beatanu
15.11.05, 11:15
Kilka dni temu byłam ostatni raz ( w tym sezonie) na wsi/w lesie. Ostatnie
porządki wokół chałupki, ostatnia wyprawa do lasu, ostatni szaleńczy, ponad
10-kilometrowy spacer zakończony odciskami okrutnym tu i ówdzie... Ale nie o
tym chciałam, tylko o ciuchach bardzo starych i wysłużonych. Bo na wieś/do
lasu wywozi się wszystko, co już sprane do bólu i postrzępione, ale na miano
szmaty jeszcze nie zasłużyło. Tam donosimy podkoszulki zakupione jeszcze w DT
Jubilat w 1983... Tam obcinamy nogawki poprzecieranym dżinsom i czynimy z
nich mniej lub bardziej seksowne szorty :) I właśnie tam, sukając przed leśną
wyprawą jakiegoś szalika, bo ochłodziło się ciut - znalazłam szalik od
Wiktora... Ot, kawałek bawełnianej indyjskiej szmatki, kiedyś czarno-białej
we wzorku wzorzyste, dzisiaj bardziej brudno-niebiesko-szarej, ale ciągle tak
miękkiej i przyjemnie otulającej szyję. Dzisiaj Wiktora, wtedy belgijskiego
obywatela Belgii za nic nie poznałabym na ulicy, nawet nie wiem po jakich
ulicach chadza, bo ludzie mobilni są... Spotkaliśmy się na wakacyjnym kursie
szwedzkiego na zachodnim wybrzeżu Szwecji 23 lata temu. Jeżeli myślicie, że
opowiem teraz jakąś łzawą historię miłosną, to się rozczarujecie :) Jeżeli w
to upalne i barwne lato, tak bardzo odmienne od smutnej rzeczywistości w
Polsce stanu wojennego (to był mój pierwszy wyjazd na tzw. Zachód, ale to
osobna historia...) w kimś się kochałam, to w pewnym Szwajcarze. Uczestnikami
kursu byli młodzi ludzie z całej Europy i nawet jeden Amerykanin się
zaplątał. Ale to Wiktor na pożegnanie podarował mi swój szalik, bo pamiętał,
że kiedyś powiedziałam mu, że bardzo mi się podoba (szalik, nie jego
właścieciel)... Nie wiem, może traktował mnie jako Biedną Przyjezdną Z
Szarego i Smutnego Kraju Po Drugiej Stronie Zelaznej Kurtyny (nota bene -
któryś w uczestników kursu wykrzyknął kiedyś spontanicznie na nasz widok,
tzn trzech polskich studentek skandynawistyki - "Ależ wy wyglądacie całkiem
normalnie!"), może było mu mnie żal, może zapałał do mnie sympatią albo czymś
jeszcze, w każdym razie z lekka przepocony szaliczek przyjęłam, podziękowałam
i... polubiłam bardzo. Towarzyszył mi wszędzie przez całe lata
osiemdziesiąte, był jednym z obowiązkowych elementów tej całej
posthipisowskiej powłóczystości.... A teraz leży sobie w szufladzie w leśnej
chałupie i czasami, w chłodny listopadowy ranek przypomina o wspaniałych
wakacjach i odjeździe totalnym anno domini 1982...
To był wstęp, a teraz pytanie do czytaczy-twaczy. Macie jakieś ciuch, którego
nigdy nie wyrzucicie, co cóśtam? Jakieś anegdoty, historie wzniosłe albo nie?
Pozdrawiam z miasta deszczowo-śniegowego i zimnego, i wietrznego potwornie.