Dodaj do ulubionych

zmarł Stanisław Lem

27.03.06, 16:30
I_I
Obserwuj wątek
    • noida Re: zmarł Stanisław Lem 27.03.06, 16:36
      Smutne.
      Mam wrażenie, że wartościowi ludzie odchodzą, ale na ich miejscu nie pojawiają
      się wcale nowi :(
    • dr.krisk Szkoda. 27.03.06, 16:42
      Lubiłem go.
      • eva.68 To prawda, 27.03.06, 17:05
        szkoda.
        Pusto się robi, chociaż pełno nas niby.
    • braineater ulubione pt 1 27.03.06, 17:13
      WYPRAWA PIĄTA A
      CZYLI KONSULTACJA TRURLA

      Niedaleko, pod białym słońcem, za zieloną gwiazdą, żyli Staloocy, szczęśliwie,
      krzątliwie, śmiało, bo niczego się nie bali: ani kwasów rodzinnych, ani zasad
      tradycyjnych, ani myśli czarnych, ni nocy białych, materii i antymaterii, bo
      mieli maszynę maszyn, umajoną, nakręconą, zębatą i ze wszech miar doskonałą;
      mieszkali sobie w niej i na niej, i pod nią, i nad nią, bo oprócz niej nie
      mieli niczego - wpierw atomy uciułali, potem całą zbudowali, a jak który nie
      pasował, to go przerobili - i było dobrze. Każdy Stalooki miał swoje gniazdko i
      kontakcik, i każdy robił swoje, to znaczy - co chciał. Ani rządzili maszyną,
      ani maszyna nimi, tylko tak sobie razem pomagali. Jedni byli maszynowcami, inni
      maszynistami, jeszcze inni maszynalami; a każdy miał własną maszynistkę. Roboty
      mieli moc, raz potrzebna im była noc, a raz dzień albo zaćmienie słońca, ale
      rzadko, żeby się nie sprzykrzyło. Przyleciała raz do białego słońca za zieloną
      gwiazdą kometa kobieta, rodzaju żeńskiego, bardzo okrutnego, cała atomowa tędy
      i owędy, tu głowa, tam ogon w cztery rzędy, strach patrzeć - taka sina, a
      cjano - wodór - przyczyna. I rzeczywiście rozszedł się odór okropny;
      przyleciała i zaczyna: - Najpierw - powiada - pochłonę was płomieniami, a potem
      się zobaczy.
      Popatrzyli na nią Staloocy - pół nieba zasnuła, buty z ognia wzuła, neutrony,
      mezony, żar się zrobił szalony, atomy jak domy, co jeden - to większy,
      neutrina, grawitacje... - Będę miała kolację. - Mówią jej: - To pomyłka, my
      jesteśmy Staloocy, nie boimy się nikogo, ani kwasów rodzinnych, ani zasad
      tradycyjnych, myśli czarnych ni nocy białych, bo mamy maszynę maszyn, umajoną,
      nakręconą, zębatą i ze wszech miar doskonałą; idźże więc sobie, moja kometo, bo
      będzie z tobą źle.
      A ona już na całe niebo im wlazła i pali, smali, ryczy, syczy, aż im się
      księżyc skurczył i osmalił z obu rogów, a chociaż popękany, stary, mały, to i
      takiego żal. Więc już nic nie mówili, tylko wzięli jedno bardzo silne pole,
      związali mu po supełku w każdym rogu i włączyli kontakty: niechaj za nas mówią
      fakty. Hukło, trzasło, zajęczało, niebo zaraz pojaśniało, z komety została
      tylko kupka żużlu - i znowu spokój.
      Po jakimś czasie coś się pojawia, leci, a nie wiadomo, co, lecz straszne, że
      nie wiadomo, jak patrzeć - bo co z innej strony, to jeszcze okropniejsze.
      Przyleciało to, rozeszło się, zeszło się, siadło na samym wierzchołku, ciężkie
      jak nie wiedzieć co, siedzi i nie rusza się. A przeszkadza, że trudno więcej.
      Więc ci, co byli bliżej, powiadają: - Halo, to pomyłka, my jesteśmy Staloocy,
      nie boimy się niczego, nie mieszkamy na planecie, tylko w maszynie, a to nie
      jest zwykła maszyna, ale maszyna maszyn, umajona, nakręcona, zębata i ze wszech
      miar doskonała, idźże więc sobie, paskudo, bo będzie z tobą źle.
      A to nic.
      Więc, aby nie robić o byle co wielkiego zachodu, posłali niewielką, taką
      całkiem właściwie małą maszynę straszynę: pójdzie, przelęknie toto - i będzie
      spokój.
      Maszyna straszyna idzie, idzie, a w środku tylko jej programy mruczą; co jeden,
      to przeraźliwszy. Podeszła - i jak nie zaszuści, nie zagwazdra! Aż się sama
      trochę zlękła, patrzy - a toto nic. Spróbowała drugi raz, z innej fazy, ale nie
      wyszło jej już; bez przekonania straszyła.
      Widzą Staloocy, że inaczej trzeba. Powiadają: - Weźmiemy większy kaliber, z
      trybami na oleju, dyferencjalny, uniwersalny, sprzężony z każdej strony i żeby
      kopał, a mocno. Czy wystarczy? Spokojna głowa: energia jądrowa.
      Posłali więc uniwersalną, dubeltowo - dyferencjalną, z głuchym rzężeniem, bo ze
      zwrotnym sprzężeniem, w środku maszynista z maszynistką, ale to nie wszystko,
      bo na wszelki wypadek na wierzchu jechała jeszcze maszyna straszyna.
      Podjechała, a że na trybach olejowych - cicho, że ani mru - mru, zamachnęła się
      i liczy: cztery ćwierci do śmierci, trzy ćwierci do śmierci, dwie ćwierci,
      jedna ćwierć, punkt zerowy, czyli śmierć! Jak nie hukło! - i rosną grzyby: same
      prawdziwki, ale świecące, bo radioaktywne; olej się rozchlupotał, tryby
      powyskakiwały, patrzą maszynistka z maszynistą przez klapkę, czy już: ale gdzie
      tam, nawet nie draśnięte.
      Naradzili się Staloocy i zbudowali maszynę, która zbudowała maszynisko, które
      zbudowało maszyniszcze, że się co bliższe gwiazdy musiały cofnąć. A w tym
      największym taka, co ma tryby w oleju, a w samym środku maszynka straszynka, bo
      już nie ma żartów.
      Zebrało się w sobie maszyniszcze i jak się nie zamachnie! Gruchło, zagrzmiało,
      coś się rozleciało, grzyb taki, że na zupę z oceanu starczy, ciemno, w zębach
      zgrzyta; tak ciemno, że nie wiadomo nawet, w czyich. Patrzą Staloocy - nic, ale
      to zupełnie nic, tylko wszystkie trzy maszyny leżą rozsypane i ani drgną.
      Wtedy to już rękawy zakasali, bo: - Przecież - powiadają - jesteśmy maszynowcy
      i maszyniści, mamy maszynistki i maszynę maszyn, umajoną, nakręcaną, ze wszech
      miar doskonałą, jakże ostoi się wobec niej jakaś paskuda, co sobie siedzi i ani
      drgnie?
      I już nic innego nie robią, tylko roślinę kolubrynę: pod - pełznie cichaczem,
      niby nie wiedzieć za czym, łypnie spod czeluści, korzonek zapuści, wrośnie od
      spodu, powolutku, i jak potem da łupnia, to biedzie przyjdzie koniec. I
      rzeczywiście: wszystko stało się dokładnie, jak przewidzieli, tylko z końcem
      nie wyszło i zostało po staremu.
      Wpadli w rozpacz, a nie wiedzieli nawet, co to jest, bo jeszcze im się nigdy
      nie przytrafiło, więc mobilizują się i rajcują, robią lepy i tryby, arkany i
      parkany, może ugrzęźnie, może wpadnie, może się złapie, może się zagrodzi -
      próbują tak i owak, bo nie wiedzą - jak. Wszystko aż się trzęsie, lecz nic nie
      pomaga. Osłabli, nie wiedzą, gdzie ratunek, aż tu widzą - nadlatuje ktoś:
      siedzi jak na koniu, ale koń nie ma kół; więc widocznie rower, ale rower nie ma
      dziobu, więc może rakieta; ale rakieta nie ma siodła. Nie wiadomo, co leci, ale
      wiadomo, kto w siodle: siedzi jak przyrośnięty, pogodnie uśmiechnięty, już jest
      blisko, już ich mija - a to sam Trurl, konstruktor, na przechadzce, a może na
      wyprawie swojej; z daleka każdy by poznał, że nie z byle kim rzecz.
      Zbliżył się, zniżył, więc mówią mu, co i jak: - Jesteśmy Staloocy, mamy maszynę
      maszyn, umajoną, nakręconą, ze wszech miar doskonałą, atomyśmy uciułali, całą
      sami zbudowali, nie boimy się nikogo, ani kwasów rodzinnych, ani zasad
      tradycyjnych, aż tu przyleciało coś, siadło, siedzi i ani drgnie.
      - A przelęknąć próbowaliście? - pyta łaskawie Trurl.
      - Próbowaliśmy maszynką straszynką i maszyną stra - szyną i maszyniszczem, co
      ma tryby w oleju, atomy jak domy, a jak ruszy z neutrina, wszystko lecieć
      zaczyna, i mezony, i fale, ale wszystko to wcale nie pomaga.
      - Żadna maszyna, powiadacie?
      - Żadna, proszę pana.
      - Hm, ciekawe. A co to właściwie jest?
      - Tego to nie wiemy. Pojawiło się, przyleciało, a nie wiadomo, co, lecz
      straszne, że nie wiadomo, jak patrzeć, bo co z innej strony, to jeszcze
      okropniejsze. Przyleciało to, siadło, ciężkie jak nie wiedzieć co - i siedzi. A
      przeszkadza, że trudno więcej.
      - Właściwie niewiele mam czasu - mówi Trurl - najwyżej mogę zostać u was na
      jakiś czas konsultantem. Chcecie?
      Staloocy, rozumie się, chcą i pytają zaraz, co mają przynieść - fotony, śruby,
      młoty, lufy, a może dynamit, może armaty? A może dla gościa herbaty?
      Maszynistka zaraz przyniesie.
      - Herbatę może maszynistka przynieść - zgadza się Trurl - ale to dla celów
      służbowych. No, a co do reszty, to raczej nie. Jeśli, uważacie, ani maszyna
      straszyna, ani maszynisz - cze, ani kolubrynka roślinka nie dają rady, wskazane
      są metody zdalne, archiwalne i przez to zupełnie fatalne. Jeszcze nie
      słyszałem, żeby uiszczone ryczałtem nie pomogło.
      - Jak proszę? - pytają Staloocy, ale Trurl, zamiast wyjaśniać, ciągnie:
      - Metoda całkiem prosta, potrzeba tylko papieru, atramentu, stempelków,
      pieczątki okrągłej, laku jak maku, piasku, okienek, pluskiewek, łyżeczki
      cynowej, spodeczka,
      • braineater Re: ulubione pt 2 27.03.06, 17:14
        bo herbata już jest, i listonosza. I żeby było czym pisać - macie to?
        - Znajdzie się! - i w te pędy niosą.
        Trurl siada i dyktuje maszynistce: “W związku ze sprawą Obywatela, fascykuł
        Komisji WZRTSP 7 łamane przez 2, łamane przez KK, łamane przez 405, zawiadamia
        się, iż powstrzymanie się Obywatela, jako sprzeczne z paragrafem 199 ustawy z
        dnia 19 XVII br., stanowiąc epsod meniętny, powoduje ustanie świadczeń oraz
        desomowanie, w myśl Rozporządzenia 67 DWKF, nr 1478 łamane przez 2. Od
        orzeczenia niniejszego przysługuje Obywatelowi odwołanie w trybie nadzwyczajnym
        do Przewodniczącego Komisji w ciągu dwudziestu czterech godzin”.
        Trurl przybił stempelek, podbił pieczątką, kazał wpisać do Księgi Głównej,
        otworzył Protokół Podawczy i powiada:
        - Niech to teraz listonosz zaniesie.
        Zaniósł, nie ma go, nie ma, aż niebawem wraca.
        - Doręczyłeś? - pyta Trurl.
        - Doręczyłem.
        - A gdzie potwierdzenie odbioru?
        - Tu jest. Oto w tej rubryce. A również odwołanie. Bierze Trurl odwołanie i,
        nie czytając wcale, każe nieść z powrotem, a przez całą szerokość skosem pisze:
        ”Nie rozpatrzone z powodu braku odp. załączników”. I podpisuje się nieczytelnie.
        - A teraz - powiada - do dzieła!
        Siada i pisze, a tamci, ciekawi, patrzą, nic nie rozumieją i pytają, co to jest
        i co będzie.
        - Urzędowanie - powiada Trurl. - A będzie dobrze, albowiem już się zaczęło.
        Listonosz biega jak szalony całą dobę w obie strony; Trurl stemple unieważnia,
        rezolucje wysyła, maszynistka stuka i już powstaje z wolna wokoło cała
        kancelaria, datowniki, pliki, akta, spinacze, zarękawki z czarnej mory, teczki,
        segregatory, łyżeczki, tabliczki “wejścia nie ma”, kałamarze, formularze, od
        nocy do zarania coraz więcej pisania, maszynistka stuka, a wszędzie pełno
        herbaty i śmieci. Martwią się Staloocy, bo nic nie rozumieją, a Trurl wysyła
        ofranko - wane lub za pobraniem pocztowym, a także z pokwitowaniem odbioru oraz
        najsilniejsze - uiszczone ryczałtem, śle urgensy, napomnienia, nakazy, mnóstwo
        razy, już są osobne konta, a w nich same zera - ale to, powiada, tylko
        chwilowo. Po pewnym czasie widać, że już nie takie straszne, zwłaszcza od góry:
        doprawdy, że zmalało! Ależ tak, mniejsze jest! I pytają Staloocy Trurla, co
        dalej.
        - Nie przeszkadzać w urzędowaniu! - on na to. I podbija, stempluje, załączniki
        rachuje, odsyła odwołania, bez żadnego gadania, kamizelka nie dopięta, proszę
        wezwać petenta, skrócone godziny, cieniutka herbatka, gdzie usiąść - pajęczyny,
        a w szufladzie krawatka, oto nowe papiery, czterdzieści i cztery, i zakłada
        cztery nowe szaty, a tam próby przekupstwa i ruja z poróbstwa, i nakaz
        egzekucji ze środy na piątek, i siedem pieczątek.
        A maszynistka stuka: “W związku z nieokazaniem przez Ob. zezwoleń zgodnie z
        nakazem Kom. Wyd. Pr. Wr. z dn. zarządza się bezzwłoczne Skr. Kar. w Ter. Dow.
        na podstawie Tr. Adm. Tad. Aram., w oparciu o wyrok instancji C. D. D. Od
        orzeczenia niniejszego odwołanie Ob. nie przysługuje”.
        Wysyła posłańca, a kwitariusz chowa do kieszeni. Za czym wstaje i zaczyna
        kolejno wyrzucać w Kosmos biurka, stołki, stemple, nawet pieczęć, segregatory i
        herbatę. Zostaje tylko maszynistka.
        - Ależ, co pan robi! - wołają Staloocy, którzy tymczasem już się zupełnie
        przyzwyczaili. - Jak można?!
        - Bez przesady, moi drodzy - on na to. - Lepiej patrzcie! I rzeczywiście, aż
        achnęli - pusto, czysto, nikogo nie ma, jak gdyby nigdy nie było. I gdzież się
        podziało i rozwiało? W haniebnej ucieczce, a malusieńkie się zrobiło, że lupy
        trzeba. W głowy zachodzą, śladów szukają i tylko jedno mokre troszeczkę miejsce
        znaleźli, coś tam nakapało, nie wiadomo, przy jakiej okazji, a poza tym nic.
        - Tak sobie właśnie myślałem - Trurl do nich. - Była to, moi kochani, sprawa
        dość prosta; kiedy orzeczenie pierwsze przyjął i w książce podpisał, to już
        wsiąkł. Zastosowałem specjalną maszynę na wielkie Be; albowiem, jak Kosmos
        Kosmosem, nikt nie dał jej jeszcze rady!
        - No dobrze, ale po co było wyrzucać akta i wylewać herbatę? - pytają.
        - Ażeby was z kolei ta maszyna nie zjadła! - Trurl na to. Zabiera ze sobą
        maszynistkę i odlatuje, kiwając im życzliwie - a uśmiech ma jak gwiazda.
        • kwiecienka1 Kwiecienkowe ulubione 27.03.06, 19:45
          Apentuła niewdziosek, te będy gruwaśne
          W koć turmiela weprząchnie, kostrą bajtę spoczy
          Oproszędły znimęci, wyświrle uwzroczy,
          A korśliwe porsacze dogremnie wyczkaśnie!
          Trzy, samołóż wywiorstne, gręzacz tęci wzdyżmy,
          Apelajda sękliwa browajkę kuci.
          Greni małopoleśny te przezławskie tryżmy,
          Aż bamba się odmurczy i goła powróci.

          [*]
          od dawna chorował, ale jakoś nie mogłam dopuścić do siebie myśli, że odejdzie...
          przykrość

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka