sofka_sofka
21.12.05, 01:32
„(...) Stopnie, na których siedziałem, były gorące; na ramach okiennych i na rozchwianej poręczy gdzieniegdzie wystąpiła od upału kliesta żywica. W pasiastym cieniu pod stopami i pod okiennicami tuliły się do siebie jakieś czerwone robaczki. Słońce przypiekało mi w głowę, piersi i plecy, ale ja tego nie czułem i tylko słyszałem, jak za mną w sieni i w pokojach drepczą po drewnianych podłogach dwie bose stopy. Posprzątawszy naczynia po herbacie, Masz zbiegła ze schodów, owiewając mnie wiatrem, i pofrunęła jak ptak w stronę niedużej zakopconej przybudówki, prawdopodobnie kuchni, skąd zalatywało smażoną baraniną i dochodziły kłótliwe ormiańskie pogwarki. Znikła za ciemnymi drzwiami, a zamiast niej stanęła na progu stara, przygarbiona Ormianka z czerwoną twarzą i w zielonych szarawarach. Starucha złościła się i kogoś beształa. Wkrótce na progu znów ukazała się Masza, zaczerwieniona od żaru kuchni, z dużym czarnym bochnem na ramieniu; wdzięcznie pochylona pod ciężarem chleba pobiegła przez podwórze do gumna, śmignęła przez płot i zanurzywszy się w obłoku złocistej plewy, znikła za wozami. Ukrainiec przy koniach pochylił bat, zamilkł i chwilę patrzał w stronę wozów; potem, gdy Ormianeczka znów mignęła w pobliżu koni i przeskoczyła przez płot, powiódł za nią wzrokiem i krzyknął na konie takim głosem, jakby był bardzo zmartwiony:
-Żebyście przepadły, diabły zatracone!
A Potem, już cały czas bez przerwy słyszałem kroki jej bosych stóp i widziałem, jak fruwała po podwórzu z poważną i zatroskana twarzą. To biegła po schodach, owiewając mnie wiatrem, to do kuchni, to znów do stodoły, to za wrota, aż z trudem nadążałem wykręcać głowę, żeby wciąż patrzeć na nią.
A im częściej Masza w całej swej krasie nawijała mi się na oczy, tym bardziej rósł mój smutek. Bo mi żal i siebie, i jej, i Ukraińca, który toczył za nią smutnym wzrokiem, gdy pędziła ku wozom w tumanie plewy. Czy byłem zazdrosny o jej urodę, czy żałowałem; że ta dziewuszka nie jest moja i nigdy nie będzie moja, bo jestem dla niej obcy, czy instynktownie czułem, że ta niezwykła uroda jest przypadkowa, niepotrzebna i jak wszystko na świecie nietrwała, czy tez mój stosunek był właśnie tym uczuciem, które budzi się w człowieku na widok prawdziwego piękna – Bóg jeden wie. (...)”
A Czechow, „Piękne” („Krasawicy”), przeł. N. Gałczyńska.