Dodaj do ulubionych

część 1

21.10.02, 02:04

no dobra... optymistyczne to to nie jest...
z góry od razu przepraszam. Bo długie. I mało radosne. I moje. I dziwne.

----------------------------------------------------------------------------

Pewnego razu był sobie człowiek. Mieszkał w bloku w dużym mieście i
był – podobnie jak blok – szary. Jak inni mieszkańcy, stał czasem w kolejce
po żółty ser, jak inni jadł chleb, myśląc sobie tylko czasem, że mógłby być
trochę lepszy, ów chleb powszedni, ów dar, który trzeba było kupować,
podobnie jak wszystkie dary... Chodził bez przekonania do kościoła i choć
brak pewności starał się maskować gorliwością, zdecydowanie myślami był
wszędzie tylko nie w środku kazania wygłaszanego przez księdza. Nie był sam.
Wokół ludzie zatapiali się w czymś, co nazwaliby rozmyślaniami, ale w
rzeczywistości było biernym oczekiwaniem końca mszy. Kościół przypominał
stado aniołów, fruwających pod sklepieniem, zatopionych w swoich myślach,
ukrytych, tajemnych, choć łatwych zarazem do przewidzenia.

Od czasu do czasu chodził na spacery przyglądając się wszystkiemu i
wszystkim. Sam, nie postrzegany przez nikogo, albowiem w mieście w zasadzie
nie ma obserwatorów, podobnie jak nie ma rozmówców. Jedni patrzą, ale nie
widzą, a widząc nie dziwią się niczemu. Drudzy mówią, ale nie słuchają, a
słuchając nie słyszą. Dialogi, które są prowadzone mają od razu wytyczony
cel, a jest nim koniec dialogu. Czynione obserwacje mają jeden cel, a jest
nim zorientowanie się w przestrzeni; określenie czy daleko jeszcze do domu,
gdzie będzie można przeżyć resztę kolejnego dnia powszedniego, podobnego do
chleba, czy sera żółtego; jednak bez refleksji, że może mógłby być lepszy...
Obserwując widział zamazane kontury ludzi, poruszających się ściśle
wyznaczonymi torami ruchu, jak gdyby trawniki i krawężniki miały zdolność
prewencyjną, jakby były murami odznaczającymi fizycznie dozwolone trajektorie
lotu. Jedynie dzieci wychodziły poza schemat, jednak rodzice, zdziwieni i
zakłopotani, szybko wpajali swym pociechom zasady równie dogmatycznie później
pojmowane, jak reszta życia...

Wracając do domu, szary na twarzy po części ze zmęczenia, po części z
odbitej szarej fasady miasta, widywał pary całujące się na ławkach i starców,
którzy udają, że tylko na chwilę przyszli wygrzać stare kości. Pierwsi byli
przewidywalni i na pierwszy rzut oka brakowało im wszystkiego, co cechuje
młodych szczęśliwych ludzi – zapomnienia. Skupieni, poważni, nawet w śmiechu
myślący i liczący. Toczyli gry tam, gdzie należy zapomnieć o regułach,
oddawali hołd rzeczywistości tam, gdzie rzeczywistość powinna być tworzona.
Drudzy – przypatrujący się wszystkiemu zamglonymi oczami, starający się nie
tylko nie myśleć o tym, że w końcu trzeba będzie wrócić do domu, gdzie
rozrządziły się dzieci i wnuki; że trzeba będzie znów przemknąć
niezauważenie, udać, że nie widzi się niszczących zmian, które nierozważna
młodość wprowadza w uporządkowane życie... Starali się nie myśleć w ogóle.
Ich życie koncentrowało się na ławkach w parku, na odrobinie słońca, jednego
być może z ostatnich słońc w ich życiu... Życiu, które nie tylko nie było,
ale przecież nie mogło być lepsze – i tego jednego trzymali się kurczowo.

-----------------------------------------------------------------------------

mimo wszystko modrzew,
.y.

----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.
Obserwuj wątek
    • ydorius część 2 21.10.02, 02:06

      i ostatnia. chyba na zawsze.

      -------------------------------------------------------------------------------

      Czasami siadał przed telewizorem. Słuchał i oglądał. Oglądał i słuchał.
      Powoli i niepostrzeżenie wtapiał się w telewizor. Powoli i niepostrzeżenie
      stawał się szklanym ekranem i wszystkim tym, co w nim się działo. Wierzył w
      tragedie i bombardowania, sam bombardował i sam ginął tysiąc razy rozrywany
      szrapnelem i miną. Sam biegał po plaży i cieszył się słońcem, czuł ciepło i
      morską bryzę. Sam kupował i sprzedawał lody w reklamach, sam okupował mównicę
      Sejmu i sam się z niej zdejmował. Używał niezrozumiałych wyrażeń na określenie
      prostych rzeczy, kochał i był kochany, rzucał i był rzucany wiele razy,
      tysiące, niezliczone tysiące... Czasem konstruował śmiercionośną broń, by potem
      bohatersko ją zniszczyć, a wraz z nią i siebie samego, konstruktora...
      Wyłączając telewizor czuł się jakby ktoś wyjął mu szkielet. Opadał,
      chował się w sobie, bezwolnie przyjmował kształt fotela, dopasowując się do
      jego kształtów. Czarny ekran ział pustką, nie wyrażającą niczego. Wraz z
      minionymi obrazami odchodziła świadomość. Nie wierzył już w silikonowe piersi i
      rzeźbione nogi, nie wierzył w piasek na plaży. Stopniowo pozbywał się wiary w
      politykę i naukę, w kulturę i sztukę, w superbohaterów i herosów jednego dnia.
      Świat tracił na wartości i rzeczywistości, podobnie jak on sam tracił siły i
      zdolność poruszania się. Nie było żadnych wojen, nie było dostaw broni, zdrad i
      ataków. Nikt nie umarł, nie zginął tragicznie. Było to bajką podobną do tej o
      ratowaniu świata, podobną do tysiąca innych bajek na świecie, opowiadanych
      dorosłym każdego dnia, mających na celu...
      Obudzenie sztucznego ognia w oczach, wyjście naprzeciw wszystkim tym,
      którzy zagubiwszy osobowość w gąszczu reguł do przestrzegania potrzebowali
      nowego szkieletu... Być może na chwilę naprawdę wzruszą się umierającymi
      dziećmi, wezmą udział w festiwalu piosenki, wysadzą w powietrze śmiercionośne
      działa w groźnych czasach, kiedy naprawdę była jakaś wojna. Ale to wszystko.
      Proteza, którą uzyskali działa na prąd, ale nie bez niego. Proteza, którą
      uzyskali, działa na chwilę, ale nie poza nią.

      Od czasu do czasu chodził do łóżka. Za oknem mrok nakazywał zostawienie
      świata w spokoju. Noc była dla ciemnych typów z ciemnymi sprawkami, których
      działania i tak były nierzeczywiste – bo odkrywane dopiero rano wraz z rosą na
      rękojeści noża, czy pierwszym krzykiem we krwi.
      Sen bez marzeń, sen bez treści, pokrzepienie organizmu, które było
      tylko regeneracją sił przed dniem jutrzejszym, kolejnym dniem, tygodniem,
      rokiem, bankową pożyczką, rachunkiem do zapłacenia, pieczywem, spóźnieniem w
      strachu, deszczem, niepodeptaną trawą, brakiem tańca i muzyki, sztucznym
      oświetleniem, wpatrzeniem w okno i wykonaniem kilku tysięcy gestów żywcem z
      dnia poprzedniego, poprzedniego tygodnia, miesiąca i roku... Gestów ze
      ściągania na klasówce, wychodzenia na dwór, palenia papierosów, podrywania,
      wymuszonego czytania treści bez formy, męczarni...

      Czasem budził się w nocy. Mokry od potu, jakby siłujący się przez całą
      noc, jakby chory, jakby zostawiony na pastwę wszystkich. Czasem budził się w
      nocy. Z drżeniem rąk, jak w ataku nieuleczalnej choroby, z oczami piekącymi
      jakby przysypał je piach. Czasami budził się w nocy, spokojny na zewnątrz,
      opanowany; wstawał z łóżka, poprawiał piżamę, uśmiechał się przepraszająco w
      przestrzeń; szedł kawałek, otwierał szafę. Wchodził do niej, zamykał za sobą
      drzwi i będąc wreszcie sam krzyczał do rana w bezsilności, w ukradzionym życiu,
      w iluzjach ścian. Aż budził się od tego krzyku bez krzyku, budził się w łóżku –
      mokry od potu, modląc się by nie tylko przyszedł ranek, ale by w ogóle ten sen
      się wreszcie skończył...

      Copyright by Ydor Bokobrody 21’10’2002

      -------------------------------------------------------------------------------

      drugi modrzew,
      .y.

      ----------------------------------
      What is home without Plumtree's Potted Meat?
      Incomplete.
    • hogan Re: człowiek bez właściwości? 21.10.02, 10:22
      no właśnie. strumiennieświadomowościowo. i istotnie pesymistycznie.
      ale przecież nie zrobimy analizy i interpretaji.
      sam wiesz...
    • suzume i'm blue, da ba da dee da bee da... (nt) 21.10.02, 10:25

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka