziałam mu, że bardzo mi się podoba (szalik, nie jego
właścieciel)... Nie wiem, może traktował mnie jako Biedną Przyjezdną Z
Szarego i Smutnego Kraju Po Drugiej Stronie Zelaznej Kurtyny (nota bene -
któryś w uczestników kursu wykrzyknął kiedyś spontanicznie na nasz widok,
tzn trzech polskich studentek skandynawistyki - "Ależ wy wyglądacie całkiem
normalnie!"), może było mu mnie żal, może zapałał do mnie sympatią albo czymś
jeszcze, w każdym razie z lekka przepocony szaliczek przyjęłam, podziękowałam
i... polubiłam bardzo. Towarzyszył mi wszędzie przez całe lata
osiemdziesiąte, był jednym z obowiązkowych elementów tej całej
posthipisowskiej powłóczystości.... A teraz leży sobie w szufladzie w leśnej
chałupie i czasami, w chłodny listopadowy ranek przypomina o wspaniałych
wakacjach i odjeździe totalnym anno domini 1982...

To był wstęp, a teraz pytanie do czytaczy-twaczy. Macie jakieś ciuch, którego
nigdy nie wyrzucicie, co cóśtam? Jakieś anegdoty, historie wzniosłe albo nie?

Pozdrawiam z miasta deszczowo-śniegowego i zimnego, i wietrznego potwornie.
Obserwuj wątek
    • mamarcela Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 12:00
      Czy Ty Beato przypadkiem nie jesteś koziorożcem?

      mamarcela fetyszystka do granic absolutu, chociaż czasami w porywach
      wyrzucająca wszystko jak leci, bo by sie wśród tzw. "przydasi" totalnie zagubiła

      "od dzieciństwa lubiłem syreny"
      • beatanu gwoli wyjaśnienia 15.11.05, 12:17
        mamarcela napisała:

        > Czy Ty Beato przypadkiem nie jesteś koziorożcem?

        Nie, nie jestem. Lwica ze mnie całą gębą zodiakalną :)
        Czy fetyszyzm to cecha, po której rozpoznajemy Koziorożca?

        I w ogóle właśnie przed chwilą olśniło mnie, że Wiktor wyżej wspomniany żadnym
        Belgiem nie był (chyba, że profetycznie przewidziałam zmianę jego obywatelstwa)
        tylko Szwajcarem, i nie wiem dlaczego jestem teraz (prawie) całkiem pewna, że z
        Bazylei... Reszta historii jest prawdziwa, przynajmniej tak jak ją pamiętam :)
        B
        • mamarcela Re: gwoli wyjaśnienia 15.11.05, 12:45
          Jakoś tak mi sie w zyciu zdarzało, że ilekroć trafiłam na bliskie mi duszą
          fetyszystki sentymentalne zbierające "jednostki materiałowe", puszeczki
          najrozmaitsze, papierki od cukierków, bo takie ładne i w ogóle
          tzw. "przydasie" , to się to okazywały, wbrew wszelkim obiegowym opiniom,
          koziorożce. Znane mi koziorożce przywiązują sie do rzeczy w stopniu wprost
          niebywałym. Ja np. mam tak, że jak jakaś rzecz lubiana ulegnie śmierci
          tragicznej to zamiast powiedzieć "fajnie kupię sobie nową" to najchętniej
          leciałabym kupować dokładnie identyczną. Nawet jeśli ta rzecz była do niczego
          niepotrzebna i od wieków nieużywana.
          Dlatego też od czasu do czasu muszę jęta szałem robić czystki absolutne, ale i
          tak wiele zostaje, bo po prostu nie mogę.

          mamarcela koziorożec

          "od dzieciństwa lubiłem syreny"
      • nienietoperz Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 12:30
        Przywiazanie do ciuchow przeroznych w przypadku nienietoperzym nie ma nic z
        fetyszyzmu, jest zwyczajnym meskim uczuciem przyjazni do istoty/kreacji/monady
        funkcjonujacej w poblizu czlowieka przez dlugie lata (ktore zreszta wydaja sie
        bardzo krotkie, o czym dalej). Niestety rzeczone uczucie przywiazania do ubran
        nie ma szans specjalnie sie rozwinac w obliczu tyranii domowej. Tyrania objawia
        sie nastepujaco:

        NNowa: (...) nalezy te koszule wyrzucic.
        NNz: alez jest ulubiona/przywiazana/najdrozsza, poza tym kupiona (a raczej
        dostana) dopiero pare miesiecy temu.
        NNowa: miales ja na sobie od polowy lat 90tych, z krotkimi przerwami
        NNz: (ogolne oburzenie, niedowierzanie, potem poddanie sie w obliczu idealnie
        przeprowadzonej mowy prokuratorskiej; wiek koszuli ustalony na +11 lat)
        NNz: pomijajac jej wiek, jest bardzo mila, trafna i calkiem jeszcze do rzeczy
        NNowa: nie liczac trzykrotnie cerowanych przeze mnie rekawow, porwanego
        kolnierza i wielkiej dziury na plecach. Wiecej jej nie naprawiam.
        NNz: Wobec tego zaceruje ja sam!

        ---
        • beatanu Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 12:52
          Oj, Nienietoperzu bardzo przypominasz mi pod względem przywiązania do "koszuli
          ulubionej" mojego męża... Tylko, że on sam sobie te naderwane kołnierze próbuje
          przyszywać, a wystrzępione mankiety pod rękaw marynarki wiekowej luźnej i
          sztruksowej wciskać. Ale w końcu kiedyś sam dochodzi do wniosku, że nadchodzi
          pora wywiezienia koszuli/swetra/skarpet dziurawych do lasu/na wieś...

          Beata Nie-Tyranka

    • agni_me sentymentalizm użyteczny 15.11.05, 12:24
      Mam taką spódnicę, białą i rozpinaną.

      Lipiec był potwornie upalny, miałam wtedy kilkanaście lat i właśnie umówiłam
      się na Bardzo Ważne Spotkanie. Typowy nastoletni problem czyli "nie mam się w
      co ubrać". Mama wyjęła śliczne białe coś, takie płótno w paseczki i w ciągu
      dziesięciu minut uszyła mi spódnicę. Ogłupiałam od tego całkiem, bo wszystko
      było o mojej Mamie powiedzieć można, ale nie to, że umie korzystać z maszyny do
      szycia (zresztą to był pierwszy i ostatni wypadek kiedy jej użyła). Spódnica
      wyszła świetnie, przechodziłam w niej niejedno lato. Potem przestała się
      nadawać na ulicę, ale trzymam ją dzielnie do tej pory i nazywam miarką. Bo ja
      nie wierzę w wagi nic a nic, czasem taka waga pokazuje trzy kilogramy więcej, a
      ubrania spadają, czasem pokazuje ubytek kilogramowy, a chęć rozpięcia guzika
      jest przeogromna. A spódnica jest bezlitosnie prawdomówna i szmatkowość i
      szarość nabyta z wiekiem wcale jej nie zaszkodziły.

      Czyli ten mój sentymentalizm to z gatunku takich użytecznych sentymentalizmów,
      ale zawsze coś. :)
      • beatanu Re: sentymentalizm użyteczny 15.11.05, 13:05
        agni_me napisała:
        Ogłupiałam od tego całkiem, bo wszystko
        > było o mojej Mamie powiedzieć można, ale nie to, że umie korzystać z maszyny
        do
        >
        > szycia (zresztą to był pierwszy i ostatni wypadek kiedy jej użyła).

        A u mnie do maszyzny do szycia zasiadał tato i pamiętam, że oprócz firanek,
        zasłonek i poszewek uszył kiedyć (z gazy) powiewną dość sukienkę na występ
        przedszkolny pt. Królowa śniegu i jej śnieżynki (śnieżynką byłam, zdjęcie
        pamiątkowe mam do wglądu!)

        A Twoja spódnica-miarka przypomniała mi o dżinsach, które kupiłam lat temu
        wiele, po zrzuceniu paru kilogramów po dziecięciu nr 1. Nosiłam je parę tygodni
        i... znów podejrzynie zaczęłam puchnąć :) Okazało się, że w drodze jest Zaba nr
        2. Podarowałam spodnie przyjaciółce, bo krój był trochą fikuśny, i nie-
        ponadczasowy, więc w oczekiwaniu na powrót właścicielki do rozmiarów
        pierwotnych straciłyby na ... no właśnie na czym? Nie wiem. Przyjaciółka
        dżinsy przyjęła, trochę w nich pochodziła i... zaszła w ciążę. Po krótkiej
        naradzie uznałyśmy akurat tę parę spodni za dzieciogenną i postanowiłyśmy
        posłać je dalej, tym razem koleżance przyjaciółki, o której wiedziała, że
        dzicięcia pragnie, ale jakoś nie wychodzi...

        Dalszy ciąg nastąpi, bo muszę a) biec do pracy b) skonsultować się z
        przyjaciółką, bo teraz nie pamiętam dalszych losów dżinsów i ich właścicielek...
        B w biegu
        • beatanu o dżinsach dzieciogennych jeszcze 16.11.05, 10:09
          ad.2 czyli ciąg dalszy

          Koleżanka, której trudno było zajść w ciążę urodziła córeczkę, chociaż dopiero
          po kilku latach. Dalsze losy dżinsów nieznane, ale do wyśledzenia.

          Gdy tak sobie czytam o tym, że losy bezdzietnych par w Polsce będą zależne od
          ideologicznego widzimisię elit rządzcych, to myślę, że może takie wystrzępione
          już, ale ciągle - mam nadzieję - magiczne dżinsy są niezbędne... Jest podziemie
          aborcyjne. Niewykluczone, że powstanie podziemie dzieci produkujące :)
    • griszah Płonie ognisko i szumią .... 15.11.05, 12:25
      A ja mam taki stary wypłowiały mundurek harcerski. Za mały oczywiście żeby go
      nawet przymierzyć. Oparł się już kilkakrotnym próbom wyrzucenia (najpierw przez
      mamę a później przez moją małżonkę) – przykrywałem go własnym ciałem z
      okrzykiem „po moim trupie” :). I jak to mundurek – upstrzony jest różnymi
      plakietkami – hufca, szczepu, drużyny, zastępu, na rękawku dziergane
      własnoręcznie sprawności . Sentyment do niego mam zupełnie zrozumiały bo
      przypomina zupełnie cielęce i beztroskie lata – obozy, ogniska, włóczęgi po
      Polsce. Prędzej wyrzucę nowy garnitur niż jego :).
      Czuwaj!
      • eva.68 Re: Płonie ognisko i szumią .... 15.11.05, 12:50
        Przez chwilę wydawało mi się, że w kwestii ubraniowej nie jestem sentymentalna.
        Do momentu przeczytania Twojego postu. Bo ja też mam taki mundurek. W kolorze
        blu, mocno już wyprany. Oparł się już kilku remanentom. Spoczywa na dnie szafy
        i przechowuje kilka miłych wspomnień z czasów, kiedy miłe rzeczy zdarzały mi
        się dość rzadko (a może to ja nie umiałam właściwie interpretować
        rzeczywistości?).
        Z harcerskim pozdrowieniem :-)
        Ewa za sprawą Beaty wrócona do przeszłości
        • dr.krisk Czuwaj! 15.11.05, 15:18
          Melduje sie podharcmistrz KrisK. Tez mam moj mundurek, tandetna finke z
          lilijka, i pasek z klamerka....
          Oraz rzecz bezcenna: moj pierwszy plecak, z zielonego brezentu. Juz nie mozna
          go uzywac, brezent sparcial, ale prowienencje rozmaitych plam na owym worze
          turystycznym do dzis pamietam (ogniska, kulinarne eksperymenty, zywica z lasow
          przepastnych, jak wpadlem do rowu podczas deszczu..).
          Czuwaj - KrisK phm.
          • griszah Re: Czuwaj! 15.11.05, 16:13
            Oj to druhu podharcmistrzu był druh straszną fiszą - ja dochrapałem się tylko
            harcerskiego stopnia wywiadowcy (zaraz jak to było - 1. młodzik, 2. tropiciel,
            3. wywiadowca, 4. ćwik, 5. harcerz orli, 6. harcerz Rzeczypospolitej). A już
            każdy stopień instruktorski to ho, ho - wysokie progi. A czy kupowałeś Krisku
            instruktorskie rogatywki u Kurzydły w Krakowie? – za moich harcerskich czasów
            szczyt mody – mimo, że nie byliśmy instruktorami zakupiliśmy takowe i zupełnie
            nielegalnie szpanowaliśmy nimi.
            Czuwaj!
            • dr.krisk Re: Czuwaj! 15.11.05, 19:55
              griszah napisał:

              > Oj to druhu podharcmistrzu był druh straszną fiszą
              Oj tak... Niestety, wprowadzenie tzw HSPS (Harcerskiej Sluzby Polsce
              Socjalistycznej) spowodowalo iz zabralem zabawki, zaczalem spozywac alkohol
              oraz palic tyton (nieprzesadnie co prawda). I nie dlatego ze moja dusza
              dysydenta sie burzyla, ale okropnie mi sie nie podobaly owe bezowe mundurki
              pionierskie z nylonu, zrywajace z tradycja porzadnej drelichowej bluzy, w
              ktorej tak fajnie sie wedruje po polach i lasach.... Takze niespecjalnie
              lubilem robienie tla dla rozmaitych dygnitarzy, czyli Mlodziez Wita Towarzysza
              Gierka. Tez nie za wzgledow ideologicznych, tylko sie nudzilem jak mops.
              I tak zakonczylem moja harcerska przygode - i slusznie, bo nic tak nie smieszy
              jak Stary Harcerz.
              • griszah Re: Czuwaj! 16.11.05, 09:21
                dr.krisk napisał:

                >zaczalem spozywac alkohol
                > oraz palic tyton (nieprzesadnie co prawda)
                Zapytam z ciekawości: czy wcześniejsza abstynencja wiązała się z poważnym
                podejściem do pkt. 10 prawa harcerskiego: "Harcerz jest czysty w myśli, mowie i
                uczynkach, nie pali tytoniu, nie pije napojów alkoholowych"? Mam znajomego,
                który z harcerstwa odszedł nie dawno. Już jako pełnoletni facet dochrapał się
                najwyższych stopni harcerskich i instruktorskich i przez cały czas
                długiej "kariery" w ZHP był rzeczywistym abstynentem - teraz zaś już
                jako "cywil" z umiarem lubi się delektować dobrym winkiem. Kiedyś troszkę się w
                gronie znajomych z niego podśmiewaliśmy - z sympatią ale i chyba z pewnym
                szacunkiem dla konsekwencji.
                Czuwaj.
                • dr.krisk Moja abstynencja mlodziencza.. 16.11.05, 15:04
                  griszah napisał:

                  >)
                  > Zapytam z ciekawości: czy wcześniejsza abstynencja wiązała się z poważnym
                  > podejściem do pkt. 10 prawa harcerskiego: "Harcerz jest czysty w myśli, mowie
                  i
                  >
                  > uczynkach, nie pali tytoniu, nie pije napojów alkoholowych"?
                  Nie - abstynentem bylem z powodow czysto estetycznych. Nic tak bowiem nie jest
                  obciachowe jak niedorostek cmiacy papierosy i pociagajacy piwo. Im bardziej cmi
                  i pociaga, tym bardziej widac ze niedorostek i chlopieciem niewinnym podszyty.
                  Wolalem byc niedorostkiem zwyklym, pogodzonym ze swoja niedorostkowatoscia, niz
                  pokazywac calemu swiatu owo szamotanie pomiedzy dzieciectwem a dorosloscia.
                  Jak juz zaczalem byc mlodym czlowiekiem, z przyjemnoscia rzucilem sie na
                  uzywki - bo alkohol lubie wielce! Co dziwne jest, bo rodzina moja od pokolen
                  niealkoholowa wielce....
                  Tytun tez doceniam.
                  Czuwaj!
                  KrisK
                  • eva.68 Czuwaj... 16.11.05, 15:14
                    więc KrisKu, bo sympatia do alkoholi niebezpieczną być może.
                    :-)
                    • dr.krisk Wiem... 16.11.05, 15:21
                      Totez czujnym jestem jak lasica w ciazy. Na szczescie lubie alkohole, natomiast
                      nie lubie skutkow ich naduzywania. Totez od lat wielu ograniczam sie do
                      saczenia, popijania, smakowania itp., natomiast wizja odpicia po pol litra na
                      leb straszna mi jest. Nie lubie pijanych.
                      Natomiast wypicie szklaneczki grappy pod filizanke mocnej wloskiej kawy.... cos
                      niebywalego! Albo whisky...
                      Duza butelka chlodnego Pinot Grigio do letniego obiadu na tarasie...
                      Cztery Guinnessy w zadymionym pubie....
                      I tak dalej.
                      Wracam wtedy do domu wesol ale prosto.
                      KrisK
                  • griszah Tak na marginesie :) 16.11.05, 15:33
                    "Pijesz Ballantines - nie jesteś margines" :) - Zawsze mnie zastanawiało co to
                    znaczy tania whisky przewijająca się czasami Krisku w twoich postach? Czy ta
                    granica taniości ma jakąś konkretną wartość (np. w dol. amer) czy jest płynna w
                    zależności od sytuacji finansowej?
                    A wracając do fetyszów harcerskich to miałem swego czasu coś takiego w postaci
                    tzw. "kostki" - plecaka wojskowego. Popularne były kostki wojskowe, zielone
                    płócienne ale prawdziwy sznyt miały takie z klapą z krowiej (końskiej?)
                    sierści - ja miałem poniemiecką z 1942. Nosiłem ją aż do kompletnego zdarcia co
                    się stało pod koniec liceum, a wcześniej zapakowałem się w nią na pierwszy obóz
                    harcerski - kocyk ze śpiworem zrolowany na zewnątrz jak w c-k armii.
                    Czuwaj!
                    • dr.krisk Tania whisky... 16.11.05, 15:43
                      Poniewaz moja sytuacja finansowa jest od lat stabilna - tzn. od lat odczuwam
                      brak pieniedzy, ograniczam sie do taniej whisky: tzn. zwykle blended, jakies
                      burbony niewyrafinowane, itp. Zadne Chivas Regal albo insze wynalazki ze
                      Speyside. Unikam takze owych Ballantinesow - wole ostry smak kiepskiej whisky
                      niz takie jakies mdlawe, poprawne bez wyrazu...
                      W Stanach mozna kupic wielka butle whisky (plastykowa..) za ok 12 dolarow.
                      Wyzej nie siegam, bo i po co?

                      Z fetyszow harcerskich pozostalo mi upodobanie do nozy ostrych i dobrych -
                      kiedys o takie bylo trudno wielce w PRL. Totez obecnie mam niewielka kolekcje:
                      od skladanych ogromnych scyzorykow do wielkiego 30-centymetrowego Ka-Bar. I
                      dalej kupuje......
                      • griszah Re: Tania whisky... 16.11.05, 15:56
                        dr.krisk napisał:

                        >Totez obecnie mam niewielka kolekcje:
                        > od skladanych ogromnych scyzorykow do wielkiego 30-centymetrowego Ka-Bar.
                        To już podchodzi chyba pod broń białą więc na pewno masz stosowne Pozwolenia Na
                        Posiadanie wydreptane w odpowiednich urzędach - oprawione w ramki i wiszące na
                        ścianach :)))).
                        Pozdrawiam
                        • mamarcela Noże 16.11.05, 16:05
                          znam takiego jednego, co to by na widok kolekcji noży odleciał.

                          mamarcela matka harcerza

                          "od dzieciństwa lubiłem syreny"
                      • beatanu kolekcja noży 16.11.05, 16:08
                        dr.krisk napisał:
                        Totez obecnie mam niewielka kolekcje:
                        > od skladanych ogromnych scyzorykow do wielkiego 30-centymetrowego Ka-Bar. I
                        > dalej kupuje......

                        A czy masz w swojej kolekcji najsłynniejszą szwedzką finkę z parafii Mora (tzw.
                        morakniv)? Taki klasyczny, z czerwonym trzonkiem?
                        hss-scout.org/utbildning/knivbevis/index.html
                        A tak w ogóle, to muszę się przyznać, że dopiero kilka lat temu dotarło do mnie
                        (lepiej później niż wcale :), że finka nazywa się tak dlatego, że pochodzi z
                        kraju Finlandią zwanego...

                        B

                        • griszah Szwedzka finka 16.11.05, 16:19
                          beatanu napisała:

                          > A czy masz w swojej kolekcji najsłynniejszą szwedzką finkę

                          To brzmi trochę tak jak czeska polka (kto umie tańczyć polkę - wystąp!).
                          • beatanu czeska polka 16.11.05, 16:39
                            griszah napisał:
                            > To brzmi trochę tak jak czeska polka (kto umie tańczyć polkę - wystąp!).

                            Są też szwedzkie polki :) (chodzi cały czas o tańce of course)
                            Nie umiem tańczyć. Nie występuję (z szeregu). Jezuniu, jak się paramilitarnie
                            zrobiło...
                            B
                            • dr.krisk Witam w klubie.. 16.11.05, 16:47
                              beatanu napisała:

                              > Nie umiem tańczyć.
                              Jak milo... Bo juz myslalem, ze tylko ja tak mam. Nie dosc ze nie umiem, to nie
                              lubie tez! A juz zupelnie rozsmiesza mnie tak zwany "sportowy taniec
                              towarzyski" - mialem znajome malzenstwo, co nawet jakis sedziami byli: wiecie,
                              faceci we frakach ze numerami startowymi na plecach, panie wymalowane jak
                              bombki na choince, cekiny, i takie pawie piora wszedzie. Koszmar zupelny.
                              Przyjemnosci zadnej z tego, tylko czlowiek sie spoci. I po co?
                              • nienietoperz Re: Witam w klubie.. 16.11.05, 16:54
                                Grr, tez nie umiem.
                                Ani polki, ani poloneza, ani walca w kolko, ani walca w kwadrat, ani tanga po
                                prostej.
                                A lubie, jesli w ogole, to w wyjatkowo wyjatkowych, zazwyczaj czulych,
                                okolicznosciach. Wtedy mozna nie umiec.

                                Czy to juz jest deklaracja antyfeministyczna, drogie Panie (czy Pani moze byc?)?

                                Zagubiony w swiecie wspolczesnym od zawsze
                                nienietoperz
                                • mamarcela Re: Witam w klubie.. 16.11.05, 17:01
                                  Biedny antyfeministyczny Toperzu, personalnie do mnie to możesz mówić i
                                  dziewczę, i babo, i "człowieku man" nawet, ale ręce precz od Hrabalka!
                                  A poważnie to w mojej rodzinie najlepiej tańczy syn - lat 11,5 - fokstrot,
                                  proszę bardzo, czacza, walc angielski a jakże. I uwielbia to robić z
                                  dziewczynami, co jak wiadomo nie jest w tym wieku powszechne.
                                  Rozmarzyłam się tymi alkoholowymi opowieściami, bo ja niestety nie mogę.

                                  mamarcela uczulona na tania, droga i nawet całkiem najdroższą whisky

                                  "od dzieciństwa lubiłem syreny"
                              • beatanu Re: Witam w klubie.. 16.11.05, 17:04
                                Dziękuję za powitanie w klubie ale... może ja z klubu tegoż tylnymi drzwiami
                                się wymknę... Bo ja nie umiem tańczyć w parach, albo w większych formacjach
                                chociaż kiedyś, w liceum chyba, nauk w tym zakresie nam udzielano. Nie
                                douczyłam się, nigdy mi to nie sprawiało przyjemności. Ale czasami lubię
                                tańczyć solo. Na dyskotece albo jakiejś innej imprezie, na której tańce
                                dzikie... I czasami żal mi, że nie załapałam się (To już nie ten wiek. Zabrakło
                                mi odwagi) na jakieś rave party. I nie o narkotyki mi tutaj chodzi tylko o
                                narkotyczny trans bez udziału chemii. Bo lubię w takie mini-transy taneczne
                                wpadać, a na odbycie maratonu zabrakło mi determinacji...

                                No to jestem w klubie, czy nie?
                                B tańcząca solo i w porywach
                                • dr.krisk Dziki taniec solo vs taniec towarzyski 16.11.05, 17:26
                                  Ja oczywiscie o tzw. tancu towarzyskim pisze. Panowie prosza panie i tak dalej.
                                  Jak dla mnie - trauma, po kazdym takim wieczorze tancujacym przez dwa dni musze
                                  dochodzic do siebie. Atmosfera dancingu wybitnie jest niekriskowa.
                                  Tance afrykanskie dokola ogniska - jak najbardziej!
                        • dr.krisk O finkach... 16.11.05, 16:23
                          Znam noze szwedzkie i laponskie, ale jakos wole np. Colta Commandera:
                          www.knifecenter.com/kc_new/store_detail.html?s=CT41
                          albo Ka-Bar'a:
                          www.knifecenter.com/kc_new/store_detail.html?s=ka1276
                          Lubie miec w plecaku niezly kawal stali....

                          KrisK na Ostro
                          • beatanu Re: O finkach... 16.11.05, 16:43
                            OK, teraz rozumiem różnicę...
                            Chowam się z tym moim nożykiem z Mora (ale i tak żywię do niego sporo
                            sympatii :)

                            Beata na mniej Ostro (ale już z gojącą się raną na kciuku po ostatnim ostrzeniu
                            noży kuchennych)
                        • nienietoperz Re: kolekcja noży 16.11.05, 16:42
                          A dlaczego finka to finka?

                          I, zeby tradycji niemilosiernego zjezdzania z zadanego tematu, czy akvavit
                          tlumaczy sie jakos na polski?

                          nn
                          • dr.krisk Okowita chyba.... 16.11.05, 16:49
                            Czyli woda zycia. Ale co to za zycie...
                          • nienietoperz Corekta 16.11.05, 16:49
                            zeby tradycji stalo sie zadosc, rzecz jasna.
                        • dr.krisk Nozownicza opowiesc hiszpanska... 16.11.05, 18:33
                          Tak mi sie przypomialo...
                          Bylem kiedys w miescie Toledo, co nozami slynie. Z rozdziawina geba ogladalem
                          wystawy pelne sprzetu tnaco-klujaco-siekacego: do wyboru do koloru. Od razu
                          oczywiscie oddzielilem sklepy dla turystow, gdzie "pamiatki aus Toledo" w
                          Chinach robione sprzedaja. Znalazlem jakis porzadny sklep, wlaze i zapodaje po
                          angielsku, ze najf chce skladany kupic, duzy, caly zmetalu, itp. Hiszpanie oczy
                          rozwieraja, rece rozkladaja - nie ponimaja po angielsku.
                          No to po wlosku (ze niby podobny do hiszpankiego) zapodaje " Vorrei comprare un
                          coltello.." - wioda mnie do izby sporej, a tu same noze.. kuchenne! Tlumacze,
                          ni erozumieja, no to ja wiecej jeszcze tlumacze..... Wreszcie widze wlysk
                          zrozumienia w oczach rozmowcy!
                          "Aaaaa! Una NAVAJA"!!!
                          I od razu jakby szacunek wiekszy (co to za facet co noz kuchenny chce kupic..)
                          widze - i nowa izba, a tu wybor morderczych nozy wielki!! W jezyku hiszpanskim
                          innym slowem okresla sie noz zwykly oraz morderczy.
                          Kupilem stosunkowo niewielki, caly ze stali, techniczny noz - ostry jak brzytwa.
                          Jezdzi ze mna wszedzie.
                      • nienietoperz Droga whisky... 16.11.05, 17:40
                        Alez Krisku masz dobrze...
                        Zawsze uwazalem, ze whisky nie lubie. Do czasu, kiedy znajomy dostarczyl do
                        nntpzej norki, w przyplywie niezrozumialego szalenstwa, 60%wa niedostepna poza
                        Szkocja 18letnia wersje Glenmorangie. Wtedy zrozumialem, ze whisky singlemaltowa
                        wrecz uwielbiam. Oczywiscie zazwyczaj nic z tego nie wynika, bo jak moze cos
                        wynikac z adoracji alkoholu cenowo fruwajacego gdzies daleko ponad naszymi
                        glowami? Pozostaje liczyc na zdarzajace sie od czasu do czasu wizyty u
                        znajomych, ktorym 'wlasnie na urodziny Rodzice kupili butelke z Isle of Jura' .
                        Ale jak czesto moze sie to przytrafiac?
                        Ech, nie ma jak gusta proste...
                        • dr.krisk Re: Droga whisky... 16.11.05, 17:46
                          nienietoperz napisał:

                          > Alez Krisku masz dobrze...
                          > Zawsze uwazalem, ze whisky nie lubie. Do czasu, kiedy znajomy dostarczyl do
                          > nntpzej norki, w przyplywie niezrozumialego szalenstwa, 60%wa niedostepna poza
                          > Szkocja 18letnia wersje Glenmorangie.
                          Ach - single malt.... Tez pilem kilka razy, wrazenia znakomite. One naprawde sa
                          warte tych cen niebotycznych.
                          Niestety, odbylem kiedys ze soba powazna rozmowe i wyraznie okreslilem swoje
                          miejsce na tzw. drabinie spolecznej. Tzn. ja siedze na ziemi kolo tej drabiny.
                          Absolutnie mnie nie stac na single malty, no to pije tanie blendy.
                          I tyz piknie.
                    • eva.68 O Ballantinesie 16.11.05, 15:49
                      ...dowcip restauracyjny.
                      Pewnego jesiennego (albo wczesnowiosennego - już nie pamiętam) dnia, po długim,
                      miłym, leśnym spacerze wstąpiliśmy do restauracji w celach odpoczynkowo -
                      ogrzewczych, bo chłód nas był trochę przejął w tym lesie. Ja, w celach
                      rozgrzewających, zamówiłam sobie szklaneczkę napoju, co w tytule stoi, bo
                      napoje takie lubię. Kelner zamówienie zapisał i zwrócił się do mnie z
                      pytaniem: "Z wodą czy z lodem?" "Dziękuję, bez"- ja na to. No i wtedy pan
                      obrzucił mnie spojrzeniem mówiącym i z intonacją, której zapisać się nie da,
                      powiedział: "ALE TO JEST WHISKY PROSZĘ PANI!"
                      P:-)
                      • dr.krisk Whisky z woda! 16.11.05, 16:32
                        Cos strasznego....
                        Wyjatek robie tylko dla whisky z lodem - jak bardzo goraco. Wtedy lod ow
                        wrzucam, ale tylko dla obnizenia temperatury alkoholu.
                        Natomiast zwyczaj wlewania wody do whisky uwazam za straszny.

                        O obyczajach w naszych restauracjach/kawiarniach moglbym dlugo: o uporczywym
                        nazywaniu "szampanem" rozmaitych win musujacych, o wciskaniu klientom tanich
                        francuskich popluczyn powinnych jako znakomitych win stolowych, o kawie z
                        ekspresu robionej metoda zalewania zmielonej kawy goraca woda (ale woda z
                        ekspresu!).
                        Powiem szczerze - uwazam, ze w Polsce mamy gastronomie, natomiast nie ma prawie
                        sympatycznych i milych miejsc, gdzie tanio mozna zjesc & wypic.
                        • diffie Re: Whisky z woda! 16.11.05, 16:51
                          Krisku, wiele się zmienia. Często bywam w Sopocie, ostatni sezon, jeśli o
                          gastronomię chodzi, był wyjątkowy. Nawet w gazetach pisano. Gastronautycy
                          rozpoczęli dziką walkę o klienta. Dwudaniowy obiad w dobrym pubie - 10 PLN. Do
                          tego pieczywko, oliwa, ocet balsamiczny i ziółka. Siedzisz tam sobie w USA, a my
                          tu ewoluujemy po cichutku.
                          P:)
                      • beatanu o whisky 16.11.05, 16:52
                        Jeszcze jeden dowcip restauracyjno-knajpiany

                        Jakieś osiem, a może już dziesięć lat temu w lokalu takim sobie na gdańskiej
                        starówce zafrapowała mnie whisky z colą. Nigdy wcześniej nie próbowałam (nie
                        jestem wielbicielką coca- pepsi itp.) zapaliłam się, poprosiłam o podwójną, bo
                        ilość alkoholu wydawała mi się znikoma i... dostałam chyba ponad trzy decylitry
                        cocacoli z bliżej mi nieznaną objętością bursztynowych procentów. Zadowolona
                        stamtąd nie wyszłam (bo ja nie lubię coca coli...) Kłócić się nie miałam
                        odwagi :(

                        B pijąca whisky solo.
                      • marquis A ja nie lubię whisky 16.11.05, 17:31
                        Fuu, o ile do procentowych trunków urazy nie zywię, o tyle whisky nie znoszę :(
                        No ale jam francuski markiz a nie angielski lord ;-)
                        • dr.krisk A ja z kolei - koniaku... 16.11.05, 17:36
                          Naprawde! Nie przepadam. Jeszcze jakies proste brandy to moze byc, natomiast
                          francuski koniak mnie myszami traci, i jakos nie gustuje.
                          Najwyrazniej gusta anglosaskie ryza sie z frankofonskim.
                          Ale pastis lubie!
                          • marquis Re: A ja z kolei - koniaku... 16.11.05, 17:40
                            A u mnie "a rebours". Wszelką brandy (w tym cognac rzecz jasna) bardzo lubię.
                            Być może odwieczne animozje francusko-brytyjskie mają zupełnie inne podłoże,
                            niżby się zdawało ;-)

                            PS. No ale juz np. taka grecka brandy jak Metaxa powinna ci smakować?
                            • dr.krisk Brandy vs congnac 16.11.05, 17:53
                              marquis napisał:

                              > PS. No ale juz np. taka grecka brandy jak Metaxa powinna ci smakować?
                              Rzeczywiscie, brandy lubie: Metaxa, wloska Vecchia Romagna czy Stock - jak
                              najbardziej.
                              Kiedys kupowalem wegierski Budafok, teraz nie wiem czy jest w sklepach...
                              A taki albanski Skandenberg? To byl smieszny wynalazek, z takimi krzywymi
                              nalepkami.
                              Sadze zreszta, ze gdybym mial czas i srodki aby jakies gruntowne studia nad
                              koniakiem przeprowadzic, to pewnie bym polubil.
                              • griszah Uwaga na whisky! 17.11.05, 09:29
                                (...)Milicjant: Dowód osobisty. Kartę woźnicy, proszę ... Co wy mnie tu
                                dajecie ?! A ! Paszport. Najpóźniej w pierwszy dzień po świętach, należy
                                paszport zwrócić. W porządku. Można jechać.
                                Paluch: Ale dlaczego mam zwrócić ?
                                Milicjant: Wróciliście z zagranicy.
                                Paluch: Ja ?!!! Z jakiej zagranicy ?!
                                Milicjant: No jak to z jakiej zagranicy. Byliście w Anglii. Nie udawajcie
                                głupiego. Można jechać.
                                Paluch: Tak jest.
                                Wąsacz: Gdzieś ty był ?!!
                                Tata Tradycji: Toś ty w Anglii był ? Czegoś nic nie mówił ?
                                Zofia: On w ogóle nie gaduła jakiś !
                                Dyrman: Chłop gadać nie musi !
                                Tata Tradycji: Długo byłeś ?
                                Paluch: Jeden dzień !
                                Dyrman: To krótko.
                                Paluch: Trudno wytrzymać człowieku tam ! Taką rudą wódę piją, na myszach !
                                Dyrman: To tam jeszcze bardziej garują jak u nas ?
                                Paluch: Uuuuu, bez porównania, kochany... taki malutki wypijesz, dwa dni
                                nieprzytomny jesteś ! Dyrman: O rany boskie !(...)
    • kwiecienka1 Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 12:50
      no dobra, przyznam się:
      w `96 roku na wakacjach nad Balatonem kupiłam sobie T-shirt, w którym sypiam do
      dziś
      tiszercik jest prosty, biały, bez węgierskich napisów
      na całej jego frontowej części jest duży & usmiechnięty fiutek
      od trzech lat histerycznie nie pozwalam go nikomu dotykać, piorę go sama, tylko
      ręcznie, bardzo delikatnie wykręcając
      Boziu, co by to było gdyby się mój ulubiony fiutek w praniu zniszczył...
      teraz to żadnemu proszkowi nie można ufać...
      to wyznając pozdrawiam
      Kwiecienka z Fiutkiem


      ps ten podkoszulkowy węgierski fiutek... trafił mu się później jednak prawdziwy
      kolega bo jakiś czas temu miałam chłopaka Węgra :-)))) i dumna miałam aż dwa
      węgierskie fiutki...
      Kwiecienka Bezwstydna
    • braineater Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 13:42
      hhhhmmmm
      ja mam chyba tak po mencku - noszę ciuchy, aż sie rozpadną - zajmuje im to
      około roku, dwóch. Ale są dwa, których również raczej nie pozwalam nikomu
      dotykać, na które Marysieńka poczyniała już kilkanaście zamachów, zawsze
      zdławianych w zarodku i w których mam zakaz wychodzenia, jesli gdzieś idę z
      zoną:)
      Numero uno, to klasyk z lat 70, znany wszystkim kozuszek, model dokładnie taki,
      jaki w Wniebowziętych nosił pan Himillshbach - ordynarnie wyprawiona skóra,
      gruba dratwą szwy robione i poszarzałe ze starości futro ze stworzenia
      niezidentyfikowanego, acz chyba syntetycznego. Wysoki stawiany kołnierz (to
      akurat moje zboczenie, jak Maryś twierdzi postawiłbym sobie kołnierz nawet
      ubrany w kieckę z dekoltem)i ogólnie odstręczająca kolorystyka - oraz ten kudeł
      dziki, stanowią, że jest to ciuch mój ukochany - a pasuje do wszystkiego - od
      garnituru, przez dżinsy, do koszuli w hawajskie wzorki.
      Numero due zaś to kurteczka, starsza jeszce od kożuszka. Szczyt mody i
      wykwintności A.D. jakies 1965/70. Kolor błękitny (tam gdzie sie ostał:).
      Materia prima - skaj. Ale jaki skaj. Złuszczony jak u salamandry z problemami
      dermatologicznymi, tu i ówdzie prześwitujący podszewką, brązowawą. Ogromne,
      plastikowe guziki, oraz klapy w cudnym kroju - szerokie bardzo, zaokraglone u
      góry i oczywiście niepostrzeżenie przechodzące w kołnierz, który postawiony
      zakrywa cały tył mojej głowy - az po ciemię. Cudo po prostu szcególnie jesli
      przyodziane do białego t-shirta i spodni w żółtoczerwoną kratę. Tylko Marys i
      tu ma jakies opory:)
      I trzecie przyzwyczajenie, ale to już napewno fetyszyzm - buty. Od 15 lat ten
      sam model rangersów, tylko kolory się zmieniają.
      P:)
      • blue.berry brak miejsca brak sentymentow 15.11.05, 13:59
        od zawsze czescia mojego zycia sa male mieszkania. najpierw rodzicielskie,
        potem wynajmowane przerozne, aktualnie wlasne. cecha ta powoduje ze
        sentymentalizm ubraniowy niestety nie przetrwal. korzenie i galezie podcial mu
        kiedys praktycyzm (o wiele latwiej sie przeprowadzac majac jeden plecak niz 100
        plecakow). aktualnie doszczednie pogrzebala zasada "zeby wlozyc trzeba wyjac"
        (zasada ta zreszta jest do zastosowania w wielu aspektach zycia).
        pierwsza bezlistosna czystke przeprowadzilam w momencie kiedy wyjezdzalam do
        londynu, mieszkanie wynajete likwidowalam a mieszkanie rodzicielskie jakos tak
        krzywo patrzylo na opcje przechowania stosu pudel.
        druga czystke konsekwentnie prowadze od 2 lat kiedy to szafy (cale dwie) w moim
        mieszkaniu rycza zgodnym glosem "wiecej nie zmieszcze"
        to co totalnie zniszczone - wyrzucam. to co nie zniszczone ale juz nie noszone -
        oddaje tym, co ich nie stac. i choc czasem lezka sie w oku zakreci to
        racjonalizm przemawia. bo fajniej jest miec nowy sweter a nie stary (nawet
        jesli bardzo wspomnieniowy). no a kurtka ktora wisi w szafie od lat nikogo nie
        grzeje a moglaby.
        i tym sposobem ostatnio ze duza lza w oku pozbylam sie skorzanej czarnej
        ramoneski (kto wie to wie) ktora mialam od jakis 15 lat.
        z rzeczy sentymentalnych pozostala mi pseudomotocyklowa kurtka (czerwono-czarno-
        srebrna) kupiona we wroclawiu i wzbudzajaca zachwyt w londynie oraz 2 pary
        spodni (jedne ze srebrnego materialu, drugie z dzinsu pokrytego blyszczaca
        folia:)) ehh kiedys to byly czasy:)
      • griszah Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 14:05
        braineater napisał:

        >Numero uno, to klasyk z lat 70, znany wszystkim kozuszek, model dokładnie
        >taki, jaki w Wniebowziętych nosił pan Himillshbach

        Najsłynniejszy kożuszek w dziejach polskiej kinematografii pamiętam z tym, że
        okrywał chyba pana Janka w "Jak to się robi" - "Ludzie!, ludzie!, nie gońcie
        mnie bo ja już nie mam siły! - klasyka.
        Pozdrawiam.
        • monikate Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 14:30
          1. Co do swoich ciuchow wychodzonych to sentymentalna nie jestem. Posiadam
          jedynie "miarkę"-stare dżinsy;
          2. Sentymentalnie hołubię jedne śliczne śpioszki i pewien dziecięcy komplecik
          mojej już dorosłej córki. Wyjme od czasu do czasu, paptrzę i powzdycham sobie,
          w stylu "jak ten czas leci", "gdzie ta malutka dziewczynka"...
        • daria13 Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 15:45
          A ja mam po mojej mamie (Poznaniance) okropny nawyk chomikowania wszystkiego,
          bo kiedyś może się przydać. Do tego dochodzą jeszcze świetne warunki, bo dom
          duży, w części nieurządzony, czyli pełen pomieszczeń, gdzie mozna magazynować
          rzeczy. I mimo, że regularnie, kiedy pojawiają się u nas informacje o zbiórce
          na PCK, robię czystki, to rzeczy wciaż przybywa zamiast ubywać. Jako że moda ma
          tendencje do nawrotów, magazynuję niektóre swoje najfajniejsze (w moim
          mniemaniu)ciuchy z myślą, że może Julka kiedyś... Niestety, kiedy ostatnio
          podczas poszukiwań w piwnicy wyjęłam niektóre z tych właśnie najfajniejszych,
          zostałam szczerze i perfidnie przez nia wyśmiana. Ale cóż, może za parę lat...
          wszystko sie może zdarzyć:)
          Największy śmiech Julki, a mój największy sentyment wzbudziły moje szarawary,
          które odkupiłam w dawnych czasach od mojej kolezanki, która z kolei nabyła je w
          Paryżu w czasach komuny, kiedy u nas wszystko było szaro-bure, a rzeczone
          szarawary były kwieciste i kolorowe, bardzo szerokie i z krokiem w kolanach.
          Koleżanka uznała, że za grubo w nich wyglada i za małe pieniądze odsprzedała mi
          to cudo, noszone przeze mnie jeszcze długo na wszelkie dyskoteki, bo był to
          okres w moim zyciu, kiedy dużo balowałam i nikt na świecie takich szarawarów
          nie miał. To były piękne czasy, buuu.A Julka się nie zna, o.
          Mam tez do tej pory ślicznej urody garsonkę w kolorze wściekłej zieleni,
          zakupiona w pierwszej słuzbowej delegacji w Londynie. Miałam wtedy do niej
          zielone rajstopki i zielone butki i Anglicy mówili wtedy na mnie green lady.
          Ale i ona nie znalazła uznania w oczach Julki. Mała niewdzięcznica. Nie jestem
          jej (znaczy garsonki) w stanie wyrzucić czy oddać, bo właśnie sentyment za
          tamtymi czasami mi nie pozwala.
          Chyba jednak nie wszyscy mężczyźni mają podobnie, bo mój maż notorycznie
          zarzuca kolejne garnitury i nieustannie twierdzi, że musi kupić nowy, bo
          poprzedni mu się wyciągnał/zmechacil/wyświecił etc. I tak w garderobie wisi
          chyba z 7 garniturów, bo zapakować i oddać mój mąż niestety nie potrafi, a ja
          nijak nie potrafię dokonać fachowej oceny stopnia ich zniszczenia. A najgorsze
          jest to, że garnitury nie nadają się za bardzo do prac gospodarsko-
          porządkowych. I tak rosną góry nieco sfatygowanych garniturów mojego
          szanownego.
          Jeśli chodzi natomiast o buty, to mam problem wprost odwrotny do
          sentymentalnego pozostawiania. Nie jestem w stanie zniszczyć butów na tyle,
          żeby zachodziła konieczność zakupu nowych, a moda buciana zmienia się szybko i
          trudno wytłumaczyć małżonkowi, że w tych butach nijak nie wypada już chodzić;)
          Ach te meandry mody.
    • brunosch Re: sentymentalizm czy już lekkki fetyszyzm? 15.11.05, 14:32
      chyba jednak fetyszyzm, ale jednak bardzo sentymentalny.
      Dla mnie dwie rzeczy -
      1. Buty piękne, sznurowane, skórzane do kostek. Właśnie w sklepie było włączone
      radio nadające komunikat o irackim ataku na Kuwejt. 1991 rok. Czasem jeszcze je
      noszę.
      2. T-shirt z Krakowa, ze Smokiem Wawelskim w rogatywce z pawim piórkiem,
      popijającym coca colę. Cudo złote! Dziesiątki koszul poszło do Krainy Wiecznego
      Prania, a Smok jest - wyciągnięty, wyblakły... AD 1992
    • dr.krisk Rzeczy ukochane... 15.11.05, 19:42
      Mam ich cale mnostwo. No bo jak mozna wywalic Calkiem Dobra Kurtke (przeciez te
      dwie dziury z tylu wcale nie przeszkadzaja..) albo torbe naramienna, co byla
      swiadkiem wielu kriskowych uniesien i upadkow? No nie mozna po prostu.
      Totez mam cale stosy rzeczy wygladajacych jakby wrocily z Napoleonem spod
      Moskwy (i to bynajmniej nie pociagiem), do ktorych zywie uczucie gorace i stale.
      I o ile bez problemu rozstane sie z wytarta marynarka (nie mam zadnego stosunku
      uczuciowego do ubran formalnych), to polatane portki bojowki konserwuje
      starannie. Mam tez moja ulubiona kurtke wojskowa, com ja cwierc wieku temu na
      pchlim targu w kraju kapitalistycznym kupil. Co pewien czas tylko musze
      poprawic szwy, i jak nowa!
      Uwielbiam tez kupowac stare rzeczy w sklepach z uzywanymi ciuchami: od razu
      mamy rzecz z wlasna historia!
      Milo jest zasiasc piekna wieczoprowa pora na schodach do ogrodu, ubrany w owe
      portki drelichowe i wojenna kurteczke, popijac tania whisky i deliberowac o
      rzeczach roznych. W nowych ciuchach to nie to samo.....
      KrisK
      • quarantine Re: Rzeczy ukochane... 15.11.05, 21:23
        Zostałam podniesiona na duchu. Myślałam, że tylko mój mąż wygląda jak dreszcz
        grzebiący w śmietnikach. Nigdy nie zdążę sprawdzić w co się rano wystroi.
        Popisowu numer to opieranie się o kuchenkę i podpalanie koszul w odpowiednim
        miejscu. Ale co tam dziura, czy plama? Jakie to ma znaczenie? Nie mówiąc o
        tarzaniu się z synem w garniturze, bo po co się przebierać, no po co?
        • marquis Re: Rzeczy ukochane... 16.11.05, 09:57
          A propos przebierania. Jakby mnie kto zaskoczył w domu niezapowiedzianą wizytą,
          zobaczyłby taki mniej więcej obraz: koszulka z dziurką (ale za to francuska!),
          dresy (ale nie te modne, co to karki noszą, tylko takie granatowe bawełniane na
          gumce i ze ściągaczem u kostki), i drewniaki na nogach. Wiocha bez dwóch zdań,
          ale tak mi najwygodniej. A czytałem kiedys w jakimś czasopiśmie wagi lekkiej, że
          po domu to sie powinno chodzić tak ubranym, żeby do wyjścia wystarczyło tylko
          założyć buty i płaszcz ;-)
          A sentyment to mam głównie do tych paru francuskich tiszertów, powyciąganych i
          spranych, pamiątek po wyjeździe przed laty. No i jeszcze do takiego jakby
          szalika wiosenno/jesiennego z "Zakładów Przemysłu Jedwabniczego w Turku" (pewnie
          starsze tot jest ode mnie) - bo po zmarłym dziadku (zresztą w bardzo dobrym
          stanie; szalik, nie dziadek).
        • dr.krisk Errata.. 16.11.05, 15:13
          Staram sie zawsze chodzic chedogo obrany - nawet zaryzykowalbym twierdzenie ze
          starannie (buty wyczyszczone, plamy absolutnie nie wchodza w rachube!). A ze
          koszula ma 20 lat i wyplowiala jest? Tym piekniejsza! Zwlaszcza jezeli jest
          amerykanska koszula lotnicza, wzor z 1943 roku (do dzis sa firmy, ktore takie
          koszule szyja).
          Tak wiec z jednej strony jestem zbieraczem staroci ubraniowych, z drugiej zas
          pedantem jezeli chodzi o ich czystosc i calkowitosc.
          To dosc skomplikowane, taki wiecej Jekyll & Hyde ubraniowy jestem.
          • quarantine Re: Errata.. 16.11.05, 16:34
            Przepraszam Cię dr Krzyśku. Zdaje się, że popełniłam nietakt, kwalifikując
            Ciebie jako dreszcza śmietnikowego. W moim jednak pojęciu jest to bardzo
            sympatyczna kategoria, taka alegoria, że tak to nazwę brnąc dalej po same uszy
            tak, że już nie będzie można odkręcić już nic z tego co się zakręciło, uff.

            Fetyszystką nie jestem z całą pewnością. Jeśli chodzi o ciuchy, stały ruch w
            interesie panuje, że tak to ujmę. Coś kupuję, coś oddaję. Coś nie pasuje, albo
            ma inny niż w sklepie kolor. Coś się wytrze, albo spierze, albo znudzi. Coś się
            zapodzieje i znajdzie po dwóch sezonach. Trudno.
            Nienawidzę natomiast pozbywać się książek. Nienawidzę pożyczać książek,
            ponieważ mam z tym same złe doświadczenia. Ludzie nie przywiązują wagi do
            cudzych książek. Ktoś z nudów grzebie w książkach, wydaje mu się, że przeczyta
            coś, pożycza i koniec. Książki to przyjaciele, przyjaciół się nie pożycza.
            Nie pamiętam potem kto, kiedy, w jakich okolicznościach, szukam czegoś i
            denerwuję się, delikatnie mówiąc.
            • dr.krisk Re: Errata.. 16.11.05, 16:40
              quarantine napisała:

              > Przepraszam Cię dr Krzyśku. Zdaje się, że popełniłam nietakt, kwalifikując
              > Ciebie jako dreszcza śmietnikowego.
              No nie zartuj! Jeszcze by tego brakowalo, abym sie nadymal i obrazal!
              Zreszta nic nie wiadomo, na co komu przyjdzie. Moze na kilka lat bede po owych
              smietnikach grzebal, uprzejmie nagabujac was przy wejsciu: te butki to Pani
              niepotrzebne moze??? Zycie niejedne nam niespodzianki szykuje...
              Tak filozoficznie mi jakos wyszlo.
              • griszah Re: Errata.. 16.11.05, 16:52
                dr.krisk napisał:



                > Zycie niejedne nam niespodzianki szykuje...
                > Tak filozoficznie mi jakos wyszlo.

                Kiedyś pani od muzyki w podstawówce(straszna załza zresztą)dostrzegając u
                większości ucznów zupełną niechęć do nauki gry na tak pięknym instrumencie jak
                flet prosty opowiedziała jak to widziała kiedyś swojego byłego ucznia
                przygrywającego przechodniom w przejściu podziemnym i zakończyła też
                filozoficznie - "nigdy nie wiadomo z jakiego pieca człowiek będzie chleb
                jadł" :).
                Pozdrawiam.
                • brunosch szkoła wirtuozów 16.11.05, 17:00
                  musiała być wdzięczna losowi, że choć jeden z jej uczniów żył z gry na flecie.
            • marquis Re: Errata.. 16.11.05, 17:34
              To ja może tylko dodam, że ubraniowy kicz i niedbalstwo uprawiam wyłącznie w
              pałacu ;-) Bo ja tak w ogóle to esteta jestem :-) Noblesse oblige ;-)
    • kwiecienka1 errata do Kwiecienki wyznania... 17.11.05, 08:31
      ... w sezonie jesienno-zimowym muszę spać w skarpetkach, po prostu nie zasnę z
      gołymi stopami: prawie cała mogę być rozebrana, w pokoju może być i dwadzieścia
      parę stopni - jest jesień/zima i ja muszę mieć skarpetki :-)
      do tego wiernie służą mi na zmianę trzy pary:
      * skarpetki z mordą irlandzkiej krowy (dostałam POCZTĄ z Irlandii od pracującej
      tam koleżanki, krowa pierwsza klasa)
      * kolorowe skarpetki z otworkami na każdy palec u nogi (jak rękawiczki)
      * (kiedyś wściekło-, dziś tylko normalnie) zielone, najzwyklejksze skarpetki
      kupione za złocisza na targu
      i tak lecę na zmianę grzejąc sobie stópki :-)))
      pozdrawiam
      Kwiecienka, Skarpetki & Hans Kloss w powtórkach
      • mamarcela mamarcela i jej klapeczki ukochane 17.11.05, 09:31
        Wyznanie Kwiecieńki przypomniało mi casus moich klapeczek - otóż od lat bodajże
        już pięciu noszę bez względu na pore roku (w zimie w pomieszczeniach, ale także
        np. na pięciominutowe odsikiwanie piesa) klapeczki firmy scholl. Aktualnie mam
        ich trzy pary - czerwone zamszowe bardzo już zniszczone wkładane na deszcz,
        słotę, śnieg albo głęboką nocą, identyczne, ale mniej zniszczone po domu oraz
        na psie spacery, czarne skórzane o takim samym fasonie (czerwone niestety
        przestali produkować)noszone w tym roku od maja do października non stop
        wszędzie tam, gdzie nie jest wymagane bardziej oficjalne obuwie. W praktyce
        nawet jak bardziej oficjalne przydać by się mogło to i tak wkładam klapeczki
        ukochane, tłumacząc sobie, że ich i tak spod długich i szerokich lnianych
        spodni nie widać.
        Teraz będzie jęk rozpaczy. Klapeczki były (są) nieludzko wygodne i co w
        przypadku wyrobów tej firmy nie jest oczywiste (bowiem znakomita większość jest
        paskudna, ciotkowata, ortopedyczna i w ogóle be) na sportowy sposób bardzo
        ładne. A ci kretyni w ogóle przestali produkować ten fason. Ponieważ klapeczki
        nr3 też już są z lekka zuzyte - to w czym ja przechodzę następną wiosnę, lato i
        jesień? Oczywiście wiem, że moda się zmienia, że to i tamto, ale...
        Pocieszenie - podobno firma ecco ma w swojej ofercie niemal identyczne.

        mamarcela, której dusza pragnie wielu różnych bucików, ale której stópki chcą
        klapeczek i już

        "od dzieciństwa lubiłem syreny"
        • stella25b Rozstanie 17.11.05, 10:53
          Nie wiem czy to fetyszyzm czy zbieractwo czy moze jakas inna fobia z
          niemoznoscia rozstania sie z pewnymi rzeczami, ale moj maz tak ma. Nie potrafi
          wyrzucic zadnej rzeczy, ktora sie zuzyla, ktorej nie nosi, nie uzywa itp.
          Chomikuje poprostu wszystko. W zasadzie nie jest to taka zla cecha bo ....jako
          jego stara zona mam duze szanse to, ze nigdy nie wyrzuci mnie ze domu;))


          A o mojej wlasnej fobii juz pisalam. Mam taki plecak- torebke- od lat ten sam.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka