Dodaj do ulubionych

filozofia życiowa

25.01.06, 07:48
To określenie wielokrotnie pojawiało się na forum, w różnych wątkach.
Chciałabym temu zagadnieniu poświęcić wątek osobny.
W zasadzie bardziej interesuje mnie rozwój osobisty. Czy taki temat istnieje
w Waszym rozkładzie zajęć? Czy macie jakiś program, który realizujecie? Czy
ma on związek z religią, czy wręcz przeciwnie?
Staua, w wątku o rywalizacji wspomniała o dysonansie między yogą i
rywalizacją, o potrzebie zmieniania własnej natury. Jak to jest? Co jest
rozwojem osobistym dla Was? Doskonalenie jakichś cech? Realizowanie jakiegoś
ideału? Jeśli tak, to jakiego?
Do czego dążycie w życiu? Czy cel tego dążenia zmienia się z upływem lat?
Obserwuj wątek
    • dr.krisk To się nazywa pytanie!!! 25.01.06, 08:38
      Muszę się chwilowo oddalić w celu:
      - przemyślenia;
      - napisania odpowiedzi na wzmiankowane;
      - przeczytania tejże i skasowania jako głupiej;
      - powtórzenia powyższych kroków kilkaset razy;
      - napisania w desperacji jakiejś banalnej prawdy i zamieszczenia jej jako
      własnej.

      Po czym powrócę do samodoskonalenia oraz arywistyki.
    • braineater Re: filozofia życiowa 25.01.06, 10:11
      Filozofia zyciowa? Brzmi dośc paskudnie, tak jakbym wymyslił sobie jakiś system
      i cokolwiek by sie działo, starał sie go stosowac. A to nie ma tak - jakoś
      zawsze działałem na zasadzie, że zasypiając wieczorem nie wiedziałem, co będzie
      się ze mną działo rano. Ale cokolwiek się działo, to starałem sie to w lepszy
      lub gorszy sposób zaakceptować i wykorzystać. I jakos to zawsze działało i
      nadal działa.
      Natomiast cele mi sie zmieniały dośc ostro do pewnego momentu. Najpierw miałem
      zamiar udowadniac światu, jakiż to nie jestem boski, i wkręciłem sie w związku
      z tym w postawe zmanierowanego skurwysyna (to co teraz, to sa naprawde nedzne
      resztki tej opcji:), patrzacego na świat z pozycji 'acotojaniejestem, buraki',
      co u 15/16 latka jest postawą jak najbardziej własciwą, ale w wieku późniejszym
      zaczyna przeszkadzać. No to potem postanowiłem byc miły dla ludzi i dojśc do
      wniosku, że świat jest fajny. I do dziś uznaje to za najgłupszy pomysł, jaki
      miałem w całym krótkim życiu. Skończyło się bardzo szybko, wejściem w postawe
      nihilisty, cynika, malkontenta i depresanta (ach, ten nieodparty urok czarnych
      ciuchów, recytowania na bani tekstów Cave'a i słuchanie wesołej muzyki typu
      Type'O'Negative':) i trwało to i trwało, aż pośród róznych koleżanek odzianych
      na czarno i recytujacych Sylvie Plath na wyrywki, oczeta moje spoczęły na
      zjawisku pod tytułem Marysia, która cała nasz gromadkę młodocianych
      egzystencjalistów, traktowała, jako nieustający samobieżny sitcom. No to co
      miałem zrobić - wziąłem i się zakochałem. A potem wziąłem i się ozeniłem, co
      związane jest z osiagnieciem aktualnego stanu mojej filozofi zyciowej, opartej
      na założeniu - jest mi dobrze. Nie muszę nikomu niczego udowadniać, bo poza
      Marysią nikt tak naprawdę mnie nie obchodzi, nie musze niczego zmieniać, bo tak
      jak jest, jest optymalnie, nie muszę się napinać, sprężać, rywalizować,
      walczyć, bo i tak niczego więcej nie osiagnę. Więc moge sobie spokojnie
      siedziec, obserwować, komentować i sie nieangażować. Nieangażowanie sie to
      chyba jedyna und podstawowa zasada całej mojej filozofii, czy jak tam to zwać -
      czasami dośc trudna do zachowania, ale z reguły bardzo przydatna i słuszna.
      Można to tez sprowadzic do prostej sentencji, że po prostu chce miec (i mam,
      jak na razie) święty spokój.

      No i kurde bardziej z tego wyszedł love letter niż system przemyslanej
      filozofii:P


      P:)
      • beatanu love letter 25.01.06, 10:29
        Odpowiadasz na :
        braineater napisał:
        >No i kurde bardziej z tego wyszedł love letter niż system przemyslanej
        > filozofii:P


        Ale jaki piękny list miłosny! Wzruszyłam się. Naprawdę!
        :))
      • mamarcela Re: filozofia życiowa 25.01.06, 10:42
        To się nazywa system marysiocentryczny :)
        Ładny :)
        pozdrowienia dla Marysi
      • staua Re: filozofia życiowa 25.01.06, 15:38
        Bardzo ladny list milosny...
    • beatanu Re: filozofia życiowa 25.01.06, 10:24
      Powtórzę za dr Kriskiem - to się nazywa pytanie!
      I tak z samego rana...

      Ilekroć czytam popularne tutaj chyba w każdej gazecie i czasopiśmie mini-
      wywiady z ludźmi znanymi i mniej znanymi, zastanawiam się - co ja
      powiedziałabym, gdyby zapytano mnie o życiowe motto, albo o filozofię życiową
      w skrócie? Czy w ogóle przyśwoieca mi jakaś myśl przewodnia? Czym kieruję się w
      wyborach życiowych? Łoooo, takie pytania wzbudzają we mnie lęk egzystencjalny i
      zostawiam je bez odpowiedzi... do następnego mini-wywiadu, albo do następnych
      rozmów z przyjaciółmi lub dziećmi, gdy najdzie nas ochota na roztrząsanie
      problemu: co w życiu ważne, po co w ogóle żyjemy i takie tam pytania, nad
      którymi zastanawiali się ludzie od zarania dziejów...

      Mam wrażenie, że gdy byłam młodsza żyłam bez jakiegoś większego celu przed
      sobą. Ot, po prostu starałam się być jak najbardziej szczęśliwa (imię Beata
      zobowiązuje;) nie raniąc przy tym (przynajmniej świadomie) nikogo z mojego
      najbliższego otoczenia. Religia nie istniała i w dalszym ciągu nie ma dla mnie
      znaczenia. Ważniejszy był i jest człowiek. Wiem, że to brzmi patetycznie. Ale
      tak sobie to wyobrażam.

      A teraz? Gdy upływ czasu widać nie tylko po tym jak duże są dzieci, ale i po
      mnie samej? Może i wiek, a na pewno fakt, że w pracy na co dzień obcuję ze
      śmiercią, i to śmiercią niekoniecznie ludzi starutkich i zmęczonych życiem -
      wszystko to zusammen do kupy powoduje, że ważne jest dla mnie co tu i teraz. Co
      dobre dla mnie i moich najbliższych. Nie później, nie za parę lat - bo nie mam
      gwaracji, że wtedy będziemy razem. Małe rzeczy, ale ważne rzeczy. Próba
      cieszenia się tym, co się ma - i nie chodzi mi o materialny wymiar naszego
      bytowania. Próba znalezienia sensu życia w samym (sensownym!) życiu. I już.


      :)

      • beatanu Jeszcze coś 25.01.06, 11:01
        mi się przypomniało...

        Jako młoda osoba nie miałam zbyt wysokiej samooceny i nie miałam odwagi na
        rzeczy, które według mnie jak gdyby mnie przerastały. Czyli "chciałabym a boję
        się..."

        Z wiekiem (i pewnymi doświadczeniami życiowymi) doszłam do wniosku, że: żałować
        (jakiegoś czynu, zachowania, słowa) będę tak czy owak (chociaż to niekoniecznie
        prawda) więc lepiej zrobić coś i żałować, niż nie zrobić i żałować. Przeraża
        mnie wizja, że mogłabym zostać sfrustrowaną i zgorzkniałą starą kobietą. Chcę
        zostać pogodną i zadowoloną z życia staruszką :) I pracuję nad tym każdego dnia
        (no, prawie;)

        Inną ważną myślą przewodnią była (i jest w czasami nadal) myśl duńskiego
        filozofa Kierkegaarda, której nigdy nie znalazłam po polsku, więc będzie po
        angielsku: "To dare is to lose one's footing momentarily. To not dare is to
        lose oneself."

        Potencjalna wesoła partnerka wesołego staruszka, B.

        • stella25b Cel 25.01.06, 11:35
          Czytam tak sobie ten watek i stwierdzam, ze ja do dzisiaj stawiam sobie rozne
          cele do zrealizowania. Plany robilam zawsze, bez wzgledu na swoj wiek i
          probowalam je urzeczywistnic. Takim powaznym egzaminen okazal sie dla mnie
          wyjazd do Niemiec gdzie naprawde musialam "walczyc" nie tyle o moja
          egzystencje, bo pieniadze mozna zarabiac w rozny sposob ale o moja pozycje w
          tym kraju. W tym czasie bylam najbardziej uparta i konsekwenta w tym co robie
          ale poznalam tez swoje granice. I to okazalo sie bardziej uzyteczne w moich
          nastepnych planach. Juz nie z motyka na slonce ale bardziej realistycznie
          podchodzilam do roznych spraw. Byc moze jest to tez sprawa zyciowego
          doswiadczenia albo obowiazkow, ktorych nabywa sie zostajac rodzicem.
      • staua Re: filozofia życiowa 25.01.06, 15:39
        Beata, a wiesz, ze w rumunskim znaczenie slowa beata wyewoluowalo do "pijana"?
        Smieszne, co?
        • beatanu Re: filozofia życiowa 25.01.06, 15:48
          staua napisała:

          > Beata, a wiesz, ze w rumunskim znaczenie slowa beata wyewoluowalo
          do "pijana"?

          Nie, nie miałam pojęcia... Czyli i szczęśliwa i pijana :) Szczęśliwa dlatego,
          że pijana, czy pijana dlatego, że szczęśliwa? Wyrażenie "pijana szczęściem"
          nabrało dla mnie nowego znaczenia...

          Dzięki!
          • mamarcela Re: filozofia życiowa 25.01.06, 16:00
            Beatanu = pijana i naga. Bachanalia nam sie szykują, albo nawet Wielkie
            Dionizja. :)
            • beatanu Re: filozofia życiowa 25.01.06, 18:39
              mamarcela napisała:

              > Beatanu = pijana i naga. Bachanalia nam sie szykują, albo nawet Wielkie
              > Dionizja. :)

              Upić się w twaczym towarzystwie mogę. Ale rozebrać? Hmmm.
              No, chyba, że jakieś pływanie się szykuje. Wtedy - jak najbardziej :)

              beatanu - zwolenniczka wyuzdania ograniczonego ;)
    • naked_royal_family_member Re: filozofia życiowa 25.01.06, 12:02
      ze glupio miec jakas zasade i dazyc do jej spelnienia?

      nie wiem czy samo to przyszlo, ale taka uwaga wlasnie kilkuslowowa wydaje mi sie nienajglupsza:
      uwazac za kazdym razem. nie, to nie jest banalne, naprawde, to implikuje od jasnej cholery pracy.
      • agni_me Re: filozofia życiowa 26.01.06, 01:50
        ziel, pozwól na uśmiech, tak fajnie czasem widzieć, że nie zawsze uważasz.
        (słowo agni, że żadna szpilka ani żart nawet, no jak ojcu mówie, że tylko
        uśmiech)

        Kłaniam głęboko i te inne.
    • staua Re: filozofia życiowa 25.01.06, 15:37
      Musze tez obmyslic dokladniejsza odpowiedz - na poczatek wspomne, ze u mnie
      potrzeba rozwoju duchowego w innym niz naturalny kierunkum (i zwiazany z nia
      dysonans) wiazalo sie z proba pozbycia sie czy opanowania pewnych cech, ktore
      uznalam za niekorzystne. I stalo sie to dopiero, gdy robilam doktorat, jakies
      piec lat temu. Napisze o tym wieczorem.
      • monikate Re: filozofia życiowa 25.01.06, 16:01
        Moja filozofia życiowa jest prosta. Staram się kierować przesłaniem "żyj i daj
        żyć innym". Poza tym, jeśli cokolwiek mam zrobić, wybieram opcję
        pt. "pragmatyzm". I gdzie tylko się da, usiłuję żyć przyjemnie i wygodnie, o
        czym zresztą wspomniałam w innym wątku.
        Kłopoty to nie moja specjalność.
        Przy okazji chciałam Was zapytać, jak to z tym jest? Poddajecie się losowi czy
        walczycie z przeciwnościami? Ściągają Was w dół czy mobilizują? Ja nie znoszę,
        jeśli cokolwiek stanie na drodze mojego życia; staram się jak najszybciej
        rozwiązać problem, albo uciec od niego. Nie ukrywam, że jestem przy tym mocno
        zestresowana i żadne gadki typu "to jest życie" jakoś na mnie nie działają.
    • paternostwer Re: filozofia życiowa 25.01.06, 16:40
      A ja sobie idę za Marią Janion, nie zacytuję, bo nie pamiętam dokładnie, ale
      sens myśli jest taki: być może żyjemy tylko po to, by swym heroicznym trwaniem,
      dać przykład innym.
      Okrutnie mi się to podoba, a po doprecyzowaniu, można z tych słów wytyczyć sobie
      ścieżkę, aż po koniec.
      Bo jeśli tak jest, a ja wierzę, że tak jest, to tanią błyskotką wydaje się
      kariera, rozumiana jako udowodnienie czegoś komuś, czy troska o pozostawienie
      śladu, choćby jako autora paragrafu piątego, ustęp trzeci, rozdiał pierwszy,
      okólnika do ustawy.
      Idę więc sobie przez świat myśląc, że to warte zachodu, to najbliżsi, kilka
      drobnych przyjemności, poczucie, że nie jest się świniakiem, oraz wygodne buty.
      Wszystko inne dane jest na chwilę i wszystko inne staje się nieważne, gdy grają
      larum.
      Ta postawa jest przeze mnie samodzielnie wypracowana, nowa warstwa na starej
      farbie, jeszcze świeża i czasem mam wpadki. Więc co rano, jeszcze przed pierwszą
      herbatą, staram się wbić sobie do głowy, żeby cenić "dziś", bym nie musiała
      doceniać "wczoraj".
      Kurczaki, strasznie to mądralińskie wyszło, a banalna prawda jest taka, że mam
      fajnego męża to i czego tu jeszcze chcieć:-)
    • broch Re: filozofia życiowa 25.01.06, 17:12
      moglbym jak drKK (ale byl pierwszy :))) )

      faktycznie zas boje sie ludzi ktorzy maja "filozofie zyciowa", lub inne mniej
      czy bardziej glebokie zasady.
      Dla mnie pierwszy objaw ograniczenia zyciowego. Po co tworzyc cos co i tak sie
      zmienia?
      Jesli zas sie nie zmienia (ta filozofia zyciowa) to tym gorzej dla zwolennika
      takiej filozofii: znaczy sie stoi w miejscu slepy jak kret.

      jestem przeciwny idealom, "dazeniom w zyciu", monitorowanej zmianie natury,
      programom itp
      Jestem przeciwny wszelkiego typu protezom, planom zyciowym, doskonaleniom
      charakteru itp.
      Ludzie z protezami nie sa godni zaufania w sytuacjach krytycznych, spedzaja zbyt
      wiele czasu na zastanawianiu sie co moga a czego nie powinni robic (co gorsza,
      czasem bardzo latwo lamia wlasne zasady wlasnie wowczas gdy nie powinni). Czasem
      na to (zastanawianie sie) nie ma czasu. Poza tym jak mozna polegac na kims kto
      sam potrzebuje zyciowej protezy?
      • quarantine Re: filozofia życiowa 25.01.06, 18:17
        Chociaż mój post graniczy z postem Brocha, nie ma z nim, Brochem, nic wpólnego:P


        Mniej więcej w wieku lat kilkunastu zaczęło mnie coś uwierać, przeszkadzać,
        swędzieć. Coś, co w zasadzie nie daje mi spokoju do dzisiaj. Jakiś ciągły
        niepokój, wewnętrzne drżenie, pęd ku czemuś, niewiadomo czemu.
        To zabrzmi patetycznie, ale u sedna tego czegoś legło pytanie o sens mnie,
        mojego tutaj pobytu. Pytanie to pojawiło się bardzo dawno. Odpowiedzi pojawiały
        się różne, zależne od stanu mojego umysłu, wykształcenia, światopoglądu.
        Zawsze jednak okazywały niewystarczające. Miałam zresztą wrażenie, że kręcę się
        w kółko, że stale wracam do punktu wyjścia, wciąż pytam o to samo: co ja tutaj
        robię?
        Może to zabrzmi okrutnie, ale stanu tego nie zmieniło założenie rodziny, wręcz
        przeciwnie. Jako matka swoich dzieci poczułam się ogniwem łączącym pokolenia,
        niczym więcej.
        Miłość wiązała się z cierpieniem.
        Praca okazała się wypełnieniem czasu.
        Egzystencja momentami wydawała mi się nie do zniesienia. Wówczas spotkałam
        człowieka myślącego podobnie jak ja, nie dziwiącemu się temu, że mając pewną
        stabilizację w życiu można wciąż szukać. Spotkanie to było Yungowskim
        zdarzeniem synchronicznym. W odpowiednim momencie spotkałam odpowiedniego
        człowieka. Uczeń był gotowy, pojawił się nauczyciel. On pokazał mi sposób.
        Sposób uspokojenia rozedrganego umysłu, rozklekotanego serca.
        Jest to racjonalny trening mający uczyć koncentracji na prostych czynnościach.
        Moim celem jest pewien stan umysłu. Stan spokojnego umysłu zharmonizowanego z
        ciałem.
        Myślę także, że można osiągnąć go na różne sposoby. Yoga też temu służy.

        Mam nadzieję, że nie odbierzecie mojego postu jako deklaracji egzaltowanej,
        niezadowolonej z życia frustratki:)
        • staua Re: filozofia życiowa 26.01.06, 03:50
          No wiec, Quarantino, ze mna bylo podobnie jak z Toba, tylko pozniej. Do konca studiow szlam
          kompletnym rozpedem, nie liczac sie z ludzmi, nie interesujac sie ludzmi (IQ ponad srednia, IE ponizej
          normy ;-)), realizujac (podswiadomie) swoja naturalna filozofie zyciowa, polegajaca na wchlanianiu jak
          najwiekszej ilosci wiedzy (przyjemnosc), patrzeniu na ludzi wylacznie krytycznie, doskonaleniu sie -
          tylko nie w jakichkolwiek wiezach miedzyludzkich. Nie, zebym byla odludkiem - potrzebowalam
          widowni. Chlopakow tak samo sobie wybieralam, jak mi sie nudzili, zmienialam, fajnie bylo.
          Po wyjezdzie do Szwajcarii tez ropedem przelecialy mi mniej wiecej dwa lata, ale bardzo powoli
          zaczelam odkrywac, ze sa ludzie, ktrzy maja cos ciekawego do powiedzenia, wiedza cos innego niz ja,
          ze rozmawiajac tez moge sie nauczyc wiele i to czasem szybciej niz opierajac sie tylko na obserwacjach
          i ksiazkach. Znalazlam paru przyjaciol i zaczelam dostrzegac, ze ja tez moge wysilac sie, zeby
          przyjaznie utrzymac (na ogol przedtem jedyni znajomi, ktorych mialam dluzej, to byli ci, ktorzy starali
          sie, zeby przyjaznic sie ze mna i to im zalezalo - byli chyba po prostu o niebo dojrzalsi).
          No, a jak juz stwierdzilam, ze moze niedobrze zyc tak w swoim zamknietym swiecie nastawionym tylko
          na zdobywanie i wysysanie wszystkiego co sie da z otoczenia, spotkalam mojego meza.
          List milosny? Niekoniecznie. Bo moj maz jest taki jak ja. I patrzenie na niego uswiadomilo mi jeszcze
          bardziej, ze nie zyje tylko dla siebie (chyba nawzajem sobie to uswiadomilismy). Dodatkowo w tym
          samym czasie moje nastawienie glownie na rywalizacje i perfekcje doprowadzilo do wielkiej kumulacji
          stresu (wypadanie wlosow garsciami, zero snu-bo koszmary to mialam od dziecinstwa i pozostaly
          nadal, choc teraz juz mniej-, ciagle przeszukiwanie pamieci w celu znalezienia potencjalnych bledow
          lub niedopatrzen - a jak cos takiego znalazlam, mialam ataki paniki. Dlatego sprobowalam jogi (jakies
          cztery i pol roku temu zaczelam) i chociaz w medytacji jeszcze raczkuje, mam realne efekty fizyczne.
          Mialam np. problemy psychosomatyczne, moje cialo reagowalo na mobilizacje tak, ze nie chorowalam
          ani nie czulam zmeczenia, gdy pracowalam nad waznym projektem, ale pare wolnych dni wystarczylo,
          zeby moj organizm zalamywal sie i wtedy (wakacje, ha, ha) chorowalam na calego. Dlatego wiem, ze
          mozliwy jest proces odwrotny - kontrolowania sie pozytywnie. Np. mialam takie skoki adrenaliny, ze
          krew odplywala mi z palcow. Jak spalam, budzilam sie nie czujac reki i musialam zwieszac ja do
          podlogi, zeby krew mi tam doplynela. Jak prowadzilam samochod, palce u rak mialam sinobiale i nie
          bylo to z zimna. Po kilku latach jogi to zniklo. Pare miesiecy temu spostrzeglam, ze nie zdarza sie juz.
          A bylam u chirurga naczyniowego i na biopsji zyl (wszystko w porzadku).
          Oczywiscie nie reklamuje tu jogi jako cudownego srodka medycyny alternatywnej, mnie po prostu
          pomogla (jeszcze nie tak, jak chcialabym) panowac nad swoim organizmem. Ograniczam sie czy
          uzywam protezy? Moze. Ale jesli sama sobie ja wybralam i dziala, to chce jej uzywac. Autosugestia...
          Niezla spowiedz mi wyszla...
          • staua PS-do Quarantiny 26.01.06, 03:51
            Podobnie jak z Toba w sensie dojscia do punktu poszukiwania innej drogi wyjscia z pewnej sytuacji, nie
            chce, zebys zrozumiala, ze mysle, ze bylas taka, jak ja, bo moglabys sie obrazic.
    • dr.krisk Moja filozofia życiowa... 25.01.06, 22:35
      No więc przez pól dnia zastanawiałem się nad Twoim pytaniem, ale im bardziej
      się zastanawiałem, tym bardziej mi wychodzi że niczego takiego nia posiadam na
      stanie. Ot, żyję sobie z dnia na dzień, mniej lub bardziej zręcznie unikając
      różnych życiowych pułapek. Jestem tak głęboko niewierzący, że nawet nie wierzę
      w to, że Boga nie ma :) A jak czasem czuję jakieś filozoficzne ssanie w dołku
      (kim jestem? dokąd zmierzam?), to natychmiast biorę się za jakieś prace domowe,
      naprawy, itp. Pomaga, no i mam przez to sprawny sprzęt AGD.
      No i tak to banalnie ze mną jest.
      • quarantine Re: Moja filozofia życiowa... 26.01.06, 07:29
        Niezmiernie cieszę się kiedy znajduję zrozumienie. Stauo, niniejszym bardzo Cię
        ściskam:)

        Krisk, nie wiem za bardzo co napisać, żeby nie wyszło jakoś tak dziwnie.
        Myślę po prostu, że takie "egzemplarze" jak Ty, powinny zostać objęte ochroną.
        :)
    • kwiecienka1 Agnieszki - Kwiecienki filozofia życiowa 27.01.06, 12:28
      Długo myślałam nad zadanym tematem leżąc wczoraj z grzanym winem i analizując
      samą siebie. Pogubiłam się w pytaniach i odpowiedziach (trzeba było zrobić
      wywiad i go sobie zapisać). Chyba nic konkretnego i wprost nie napiszę (bom
      sama sobą skołowana), ale spróbuję naokrętkę.
      Otóż, wymyśliłam sobie Kwiecieńkę. Fajna osoba, a w razie czego Agnieszka może
      wszystko zrzucić na nią - a jest co... (początki schizofrenii?)
      AUTOANALIZA
      WSTĘP: Zawsze byłam jak odkurzacz, wysysałam z otoczenia to co uważałam za
      przydatne i najlepsze dla siebie.
      ROZWINIĘCIE: Nigdy nie miałam chłopaka*, chłopak wymaga uwagi a uwagę
      poświęcałam sobie. No i wogóle, facet w pobliżu to zawsze jakieś zobowiązania i
      kompromisy a ja jeszcze nie spotkałam takiego**, dla którego mogłabym z czegoś
      zrezygnować. A ja to chyba naprawdę muszę się zakochać żeby zrezygnować ze
      swojej samotności (na przykład). Albo związać się z kimś kto też lubi święty
      spokój, ewentualnie jest pilotem lini transoceanicznych i do tego
      pracoholikiem...
      W relacjach międzyludzkich występuję rzadko (wyjątek: TWA), a jeśli już to
      najczęściej jestem spokojna, zasadnicza, żadne tam fajerweki, lodowata, ale też
      naiwna - może dlatego nie lubię wychodzić do ludzi, brakuje mi mechanizmów
      obronnych i dostałam kilka razy po dupie. Pozornie brzmi sprzecznie, ale ja tak
      na okrągło: naiwnie w coś/komuś uwierzę, dostanę po dupie, schowam się pod
      kocyk, poprzysięgnę sobie że nigdy więcej, pobędę lodowata & żmijowata i potem
      znowu zaryzykuję, wylecę z tą swoją naiwnością... ech, co robić...
      Najlepiej to mi się zawsze uczyło (studia: 1,2,3 kierunek, języki: 1,2,3 i
      trroszkę...) - na tym polu mogę być zdeterminowana, dominująca i śmiało iść do
      przodu (po trupach? czemu nie) - wystarczy od czasu do czasu się uśmiechac i
      wszyscy pomyślą, że po prostu ambitna ta dziewczyna...
      Ufff, i dalej, w pracy jest jako tako. Jeśli pracuję jako nauczycielka to jest
      ok. Jestem miła i grzeczna, no i zawsze chętna do pomocy. Miodzio po prostu.
      Ale jeśli dorabiam sobie gdzieś fizycznie pracuje tak, żeby się nie narobić.
      Spychotechnka w małym paluszku. Wiem, wiem, ktoś inny musi za mnie zasuwać, ale
      wydaje mi się, że nigdy nie straciłam kontroli i nikt się nie zaharował przeze
      mnie na śmierć.
      PODSUMOWANIE: Bradzo chciałabym żeby wszystko było wsamkurat. Tak ogólnie to
      można z tego wyłowić jakieś dążenie do bycia szczęśliwym, tyle, że kiedy muszę
      robić coś czego nie lubię to wyłazi ze mnie mała żmijka.
      Aktualnie jestem sama bo nie chcę się wiązać tylko dlatego, żeby nie być sama.
      Byłoby to dla mnie straszne, no a poza tym to byłoby nieuczciwe wobec tej
      drugiej osoby. Wiem, wiem, dążenie do kompromisów w życiu się przydaje...
      Obiecuję się kiedyś nad tym zastanowić.
      Dodam jeszcze kilka informacjicobyście mieli pełen obraz mojej osoby:
      * kościółkowa nie jestem (nie kradnę, nie zabijam, szanuję rodziców i babcię,
      ale to by było na tyle)
      * planów większych na życie nie robię, pojęcia nie mam co będę robić za pół
      roku, żyję z dnia na dzień (nigdy nie miałam pracy na etat, zawsze umowa
      zlecenie lub o dzieło, nie z mojego wyboru, ale ma to swoje plusy: od nikogo i
      niczego nie jestem zależna, i minusy: bywam nieubezpieczona)
      * posiadam niestandardowy biorytm: sypiam rzadko, ale długo, a że jestem osobą
      bardzo wygodną to staram się dostosować swój czas pracy do tegoż biorytmu -
      aktualnie pracuję od wtorku do czwartku (zato bardzo intensywnie), więc mój
      plan zajęć wygląda nieco hardkorowo :-)))

      To by było na tyle. Spodobało mi się pisanie o sobie, ale niedługo przychodzi
      pan z gazowni i muszę jeszcze posprzątać w łazience.
      Pozdrawiam
      Agnieszka


      * nie mylić z kochankiem
      ** nieprawda, spotkałam, chyba się nawet po raz pierwszy w życiu zakochałam,
      ale dla niego jestem tylko fajną koleżanką, więc koniec pieśni
    • ash3 Re: filozofia życiowa 27.01.06, 17:54
      quarantine napisała:

      > To określenie wielokrotnie pojawiało się na forum, w różnych wątkach.
      > Chciałabym temu zagadnieniu poświęcić wątek osobny.
      > W zasadzie bardziej interesuje mnie rozwój osobisty. Czy taki temat istnieje
      > w Waszym rozkładzie zajęć? Czy macie jakiś program, który realizujecie?

      Ja też się zastanawiam nad tymi pytaniami. To dość bolesna czynność (próba
      odpowiedzi na taki temat). Bo niestety nie jestem z siebie dumna (z kilku
      okreslonych powodów), hm, a co tu mówić o rozwoju i to duchowym w dodatku.
      Ale pytanie zostało postawione i domaga się odpowiedzi, a w kazdym razie
      "zrobienia czegoś" z tym pytaniem. Tkwię na razie w stanie jakiejś hibernacji.
      Z drugiej strony, zawsze zresztą wydawało mi się czyms okropnym - mieć dziecko
      tak bez żadnych ideałów (lub - z ideałami upadłymi). No i mam. Mam wobec tego
      takie wrażenie, że b.wyraźnie widze własny egoizm czy też egocentryzm (tak
      lepiej). Może to normalne, że tak się postrzega mając tak inną, głębszą
      perpsektywę? Np. te ułamki słowa pisanego, na które się rzucam (taki przykład).
      Niechęć do myślenia o religii i kategoriami religijnymi (może nie ma tu
      związku). I to odczucie dziwnej nieważkości (ale nie bolesnej).
      Duzo też w waszych odpowiedziach pojawiło się o przyjaźni i zdolności do niej.
      Mam wrażenie, że także ja nie umiem się przyjaźnić. To znaczy: dotrzymuję
      tajemnic, podtrzymuję na duchu, staram sie być dla ludzi delikatna i raczej nie
      szkodzić (dla ludzi w ogóle i dla moich przyjaciół, których powiedzmy też znam
      jako ludzi dość słabo, więc mocno się pilnuję, by nie zrobić im przykrości, nie
      oszukiwać...). W takim głębszym sensie, w jakim przyjaźń oznacza "zapatrzenie
      się" w druga osobę, silne ucuzcie, silnie odczuwaną, dzieloną z kimś radość
      życia, wielu moich przyjaciół zostało w innym miescie, jedna z nich nie żyje...
      I od tej pory przestało mi chyba zależeć by aktywnie się zaprzyjaźnić. Pojawił
      się internet (w moim zyciu), który tez skomplikował a zarazem uprościł związki
      międzyludzkie.
      A "dążenie do czegoś w życiu"? Nie wiem... to obce mi sformułowanie, ale chyba
      jednak dążę, tylko może jest to work in progress, więc trudno powiedziec w
      stronę czego...

      Więc mimo, że nie mam nic szczególnego do napisania w odpowiedzi, piszę ponieważ
      wydaje mi się, że warto donotowac że pytanie zmusiło nas do zastanowienia się
      nad czymś i do poczucia wielu nieokreslonych uczuć.
      Wydaje mi się, że może jest jedna odpowiedź: lubię siebie mimo wszystko. Może
      "lubie" to źle powiedziane. Trudno to wyrazić...

      Czy
      > ma on związek z religią, czy wręcz przeciwnie?
      > Staua, w wątku o rywalizacji wspomniała o dysonansie między yogą i
      > rywalizacją, o potrzebie zmieniania własnej natury. Jak to jest? Co jest
      > rozwojem osobistym dla Was? Doskonalenie jakichś cech? Realizowanie jakiegoś
      > ideału? Jeśli tak, to jakiego?
      > Do czego dążycie w życiu? Czy cel tego dążenia zmienia się z upływem lat?
    • itek1 Re: filozofia życiowa 27.01.06, 18:15
      Na tak postawione pytanie brak jest odpowiedzi. Wszystko co mogbym napisac to
      jakas (dosyc w sumie prosta) teoria nie majaca pokrycia w rzeczywistosci (zbyt
      skomplikowanej). Wyrazilbym jedynie moja wole, zeby rzeczywistosc byla akurat
      taka jak chce ja widziec, zeby dawala sie bez problemu zastosowac w mojej
      (aktualnej) teorii. A na to nie mam ochoty.
      • daria13 Re: filozofia życiowa 27.01.06, 19:52
        Jedną z zasad, jakimi się kieruję w życiu jest zasada nieprzejmowania się na
        zapas. Stawiam czoło jedynie problemom realnym, rzeczywistym i teraźniejszym.
        Zamykam się całkowicie na problemy wyimaginowane, zagrażające w bliżej
        nieokreślonej przyszłości, a z reguły rozwiązujące się w tej przyszłości
        samoistnie. Ne znoszę planowania, ani długofalowego, ani nawet takiego na
        krótką metę.Co ma być będzie i zamartwianie się na zapas zupelnie niepotrzebnie
        osłabia nasze siły życiowe. Mam też dobrą cechę odsuwania od siebie złych
        myśli. Kiedy mam problem staram się skierować swoje myśli na inne tory, na inne
        sprawy. Rzecz jasna dotyczy to raczej rzeczy mniej poważnych, tzw. pierdół, w
        momentach autentycznie dramatycznych, na przykład choroby dzieci, takie
        odwracanie uwagi nie skutkuje. Ale tej rangi problemy zdarzają się na szczęście
        rzadko. Może to wszystko jest bardzo infantylne, może wyglądać na to, że jestem
        płytka i bezmyślna, ale z drugiej strony, wiem, że miewam okresy wpadania w
        dołki bez powodu i gdybym poddawała się wszystkim problemom większym i
        mniejszym, pewnie dawno skończyłabym z silną depresją. Mam dość niestety
        chwiejny charakter. Może właśnie to zadecydowało o odejściu ode mnie mojej
        stabilnej i rozsądnej koleżanki, która nie mogła znieść mojej huśtawki
        nastrojów. Who knows?
        Zdaje mi się, że kiedyś pisaliśmy o rzeczach najważniejszych, więc nie
        chciałabym się powtarzać. Powiem krótko: moje życie to moje dzieci. Od momentu
        narodzin są dla mnie nowym światem, są moim środkiem i celem, są inspiracją i
        dumą. Stawiam na te dwie karty. Sprawić, żeby wyrosły na dobrych i szczęśliwych
        ludzi jest moim największym pragnieniem i spełnieniem i choć wiem, jak bardzo
        niezdrowe jest takie jednostronne nastawienie, to co innego mogłabym osiągnąć
        ważniejszego w życiu, co zostawić po sobie nie będąc nijak specjalnie
        uzdolnioną?
        Znowu wyszło na to, że robię z siebie Matkę-Polkę, ale czy to jest takie złe?
        Pozdrawiam:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka