Dodaj do ulubionych

O sensownosci istnienia swiata akademickiego.

23.05.06, 16:06
Od dluzszego czasu ze zrozumialych przyczyn, nurtuje mnie pytanie tytulowe.
Nie jest wielka niespodzianka,
ze 90-95% prowadzonych na swiecie badan naukowych nie bedzie mialo zadnego
wplywu na jakosc zycia ludzkiego,
nie mowiac juz o jego ratowaniu czy przedluzeniu. Jestem w stanie zalozyc sie,
ze nic co napisze o kocyklach,
w przeciagu najblizszych dwustu lat nie znajdzie zadnego zastosowania.
Podobnie bedzie z olbrzymia wiekszoscia
tworow fizyki teoretycznej, geografii, nie mowiac juz o badaniach literackich,
kulturowych, czy socjologicznych.
Oczywiscie, w kazdej z tych dziedzin jest kilkanascie/kilkadziesiat osob,
ktore sa w stanie wywolac przelom
naukowy, istotnie poglebic rozumienie podstawowych procesow spolecznych czy
czysto fizycznych, jest jednak wokol nich
tysiace, dziesiatki tysiecy nienietoperzy, probujacych po swojemu drobnemu cos
wymyslic, glownie dlatego, ze sprawia
im to przyjemnosc.

Tu przechodzimy do problemu numer jeden. Przedstawie go z trzech punktow widzenia:
a) kazdy 'badacz' powinien sie gleboko zastanowic nad sensem prowadzonych
przez siebie dzialan, nad istotnoscia
rozwazanego problemu i jego waga dla spoleczenstwa; podejmowac nalezy sie
wylacznie projektow waznych dla innych ludzi,
a przynajmniej tylko takie projekty winny byc finansowane.
b) jesli czegos nie wiadomo, to powinno sie tego dowiedziec. Wymaga tego
elementarna ludzka ciekawosc (rozumiana jako
ciekawosc zbiorowa)
c) chodzi wylacznie o przyjemnosc i realizacje intelektualna naukowca;
wszystko inne jest drugo/trzeciorzedne

Wiaze sie to z problemem nr 2 - jak nalezy widziec ciezkie
dolary/euro/zlotowki przeznaczane przez panstwa na nauke,
i finansujace czesto projekty, ktorych istotnosci spolecznej trudno sie dopatrzec?

a) wizja cyniczna - 'akademicy' sa statystycznie bardziej inteligentni niz
przecietny obywatel. Sa wiec w stanie wciskac
publice glodne kawalki o istocie postepu, 'Polsce/Europie zostajacej w tyle za
konkurencja' i byc niezle oplacanymi
za to, co po prostu lubia robic, niezaleznie od tego uzytecznosci (patrz c
powyzej).
b) wizja posrednia - trudno jest z zewnatrz zdecydowac, czyje badania okaza
sie przelomowe, a czyje takie sobie. Nalezy
wiec finansowac wszystkich i liczyc na to, ze 5% zrobi cos sensownego.
c) wizja pozytywistyczna - tlum bezimiennych naukowcow jest niezbedny do tego,
zeby zrozumiec, przetworzyc i ewentualnie
'podac nizej' genialne pomysly ze szczytu piramidy. Inaczej genialne idee nie
mialyby szans przebicia.



Co myslicie? Jako zainteresowani wokoluniwersytetczycy, i jako zainteresowani
podatnicy?

Wasz
Nn





P.S. jesli ktos ma cierpliwosc, i potrzebuje konkretnych przykladow, proponuje
przejrzec liste projektow nagrodzonych tzw.
Leverhulme Early Career Fellowship (link nizej, nagrodzeni na dole pdfu,
strony 29-31). Chodzi o dwuletnie projekty osob bezposrednio po doktoracie -
Fellowship
jest o tyle pouczajacy, ze jest otwarty na wszystkie dziedziny, scisle,
humanistyczne i artystyczne.
o/t: Jak mozna sensownie porownywac np. jakosc projektu czysto matematycznego
z projektem o czytelnictwie we Wloszech w
XIX wieku?

www.leverhulme.ac.uk/news/previously/2004
Obserwuj wątek
    • skajstop Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 16:34
      Nienietoperzu,

      odpowiedź jest prosta. Z mojego nieakademickiego punktu widzenia - masz rację,
      komu potrzebne te wszystkie badania?! A już jakieś krytyczno-literackie? Do
      łopaty, psia kostka, zagnać nierobów! ;-D

      I tak sobie uważałem, aż trafiłem na książkę, która naprawdę jest nikomu po nic.
      Ot, jakaś miła zagrzebana w papierach pani popełniła analizę trzech dzieł
      opisujących w literacki sposób zdobycie Konstantynopola przez Turków (Kossak,
      Waltari & jakiś Turek o nazwisku w sklerozie mojej utoniętym).

      I wtedy mnie oświeciło: ona dla mnie te badania żmudne zrobiła. Bo po co to
      komu? No chyba, że planuje popełnić dzieło w podobnych klimatach, wtedy taka
      analiza jest wprost bezcenna...

      Rzekłbym więc, że te badania są ABSOLUTNIE po nic. Chyba, że nagle komuś się do
      czegoś przydadzą ;-D
    • ben-oni Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 16:54
      Nie jest wielka niespodzianka,
      > ze 90-95% prowadzonych na swiecie badan naukowych nie bedzie mialo zadnego
      > wplywu na jakosc zycia ludzkiego,

      To prawda, jednakże działa tu statystyka. Zanim powstała pierwsza latająca
      maszyna, kilkuset wynalazców zabiło się próbując swych chorych wymysłów. A
      niektórzy mieli pomysły, które dzisiejszy uczeń liceum odrzuciłby ze startu
      uśmiawszy się po pachy. Teoretyczne prace Ciołkowskiego też mogły wydawać się
      naciąganiem sponsorów, a dziś większość jego odkryć jest wykorzystywane, nie
      tylko do lotów w kosmos.
      Naciąganie budżetu? A może sposób na finansowanie nauki? Gdyby uczelnie
      dostawały kasę tylko na "praktyczne" projekty sądzę, że większość z nich
      zaniechałaby wogóle pracy naukowej. Zresztą, jak ocenić przydatność procesu
      badawczego przed jego ukończeniem? Człowiek czasami sie myli i nauce przywilej
      takiej pomyłki też powinien zostać przyznany.
      Czasami projekt chybiony daje korzyści "poboczne", w dziedzinach nie będących
      terenem zainteresowania badacza.
      Nauki humanistyczne, tak sądzę, tworzą podstawę "piramidy poznawczej" (że się
      tak górnolotnie wyrażę), tworząc glebę na której wyrastają nauki
      interdyscyplinarne (socjologia, ekonomia, etnologia...). A te nauki mają już
      znaczenie praktyczne. Nie można być ekonomistą nie mając pewnego zakresu wiedzy
      socjologicznej, historycznej, kulturowej, filozoficznej itd. Ustalenia Webera
      są przydatne zarówno socjologom, politologom, historykom jak i ekonomistom.
      • nienietoperz Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 17:25
        Czyli na razie:
        glos Skajstopa 1b 2a
        glos Ben-oniego 1c, ale 2b

        czekam na dalszych zainteresowanych:-)
        • staua Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 17:34
          cynicznie - 1 c, 2 a, ale nie mam czasu rozwinac tematu bardzo szeroko. Moze to
          dlatego, ze ja, z powodu takiej, a nie innej osobowosci wylacznie dla
          przyjemnosci i intelektualnych podniet zajmuje sie nauka (i wiedzialam, ze taki
          mam charakter, juz wybierajac profesje, dlatego nie zostalam lekarzem mimo
          presji rodzinnej)
    • eeela Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 17:59
      Dosc cynicznie chyba do tego podchodze.
      Jakby zupelnie nie bylo popytu na badania historyczne, literackie czy cos w te
      manke, wydaje mi sie, ze jednak nikt by ich nie finansowal. Jak dlugo jakas
      czesc spoleczenstwa potrzebuje (jakze powierzchownego) kontaktu z historia, tak
      dlugo mnie beda placic za to, co robie. Ale, chociaz staram sie pracowac
      sumiennie i wynikow z palca nie wysysac, nie mam zadnego uczucia, ze robie cos
      przydatnego. Raczej mam wrazenie, ze cynicznie korzystam z naiwnego
      przeswiadczenia spoleczenstwa, ze historia jest im do czegos potrzebna. Naiwnosc
      spoleczenstwa daje mi mozliwosc wzglednie przyjemnej i wygodnej pracy, w ktorej
      mam okazje od czasu do czasu sie powymadrzac, co przeciez lubie.
    • ash3 Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:00
      nienietoperz napisał:

      >
      > Oczywiscie, w kazdej z tych dziedzin jest kilkanascie/kilkadziesiat osob,
      > ktore sa w stanie wywolac przelom
      > naukowy, istotnie poglebic rozumienie podstawowych procesow spolecznych czy
      > czysto fizycznych, jest jednak wokol nich
      > tysiace, dziesiatki tysiecy nienietoperzy, probujacych po swojemu drobnemu cos
      > wymyslic, glownie dlatego, ze sprawia
      > im to przyjemnosc.

      Tak własnie chyba jest. To znaczy chcę powiedziec, że jakieś naukowe osiągnięcia
      (nawet w posatci cząstkowych odpowiedzi na dobrze postawione cząstkowe pytania)
      są owocem, moim zdaniem, w sposob konieczny też tej satysfakcji czy przyjemnosci
      człowieka ktory sie nauka zajmuje. Plus praca, wytrwałosć, talent, pomyślnosć
      (ogolnie) etc.

      Dalej wybieram odp. 1b (z pewnym wahaniem) i 2b (bo wydaje mi się najuczciwsza).
      Wahanie wynika stąd, że chyba w naukach spolecznych i humanistyce to dość
      nietypowy punkt wyjścia: czego nie wiadomo.

      A poza tym: nawet badania czytelnictwa we Wloszech w XIX wieku (co wyglada może
      na temat kompeletnie oderwany od interesów ogolnoludzkich) wydają sie nie tak
      bezsensowym spędzaniem czasu i srodków w prownaniu z innymi, finansowanymi przez
      spoleczeństwo. No ale to taka sobie odpowiedz...

      >
    • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:04
      indywidualnie podejscie badaczy jest rozne: od bohatersko-naiwnie zaangazowanego
      do cynicznego. Te indywidualne powody nie maja wielkiego znaczenia.
      "spoleczne efekty" sa jednoznaczne:
      udane i nieudane projekty sa wykorzystywanie (od razu lub w przyszlosci) w
      rozwoju cywilizacji.
      Aby te 5% akademikow dokonalo przewrotu, potrzebuja 95% mrowek.

      Musze jednak zaznaczyc iz "badaniach literackich, kulturowych, czy
      socjologicznych." absolutnie nie uwazam za nauke, to hobby cywilizacji ktore nie
      ma wpywu na rozwoj choc bez watpienia jest bardzo przyjemne (do pewnego stopnia
      odroznia ludzi od pozostalych czlekoksztaltnych, nie jest do tego rozroznienia
      niezbedne). Nie przypominam sobie jednak zadnego przewrotu w naukach
      humanistycznych ktory spowodowal przewrot w rozwoju cywilizacji.
      • skajstop Pytanko 23.05.06, 18:34
        broch napisał:

        > Musze jednak zaznaczyc iz "badaniach literackich, kulturowych, czy
        > socjologicznych." absolutnie nie uwazam za nauke,

        To będzie dryf w bok, ale zadam to pytanie: czyżbyś za naukę uważał jedynie
        nauki przyrodnicze? :)
        • staua Re: Pytanko 23.05.06, 18:37
          To bierze sie z anglojezycznego rozumienia nauki chyba: na uniwerkach jest
          podzial na "Sciences" i "Arts". Mozna miec BSc lub BA itd. W tym sensie nauki
          humanistyczne naleza do Arts. Po polsku jednak, niewatpliwie, sa one nauka :-)
          • skajstop Re: Pytanko 23.05.06, 18:56
            staua napisała:

            > To bierze sie z anglojezycznego rozumienia nauki chyba: na uniwerkach jest
            > podzial na "Sciences" i "Arts". Mozna miec BSc lub BA itd. W tym sensie nauki
            > humanistyczne naleza do Arts. Po polsku jednak, niewatpliwie, sa one nauka :-)

            Coś o tym podziale słyszałem, stąd też używam tych "nauk pzyrodniczych" :)
            Ale rozumiem, że wobec tego mediewistyka też jest w "Arts"?
            • eeela Re: Pytanko 23.05.06, 19:06
              Jak najbardziej! :-)
            • staua Re: Pytanko 23.05.06, 19:06
              Tak mysle :-)
    • karolino Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:11
      tak troche z innej strony;
      obecnie koncze studia i zauwazam, ze ci ktorzy zakasuja rekawy do walki o
      doktorat (humanistyka) za bardzo nie wiedza, co robic w blizszej i dalszej
      przyszlosci.To czysto subiektywne odczucia, gdyz nie robilam szeroko zakrojonych
      badan;)

      > ze 90-95% prowadzonych na swiecie badan naukowych nie bedzie mialo zadnego
      > wplywu na jakosc zycia ludzkiego

      Owszem, zgadzam sie. Przecietnemu Kowalskiemu nie przydadza sie szczegolowe
      badania nad komunitaryzmem, filozofia Hegla czy XIX-wieczna historia Bialorusi
      tak samo jak mieszkancowi Togo. Jednakze od kiedy nauka ma spelniac funkcje
      jedynie utylitarna? Zdaje mi sie, ze przecietny naukowiec nie kieruje sie misja
      np. naprawy swiata, tylko realizuje swe pasje. Egoistyczne to troche, nieprawdaz?
      • stella25b Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:42
        Dorobek kulturalny cywilizacji z przed lat to baza rozwojowa naszej
        cywilizacji. W XX czy XXI wieku nie wymyslilismy nagle religii, etyki czy
        prawa. Przejelismy jedynie pewne wzorce i udoskonalalismy nadal. Wiekszosc
        projektow naukowych bazuje na gotowych wzorcach. Jesli zaprzestaniemy
        inwestowac w nauki humanistyczne, stwierdzajac, ze sa one wyjatkowo
        nierentowne, i bedziemy inwestowac tylko w rentowne projekty to czy nie
        zatrzymiemy pewnego naturalnego postepu?
        • staua Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:44
          > Jesli zaprzestaniemy
          > inwestowac w nauki humanistyczne, stwierdzajac, ze sa one wyjatkowo
          > nierentowne, i bedziemy inwestowac tylko w rentowne projekty to czy nie
          > zatrzymiemy pewnego naturalnego postepu?
          To nie dotyczy tylko nauk humanistycznych; biznesowen podejscie do
          jakichkolwiek projektow hamuje postep, czaem wydaje mi sie, ze wylacznie
          dlatego akademia jeszcze istnieje (a nie same firmy zajmujace sie tym czy owym,
          gdzie projekty sa konczone, gdy faza przygotowawcza za dlugo (wedlug managerow)
          trwa, albo za duzo kosztuje)
          • stella25b Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 19:00
            Zgadzam sie z Toba w pelni.
            I tak mam wrazenie, ze za niedlugo staniemy sie jedynie spoleczenstwem
            inwestujacym w produkcje broni.
        • karolino Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:46
          Tu jednakze mozna zadac pytanie czyzme jest ten ów "naturalny postep". Mam to
          traktowac jako tworzenie coraz bardziej szczegolowej wiedzy i produkcje coraz
          nowszych -izmow?
          • stella25b Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 19:04
            Fachowcow od "szczegolowej wiedzy" produkujemy caly czas. Specjalizujemy sie w
            coraz to wezsze dzialki- ten proces trwa i bedzie trwal nadal.
            • karolino Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 19:12
              si, si. To wiem doskonale i czasami mnie krew zalewa wlasnie z tego powodu. W
              momencie, kiedy czytam taki tekst z filozofii (do ktorej ze wzgledu na studia
              wcale tak nie mam daleko) i slownictwo przypomina czarna magie;)
        • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 19:34
          "Dorobek kulturalny cywilizacji z przed lat to baza rozwojowa naszej
          cywilizacji. W XX czy XXI wieku nie wymyslilismy nagle religii, etyki czy
          prawa. Przejelismy jedynie pewne wzorce i udoskonalalismy nadal. Wiekszosc
          projektow naukowych bazuje na gotowych wzorcach. Jesli zaprzestaniemy
          inwestowac w nauki humanistyczne, stwierdzajac, ze sa one wyjatkowo
          nierentowne, i bedziemy inwestowac tylko w rentowne projekty to czy nie
          zatrzymiemy pewnego naturalnego postepu?"

          moim zdaniem nie. Z punktu widzenia ewolucji nauki humanistyczne nie maja
          znaczenia. To jedne z tych imponderabiliow ktore definiuja czlowieka. :)
          ... ale bez nich czlowiek dalej by sie rozwijal. Moze inaczej ale rozwijalby sie
          dalej.
          Poniewaz nauki humanistyczne sa czescia ludzkosci powinny byc dalej rozwijane.
          Jest jednak mozliwe ze postep moglby byc bardziej bezproblemowy (ostatecznie
          ludzie piora sie o idee i ksiazki, ktore w krotkim czasie traca na znaczeniu)
          gdyby cywilizacja mniej przejmowalaby sie ideami.
          Innymi slowy, kto wie? Moze postep bylby szybszy?
          • skajstop Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 19:55
            Zadziwiające rzeczy piszesz :-)

            Już widzę, że z ciebie wielbiciel ewolucji, ale trochę nie rozumiem, jak sobie
            wyobrażasz rozwój nauki bez kulturowej otoczki?

            Umówmy się na eksperyment: pstrykamy palcami, i balast kultury znika. Nie mam
            jej. Jest czysta ewolucja i... jakas naka. A teraz pisz, jak sobie ten rozwój
            nauki wyobrażasz. Tak, żeby pominąc przy tym tę paskudną kulturę i jej
            rozwijanie, co jak wiadomo, jest hamulcem w rozwoju ;-D
            • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 20:21
              "Tak, żeby pominąc przy tym tę paskudną kulturę i jej
              > rozwijanie, co jak wiadomo, jest hamulcem w rozwoju ;-D"

              he,he oczywiscie:
              widzisz, zatrzymanie rozwoju technologii (Konfucjusz) spowodowalo zatrzymanie
              rozwoju cywilizacji.

              Masz przyklad gdy zatrzymanie rozwoju nauk humanistycznych zatrzymalo cokolwiek?
              • skajstop Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 20:29
                Broch bawi się w erystykę:

                > "Tak, żeby pominąc przy tym tę paskudną kulturę i jej
                > > rozwijanie, co jak wiadomo, jest hamulcem w rozwoju ;-D"
                >
                > he,he oczywiscie:
                > widzisz, zatrzymanie rozwoju technologii (Konfucjusz) spowodowalo zatrzymanie
                > rozwoju cywilizacji.

                podając jako przykład cywilizację izolowaną, i całkiem odmienna od naszej.
                A w świecie zachodnim, Brochu? Bo cos tak kręcisz, odważnie zauważę :)

                > Masz przyklad gdy zatrzymanie rozwoju nauk humanistycznych zatrzymalo
                > cokolwiek?

                Nie odpowiada się pytaniem na pytanie ;-D

                Jakby ci to rzec... wygłosiłeś radykalną tezę, to i ciężar dowodzenia spoczywa
                na tobie :) i błagam, może pozostańmy przy najlepiej nam znanym świecie
                zachodnim, przypadkiem zupełnie takim, gdzie i nauka, i kultura istnieją sobie
                od dawna :)

                Inaczej będę zmuszony przejść na klimaty (argumenty) indiańskie, a ty wtedy
                spędzisz zylion godzin na samym sprawdzaniu, czy nie kłamię :P
                • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:10
                  "Nie odpowiada się pytaniem na pytanie ;-D"
                  he, he. To gorzej niz ze starym sklerotycznym profesorem: argument niewazny (bo
                  mi sie nie podoba) a na pytania nie odpowiem. Wyglada na brak dowodow. Historia
                  Chin dowiodla czym jest dla czlowieka odrzucenie technologii. Nie ma znaczenia
                  gdzie zjawisko mialo miejsce.

                  Chcialbym abys Ty przedstawil choc jeden (bardzo bardzo malutki), izolowany i
                  daleki od swiata zachodniego przyklad w ktorym technologiczna cywilizacja upadla
                  bez nauk humanistycznych.

                  • skajstop Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:44
                    Ja nie powiedziałem, że argument nieważny, Brochu Erystyczny :-)

                    Inowie, też z egzotycznej bajki. Jak na tamten region, kultura technologiczna.
                    Ale kultury to oni nie szanowali :P

                    Masz pan pecha, panie Broch, aleś się pan sam prosił ;-D
                    • skajstop Ups, "Inkowie" miało być :-) 23.05.06, 21:44
                    • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 00:27
                      "Masz pan pecha, panie Broch, aleś się pan sam prosił ;-D"
                      ??
                      Inkowie przegrali z idea. O ile sie nie myle do ich likwidacji przyczynil sie
                      dosc popularny swiatopoglad. Gdyby nie Pizarro i reszta z krzyzami Inkowie byc
                      moze zyliby jeszcze dlugo w swoim technokratycznym panstwie.


                      "Inaczej będę zmuszony przejść na klimaty (argumenty) indiańskie, a ty wtedy
                      spędzisz zylion godzin na samym sprawdzaniu, czy nie kłamię :P"

                      Przepraszam ale po co takie kretynskie uwagi? Do tego nie potrzeba zyliona
                      godzin. W szkole tego dzisiaj juz nie ucza?
                      • skajstop O spoiwie kulturowym 24.05.06, 10:29
                        broch napisał [a ja wywróciłem mu posta do góry nogami, żeby łatwiej było
                        odpowiedzieć]:

                        > "Inaczej będę zmuszony przejść na klimaty (argumenty) indiańskie, a ty wtedy
                        > spędzisz zylion godzin na samym sprawdzaniu, czy nie kłamię :P"
                        >
                        > Przepraszam ale po co takie kretynskie uwagi? Do tego nie potrzeba zyliona
                        > godzin. W szkole tego dzisiaj juz nie ucza?

                        No cóż, miałem nadzieję, że w żartobliwym tonie też można rozmawiać, tym
                        bardziej, że sam - takie miałem wrażenie - raczej swoja tezą prowokujesz, niż
                        święcie w nią wierzysz. Bo jako intelektualna szpilka to pogląd fajny, ale jako
                        serio wyznawany, lekko szokujący.

                        A teraz do meritum. No i skoro ma być serio i poważnie - proszę bardzo.

                        > Inkowie przegrali z idea. O ile sie nie myle do ich likwidacji przyczynil sie
                        > dosc popularny swiatopoglad. Gdyby nie Pizarro i reszta z krzyzami Inkowie byc
                        > moze zyliby jeszcze dlugo w swoim technokratycznym panstwie.

                        Jak pojedziesz gimnazjalnym poglądem, to może nawet za to piątkę dostaniesz,
                        chociaż pewien nie jestem, bo teraz ci z krzyżami to jako agresorzy zrobili się
                        niewygodni. [Przy czym, nie przegrali z ideą. Idee nie zabijają. Tego faktycznie
                        uczą w szkołach. Nie chcesz chyba powiedzieć, że chrześcijaństwo z definicji
                        morduje, a 10 przykazań nawołuje do zabicia albo nawrócenia wszystkiego co sie
                        rusza?]

                        W każdym razie, jak zaczniesz sprawdzać, co naprawdę napędzało konkwistę, rzecz
                        przestanie być taka oczywista, że Złe Chrześcijaństwo wszędzie pchało łapy. Jak
                        ma być serio, to przyznam, że akurat państwo inkaskie znam z literatury
                        fachowej, bo w tym tle napisałem powieść. Zbierałem materiały, wychodząc ze
                        stereotypu i w miarę kolejnych stron dzieł o Hiszpanii Złotego Wieku oraz
                        Ameryce Łacińskiej zmieniając swe poglądy, brochu. W razie czego służę
                        bibliografią w języku polskim.
                        Krótko mówiąc, te krzyże to jest bardzo naciągany stereotyp. I bez krzyży by tam
                        zaleźli, uwierz.

                        Ale mnie w ogóle nie szło o krzyże, przecież nie taki był kontekst naszej
                        dyskusji. Podałem ci przykład - zgodnie z życzeniem i zaznaczając, że jest
                        równie egzotyczny jak twoje Chiny - imperium, gdzie rządzili technokraci. A
                        kultura nie była rozwijana.

                        Sensem mojej wypowiedzi było to - ja nie dopowiedziałem, a ty nie złapałeś, winę
                        biorę na siebie - że w sytuacji pierwszego lepszego zagrożenia to imperium pękło
                        jak bańka mydlana, bo społeczeństwo potrzebuje czegoś więcej niż wiedza
                        sadownicza (byli w tym lepsi od tych Hiszpanów z krzyżami). Zabrakło, brochu,
                        spoiwa. Masz przypadek, kiedy postępowano zgodnie z twoja sugestią: liczy sie
                        tylko to co wymierne i konkretne. Tyle, że wystarczyła sama wieść o
                        nadchodzących 180 Hiszpanach, aby całe grupy etniczne pod rządami inkaskiej
                        elity naraz poczuły, że poza owym sadownictwem nic ich właściwie nie łączy. I
                        rwały każda we własną stronę, co się skończyło tak, że 180 Hiszpanów podbiło
                        gigantyczne państwo. Gdyby technokraci byli tak wiele warci, jak się wydaje, to
                        nakryliby agresorów kocami - i już.

                        Nawiasem, akurat wtedy trwała wojna domowa. I bez Hiszpanów z krzyżami to
                        państwo musiało sie rozpaść. Tam była władza, była technika na bardzo wysokim
                        poziomie, ale nikt nie zadbał o jakiekolwiek spoiwo kulturowe czy społeczne.
                        Jakikolwiek impuls wystarczył do rozpadu, skoro tak niewiele ich łączyło. I to
                        miałem na myśli - to takie strasznie płytkie widzenie świata, że matematyka czy
                        genetyka napędzają rozwój świata, a już pschologia społeczna czy mediewistyka są
                        zabawkami dla pseudonaukowców, społeczeństwu zaś nie są potrzebne wcale.

                        Ale ponieważ czuję, że zaraz się pokłócimy, udowadniając sobie różne rzeczy, to
                        ja, brochu, wyjaśniam swoje stanowisko i pasuję. Pozostań w pokoju :-D
                        • broch Re: O spoiwie kulturowym 24.05.06, 15:19
                          o rany,
                          myslalem ze to oczywiste ze idee sa pretekstem dla wszelkiej dzialalnosci
                          ludzkiej. Idee nie zabijaja, ale zabija czlowiek w imie tychze (manipulowanych
                          ile wlezie dla wygody)

                          "Sensem mojej wypowiedzi było to - ja nie dopowiedziałem, a ty nie złapałeś,
                          winę biorę na siebie - że w sytuacji pierwszego lepszego zagrożenia to imperium
                          pękło jak bańka mydlana, bo społeczeństwo potrzebuje czegoś więcej niż wiedza
                          sadownicza (byli w tym lepsi od tych Hiszpanów z krzyżami). Zabrakło, brochu,
                          spoiwa. "

                          To bzdura, inkowie przegrali z bardziej zaawansowana cywilizacja (nie pierwsi i
                          nie ostatni). Nie wiem co tu do zalapania, argument ze technologia przegrala a
                          znia Inkowie jest idiotyczny: Inkowie przegraliby niezaleznie od tego czy
                          kultura bylaby rozwinieta czy nie. Twoj przyklad indianski jest zly i tyle. Nie
                          mam pojecia skad (wyglada na to ze ad hoc) "wykombinowales" inkow jako przyklad
                          na upadek kultury technologicznej.
                          Wydaje sie ze nie rozumiesz iz panstwo chinske padlo na skutek zaniechania
                          rozwoju technologicznego, Inkowie znikneli z powierzchni ziemi na skutek
                          ingerencji silniejszego. Trudno dyskutowac jesli taka prosta roznica jest
                          niezauwazalna.

                          Dobra, koniec
                          • skajstop Re: O spoiwie kulturowym 24.05.06, 18:24
                            Brochu, skoro twoje musi być na wierzchu, to proszę bardzo. Ale zanim powiem
                            EOT, pozwolę sobie na replikę.

                            1. jasne, że mój przykład zły, a twój dobry. Inaczej być nie może.

                            2. Krzyże? Poczytaj sobie o sytuacji w Hiszpanii tamtego czasu, to zobaczysz,
                            jakim społecznym problemem była sytuacja drugich i kolejnych synów hidalgów,
                            którzy nie znajdowali sobie miejsca w tamtym społeczeństwie. Poszliby na
                            indiańskie ziemie goło, boso i pod sztandarem Buddy. Polecam np. "Morskie
                            imperium Hiszpanii" Parry'ego.

                            3. Nie ja napisałem, że zabijały idee. Skoro ode mnie oczekiwałeś niezwykłej
                            precyzji słów, sam też powinieneś był jej przestrzegać.

                            4. Przegrali z zaawansowaną technologią, powiadasz. No super. 180 Hiszpanów,
                            parę koni, stare łajby i dziadostwo. Sobie poczytaj, jak w szczegółach wyglądał
                            podbój Peru, co robił Pizarro na pewnej wyspie, a wtedy pogadamy, bo na razie,
                            pardon, opowiadasz propagandowe dyrdymały albo własnie stereotypy z gimnazjum.
                            Pamiętaj przy tym, że nadal masz 180 osob przeciwko imperium. Tego nie zmienią
                            żadne zaklęcia.

                            5. Chiny. Napawasz się ich regresem, na tym budujesz jakieś uniwersalne
                            twierdzenie. I powiadasz, o ile pamietam, że po Konfucjuszu nastąpiła
                            katastrofa. Pytanie, czy to nie jest stary, propagadandowy sąd. Bo kiedy
                            weźmiesz do ręki książki Needhama - chcesz tytuły, czy sam sobie znajdziesz? -
                            to ten zawodowiec jakoś dowodzi, że Chiny sie jednak stale rozwijały, choć nie
                            wedle europejskiego wzoru. Masz też np. "Geniusz Chin. 3000 lat nauki, odkryć i
                            wynalazków" Roberta Temple. Poczytaj sobie. Co do faktu, że trwając w tym
                            regresie, Chińczycy docierali do różnych dziwnych miejsc na Ziemi, chyba nie
                            warto dyskutować.

                            W ogóle trudno dyskutować, kiedy mówisz: "mam rację, bo mam." Dlatego EOT.
                            • broch Re: O spoiwie kulturowym 24.05.06, 19:22
                              ad1) don't care Twoj byl "irrelevant". Wyjasnilem dlaczego: Inkowie zostali
                              zniszczeni przez czynnik zewnetrzny, innymi slowy nie ma znaczenia czy byla to
                              cywilizacja technologiczna wylacznie czy rowniez wysoce kulturalna. W Chinach
                              zarzucono swiadomie rozwoj technologiczny co skonczylo sie totalnym zacofaniem.
                              Co wiecej ustatecznie doszlo rowniez do zpowolnienia rozwoju kulturalnego.
                              Sugerowaloby ze rozwoj kulturalny jest uzalezniony od rozwoju technologii (co
                              wydaje sie byc oczywiste).
                              Jesli nie rozumiesz dlaczego Twoj inkowy przyklad mial sie nijak (jako
                              przeciwwaga) do Chin Konfucjusza, to faktycznie dalsza konwersacja nie ma sensu.
                              Aby nie bylo wisi mi czy rozwoj kultury jest potrzebny czy nie. Postawilem
                              paradoks, Twoje argumenty byly nie na temat. W szkole (do ktorej odniosles sie
                              negatywnie) dostalbys lufe za paplanie nie na temat.

                              ad2) rece opadaja. Nie mam nic do krzyzy: uwazam ze ludzie wykorzystuja dowolna
                              idee do realizacji wlasnego widzimise. Krzyze to pretekst, rownie dobrze mogliby
                              zwalczac Inkow w imie dowolnej innej teorii. Rzecz w tym ze idee niosa w sobie
                              mozliwosc dowolnej interpretacji. Nie bede sie odwolywal do zilliona godzin
                              spedzonych na szukaniu argumentow bo wydaje sie to oczywiste.
                              Nie mam wiec pojecia o co walczysz. Grunt ze czepuasz sie nie tego co stanowi
                              istote sprawy: dowolna manipilacja ideami pozwalajaca na uzycie tychze jako
                              pretekst to podboju. Jesli zaczniesz tlumaczyc ze Hiszpania faktycznie nie byla
                              zainteresowana chrystianizacja lecz czyms innym to sie zastrzele (gloszenie
                              oczywistosci zawsze przyprawia mnie o ponury nastroj)
                              ad3) Jezu to byl skrot wydawaloby sie ze jasny patrz ad2)
                              ad4) Czlowieku przeczytaj ad1) bo powtarzac sie nie chce: Ty o ingerencji
                              zewnetrzenej ja o swiadomym zaniechaniu rozwoju. Czy to jes jasne? (roznica) czy
                              dalej nie bardzo?
                              O tym ze toczyla sie wojna domowa a Pizarro to wykorzystal tez bylo w szkole.
                              Potem podstepem zabil wodza/krola i tyle.
                              W dalszym ciagu:
                              a) Pizarro wykazal wyzsze przygotowanie taktyczne: w Europie wodzowie od dawna
                              nie uczestniczyli bezposrednio w bitwach jesli ne bylo to konieczne (Pizarro nie
                              mial wyboru, wodz mial).
                              Uzywasz argumentow absolutnie nie majacych wiele wspolnego z tym co
                              powiedzialem. Co wiecej wojny domowe toczyly sie w krajach wysoce rozwinietych
                              kulturowo rowniez powodujac upadek cywilizacji.

                              Aby bylo jasne: (po raz kolejny) mowie o swiadomym zaniechaniu rozwoju
                              technologii ktore doprowadzilo do upadku cywilizacji. Jesli nie widzisz roznicy
                              to faktycznie nic na to nie poradze.

                              ad5) o.k. prownaj rozwoj (tempo) Chin przed zarzuceniem technologii i po.
                              dzisiaj nikt rozsadny nie uzna Chin za potege kulturalna i technologiczna.
                              Rowniez w XIXw nikt by tego nie uznal.

                              Jezu, zaraz wyskoczysz z odktyciem Ameryki cos 70 lat wczesniej niz Kolumb,
                              zastanow sie nad prostym faktem ze sami Chinczycy utracili na wlasne zyczenie
                              informacje o odkryciu (odwzajemniona polecanaka: "1421: The Year China
                              discovered the World". Nie mam pojecia czy tlumaczone na polski.
                              Lacznie z pierwszymi badaniami osad "chinskich" pod S.F. w XIX wskazujacymi na
                              dawne pochodzenie.). Poniewaz Chiny zaraz po odkryciu Ameryki utracily mapy,
                              cale odkrycie (mimo badan etnologicznych z okolic S.F. jest ciagle
                              kontrowersyjne). Tyle to warte.

                              Argument ze trudno dyskutowac jest nic nie warty, za wyjatkiem faktu ze
                              faktycznie trudno dyskutowac.
              • braineater Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 20:41
                > Masz przyklad gdy zatrzymanie rozwoju nauk humanistycznych zatrzymalo
                cokolwiek

                III Rzesza
                Koniec Bizancjum
                Koniec Carskiej Rosji

                trzy pierwsze z brzegu.

                <oddalam sie na bezpieczna wieżę obserwacyjną:)>

                P:)
                • eeela Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 20:44
                  Brejnie, nie ze wszystkim trafiles ;-P
                  Moim zdaniem przykladu na calkowite zatrzymanie nauk humanistycznych po prostu
                  nie ma.
                  • braineater Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 20:58
                    o koniec Bizancjum byś sie pewnie pokłóciła? (podyskutowała:)

                    P:)
                    • eeela Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:00
                      Zwlaszcza o to, bo to jedyne, gdzie mniej wiecej bylabym w stanie ;-P
                      • braineater Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:04
                        A ja Ci zrobie na złośc i kłócił sie nie będę, tylko przyznam, że z rozpędu
                        napisałem głupotę:)

                        P:)
                        • eeela Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:11
                          Tak cos czulam, ze w ten wlasnie sposob chcesz mi na zlosc zrobic ;-D
                    • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:25
                      Norwich? Runciman? zaden nie pisze o upadku Bizancjum na skutek niedorozwoju
                      nauk humanistycznych.
                • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:21
                  he,he braineaterze... co Ty opowiadzasz:
                  Trzecia rzesza to walka ideologii. Bez kretynskich idei, nie byloby Trzeciej
                  Rzeszy. W imie ideii i dosc wasko pojetego humanizmu, probowano zniszczyc
                  wszystko inne. Technologia nigdy nie byla przyczyna wojen.
                  Bizancjum upadlo poniewaz rozwoj technologiczny regionu ulegl spowolnieniu.
                  Bogactwa kultury byly olbrzymie. To samo dotyczy Carskiej Rosji.

                  Z reszta: Rosji Carskiej zylo sporo dobrych pisarzy: Dostojewski? Czechow? I
                  wielu innych. Nie?

                  Cenzura dotyczyla rowniez technologii w Rzeszy... na zyczenie filozofow
                  • braineater Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:36
                    Troche inaczej to widzę - przez te kilka lat III Rzeszy trzymano się kurczowo
                    tylko jednego nurtu nauki humanistycznej, który i tu oczywiście masz rację
                    wpływał równiez na pozostałe dziedziny zycia społecznego i intelektualnego.
                    Wszystko, co było nieprawomyślne, zostało usunięte, spacyfikowane, zamknięte w
                    obozach i więzieniach, lub po prostu wyniosło się w sinądal. To samo widze po
                    upadku Carskiej Rosji. Nie rozwija się humanistyka jako całośc, tylko kilka
                    pasozytniczych gałęzi, międlące w kólko te same formuły w różnych przebraniach,
                    co wpływa dośc znacznie na pogorszenie abstrakcyjnej 'jakości zycia' większości
                    społeczeństwa.
                    Ale faktycznie sa to tezy nie do obrony na forum. Najwyżej moglibyśmy sie
                    powymieniac referatami i tomiszczami na temat:)

                    P:)
              • quarantina Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 21:34
                Usiłujesz dowieść, że nauki humanistyczne nie są naukami. Jedynym kryterium
                nauki dla Ciebie jest jej wpływ na postęp cywilizacji. Chodzi o to, że to nie
                jest dobre kryterium. Ono jest Twoim prywatnym kryterium.
                Powszechnie za naukę uznaje się coś, co ma przedmiot badania, terminologię i
                metodę. Nauki humanistyczne te kryteria spełniają i jako takie uznawane są za
                nauki.
                Podział na sciences i arts (czy humanities) jest kwestią klasyfikacji i nie ma
                związku z byciem lub niebyciem nauką.
                • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 00:06
                  :)
                  alez skad, usiluje dowiesc ze nauki humanistyczne nie sa potrzebne do rozwoju
                  cywilizacji. To co innego.

                  "Powszechnie za naukę uznaje się coś, co ma przedmiot badania, terminologię i
                  > metodę."
                  definicje mozna zastosowac do kazdego objektu. np nauka o lego.

                  "Podział na sciences i arts (czy humanities) jest kwestią klasyfikacji i nie ma
                  > związku z byciem lub niebyciem nauką."
                  Alez Ty rowniez klasyfikujesz uznajac ze nauka jest czyms co ma przedmiot,
                  terminologie i metode. :)
                  • klee Klina klinem ;-) 24.05.06, 00:16
                    broch napisał:

                    > Alez Ty rowniez klasyfikujesz uznajac ze nauka jest czyms co ma przedmiot,
                    > terminologie i metode. :)

                    Nie klasyfikuje, tylko definiuje, a Ty byś to podjął i powiedział, że większość
                    tzw. ;-) nauk humanistycznych - ja wolę szerzej: idiograficznych - i
                    społecznych nie ma metody, więc są naukami tylko z nazwy, a w praktyce
                    działalnością polegającą na radosnej twórczości. ;-D
                    • broch Re: Klina klinem ;-) 24.05.06, 00:31
                      zaroz:
                      quarantine powiedziala ze:
                      "Podział na sciences i arts (czy humanities) jest kwestią klasyfikacji i nie ma
                      związku z byciem lub niebyciem nauką."

                      na co ja odpowiedzialem ze:
                      "Alez Ty rowniez klasyfikujesz uznajac ze nauka jest czyms co ma przedmiot,
                      terminologie i metode."

                      wszyscy klasyfikuja (bo tak wygodniej)
                      Poza tym definicja jest podstawa klasyfikacji przynajmniej tutaj:
                      definiujesz nauke przeciwstawiajac w ten sposob reszcie czyli klasyfikujesz :)
                      • klee Wyodrębnianie a klasyfikowanie 24.05.06, 00:37
                        broch napisał:

                        > wszyscy klasyfikuja (bo tak wygodniej)
                        > Poza tym definicja jest podstawa klasyfikacji przynajmniej tutaj:
                        > definiujesz nauke przeciwstawiajac w ten sposob reszcie czyli klasyfikujesz :)

                        No nie, wyodrębnianie jakiegoś bytu to jeszcze żadna klasyfikacja. Klasyfikacja
                        jest podziałem całości, bez reszty. A tu robimy tak - wyodrębniamy jakiś byt,
                        definiujemy i reszta nas nie interesuje. I dopiero to, co zdefiniowaliśmy,
                        dzielimy dalej. I tu już nas wszystko obchodzi, więc to jest klasyfikacja,
                        podział na określone kategorie, na różnych poziomach, zazwyczaj właśnie
                        wielostopniowy. No chyba że rozumieć klasyfikację jako przypisywanie czegoś
                        gdzieś/czemuś, ale to takie wtórne jest jakieś znaczenie.
                  • klee Jeszcze jedno 24.05.06, 00:28
                    broch napisał:

                    > "Powszechnie za naukę uznaje się coś, co ma przedmiot badania, terminologię i
                    > > metodę."
                    > definicje mozna zastosowac do kazdego objektu. np nauka o lego.

                    No nie, nie ma przedmiotu badań. Bo w jakim sensie lego ma być interesujące z
                    poznawczego punktu widzenia? Co tu poznawać, co odkrywać? Koń, jaki jest, każdy
                    widzi. ;-)
                    • broch Re: Jeszcze jedno 24.05.06, 00:34
                      Lego moze byc przedmiotem badan ktore sa interesujace dla kogos. Takich badan to
                      ja w zyciu widzialem wystarczajaco duzo. :)
                      • klee No właśnie 24.05.06, 00:40
                        Więc sam ustaliłeś kryterium, jest czysto subiektywne, zazwyczaj -
                        intersubiektywne. Jednak badania muszą być odkrywcze, bo jeśli analizy
                        doprowadzą do wniosków oczywistych i banalnych (w przypadku lego tak by jednak
                        było chyba), to znaczy, że nie była to działalność naukowa. Nauka ma odkrywać
                        to, co niepoznane przecież.
                        • broch Re: No właśnie 24.05.06, 00:46
                          zaraz ale o co chodzi? Ja mowilem o zbednosci nauk humanistycznych dla rozwoju
                          cywilizacji, nagle mowimy o czyms innym choc raczej oczywistym przeciwko czemu
                          nic nie mam.
                          • klee No i w porządku :-) 24.05.06, 01:00
                            broch napisał:

                            > zaraz ale o co chodzi? Ja mowilem o zbednosci nauk humanistycznych dla rozwoju
                            > cywilizacji, nagle mowimy o czyms innym choc raczej oczywistym przeciwko czemu
                            > nic nie mam.

                            Ze mną o zbędności nie gadałeś. My sobie gadamy o tych kwestiach bardziej
                            szczegółowych. :-) No ale jak się zgadzamy, to możemy się pożegnać. Ja nawet
                            powinienem, co czeka mnie jeszcze trochę pracy. :-]

                            A co do zbędności, o której mowa, to - wiesz - tak intuicyjnie to się chyba z
                            Tobą zgadzam, ale jeśli mowa o nauce, to z naukowego punktu widzenia stawianie
                            takich pytań nie ma sensu, są nienaukowe, bo nie sposób chyba eksperymentalnie
                            zweryfikować prawdziwości lub fałszywości tego rodzaju tezy. Dlatego dla mnie
                            rozmawianie o tym średni ma sens, ale posłuchać innych zawsze warto. :-)
                  • quarantina Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 07:14
                    broch napisał:

                    > :)
                    > alez skad, usiluje dowiesc ze nauki humanistyczne nie sa potrzebne do rozwoju
                    > cywilizacji. To co innego.
                    ---------------------
                    Wykręcasz kotu ogona teraz:)

                    >
                    > "Powszechnie za naukę uznaje się coś, co ma przedmiot badania, terminologię i
                    > > metodę."
                    > definicje mozna zastosowac do kazdego objektu. np nauka o lego.
                    ----------------------
                    Wcależenie. Jeśli pokażesz mi oryginalną metodę dla nauki o lego, to wymyślę
                    jakąś nagrodę. Nie ma to być metoda zapożyczona, żeby było jasne.


                    > "Podział na sciences i arts (czy humanities) jest kwestią klasyfikacji i nie
                    ma
                    > > związku z byciem lub niebyciem nauką."
                    > Alez Ty rowniez klasyfikujesz uznajac ze nauka jest czyms co ma przedmiot,
                    > terminologie i metode. :)
                    ------------------
                    Podział na sciences i resztę to jest klasyfikacja w obrębie nauki. Podział na
                    nauki i nienauki to jest klasyfikacja w obrębie jakiegoś większego obszaru
                    badawczego. Różnią się rzędem (jakby) i siłą rzeczy kryteriami.

                    • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 15:45
                      kota nie wykrecam: zaczelo sie od Konfucjusza

                      "Wcależenie. Jeśli pokażesz mi oryginalną metodę dla nauki o lego, to wymyślę
                      > jakąś nagrodę. Nie ma to być metoda zapożyczona, żeby było jasne."
                      co odroznia oryginalne metody badawcze w naukach humanistycznych od metod nauk
                      niehumanistycznych? To troche bezsensowna klasyfikacja: oryginalnosc metody jako
                      dowod na istnienie oryginalnej nauki.

                      Do analizy klockow lego mozna wykozystac istniejace metody badawcze. Nie ma
                      przeszkody.

                      "Podział na sciences i resztę to jest klasyfikacja w obrębie nauki. Podział na
                      > nauki i nienauki to jest klasyfikacja w obrębie jakiegoś większego obszaru
                      > badawczego. Różnią się rzędem (jakby) i siłą rzeczy kryteriami."
                      jak z klockami lego. Jak sie uprzesz do ze wszystkiego mozna zrobic nauke
                      stosujac Twoja klasyfikacje w oparciu o metody metody itp.
                      Rzecz w tym ze nauki humanistyczne nie uznaja zadnych zasad, stosujac te same
                      metody mozna dojsc do roznych wnioskow (i humanisci do nich dochodza) swiadczy
                      to o tym ze uzyte (wziete ze swiata nauk niehumanistycznych) metody nie
                      przystaja a te wymyslone ekstra dla nauk humanistycznych sa slabe.
                      Analizujac dowolna idee mozna dojsc do dowolnych wnioskow, to wolna amerykanka
                      ktora z naukami niewiele ma wspolnego.
                      Wszystkie inne nauki podlegaja scislym rygorom. Nie ma znaczenia czy jest to
                      fizyka teoretyczna czy eksperymentalna. Pomylki zdarzaja sie na skutek
                      niewiedzy. W naukach humanistycznych wiedza ma male znaczenie, istata jest
                      interpretacja ktora jest absolutnie subiektywna. Ta sama idea moze okazac sie
                      (stosujac naukowe metody) interesujaca lub nie, mozna pozwolic sobie na belkot
                      Barthesa ktory zostanie okrzykniety jako mysl nieskonczenie oryginalna lub
                      zostanie uznana za belkot wlasnie. W naukach niehumanistycznych jest to bardzo
                      trudne do przeprowadzenia, swiatopoglad, uznane idee nie maja wplywu na wynik
                      dociekan.
                      • quarantina Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 18:11
                        broch napisał:

                        > co odroznia oryginalne metody badawcze w naukach humanistycznych od metod nauk
                        > niehumanistycznych? To troche bezsensowna klasyfikacja: oryginalnosc metody
                        jak
                        > o
                        > dowod na istnienie oryginalnej nauki.

                        ----------------------------
                        Fatalne określenie, rzeczywiście, oryginalna. Chodzi mi o metodę przynależną
                        danej nauce. Ogólnie bardzo bardzo: fizyka - eksperyment fizyczny, chemia:
                        eksperyment chemiczny (oba wraz z obliczeniami), astronomia: obserwacja
                        (obliczenia), genetyka: produkcja genów i "patrzenie im w oczy" (by Broch),
                        historia dziejów, idei, literatury, filozofii, itd., itp. : badanie źródeł,
                        socjologia: metody socjometryczne, itd, itp.
                        Każda nauka posiada specyficzną metodę podstawową. Oczywiście, że korzysta
                        także z metod innych nauk, ale posiada swoją charakterystyczną. Oprócz tego, co
                        już mówiłam, posiada terminologię i przedmiot. Te trzy kryteria pozwalają na
                        wyodrębnienie z jakiejś dziedziny nowej nauki.
                        -----------


                        >
                        > Do analizy klockow lego mozna wykozystac istniejace metody badawcze. Nie ma
                        > przeszkody.

                        --------------------------
                        Dlatego pytałam Cię o metodę specyficzną dla klocków lego, ponieważ one takowej
                        nie posiadają. Mozna je badać na wszystkie możliwe sposoby, ale to badanie nie
                        będzie odrębną nauką. Możesz je badać w obrębie matematyki, socjologii, chemii,
                        itd. stosując ich metody. Nic poza tym. Nie stworzysz legologii.


                        Jak sie uprzesz do ze wszystkiego mozna zrobic nauke
                        > stosujac Twoja klasyfikacje w oparciu o metody metody itp.
                        -------------------
                        Nie upieram się. Poza tym nauka powinna spełniać wszystkie TRZY kryteria, a nie
                        któreś z nich.

                        -----------------

                        > Rzecz w tym ze nauki humanistyczne nie uznaja zadnych zasad, stosujac te same
                        > metody mozna dojsc do roznych wnioskow (i humanisci do nich dochodza) swiadczy
                        > to o tym ze uzyte (wziete ze swiata nauk niehumanistycznych) metody nie
                        > przystaja a te wymyslone ekstra dla nauk humanistycznych sa slabe.
                        > Analizujac dowolna idee mozna dojsc do dowolnych wnioskow, to wolna amerykanka
                        > ktora z naukami niewiele ma wspolnego.
                        > Wszystkie inne nauki podlegaja scislym rygorom. Nie ma znaczenia czy jest to
                        > fizyka teoretyczna czy eksperymentalna. Pomylki zdarzaja sie na skutek
                        > niewiedzy. W naukach humanistycznych wiedza ma male znaczenie, istata jest
                        > interpretacja ktora jest absolutnie subiektywna. Ta sama idea moze okazac sie
                        > (stosujac naukowe metody) interesujaca lub nie, mozna pozwolic sobie na belkot
                        > Barthesa ktory zostanie okrzykniety jako mysl nieskonczenie oryginalna lub
                        > zostanie uznana za belkot wlasnie. W naukach niehumanistycznych jest to bardzo
                        > trudne do przeprowadzenia, swiatopoglad, uznane idee nie maja wplywu na wynik
                        > dociekan.
                        --------------
                        Powiem szczerze, że jedyną metodą jaką znam w naukach humanistycznych jest
                        badanie źródeł (na różne sposoby). To jest metoda podstawowa. Interpretacja ich
                        to ciąg dalszy. Masz absolutną rację co do tego, że interpretacja może być
                        różna, chociaż nie do końca subiektywna. Jeśli ktoś rzetelnie prowadzi badania,
                        nie sądzę aby doszedł do jakiegoś bełkotu. Nie ma też takiej znowu dowolności o
                        jakiej piszesz. Są aspekty, związane zazwyczaj z odkrywaniem właśnie nowych
                        źródeł.
                        Nauki przyrodnicze są weryfikowalne matematycznie bądź eksperymentalnie.
                        Nauki humanistyczne nie poddają się takiej weryfikacji i to jest ich minus.
                        Nie są motorem postępu, bo nie taka jest ich rola.
                        • broch Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 21:16
                          masz racje :)
                          .... ale:
                          "Nie są motorem postępu, bo nie taka jest ich rola."
                          To dosc wazne stwierdzenie.

                          Oczywiscie dyskusja ma niewiele wspolnego z pytaniem nietoperza.
    • itek1 Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:48
      > Oczywiscie, w kazdej z tych dziedzin jest kilkanascie/kilkadziesiat osob,
      > ktore sa w stanie wywolac przelom
      > naukowy, istotnie poglebic rozumienie podstawowych procesow spolecznych czy
      > czysto fizycznych, jest jednak wokol nich
      > tysiace, dziesiatki tysiecy nienietoperzy, probujacych po swojemu drobnemu cos
      > wymyslic, glownie dlatego, ze sprawia
      > im to przyjemnosc.

      Brak mi teraz czasu na rozwijanie mysli, ale wydaje mi sie, ze Nn nie docenia
      swoich mozliwosci, bo moze byc jedna z tych kilkudziesieciu osob, ktore cos
      istotnego wnosza w dany obszar nauki (czy to sa nadludzie?), jesli oczywiscie:
      1.odkryje swoja dzialke (musi to byc chyba b.waska dzialka) (w.k.-poswiecenie
      czasu na sledzenie rozwoju interesujacych Nn zagadnien)
      2.poswieci sie jej z wszyskimi tego konsekwencjami (tzn.m.in.ograniczy czas na
      pierdoly:)).
      Przepraszam za truizmy.

      Poza tym mysle, ze Nn nie tylko cos wymysla:), ale rowniez cos poznaje (juz
      wymyslonego) i przekazuje dalej, co moze byc nawet rownie wazne z pkt.widzenia
      korzysci spolecznych.

      BTW to co Nn porusza to nie 1 teamat, ale kilka.

      Zadna z odpowiedzi na pytania 1,2 nie zadawala mnie, bo sa one niepelne/zbyt
      ogolne/nie rozumiem co Nn ma na mysli.

      Temat wazny, ale IMO nie na dyskusje na forum.

      Pozdrawiam
      • staua Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:51
        >
        > Temat wazny, ale IMO nie na dyskusje na forum.

        Dlaczego? Wedlug mnie to wlasnie bardzo dobry temat na dyskusje na forum, i to
        szczegolnie na tym forum...
        • itek1 Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 18:53
          To dla mnie troche tak jakbys zastanawiala sie na forum nad sensem/bezsensem
          wyjscia za maz:)
          • staua Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 19:07
            Jakos zrozumialam to pytanie mniej osobiscie, a bardziej ogolnie, a poza tym
            tematem tym moze byc chyba zainteresowany kazdy...
            • itek1 Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 23.05.06, 19:17
              Jasne, ale z tych odpowiedzi nic chyba dla Nn, ani dla nikogo innego nie
              wyniknie. Temat jest po prostu
              1.za szeroki
              2.za bardzo osobisty
              3.tool (forum internetowe) zbyt prymitywne
              w wyniku czego z duzymi trudnosciami da sie uniknac razacych smiesznosci.
              P:)
      • nienietoperz Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 11:44
        > Brak mi teraz czasu na rozwijanie mysli, ale wydaje mi sie, ze Nn nie docenia
        > swoich mozliwosci,

        Raczej docenia brak swoich mozliwosci. Nie mam watpliwosci (no, moze czasami),
        co do tego, ze w swojej dosc waskiej dzialce jestem w stanie cos wymyslic. Nie
        zmienia to rzeczywistosci zwiazanej z umiarkowana uzytecznoscia i przelomowoscia
        takich wymyslan.

        >bo moze byc jedna z tych kilkudziesieciu osob, ktore cos
        > istotnego wnosza w dany obszar nauki (czy to sa nadludzie?),

        Sa. Uwierz mi, ze oprocz duzej ilosci dobrych/bardzo dobrych matematykow mialem
        okazje poznac kilku, ktorych umysly naukowe funkcjonuja na kompletnie innych
        zasadach, ktorzy sa w stanie w przeciagu kilkunastu sekund zidentyfikowac na
        podstawie pozornie skomplikowanego formalizmu rzeczywisty problem, zobaczyc jego
        rozwiazanie (badz chocby droge do niego prowadzaca) i przetlumaczyc to z
        powrotem na jezyk formalny bez zadnych uchybien logicznych. Nota bene ten
        pod(nad?)gatunek matematykow rzadko kiedy sie specjalizuje - najczesciej sa to
        ludzie rozwiazujacy problemy z roznych koncowek nauki. Mam swiadomosc, ze
        niezaleznie od ilosci czasu przeznaczonego na pierdoly, dowolny problem, jaki
        probuje rozwiazac, przez Uffe czy Gillesa bylby pokonany w czasie
        kilkunastokrotnie krotszym.

        > Poza tym mysle, ze Nn nie tylko cos wymysla:), ale rowniez cos poznaje (juz
        > wymyslonego) i przekazuje dalej, co moze byc nawet rownie wazne z pkt.widzenia
        > korzysci spolecznych.


        To jest 2c :-)




        > BTW to co Nn porusza to nie 1 teamat, ale kilka.
        >
        > Zadna z odpowiedzi na pytania 1,2 nie zadawala mnie, bo sa one niepelne/zbyt
        > ogolne/nie rozumiem co Nn ma na mysli.
        >

        Wszelkie wariacje mile widziane:-)



        > Temat wazny, ale IMO nie na dyskusje na forum.
        >

        Z NNtpzem tymczasowo gdzie indziej nie podyskutujesz.

        > Pozdrawiam
        >

        Uklony,
        Nn
        • itek1 Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 13:00
          > Nie mam watpliwosci (no, moze czasami),
          > co do tego, ze w swojej dosc waskiej dzialce jestem w stanie cos wymyslic. Nie
          > zmienia to rzeczywistosci zwiazanej z umiarkowana uzytecznoscia i przelomowosci
          > a
          > takich wymyslan.
          Trudno mi sie odniesc, bo nie znam konkretow:)))
          A tak na powaznie to watpliwoscia Twoim zdaja sie przeczyc liczne przyklady z
          matematyki wlasnie. To co dzis nie jest przydatne jutro moze okazac sie wielce
          pomocne. Znasz taka zasade/teorie (jakiegos znanego filozofa), ktora mowi, ze
          KAZDE nowe odkrycie implikuje odkrycie kolejne i nawet jesli te Twoje nie bedzie
          mialo bezposrednich korzysci utylitarnych teraz i w przyszlosci, kolejne moze je
          miec jak najbardziej. Np. taka algebra Boole'a (XIXw.) dlugo nie miala
          praktycznego zastosowania. To taki mega przyklad. Sa tez liczne drobniejsze,
          nawet z pogranicza matematyki i zabawy:) (np. znane mi dobrze IMO bezuzyteczne
          na pierwszy rzut oka robaczki zwane krzywa Peano i krzywa Hilberta, a majace
          szerokie zastosowanie).

          Co do owych nadludzi to powiem, ze mialem kontakt zawodowy. To co mnie
          najbardziej uderzylo to nieprawdopodobna wrecz pracowitosc, a raczej
          cierpliwosc, wytrwalosc, konsekwencja w dzialaniu. Wydaje mi sie, ze zeby cos
          stworzyc wystarcza poza doglebna znajomoscia Related Work 2 rzeczy:
          1.pomyslu (kazdemu srednio rozgarnietemu moze wpasc:))
          2.umiejetnosci jego realizacji (po tym sie poznaje prawdziwego naukowca:))
          przy czym ta umiejetnosc w duzym stopniu jest wynikiem wlasnie pracowitosci
          czyli uporowi,konsekwencji,zdeterminowaniu, etc. Mysle ze stosunek wagi jest co
          najmniej jak 1:10.

          A tak w ogole dla mnie nauka ma troche wspolnego ze sportem, a Szanowny Nn ze
          swoimi watpliwosciami przypomina mi troche pilkarza, ktory przed zakonczeniem
          meczu, w 10min. spotkania (przyjmijmy, ze dlugosc meczu to dlugosc kariery
          zawodowej) stwierdza, ze na pewno nie strzeli gola i z takim nastawieniem ma
          oczywiscie mniejsze na to szanse. Czesto przeciez sie tak zdarza, ze pilkarz
          marnuje sytuacje lub jest niewidoczny przez wieksza czesc spotkania, a
          przychodzi taki moment, ze sie odnajduje, strzela gola, a nawet 3, jest noszony
          na rekach i traktowany jak bohater:) Na terenie nauki tez tak chyba sie dzieje.

          Pozdrawiam
    • braineater mini-manifest:) 23.05.06, 19:24
      hmmmmmmmmm

      Jakkolwiek durnie by to nie zabrzmiało, przy całym moim cyrkowo-hucpiarskim
      podejściu do świata i wyznawaniu tezy o absolutnej nieistotności wszystkiego,
      co mnie nie dotyczy, to mam (uwaga, duzy kaliber nadciąga:) Poczucie Misji.
      Poczucie złozone w róznych, acz zblizonych proporcjach z następujących
      elementów:

      1) książek i płyt są miliony, dziesiątki tysięcy wartych przeczytania i
      przesłuchania. Ktoś musi chociażby próbować to ogarnąć, musi byc osoba, która w
      skondensowany sposób będzie potrafiła opowiedziec o tych dziełach innym, będzie
      próbowała ich za/lub zniechęcić. Nie wszyscy mają tyle czasu, więc jestem
      skłonny poświęcać mój czas, po to by innym go zaoszczędzić.

      2)Umiejętnośc czytania i słuchania muzyki jest jednym z naszych głównych
      wyrózników, czymś, co nas w jakiś sposób konstytuuje jako człowieka. Nie
      chciałbym by te umiejętności oraz umiejętność dyskusji zaginęły. Dlatego piszę
      i dyskutuję.

      3) Umiejętnośc analizowania tekstu może wydawać się rzeczą pozbawiona głębszego
      znaczenia, jednak jeśli zrobimy sobie introspekcyjne wycieczki, okaże się że w
      dużej mierze sami z tych tekstów jesteśmy złożeni. I wydaje mi się, że warto
      wiedzieć w jaki sposób niektóre rzeczy, co niby wydaja nam się własnymi tak jak
      ręce, nogi czy siusiaki, pojawiły się i co z nami zrobiły. A także pytanie
      najważniejsze w każdej dziedzinie: JAK (w odróznieniu od zupelnie nieistotnego
      pytania 'dlaczego').

      4) Poczucie, hmmm wdzięczności? Ciężko mi to sprecyzować, ale jakoś czuję się w
      pewnym obowiązku, by to wszystkim, czego nauczyłem się na studiach, nie
      pieprznąć w jakiś kąt i traktowac jako niewinne hobby zbzikowanego emeryta,
      zajmując się tym czasem oraniem ugorów kapitalizmu i zarabianiem na fajkę z
      haszem. Jakos nie. Chcę tę wiedzę wykorzystać, być może przekazać dalej, być
      może na jej bazie wymyślić coś zupełnie nowego. I to robię. Dlatego tez w sumie
      bliższe sa mi formy popularnego krzewiania - dziennikarsko-sieciowe, bo wiem,
      że nie zamykając się w gettcie żargonowego bełkotu, bogato zdobionym izmami i
      13 sylabowymi słowami pozbawionymi znaczenia, mogę dotrzeć do większej grupy
      ludzi. Oczywiście mogę tez napisac taki typowo krytyczno-literacki tekst, tylko
      nie widze sensu ni większej potrzeby. Jak dla mnie nie jest sztuką być osoba z
      zacięciem akademickim, odgrodzoną od świata przy pomocy słów i wymyślanych ad
      hoc teoryjek - sztuką jest umiejętnośc sprzedania tej wiedzy w sposób
      interesujący dla osób spoza getta.

      5) Last but zdecydowanie nie least - robię to co lubię, jestem w tym całkiem
      niezły, nie mam poczucia marnowania swojego czasu i innych. Czuję się pomocny w
      jakims stopniu i potrzebny. a to chyba tez jest dośc ważne.

      I jeszce krótki akapicik na temat finansów, by cały wywód zamknąć: przez całe
      studia dzienne, bezpłatne pracowałem, by utrzymac siebie i rodzinę. Za doktorat
      in progress (choc aktualnie bardziej in regres:), również płacę ponieważ na
      wszystkie wydziały filologiczne na UŚ jest aż jedno stypendium doktoranckie i
      nie sposób go uzyskać bez posiadania więzów krwi z tym, czy owym. Owszem,
      dostawałem od drugiego roku co semestr stypendium naukowe, za ponoć jakies tam
      osiągnięcia i publikacje, ale raczej była to forma zapłaty za pracę, wykonaną z
      poświęceniem czasu i kosztów własnych:). Wszystkie rzeczy o których pisuje
      teraz równiez nabywam z własnych środkow płatniczych, kosztem ewentualnych
      samochodów, biżuterii dla zony i wakacji na Jamajce. Nie mam poczucia
      pasożytowania na społeczeństwie, wręcz przeciwnie, mam wrażenia spełniania
      jakiejs małej, ale przydatnej rólki.

      Tyle:)

      P:)
      • quarantina Re: mini-manifest:) 23.05.06, 21:53
        Ale Ci powiem Brajan, że wszystko co robimy poza zdobywaniem pożywienia i
        tworzeniem dzieci jest ino wypełnieniem życiorysu. Czeba w życiu coś robić.
        • braineater Re: mini-manifest:) 23.05.06, 21:55
          pożywienie jest w sklepie, dzieci widuję w telewizji. Jakby nie ksiązki
          przyszłoby mi zechnąc z nudów:)

          P:)
          • quarantina Re: mini-manifest:) 23.05.06, 21:58
            Gdyby zniknęły książki, Ty też byś znikł był. Czy my tego przypadkiem nie
            udowadniamy gdzieś tam wyżej?
            • braineater Re: mini-manifest:) 23.05.06, 22:00
              Ja może nie, ale zniknęła by potrzeba, chęc istnienia kogoś takiego jak ja z
              powyższego manifestu.
              Zostąłbym wtedy górnikiem.

              P:)
              • quarantina Re: mini-manifest:) 23.05.06, 22:02
                A Twoja żona kucharką i na pewno nie mielibyście dzieci, które tworzą postęp
                cywilizacyjny, chyba, że się mylę.
                • braineater Re: mini-manifest:) 23.05.06, 22:03
                  pewnie, że nie - zrobilibysmy sobie policjanta i zakonnicę:)

                  P:)
                  • quarantina Re: mini-manifest:) 23.05.06, 22:05
                    I to byłby początek końca cywilizacji, czy jeszcze nie?
                    • skajstop Re: mini-manifest:) 23.05.06, 22:07
                      I w ten sposób zostało dowiedzione, że Braineater jest niezbędny, aby
                      cywilizacja trwała ;-D
                    • braineater Re: mini-manifest:) 23.05.06, 22:13
                      Ależ skąd - to byłby początek świata opartego na bezpieczeństwie i pacyfikacji,
                      oraz wierze i manipulacji.
                      Kurde, chyba stworzyłbym kolejna RP:)

                      P:)
                      • stella25b Re: mini-manifest:) 23.05.06, 22:16
                        braineater napisał:

                        > Ależ skąd - to byłby początek świata opartego na bezpieczeństwie i
                        pacyfikacji,
                        >
                        > oraz wierze i manipulacji.
                        > Kurde, chyba stworzyłbym kolejna RP:)


                        to wtedy ja wrocilabym do PL.
                        >
                        > P:)
                      • zdanka1 Re: mini-manifest:) 24.05.06, 11:41
                        W sumie, jak tak sie zastanowię, czy chciałabym zyć w swiecie, w którym nie ma
                        historii, nie ma narracji, nie ma mówienia o rzeczach, które nie istnieją, po
                        to, aby zaistniały na chwilę , nie ma 10 sposobów na analizę 10 zdań , tak
                        aby za kazdym razem zobaczyć w nich coś innego, no to nie ma sie nad czym
                        zastanawiać. Nie chciałabym.
    • formaprzetrwalnikowa krótko: 23.05.06, 22:55
      Nr 1:
      a- brzmi 'ekonomicznie', ale mało relanie (jak bardzo obiektywnie jestes w
      stanie ocenic przydatnosc swojej pracy? pewnie odwrotnie proporcjonalnie do
      wysiłku w nią włozonego ;)); a do tego dokłąda sie nieprzewidywalnosc
      przydatnosci pewnych odkryc (niedawno dowiedziałam sie, ze jakis starozytny gek
      wymyslił pierwszą zabawke na bazie maszyny parowej -ale odkrycie na długie
      wieki pozostało w sferze 'zabawkowej')

      b- z jednej strony jestem za, bo jestem ciekawa, jak funkcjonuje swiat, który
      mnie otacza; z drugiej: mysle sobie: no, mozna... ale po co?

      c-niewatpliwie prawdziwe - zapewne w róznycm zakresie u róznych osób
      (podejrzewam rozpietosc w zakresie 80% +/- 10%), z pewnoscią rózna rozpietosc
      poczucia tego, ze robi sie cos tak naprawde dla własnej przyjemnosci i
      realizacji intelektualnej - och, ta ludzka słabosc do pokazywania sie w
      bardziej altruistycznym swietle ;-)).
      uwazam,z e słuszne - w koncu kazdemu potrzeba chleba i igrzysk ;-)

      Nr 2:
      a i b.
      a - mysle, ze na tym etapie rozwoju (juz kiedys wszczęłam podobną dyskusje)
      niewiele nowego mozemy wymyslic, rozój następuje wiele wolniej i - chocby w
      mojej działce - nie ma wynalazków, ani odkryc, sa rzeczy wtórne, co najwyzej
      ulepszone, jesli nie tylko 'pokolorowane'.

      b- głos za na wszelki wypadek, gdyby jednak ludzie nie byli az tak
      egoistyczni ;-)
      c? cóz, rzemieslnicy są potrzebni.
    • dr.krisk O bezsensowności świata akademickiego. 23.05.06, 23:04
      Otóż cynicznie i sceptycznie uważam że świat akademicki nie ma żadnego sensu. Z
      grubsza rzecz biorąc (bo nie mam czasu, ,piszę kolejną epokową publikację
      naukową :), naukowcy potrafia znakomicie odpowiedzieć na pytanie "dlaczego most
      się zawalił", natomiast nie za bardzo potrafia go zaprojektować...
      Oczywiście, zdarzają się naukowcy-wynalazcy, ale to nie oni tworzą ów świat
      akademicki.
      To wszystko nie ma najmniejszego sensu. Jesteśmy w stanie przeputać każdą ilość
      wpompowanej w nas forsy, produkując kolejne wielotomowe opracowania, p.t. "Ile
      aniołów zmieści się na głowce szpilki".
    • klee Bez sensu gadać o sensowności ;-) 23.05.06, 23:24
      Celem nauki jest opisywanie rzeczywistości, nic więcej. Jej istnienie jest
      uwarunkowane cechującą nasz gatunek potrzebą poznawania, poznawania otoczenia w
      tym wypadku. Jej uprawianie nie ma nic wspólnego z użytecznością, z
      pragmatyzmem, a to, że człowiek poza potrzebą poznawania ma też potrzebę
      polepszania swego bytu, rozwoju i że w związku z tym wykorzystuje to, czego się
      o świecie dowiaduje (nauki stosowane), do doskonalenia tego świata, otoczenia,
      do podwyższania komfortu życia, to odrębna sprawa. Podobnie jak to, że są
      naukowcy, dla których podział na nauki teoretyczne i stosowane właściwie nie
      istnieje i którzy prowadzą wyłącznie takie badania, które mają na celu poprawić
      nasz byt, posuwać cywilizację. Jak postawimy dwa problemy: "poznajemy
      literaturę taką i siaką", i: "poznajemy wirusa HIV", no to mają one zupełnie
      inna wagę i ich rozwiązanie przyniesie wymierne korzyści o zupełnie
      nieporównywalnej doniosłości, fakt, ale to kwestia tak naprawdę - z punktu
      widzenia nauki jako takiej - drugorzędna. I w jednym przypadku, i w drugim
      chodzi bowiem najpierw o opisanie, poznanie wycinka otaczajacej nas
      rzeczywistości.

      Zaskoczyły mnie trochę głosy, w których podniesiony został problem egoizmu
      naukowców, który to przejawiać ma się tym, że robią, co lubią. No myśląc w ten
      sposób, to chyba można by nazywać egoistą każdego, kto uprawia wymarzoną
      profesję. Chyba lepiej, żeby ludzie robili, co lubią, bo będą to robić z pasją,
      a w konsekwencji - efektywniej. Inna jeszcze rzecz, że jednak z osiągnięć nauki
      korzystamy wszyscy. Zasada podziału obowiązków i współpracy społecznej a la
      Putnam. Pewnie niewielu z nas sprawdziło, czy istnienieją atomy. Inni to za nas
      zrobili i im wierzymy, i dzięki nim wiemy, jak świat wygląda i nie musimy tego
      sprawdzać, a jeszcze inni wykorzystują tę wiedzę w taki sposób, by usprawnić
      nasze funkcjonowanie jako zbiorowości, z czego korzystamy jako jednostki.
      Podobnie to, że Szczepański wiele lat spędził na badaniu twórczości Bergmana,
      usprawnia nasze obcowanie ze sztuką filmową, wyręczył nas niejako. Możemy się z
      wynikami tych jego analiz zapoznać, co ułatwia i przyspiesza nasz rozwój
      osobisty, co już Braineater podnosił.

      Dla mnie, jak dla Itka1 chyba, rzeczy są albo tak oczywiste, że nia ma sensu o
      nich gadać (sensowność prowadzenia badań naukowych :-]), albo tak bardzo nie do
      rosztrzygnięcia (np. ile środków przeznaczać na badania), że szkoda tracić czas
      na dywagowanie o nich. Taką mam fazę obecnie. :-) Ale Itek, wyperswadowywać
      innym pomysł prowadzenia tego typu rozmów, to bym nie wyperswadowywał. :-)

      To tyle odnośnie sensowności nauki. A jeśli chodzi o świat akademicki, to taki,
      jakim ja go znam, jest rzeczywiście bezsensowny. I jego bezsensowaność bywa tak
      przytłaczająca, że może niekiedy czynić bezsensownym uprawianie samej nauki. :-]
      • broch Re: Bez sensu gadać o sensowności ;-) 24.05.06, 00:44
        grant opisowy naukach przyrodniczych ma przerabane (przynajmniej w Stanach).
        Granty mechanistyczne (tworcze) maja wieksze szanse. Masz stworzyc mechanizm
        wyjasniajacy zjawisko, nie opisac cos, poniewaz u podstaw opisu maga lezec
        bledne przeslanki czego w metodzie opisowej sprawdzic sie nie da. Konstruujac
        mechanizm mozesz od razu stwierdzic jak glupia byla idea.

        Nie mowily o ideale tylko o ludziach. Stad tez tyle glosow o egoistach.
        • klee Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 00:55
          broch napisał:

          > grant opisowy naukach przyrodniczych ma przerabane (przynajmniej w Stanach).
          > Granty mechanistyczne (tworcze) maja wieksze szanse.

          Kwestie grantów pomijam. :-)

          > Masz stworzyc mechanizm
          > wyjasniajacy zjawisko, nie opisac cos, poniewaz u podstaw opisu maga lezec
          > bledne przeslanki czego w metodzie opisowej sprawdzic sie nie da. Konstruujac
          > mechanizm mozesz od razu stwierdzic jak glupia byla idea.

          Nie rozumiem, czym jest tworzenie mechanizmu. Musiałbyś chyba konkretniej. Bo
          jeśli jest jakieś zjawisko i masz odkryć mechanizm nim rządzący, to opisujesz i
          niczego nie tworzysz. A jeśli masz swtorzyć mechanizm, który pozwoli
          wykorzystać coś tam, to musisz i tak najpierw to coś poznać. Jeśli robisz te
          dwie rzeczy w sposób sprzężony z sobą, to to jest właśnie to połączenie nauki
          teoretycznej ze stosowaną, o którym pisałem. Jeśli więc Twoją intencją było się
          gdzieś ze mną nie zgodzić, to nie rozumiem, w którym miejscu. :-)

          Nie rozumiem też, o co chodzi z tą metodą opisową. Oczywiście, w oparciu o
          jakieś przesłanki stawiasz jakieś tezy i później je weryfikujesz lub
          falsyfikujesz. Nie ma mowy o pomyłce. Jeśli zaś się tego zrobić nie da, znaczy,
          że metoda do kitu i trza lepszą wypracować. Kiedy ja mówiłem o opisywaniu, to
          nie mówiłem o opisowej metodzie badań, tylko o tym, że nauka polega na
          opsiywaniu świata (odkrywaniu zjawisk, zależności, poznawaniu mechanizmów
          etc.), a jakimi metodami to robisz i jak je nazywasz, to już kwestie bardziej
          szczegółowe; o stopień wyżej po prostu, ponad, nie pod.

          > Nie mowily o ideale tylko o ludziach. Stad tez tyle glosow o egoistach.

          No ale nie rozumiem, na czym ten egozim polega. O to pytam.
          • nienietoperz Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 11:22
            Krotko do Klee:
            to, o czym piszesz, to bardzo piekne i calkowicie nierealistyczne podejscie do
            nauki, ewentualnie nauka rozumiana na stopniu studenckim. Jesli kiedykolwiek
            zajalbys sie samodzielna dzialalnoscia w sposob zawodowy (a nie hobbistyczny,
            jak Brainy), musialbys starac sie gdzies od kogos o jej sfinansowanie (czyli np.
            o zaplacenie Twojej pensji). Musialbys probowac uzasadnic, dlaczego to co robisz
            jest potrzebne/wartosciowe. Czasem elementarna uczciwosc kazalaby Ci sie
            zastanowic, dlaczego za czytanie ksiazek placi Ci sie pare razy wiecej niz komus
            innemu za wielogodzinne kopanie dolow. To, ze 'nie piszesz o grantach', niestety
            wylacza Cie troche z dyskusji - to tak, jakbys pisal o futbolu, ale nie
            obchodzila Cie pilka.

            Do Itka pozniej:-)

            Nn
            • braineater Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 11:37
              Toperzyk, ale gdym ja się tym zajmował w sposób zawodowy, co jak podejrzewam
              prędzej czy póxniej i tak mi grozi, to nadal czułbym sie tak, jak czuje sie
              będac hobbystą - w jakiś sposób potrzebny. Zmieniłoby sie tylko źródło
              finansowania, z instytucji prywatnych, którym chce sie placic za publikacje
              moich tekstów okołoksiązkowych, na instytucje półprywatne i państwowe. Moze i
              to jest podejście egoistyczne, ale nie wydaje mi się by literaturoznawca miał
              mniejsza wagę społeczną niz kopidoł. Obie prace ktoś musi wykonać i ktos musi
              za nie zapłacić. Dół mozna rowniez wykopac za prywatne pieniądze z
              przeznaczeniem do czerpania zysków z racji posiadania tegoz dołu, więc rownie
              dobrze można by było stwierdzic, że kopidoły pasozytują na społeczeństwie
              kopiąc doły za kase podatnikow.

              P:)
              • nienietoperz Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 11:53
                Alez widzisz, ja tez czuje sie hobbysta jak najbardziej. Twoj opis motywacji do
                zajmowania sie pisanstwem analitycznym roznym jest mi bardzo bliski, z podobnych
                powodow sciagam z bibliotek, sieci, ksiegarni rozne ksiazki i prace mtyczne,
                probuje sie czegos nowego nauczyc. Od czasu do czasu staram sie, przy okazji,
                zeby otrzymywac za to tzw. gratyfikacje finansowa (np. ubiegajac sie o jakas
                nagrode, o jakiegos postdoka, etc..)- nie watpie, ze to tez byloby Ci nieobce. W
                zwiazku z tym od czasu do czasu rusza mnie ogolne zadziwienie pt: 'Dlaczego ktos
                mi za to placi?'
                Pozytecznosc spoleczna kopidola jest oczywista. Przeprowadz ankiete i zapytaj
                sie ludzi, czy chca miec w domu wode (jesli kopie row do rury), ew. czy chca,
                zeby zwloki zakopywac, czy zostawiac na wierzchu. Potem zapytaj, czy sa sklonni
                wobec tego zaplacic 50gr miesiecznie p.Jozkowi od kopania dolow, zeby miec
                problem z glowy.
                Potem zapytaj sie, czy chca, zeby ktos udowodnil, ze calkowicie dodatni kwantowy
                splotowy kocykl stochastyczny ma dylatacje do *-homomorfizmu. I czy zaplaca za
                to 5gr miesiecznie.

                Uklony,
                nn



                • quarantina Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 12:03
                  Ale podobno ludzie mają potrzeby niższego i wyższego rzędu. Działalność naukowa
                  jest chyba potrzebą wyższego rzędu, pomijając już nawet jej użyteczność
                  społeczną. Po prostu. I nie wszyscy ją posiadają. Potrzeby nizszego rzędu
                  posiadają wszyscy. Wszyscy chcą mieć kanalizację.
                • braineater Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 12:03
                  Ja mam o tyle łatwiej, ze jestem z mniej hermetycznej dziedziny. Ty wyjdziesz
                  na miasto z transparentem "Kochajcie Kocykle' to raczej mało kto bedzie
                  wiedział kogo polecasz im kochac i dla profilaktyki spałują cie jako kolejnego
                  perwersa. Ja wyjdę z transparentem "Młoda Polska To jest To' i przynajmniej
                  jakis procent społeczeństwa będzie wiedział o co z grubsza mi chodzi. I
                  sprowadzając rzecz do czystej pragmatyki (z góry przepraszam za gazetowo-
                  sloganowy obraz rzeczywistości) - wydaje mi się, że zapotrzebowanie na takich
                  jak Zdanka, jak ja, bedzie zawsze dopóki przez jakis okres zycia ludzie będa
                  przymuszani (a szkoła niczym innym nie jest jak przymuszalnią do czytania) do
                  ksiązek, dopóty potrzebni będa ludzie, któzy o tych książkach, o kulturze która
                  jest z nimi ścisle związana, w sposób syntetyczny i analityczny opowiedzieć. I
                  z drugiej strony trzeba nas wielu:), by nie zamknąć tej kultury w pięciu
                  średniozróżnicowanych interpretacjach i nie sporwadzic jej do sloganów, które
                  wszyscy znamy z szkó: pozytywizm: praca organiczna/praca u podstaw, romantyzm:
                  mesjanizm/walka o niepodległośc, młoda polska: manieryzm i katastrofizm, bo to
                  po prostu zabija kulturę, nie pozwala jej się rozwijać, wpedza w stagnację i
                  jest woda na młyn tych, ktorzy twierdzą, że swiat bez postepu w humanistyce
                  może sobie smiało istnieć. Pewnie, że może, tylko po ch...?

                  P:)
                  • mamarcela Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 12:52
                    Do Brejna - etam
                    Strasznieście patetycznie, Brejnu drogi, polecieli. Potwornie.:)))

                    A teraz postrzeżeń parę o idyllicznej wersji "naukowości humanistycznej"
                    (abstrahując od poglądu, że nauki humanistyczne nie są naukami).
                    Dane mi było swego czasu obserwować (a poniekąd i uczestniczyć) w pracach
                    pewnego środowiska naukowego, zajmującego się pewną dość hermetyczną dziedziną
                    wiedzy humanistycznej. Grupa ta była o tyle specyficzna, bo chociaż akademicka,
                    ale w żaden sposób nie uniwersytecka sensu stricte. Zdobywanie tytułów
                    naukowych było więc całkowicie nieobligatoryjne. Środowisko to miało w swoich
                    szeregach (kurcze, jakie potworne sformułowanie) zdecydowanie najwybitniejszych
                    specjalistów w danej dziedzinie wiedzy, w tym co najmniej jednego człowieka
                    legendę.
                    Otóż tak "skonstruowany" mechanizm działał po prostu świetnie i w niczym nie
                    przypominał marazmu opisanego przez Zdanke parę postów niżej. Nie było miejsca
                    na zadęcia, nadęcia i produkowanie dzieł "onanizmu formą bez treści".
                    Badania, choć mozna by je nazwać przyczynkarskimi, służyły głównie wypełnianiu
                    luk w dotychczasowej wiedzy na dany temat.
                    Teraz o naukowcach (wybitnych!) w dziedzinie nauk humanistycznych w opozycji do
                    nauk ścisłych, przyrodniczych, czy jak je tam nazwać. Trywialnie rzecz ujmując
                    ścisłowiec wymyśla cos nowego, a humanista gromadzi wiedzę. I jeśli jest
                    prawdziwie wielki (sory za patos) w tym, co robi, razem z ta wiedzą nabywa
                    pokorę. I tak jak ścisłowcowi, który z samej definicji, zajmuje się czymś
                    bardzo określonym, czyli przyczynkarstwem (!), potrzebna jest swego
                    rodzaju "bezczelność", to humaniście niezbędna jest pokora, a przynajmniej,
                    według moich obserwacji, to właśnie pokora odróżnia tych, co się zajmują
                    naukami humanistycznymi, od tych, którzy się zajmują pożal się boże "pracą
                    naukową" z braku innego zajęcia.
                    P:-)
                    • braineater Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 13:42
                      Skoro rozmawiamy o Wielkich Sprawach, o Duchu i Ideii, to sobię pobędę trochę
                      patetyczny, a nawet strasznie patetyczny:)
                      I dla odmiany troszkę się poniezgadzam z Tobą, żeby nie było idyllicznie, skoro
                      jest juz patetycznie. Bo piszesz, słusznie całkiem, że humanistyka to
                      gromadzenie wiedzy. I super. Tyle, że tę wiedzę warto w jakiś sposób
                      wykorzystać (choc jak twierdzą Brochy, nie ma ona zastosowania). I dla mnie
                      osobiście najwybitniejszymi humanistami byli zawsze ci, co tę wiedzę potrafili
                      przekazać - cały czas zresztą o tym piszę, że misją humanisty jest ekumenizm,
                      nawracanie ludzkości i pokazywanie jej, że ten drugi swiat złożony z literek,
                      obrazków i dźwieków, nie jest li tylko łikendową rozrywką, czymś czym można
                      zająć sie w chwilach wolnych od harówy, tylko, że jest tym, co jest po prostu
                      niezbędne by czuć się człowiekiem po prostu. W tym gronie jest to nawracanie
                      nawróconych i owszem, ale z drugiej strony jest zajebista satysfakcja, gdy
                      zupełnie obcy ludź Ci powie lub napisze - dzięki za polecenie mi tego, czy
                      tamtego, zwrócenie uwagi na to czy tamto, pokazanie jakiejś innej, mniej
                      standardowej ściezki interpretacyjnej. Są szanse, że człowiek w ten sposób
                      nawrócony zwróci uwagę, na fakt, że rzeczywistośc to nie tylko geny i atomy,
                      mechanika kwantowa i skomplikowane ustrojstwa do robienia piiiiiiiiiing.
                      No dobra, cały wywód prowadzi do tego, ze humanistyka uprawiana na serio i z
                      patosem jest niczym innym, jak zmutowana formą religii, z łbem człowieka i tym,
                      co się w nim lęgnie jako centrum świata. I po mojemu zaspokaja dokladnie te
                      same potrzeby, co kazda inna losowo wybrana religia, tyle, że opiera się na
                      racjonaliźmie i urzywaniu określonych narzedzi.

                      I tyle. I pattetycznie. I z zadęciem. i tak ma być. Bez patosu to sobie można
                      rozmawiać o pałeczkach koli, które jakie sa, każdy widzi.:P

                      P:)
                      • braineater Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 13:44
                        do których to narzedzi zaliczamy niewątpliwie słownik ortograficzny:)
                        używaniu.

                        P:)
                        • mamarcela Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 13:54
                          Brejnu, słoneczko drogie, a czy ja mówię, żeby nie przekazywać? Never. Jestem
                          za przekazywaniem i to w sposób raczej popularnonaukowy (choć na naukowych
                          podstawach) niż hermetyczny i zrozumiały wyłącznie dla (pardonez les
                          mots)"onanistycznych pojebańców".
                          Ja tylko twierdzę, że w dziedzinie nauk humanistycznych nie da się niczego
                          usiąść i wymyslić, a trzeba najpierw wiedzę zgromadzić, podejść do tej wiedzy
                          syntetycznie i analitycznie (z przewagą jednego lub drugiego) oraz pełną POKORĄ
                          wobec własnej niewiedzy i dopiero się zabierać za jej przekazywanie.
                          cbdo
                          P:)
                          • braineater Re: Opisywanie - nie metoda naukowa, tylko nauka 24.05.06, 13:59
                            No, to buziak na zgodę:)
                            P:)
                        • klee O nie, protestuję! :-D 24.05.06, 13:56
                          Słownik ortograficzny to nie narzędzie naukowe, a ortografia to nie nauka, to
                          konwencja.
                          • zdanka1 Re: O nie, protestuję! :-D 24.05.06, 14:01
                            Powiedz to językonzawcom:P
                            • klee Ależ to mówi językoznawca :-D 24.05.06, 14:04

                              • zdanka1 Re: Ależ to mówi językoznawca :-D 24.05.06, 14:09
                                Czym w takim razie jest słownik normatywny jak nie narzędziem? Jeśli to tylko
                                konwencja mozna stworzyć równie dobzre słownik normatywny np. w osrodku
                                poznańskim, gdzie wszystkie twozywa, gzmoty,jazembiny, pjura, kalamaze bedą
                                wyglądać w ten sposób i umówimy się, ze to konwencja.
                                • zdanka1 Re: Ależ to mówi językoznawca :-D 24.05.06, 14:12
                                  Z drugiej strony mogę sie zgodzić, ze ortografia nie jest nauką, ale choćby
                                  procesy gramatyki historycznej,ktore doprowadziły do wytworzenia takiej nie
                                  innej ortografii są nauką.
                                  • klee Oczywiście 24.05.06, 14:25
                                    zdanka1 napisała:

                                    > Z drugiej strony mogę sie zgodzić, ze ortografia nie jest nauką, ale choćby
                                    > procesy gramatyki historycznej,ktore doprowadziły do wytworzenia takiej nie
                                    > innej ortografii są nauką.

                                    Czasem może też istnieć motywacja semantyczna dla takiego a nie innego zapisu.
                                    Kultura języka jest dobrym przykładem nauki stosowanej, która bazuje na
                                    osiągnięciach innych (prawdziwych ;-)) dyscyplin lingwistyki - semantyce,
                                    gramatyce, historii języka. Ale tak naprawdę nauką nie jest wcale, bo nie
                                    orzeka, jak jest (jak na naukę przystało), tylko, jak być powinno. :-)
                                • klee Narzędzie ale nie naukowe 24.05.06, 14:23
                                  Nie twierdzę, że nie jest narzędziem, tylko że nie jest narzędziem naukowym.

                                  Tak, ortografia jest czymś zewnętrznym wobec języka. Dla wielu ustaleń
                                  normatywnych ortograficznych nie ma właściwie motywacji, są decyzjami czysto
                                  arbitralnymi kulturystów, których rasowi językoznawcy mają w pogardzie. ;-]
            • klee To są kwestie zewnętrzne 24.05.06, 12:34
              nienietoperz napisał:

              > Krotko do Klee:
              > to, o czym piszesz, to bardzo piekne i calkowicie nierealistyczne podejscie do
              > nauki, ewentualnie nauka rozumiana na stopniu studenckim.

              To, o czym Ty piszesz, nie ma z nauką już wiele wspólnego, tak jak
              przedstawiłem jej istotę w moim rozumieniu. I nie jest to rozumienie "na
              stopniu studenckim", cokolwiek to znaczy, bo studenci się nauką nie zajmują,
              tylko się uczą, a rozumienie po prostu. To, co próbowałem napisać, to właśnie
              to, że kategorie typu realistyczne/nierealistyczne, użyteczne/nieużyteczne,
              potrzebne/niepotrzebne mają się do nauki nijak. A to, że na uprawianie
              jakiejkolwiek ludzkiej działaności są potrzebne mniejsze lub większe środki, to
              inna sprawa. I to, że trzeba je zdobywać, by naukę uprawiać, to nie jeszcze
              uprawianie nauki, to konsekwencje jej uprawiania.

              > Jesli kiedykolwiek
              > zajalbys sie samodzielna dzialalnoscia w sposob zawodowy (a nie hobbistyczny,
              > jak Brainy), musialbys starac sie gdzies od kogos o jej sfinansowanie (czyli
              np
              > .
              > o zaplacenie Twojej pensji). Musialbys probowac uzasadnic, dlaczego to co
              robis
              > z
              > jest potrzebne/wartosciowe. Czasem elementarna uczciwosc kazalaby Ci sie
              > zastanowic, dlaczego za czytanie ksiazek placi Ci sie pare razy wiecej niz
              komu
              > s
              > innemu za wielogodzinne kopanie dolow.

              To są kwestie zewnętrzne, o których dla mnie, jak napisałem, nie ma sensu
              gadać, bo nie sposób dojść tu do jakiegoś konsensusu.

              > To, ze 'nie piszesz o grantach', niestet
              > y
              > wylacza Cie troche z dyskusji - to tak, jakbys pisal o futbolu, ale nie
              > obchodzila Cie pilka.

              Itek1 chciał dyskujsę przeywać, Ty chcesz z niej wyłączać. ;-) Nie ma problemu,
              ja się sam wyłączyłem, ale nie dlatego, że nie łączę pieniędzy z nauką, tylko
              dlatego, że o pieniądzach nie chcę gadać. Piłka dla futbolu jest tym, czym
              przedmiot badań dla nauki, nie czym pieniądze. Mecz be piłki nie zaistnieje,
              tak samo jak nie zaistnieją badania bez ich przedmiotu. Bez pieniędzy badania -
              czysto teoretycznie, oczywiście - zaistnieć mogą, np. jakiś filantrop będzie
              miał ochotę je sfinansować lub po prostu będą to tego rodzaju badania, które
              nie wymagają żadnych nakłdaów finansowych.

              Kiedy nauka zaczyna na siebie zarabiać, to przestaje być nauką, tak jak ja ją
              rozumiem.
              • nienietoperz Re: To są kwestie zewnętrzne 24.05.06, 12:46
                klee napisał:

                > nienietoperz napisał:
                >
                > > Krotko do Klee:
                > > to, o czym piszesz, to bardzo piekne i calkowicie nierealistyczne podejsc
                > ie do
                > > nauki, ewentualnie nauka rozumiana na stopniu studenckim.
                >
                > To, o czym Ty piszesz, nie ma z nauką już wiele wspólnego, tak jak
                > przedstawiłem jej istotę w moim rozumieniu. I nie jest to rozumienie "na
                > stopniu studenckim", cokolwiek to znaczy, bo studenci się nauką nie zajmują,
                > tylko się uczą, a rozumienie po prostu.

                Zgodnie z Twoim sposobem myslenia, studenci zajmuja sie nauka jak najbardziej,
                przynajmniej porzadni studenci, ktorzy naprawde zajmuja sie studiowaniem, a nie
                tylko wykuwaniem zadanych materialow. Wszystko inne to kwestie zewnetrzne, ktore
                Cie przeciez nie obchodza.

                To, co próbowałem napisać, to właśnie
                > to, że kategorie typu realistyczne/nierealistyczne, użyteczne/nieużyteczne,
                > potrzebne/niepotrzebne mają się do nauki nijak. A to, że na uprawianie
                > jakiejkolwiek ludzkiej działaności są potrzebne mniejsze lub większe środki, to
                > inna sprawa. I to, że trzeba je zdobywać, by naukę uprawiać, to nie jeszcze
                > uprawianie nauki, to konsekwencje jej uprawiania.

                Nie wiem, na ile moj post poczatkowy byl niejasny - dotyczyl wlasnie kwestii
                zewnetrznych. Podziwiam Twoja doskonala zdolnosc oddzielania wnetrza od
                zewnetrza. Sam z reka na sercu nie umiem powiedziec, ze od 9 do 15 zajmuje sie
                matematyka, bo za to mi placa, a od 15 do 21, bo mnie to fascynuje. Obie
                motywacje sa niewatpliwie obecne - od 18 roku zycia bylem na swoim utrzymaniu, i
                nie moglem (a raczej nie chcialem) stwierdzic, ze sprawy zewnetrzne sa
                nieistotne. Nie zmienia to tego, ze na liscie moich fascynacji i pasji
                matematyka zajmuje miejsce nr 1.



                > > Jesli kiedykolwiek
                > > zajalbys sie samodzielna dzialalnoscia w sposob zawodowy (a nie hobbistyc
                > zny,
                > > jak Brainy), musialbys starac sie gdzies od kogos o jej sfinansowanie (cz
                > yli
                > np
                > > .
                > > o zaplacenie Twojej pensji). Musialbys probowac uzasadnic, dlaczego to co
                >
                > robis
                > > z
                > > jest potrzebne/wartosciowe. Czasem elementarna uczciwosc kazalaby Ci sie
                > > zastanowic, dlaczego za czytanie ksiazek placi Ci sie pare razy wiecej ni
                > z
                > komu
                > > s
                > > innemu za wielogodzinne kopanie dolow.
                >
                > To są kwestie zewnętrzne, o których dla mnie, jak napisałem, nie ma sensu
                > gadać, bo nie sposób dojść tu do jakiegoś konsensusu.
                >

                Dlaczego?



                > > To, ze 'nie piszesz o grantach', niestet
                > > y
                > > wylacza Cie troche z dyskusji - to tak, jakbys pisal o futbolu, ale nie
                > > obchodzila Cie pilka.
                >
                > Itek1 chciał dyskujsę przeywać, Ty chcesz z niej wyłączać. ;-) Nie ma problemu,
                > ja się sam wyłączyłem, ale nie dlatego, że nie łączę pieniędzy z nauką, tylko
                > dlatego, że o pieniądzach nie chcę gadać. Piłka dla futbolu jest tym, czym
                > przedmiot badań dla nauki, nie czym pieniądze. Mecz be piłki nie zaistnieje,
                > tak samo jak nie zaistnieją badania bez ich przedmiotu. Bez pieniędzy badania
                > czysto teoretycznie, oczywiście - zaistnieć mogą, np. jakiś filantrop będzie
                > miał ochotę je sfinansować lub po prostu będą to tego rodzaju badania, które
                > nie wymagają żadnych nakłdaów finansowych.

                Moje badania nie wymagaja praktycznie zadnych nakladow finansowych: kartka,
                dlugopis, ew. dostep do biblioteki. Niestety potrzebuje jesc.

                > Kiedy nauka zaczyna na siebie zarabiać, to przestaje być nauką, tak jak ja ją
                > rozumiem.

                Jak rozumiem, nie masz zamiaru w zyciu nigdy utrzymywac sie z dzialalnosci
                naukowej. Dodatkowo odmawiasz prawa do nazywania 'nauka' jakiejkolwiek
                dzialalnosci finansowanej (nie widze skadinad zadnej roznicy miedzy filantropem
                osobowym, a filantropem instytucjonalnym - takim jak np. IV RP).

                Uklony,
                Nn
                • klee Nauka a uczenie się 24.05.06, 13:07
                  nienietoperz napisał:

                  > Zgodnie z Twoim sposobem myslenia, studenci zajmuja sie nauka jak najbardziej,
                  > przynajmniej porzadni studenci, ktorzy naprawde zajmuja sie studiowaniem, a
                  nie
                  > tylko wykuwaniem zadanych materialow. Wszystko inne to kwestie zewnetrzne,
                  ktor
                  > e
                  > Cie przeciez nie obchodza.

                  Ale dlaczego Ty mi mówisz, co ja twierdzę? Ja sam wiem. ;-) Studenci mają
                  zdobyć określoną wiedzę i nauczyć się określonych rzeczy, zdobyć umiejętności.
                  Na czym polega nauka, pisałem - prowadzenie badań, opisywanie rzeczywistości,
                  odkrywanie jej. To dwie różne rzeczy.

                  > Nie wiem, na ile moj post poczatkowy byl niejasny - dotyczyl wlasnie kwestii
                  > zewnetrznych. Podziwiam Twoja doskonala zdolnosc oddzielania wnetrza od
                  > zewnetrza. Sam z reka na sercu nie umiem powiedziec, ze od 9 do 15 zajmuje sie
                  > matematyka, bo za to mi placa, a od 15 do 21, bo mnie to fascynuje. Obie
                  > motywacje sa niewatpliwie obecne - od 18 roku zycia bylem na swoim
                  utrzymaniu,
                  > i
                  > nie moglem (a raczej nie chcialem) stwierdzic, ze sprawy zewnetrzne sa
                  > nieistotne. Nie zmienia to tego, ze na liscie moich fascynacji i pasji
                  > matematyka zajmuje miejsce nr 1.

                  Owszem, mój post był nie na temat, jeśli odnieść go do postu inicjującego
                  wątek, przepraszam, ale był a propos tego, o czym inni zaczęli mówić. A na
                  oddzielaniu (poniekąd sztucznym) jednego od drugiego, porządkowaniu
                  rzeczywistości (raczej: kategoryzowaniu), tak by stała się dla nas zrozumiała,
                  polega właśnie nauka przecież. :-)

                  Ty nie oddzielasz życia od nauki (jak większość chyba), ja oddzielam. Jets to
                  dla mnie jedna z cech definicyjnych, o czym pisałem. Oczywiście, to rozmowa
                  teoretyczna, ale pojęcie nauki jako takie też jest czymś teoretycznym. Ja tylko
                  na to chciałem znaleźć odpowiedź.

                  > > To są kwestie zewnętrzne, o których dla mnie, jak napisałem, nie ma sensu
                  >
                  > > gadać, bo nie sposób dojść tu do jakiegoś konsensusu.
                  > >
                  >
                  > Dlaczego?

                  A to już napisałem wcześniej, dlaczego dla - dla mnie oczywiście - nie ma
                  sensu o tym gadać. Nie sposób znaleźć satysfakcjonującej wszystkichj odpowiezi
                  na pytanie, ile łożyć na naukę. Ktoś powie: jak najwięcej. Jak będziemy łożyć,
                  jak najwięcej, to pewnie gospodarka siądzie, nie? No to mniej. Ale jak będziemy
                  łożyć za mało, to też może siąść. :-)

                  > Jak rozumiem, nie masz zamiaru w zyciu nigdy utrzymywac sie z dzialalnosci
                  > naukowej.

                  Tego nie wiem. Raczej nie.

                  > Dodatkowo odmawiasz prawa do nazywania 'nauka' jakiejkolwiek
                  > dzialalnosci finansowanej (nie widze skadinad zadnej roznicy miedzy
                  filantropem
                  > osobowym, a filantropem instytucjonalnym - takim jak np. IV RP).

                  Jeśli tak mnie rozumiesz, to źle mnie rozumiesz. Chodzi mi tylko to, że fakt,
                  że różnego rodzaju ludzkie działalności (w tym i naukowa) muszą być finansowane
                  (bo taki świat zbudowaliśmy) to kwestia zewnętrzenba z punktu widzenia tego,
                  czym taka działność jest w swej istocie. A to, że często zależy ona od tych
                  środków, jest przez ich poziom kształtowana, to fakt, ale również sprawa
                  odrębna, choć oczyiście o niebagatelnym znaczeniu, dlatego chętnie sobie
                  posłucham, jak tu rozprawiacie na ten temat.

                  > Uklony,
                  > Nn

                  Odkłaniam się. :-)
                  • itek1 Re: Nauka a uczenie się 24.05.06, 13:25
                    > [...]fakt,
                    > że różnego rodzaju ludzkie działalności (w tym i naukowa) muszą być finansowane
                    > (bo taki świat zbudowaliśmy) to kwestia zewnętrzenba z punktu widzenia tego,
                    > czym taka działność jest w swej istocie.
                    wydaje mi sie, ze zbytnio ulatwiasz sobie zadanie piszac o "kwestii zewnetrznej"
                    oraz "budowie swiata", bo to nie jest w kazdym przypadku kwestia zzewnetrzna, a
                    swiat mozna (a nawet trzeba) przebudowywac. Innymi slowy mozna sie narobic bez
                    wymiernych efektow kosztem realizacji czegos pozytecznego.
                    • klee Zbiór zdań syntetycznych prawdziwych 24.05.06, 13:53
                      itek1 napisał:

                      > wydaje mi sie, ze zbytnio ulatwiasz sobie zadanie piszac o "kwestii
                      zewnetrznej
                      > "
                      > oraz "budowie swiata", bo to nie jest w kazdym przypadku kwestia zzewnetrzna,
                      a
                      > swiat mozna (a nawet trzeba) przebudowywac. Innymi slowy mozna sie narobic bez
                      > wymiernych efektow kosztem realizacji czegos pozytecznego.

                      :-) Nie tyle ułatwiam, co oddzielam, żeby uporządkować i uchwycić te cechy
                      naprawdę odróżniające, konstytutywne, niezbędne, istotowe.

                      Przebudowywanie świata to domena nauk stosowanych. Można tak uprościć i
                      powiedzieć, że jak dla niektórych tu dziedziny humanistyczne to nie dziedziny
                      naukowe, tak dla mnie nauki stosowane to nie nauki sensu stricto.

                      Można to moje rozumienie nauki tak redukcjonistycznie jeszcze inaczej ująć.
                      Otóż nauka to zbiór zdań prawdziwych, w których orzeka się o rzeczywistości.
                      • itek1 Re: Zbiór zdań syntetycznych prawdziwych 24.05.06, 14:03
                        IMO z jednej strony komplikujesz:

                        Wiesz, zajmuje sie informatyka i Twoj podzial jest dla mnie bezuzyteczny, bo nie
                        wiem czy informatyka to nauka teoretyczna czy stosowana. Moze mi wyjsnisz? :)))

                        a z drugiej upraszczasz.
                        Spojrz krytycznie na to co napisales:
                        > Otóż nauka to zbiór zdań prawdziwych, w których orzeka się o rzeczywistości.
                        P:)
                        • klee Nauka a język 24.05.06, 14:19
                          itek1 napisał:

                          > Wiesz, zajmuje sie informatyka i Twoj podzial jest dla mnie bezuzyteczny, bo
                          ni
                          > e
                          > wiem czy informatyka to nauka teoretyczna czy stosowana. Moze mi
                          wyjsnisz? :)))

                          Cóż pewnie w informatyce, jak w każdej dyscyplinie, są i działy teoretyczne, i
                          stosowane. Wydaje mi się też, że bardziej użyteczny będzie tu podział na
                          nomotetyczne i idiograficzne. Informatyka zalicza się chyba - jak matematyka,
                          niektóre działy fizyki - do tych pierwszych, bo nie tyle opisuje jakieś
                          fragmenty rzeczywistości, co ustala coś, tworzy jakieś systemy, teorie. Ale nie
                          wiem, trzeba by się znać chociaż trochę na informatyce. Bo czy one wyjaśniają
                          rzeczywistość, czy też są czysto użyteczne? Jeśli to ostatnie, to może
                          informatyka całą byłaby nauką stosowaną, która czerpie z osiągnięć matematyki
                          jako teoretycznej...

                          > a z drugiej upraszczasz.
                          > Spojrz krytycznie na to co napisales:
                          > > Otóż nauka to zbiór zdań prawdziwych, w których orzeka się o rzeczywistoś
                          > ci.
                          > P:)

                          A wiesz, na to mądrzejsi przede mną wpadli, ja tylko powtarzam. :-) No właśnie,
                          spójrz krytycznie. Jak padło już wcześniej, nauka nie istnieje bez języka.
                          Musisz mieć język określonej dyscypliny naukowej, by tę dyscyplinę uprawiać. I
                          bez względu na to, czego byś nie robił i jak byś nie robił, i przy użyciu
                          jakich narzędzi i materiałów byś nie robił, na najżniszym poziomie wszytsko
                          sprowadza się do języka. Stawiasz jakąś hipotezę i sprawdzasz, czy jest
                          prawdziwa. Jeśli okazuje się, że to zdanie w sposób prawdziwy, adekwatny
                          opsiuje rzeczywistość, to stanowi część nauki. Wynik każdych badań jest ciągiem
                          takich zdań.

                          Woda wrze w temperaturze...
                          Najmniejszą cząstką materii jest...
                          Słowo woda znaczy...
                          • itek1 Re: Nauka a język 24.05.06, 14:30
                            1.Informatyka to taki duzy worek, ktorego jednoznacznie sklasyfikowac w taki
                            sposob nie da rady.
                            2."Otóż nauka to zbiór zdań prawdziwych, w których orzeka się o rzeczywistości"
                            To zdanie bez wyjasnienia jego sensu jest dla mnie bez sensu bo przy takim
                            zalozeniu odnosnie nauki kazdy czlowiek od lat 3 do 133 jest naukowcem.
                            > Musisz mieć język określonej dyscypliny naukowej, by tę dyscyplinę uprawiać.
                            Wittgenstein ???
                            Jesli tak to bym mu zbytnio nie wierzyl, bo zmienial zasadniczo zdanie.:)
                            P:)
                            • klee Naukowiec a omnibus 24.05.06, 14:41
                              itek1 napisał:

                              > 1.Informatyka to taki duzy worek, ktorego jednoznacznie sklasyfikowac w taki
                              > sposob nie da rady.

                              No nie, tak to można o każdej dyscyplinie powiedzieć. Jeśli jest
                              heterogeniczna, to znaczy, że dzieli się na subdyscypliny, które już
                              kategoryzować się da.

                              > 2."Otóż nauka to zbiór zdań prawdziwych, w których orzeka się o
                              rzeczywistości"
                              > To zdanie bez wyjasnienia jego sensu jest dla mnie bez sensu bo przy takim
                              > zalozeniu odnosnie nauki kazdy czlowiek od lat 3 do 133 jest naukowcem.

                              Nie, naukowcem nie jest ten, kto zna zbiór zdań przyjmowanych obecnie za
                              prawdziwe, inaczej zna arkana, osiągnięcia danej nauki (jest raczej omnibusem),
                              tylko ten, kto jakieś wymyśla i ich prawdziwości dowodzi, bądź tę prawdziwość
                              obala, a więc naukę uprawia, rozwija.

                              > > Musisz mieć język określonej dyscypliny naukowej, by tę dyscyplinę uprawi
                              > ać.
                              > Wittgenstein ???
                              > Jesli tak to bym mu zbytnio nie wierzyl, bo zmienial zasadniczo zdanie.:)
                              > P:)

                              Kto na to pierwszy wpadł nie wiem, nie jest mi to potrzebne. Wiem, że nie
                              sposób tego zdania sfalsyfikować. Stałoby się to wtedy, gdyby ktoś zaczął
                              uprawiać dyscyplinę naukową, nie posługując się językiem. Jest ono zatem
                              prawdziwe. Opisuje naszą rzeczywistość, jej fragment zwany nauką (jest więc
                              metanaukowe), a więc do nauki należy. :-)
                              • zdanka1 Re: Naukowiec a omnibus 24.05.06, 14:44
                                Dobrze, wreszcie widzę w czym tkwi problem definicji.

                                "naukowcem nie jest ten, kto zna zbiór zdań przyjmowanych obecnie za
                                > prawdziwe, inaczej zna arkana, osiągnięcia danej nauki (jest raczej
                                omnibusem),
                                >
                                > tylko ten, kto jakieś wymyśla i ich prawdziwości dowodzi, bądź tę prawdziwość
                                > obala, a więc naukę uprawia, rozwija."


                                Tu własnie tkwi sedno. Początek wątku dotyczy tzw. światka akademickiego, a ów
                                światek nie jest absolutnie , wg powyższej definicji, tożsamy ze swiatem
                                naukowym. Dlatego obaj mówicie o dwóch zupełnie innych rzeczach.
                                • zdanka1 Re: Naukowiec a omnibus 24.05.06, 14:46
                                  Wyjasniając to prościej - czy ktoś kto skonczył filozofię, wykłada filozofię
                                  i jest pracownikiem naukowym instytutu filozofii, automatycznie jest filozofem.
                                  Wg mnie nie.
                                  • klee A to jest skomplikowaniej ;-) 24.05.06, 14:57
                                    Bez względu na to, jaki kierunek by to nie był, jego ukończenie, nie czyni z
                                    człowieka naukowca przecież. O tym mówię. Naukowiec to ten, który daną
                                    dziedzinę nie tylko zna, ale uprawia, rozwija.

                                    A filozofia to dosyć szczególny przypadek (dla mnie to żadna nauka), bo jest
                                    pytanie, czy uprawianie jej jako - powiedzmy - dyscypliny naukowej polega na
                                    byciu filozofoem, czy hisotrykiem filozofii. Przecież literaturoznacwa nie jest
                                    pisarzem, tylko hisotyrkiem literatury, nie tworzy literatury, tylko ją bada.
                                    • zdanka1 Re: A to jest skomplikowaniej ;-) 24.05.06, 15:06
                                      Bez względu na to, jaki kierunek by to nie był, jego ukończenie, nie czyni z
                                      > człowieka naukowca przecież. O tym mówię.

                                      Powyżej nie jest napisane, ze ktoś cos skończył, ale , ze jest tzw.
                                      pracownikiem naukowym danej uczelni. I to tez nie czyni z niego naukowca. To
                                      zupelnie inna rzecz, niż skończenie czegoś .


                                      filozofia to dosyć szczególny przypadek (dla mnie to żadna nauka), bo jest
                                      > pytanie, czy uprawianie jej jako - powiedzmy - dyscypliny naukowej polega na
                                      > byciu filozofoem, czy hisotrykiem filozofii.

                                      No i własnie pytanie dotyczy tego, czy historyk filozofii w ogóel może być
                                      postzregany jako ktos kto daną dziedzinę (czyli filozofie rozwija). Ty tak
                                      definiujesz naukowca - to ktoś kto dana dziedzinę rozwija, uprawia. Historyk
                                      filozofii nie moze być naukowcem wg twojej definicji, bo on jedynie opisuje i
                                      komentuje, nie rozwija samej mysli, a jedynie dodaje do niej komentarz.
                                      • klee Paradkosy 24.05.06, 15:16
                                        zdanka1 napisała:

                                        > Powyżej nie jest napisane, ze ktoś cos skończył, ale , ze jest tzw.
                                        > pracownikiem naukowym danej uczelni. I to tez nie czyni z niego naukowca. To
                                        > zupelnie inna rzecz, niż skończenie czegoś .

                                        Jeśli ktoś jest pracownikiem naukowym, ale nie jest naukowcem, to to jest
                                        sprzeczność i taki smutny paradoks rzeczywistości. Bo pytam się, co on tam robi
                                        w takim razie na tym stanowisku. Zbija bąki najwyraźniej. I to jest faktycznie
                                        marnowanie piniędzy na nienaukę.

                                        > filozofia to dosyć szczególny przypadek (dla mnie to żadna nauka), bo jest
                                        > > pytanie, czy uprawianie jej jako - powiedzmy - dyscypliny naukowej polega
                                        > na
                                        > > byciu filozofoem, czy hisotrykiem filozofii.
                                        >
                                        > No i własnie pytanie dotyczy tego, czy historyk filozofii w ogóel może być
                                        > postzregany jako ktos kto daną dziedzinę (czyli filozofie rozwija). Ty tak
                                        > definiujesz naukowca - to ktoś kto dana dziedzinę rozwija, uprawia. Historyk
                                        > filozofii nie moze być naukowcem wg twojej definicji, bo on jedynie opisuje i
                                        > komentuje, nie rozwija samej mysli, a jedynie dodaje do niej komentarz.

                                        Nie, no to w tym sensie, jest naukowcem, bo jest historykiem filozofii, opisuje
                                        jakieś koncepcje filozoficzne, opsiuje więc rzeczywistość, jej fragment, którym
                                        koncepcje przecież są. Więc to szersze kryterium jest spełnione. Ale nie jest
                                        spełnione węższe i z tego powodu historia filozofii dla mnie nauką nie jest
                                        (podobnie jak historia literatury). A niespełnione pozostaje to mianowicie
                                        kryetrium, by ów opis, owo poznawanie odbywało się w oparciu o ściśle ustaloną,
                                        spójną meotdę, tak aby bez względu na to, kto prowadzi badania, miały one
                                        jednakowy wynik. Wiem z praktyki, że tak nie jest. Bo w zależnoci od tego, kto
                                        jakąś książke, utwór analizuje, dochodzi do bardzo różnych, często sprzecznych
                                        wniosków. Brak metody po prostu, a więc i o nauce nie można mówić.

                                        Zaś jeśli pytasz o rozwijanie filozofii jako dziedziny, to coś takiego dla mnie
                                        działalnością naukową nie jest w ogóle, gdyż - jak napisałem - filozofia nie
                                        jest dla mnie nauką. Nie łapie się na tę dfinicję, nie opisuje rzeczywistości.
                                        Coś tworzy raczej. Ale co?
                                      • mamarcela Re: A to jest skomplikowaniej ;-) 24.05.06, 15:20
                                        a ja bym tu jeszcze przekornie kij w mrowisko wsadziła :-)
                                        dotyczy to chyba jedynie nauk humanistycznych (na szczęście?)
                                        jesli mówimy o przydatności i odkrywczości najrozmaitszych prac i pracek, to,
                                        czy nie jest tak, że niejednokrotnie (humanistyka) malutki przyczynek do,
                                        bibliografia, albo jeszcze coś innego, spłodzone przez szeregowego pracownika
                                        jakiegoś instytutu (który często przez całe zycie doktoratu nie napisze) nie
                                        jest dużo bardziej POTRZEBNE niz mnożenie bytów i wyważanie po raz nie wiadomo
                                        który dawno juz otwartych drzwi, co uprawia wiele pań i panów z tytułami
                                        • klee No tak 24.05.06, 15:29
                                          Ale jak coś jest przydatne, to nie znaczy, że jest naukowe. Ja cały czas
                                          forsuję pogląd, że nauka nijak się ma do życia w tym sensie, że nie ma być
                                          użyteczna. Ma adekwatnie opisywać rzeczywistość, to wszystko. A jaki mi z tego
                                          potem użytek zrobmy, to inna sprawa.

                                          Jeśli pan profesorek nic odkrywczego nie pisze, tylko powtarza różne rzeczy za
                                          innymi, to problem nie polega na tym, że jest to nieużyteczne, bo już wcześniej
                                          istniało, jest dubletem, tylko na tym, że jest nienaukowe, bo nie opsiuje
                                          fragmentu rzeczywistości, ten fragment został już wcześniej opsiany przez kogoś
                                          innego.
                                          • mamarcela Re: No tak 24.05.06, 15:49
                                            Słowa, słowa, słowa :-)
                                            Posługujesz sie entuzjastyczną terminologią charakterystyczna dla młodego
                                            naukowca, albo raczej pracownika nauki :-)
                                            O ile bardzo wysoko sobie cenię wielu naukowców, o tyle odmienianie przez rózne
                                            formy gramatyczne słów "nauka", "naukowe", "nienaukowe" (szczególnie w
                                            humanistyce) itp. cokolwieczek mnie śmieszy. Pewnie dlatego, że też to kiedyś
                                            robiłam.
                                            P:-)
                                            • klee E, kręcisz 24.05.06, 16:26
                                              mamarcela napisała:

                                              > Słowa, słowa, słowa :-)

                                              No właśnie słowa stwarzają problem, więc jak chcemy ich używać i się
                                              porozumieć, musimy je zdefiniować, jeśli są nieostre, i ja tylko to robię.
                                              Zdefiniowałem bardzo prosto naukę i tego bornię. Można z tym dyskutować, jak
                                              kto ma ochotę.

                                              > Posługujesz sie entuzjastyczną terminologią charakterystyczna dla młodego
                                              > naukowca, albo raczej pracownika nauki :-)

                                              A jaką terminologią? Nie, pracownikiem nauki nie jestem, a może i szkoda.

                                              > O ile bardzo wysoko sobie cenię wielu naukowców, o tyle odmienianie przez
                                              rózne
                                              >
                                              > formy gramatyczne słów "nauka", "naukowe", "nienaukowe" (szczególnie w
                                              > humanistyce) itp. cokolwieczek mnie śmieszy. Pewnie dlatego, że też to kiedyś
                                              > robiłam.
                                              > P:-)

                                              Myślę podobnie i dlatego nie odmieniam, tylko wyjaśniam, jak rozumiem. Lanie
                                              wody to często faktycznie domena humanistów, nie moja. Mnie nie tyle śmieszy,
                                              co dziwi z kolei, jak ktoś próbuje połączyć wodę z ogniem i uzasadnia naukowość
                                              czegoś użytecznością tego czegoś. To jest bardzo nienaukowe i tego zrobić się
                                              nie da, gdyż użytecznosć, jej stopień, jest wielkością relatywną. A wótrne
                                              opracowania naukowe, nie dlatego są nienaukowe, że są niepotrzebne, tylko
                                              dlatego są niepotrzebne, że są nienaukowe, bo dublują inne, a dublowanie czegoś
                                              działnością naukową nie jest, jest działalnością kopiarską. ;-)
                                              • nienietoperz Re: E, kręcisz 24.05.06, 16:34
                                                > mamarcela napisała:
                                                >
                                                > > Słowa, słowa, słowa :-)
                                                >
                                                > No właśnie słowa stwarzają problem, więc jak chcemy ich używać i się
                                                > porozumieć, musimy je zdefiniować, jeśli są nieostre, i ja tylko to robię.
                                                > Zdefiniowałem bardzo prosto naukę i tego bornię. Można z tym dyskutować, jak
                                                > kto ma ochotę.

                                                Jak na razie nie podjales zadnej dyskusji, swiadomie (badz nie) uciekasz
                                                wylacznie w abstrakcyjne rozwazania w dowolnie wybranych kierunkach (patrz -
                                                arbitralne odzzielanie czesci rzeczywistosci od siebie, kategoryzowanie typu
                                                tworzenie vs kompilowanie, nauka vs uczenie sie). Wedlug takiej logiki zadna
                                                polemika nie jest mozliwa, zawsze bedziesz w stanie dopisac kolejne
                                                zastrzezeneie typu: ale ja rozumiem te sprawy w calkowitym oderwaniu od siebie.






                                                >
                                                > > Posługujesz sie entuzjastyczną terminologią charakterystyczna dla młodego
                                                >
                                                > > naukowca, albo raczej pracownika nauki :-)
                                                >
                                                > A jaką terminologią? Nie, pracownikiem nauki nie jestem, a może i szkoda.
                                                >
                                                > > O ile bardzo wysoko sobie cenię wielu naukowców, o tyle odmienianie przez
                                                >
                                                > rózne
                                                > >
                                                > > formy gramatyczne słów "nauka", "naukowe", "nienaukowe" (szczególnie w
                                                > > humanistyce) itp. cokolwieczek mnie śmieszy. Pewnie dlatego, że też to ki
                                                > edyś
                                                > > robiłam.
                                                > > P:-)
                                                >
                                                > Myślę podobnie i dlatego nie odmieniam, tylko wyjaśniam, jak rozumiem. Lanie
                                                > wody to często faktycznie domena humanistów, nie moja. Mnie nie tyle śmieszy,
                                                > co dziwi z kolei, jak ktoś próbuje połączyć wodę z ogniem i uzasadnia naukowość
                                                > czegoś użytecznością tego czegoś. To jest bardzo nienaukowe i tego zrobić się
                                                > nie da, gdyż użytecznosć, jej stopień, jest wielkością relatywną. A wótrne
                                                > opracowania naukowe, nie dlatego są nienaukowe, że są niepotrzebne, tylko
                                                > dlatego są niepotrzebne, że są nienaukowe, bo dublują inne, a dublowanie czegoś
                                                > działnością naukową nie jest, jest działalnością kopiarską. ;-)

                                                Powyzej odmieniles slowo nauka i jego pochodne szesciokrotnie, wciaz nie wnoszac
                                                do rozwazan nic nowego. Czy wedlug Twojej koncepcji ktos, ktos udowodnil
                                                twierdzenie A, nie wiedzac o tym, ze zostalo to juz wczesniej zrobione, zajmowal
                                                sie dzialalnoscia naukowa, czy wylacznie kopiarska?

                                                Uklony,
                                                nn
                                                • staua Re: E, kręcisz 24.05.06, 16:37
                                                  Albo ktos, kto piszac publikacje z wynikow swojej trzyletniej powiedzmy pracy, zauwazyl, ze tydzien
                                                  wczesniej ktos opublikowal te same wyniki (scooped him, uzywajac zargonu). Musial sie poczuc jak
                                                  student...
                                                • klee Ale dyskusji z czym? 24.05.06, 16:41
                                                  Jednym z tematów jest istota, sensowność nauki. Zaproponowałem spójnamoim
                                                  zdaniem jej defincję. I z tym można dyskutować.

                                                  Owszem, oddzialem wyraźnie różne rzeczy od siebie, bo tylko w ten sposób można
                                                  dojść do jakiejś konkluzji. Jak się miesza wszystko z sobą, to się nie rozmawia
                                                  o niczym.

                                                  Owszem, słowo "nauka" pojawia się w moich postach w najróżniejszych
                                                  konfiguracjach. Czy to zarzut? Chyba ucieczka od dyskusji. ;-) Bo jeśli
                                                  dyskusja, ta jej częśc, w której ja chcębrać udział, dotyczy istoty nauki,
                                                  orzekania, czy coś do niej przynalezy, czy nie, to trudno się tym teminem nie
                                                  posługiwać.

                                                  Jeśli ktoś wyważa otawrte dzrwi, to marnym jest naukowcem, bo nie zna swojej
                                                  dziedziny. Jak więc może ją uprawiać. Nie rozwija jej. Jeśli powiela coś -
                                                  świadomie lub nie - to powiela i tyle.
                                                  • nienietoperz Re: Ale dyskusji z czym? 24.05.06, 16:53
                                                    klee napisał:

                                                    > Jednym z tematów jest istota, sensowność nauki. Zaproponowałem spójnamoim
                                                    > zdaniem jej defincję. I z tym można dyskutować.

                                                    Spojna - Ok. CZy jesli zaproponuje definicja nauki jako dowolnej aktywnosci
                                                    zwiazanej ze slowem pisanym, czy bedzie ona niespojna?


                                                    > Owszem, oddzialem wyraźnie różne rzeczy od siebie, bo tylko w ten sposób można
                                                    > dojść do jakiejś konkluzji. Jak się miesza wszystko z sobą, to się nie rozmawia
                                                    > o niczym.

                                                    Nikt nie proponowal mieszania wszystkiego ze soba. Jesli uwazasz, ze jakies
                                                    uwagi nie dotycza tematu, to sprobuj skonkretyzowac swoje zarzuty; czyms innym
                                                    jest to, kiedy uciekasz od rozmowy przez czyste deklaracje typu: 'to juz sie nie
                                                    miesci w MOJEJ definicji, wiec mnie nie obchodzi'.

                                                    > Owszem, słowo "nauka" pojawia się w moich postach w najróżniejszych
                                                    > konfiguracjach. Czy to zarzut? Chyba ucieczka od dyskusji. ;-) Bo jeśli
                                                    > dyskusja, ta jej częśc, w której ja chcębrać udział, dotyczy istoty nauki,
                                                    > orzekania, czy coś do niej przynalezy, czy nie, to trudno się tym teminem nie
                                                    > posługiwać.
                                                    >
                                                    > Jeśli ktoś wyważa otawrte dzrwi, to marnym jest naukowcem, bo nie zna swojej
                                                    > dziedziny. Jak więc może ją uprawiać. Nie rozwija jej. Jeśli powiela coś -
                                                    > świadomie lub nie - to powiela i tyle.

                                                    Przyklad zdania kompletnie oderanego od rzeczywistosci. Uwaga o nieznajomosci
                                                    swjej dziedziny nie ma sie nijak do przykladu Stauy; do mojego tez srednio.
                                                    Wydaje mi sie chwilami, ze masz cos interesujacego do powiedzenia; szkoda, ze
                                                    chowasz to za zbiorem wyidealizowanych banalow.

                                                    Uklony,
                                                    Nn
                                                  • klee Złudzenia... ;-) 25.05.06, 02:16
                                                    nienietoperz napisał:

                                                    > Spojna - Ok. CZy jesli zaproponuje definicja nauki jako dowolnej aktywnosci
                                                    > zwiazanej ze slowem pisanym, czy bedzie ona niespojna?

                                                    Pewnie niespójna nie jest, ale zbyt szeroka, bo w obręb tak zdefiniowanej nauki
                                                    zaliczyć by wypadało również pisanie listów czy postów na forum na przykład. ;-
                                                    ) A dlaczego pisanie nazywać nauką, skoro to pisanie?

                                                    > Nikt nie proponowal mieszania wszystkiego ze soba. Jesli uwazasz, ze jakies
                                                    > uwagi nie dotycza tematu, to sprobuj skonkretyzowac swoje zarzuty; czyms innym
                                                    > jest to, kiedy uciekasz od rozmowy przez czyste deklaracje typu: 'to juz sie
                                                    ni
                                                    > e
                                                    > miesci w MOJEJ definicji, wiec mnie nie obchodzi'.

                                                    W tym wątku pojawił się wątek ;-) poświęcony zagadnieniu: czym jest nauka? Ja
                                                    zdecydowałem się odpowiedzieć na to pytanie. I teraz jeśli ktoś mi np. mówi, że
                                                    zaliczyłby studiowanie jako takie do nauki, to wyjaśniam, dlaczego stdiowanie
                                                    jest dla mnie czymś odrębnym. Nie jest to żadna ucieczka, tylko próba obrony
                                                    takiego a nie innego rozumienia nauki. A jeśli chodzi o to, że jest to ucieczka
                                                    o rozmowie o studiowaniu, to owszem jest to ucieczka jak najbardziej, bo o
                                                    studiowaniu rozamwiać nie ma ochoty, podobnie jak na przykład o użyteczności
                                                    nauki. :-)

                                                    Ilekroć się pojawia temat nauki, który jako taki mnie interesuje, to towarzysz
                                                    mu kwestia użyteczności tejże. Z reguły ludzie wiążą te rzeczy w sposób
                                                    nierozerwalny i jak ktoś prezentuje pogląd, że to są rzeczy odrębne, to się
                                                    dziwią, a ja nie znajduję po prostu uzsadnienia dla nakładania takiego
                                                    ograniczenia - że niby nauka jest działalnością użyteczną, cokolwiek miałoby to
                                                    znaczyć. Poza tym nałożenie go jest po prostu niewykonalne tak naprwdę, bo jak,
                                                    w oparciu o jakie kryteriam, mierzyć tę użyteczność.

                                                    > > Jeśli ktoś wyważa otawrte dzrwi, to marnym jest naukowcem, bo nie zna swo
                                                    > jej
                                                    > > dziedziny. Jak więc może ją uprawiać. Nie rozwija jej. Jeśli powiela coś
                                                    > -
                                                    > > świadomie lub nie - to powiela i tyle.
                                                    >
                                                    > Przyklad zdania kompletnie oderanego od rzeczywistosci. Uwaga o nieznajomosci
                                                    > swjej dziedziny nie ma sie nijak do przykladu Stauy; do mojego tez srednio.
                                                    > Wydaje mi sie chwilami, ze masz cos interesujacego do powiedzenia; szkoda, ze
                                                    > chowasz to za zbiorem wyidealizowanych banalow.

                                                    Jak odpowiadam Tobie, to rozmawiam z Tobą, nie ze Stauą. :-) Kóre zdanie jest
                                                    oderwane od rzeczywistości? Ludzie mawiają, że naukowcy są oderwani od
                                                    rzeczywistości. ;-) Jasne, że odpowiedź jest banalna, bo dla mnie odpowiedź na
                                                    pytanie, czym się różni kopiowanie od pracy badwczej, które Ty postawiłeś, nie
                                                    ja, zawsze będzie banalna i prosta, ale jak ktoś mnie pyta, jak to odróżniać,
                                                    to mam mu nie odpowiadać? Zdaję sobie sprawę, że być może nie pytałeś serio,
                                                    tylko chciałeś zastosować figurę retoryczną i sprowadzić rzecz do absurdu, no
                                                    ale rzeczw tym, że dla mnie sprowadzać do absurdu nie ma czego. No a jeśli to
                                                    są takie banały, co ja tu piszę, to czemu z takim oporem się spotykają? Według
                                                    mnie są to banały, w rzeczy samej, i dlatego interesujące mi się wydaje
                                                    popatrzeć, jak ludzie na nie reagują. Polemizują z nimi, stwierdzając
                                                    jednocześnie, że to oczywistości, to ciekawe.

                                                    A że mam coś godnego uwagi do powiedzenia, to czyste złudzenie. :-) Poza tym
                                                    obecnie wolę się dowiadywać, niż informować, czytać, niż pisać. Taką mam fazę.
                                              • staua Re: E, kręcisz 24.05.06, 16:35
                                                > > Posługujesz sie entuzjastyczną terminologią charakterystyczna dla młodego
                                                >
                                                > > naukowca, albo raczej pracownika nauki :-)
                                                >
                                                > A jaką terminologią? Nie, pracownikiem nauki nie jestem, a może i szkoda.
                                                >
                                                Rozumiem, ze doktorat robisz, utrzymujac sie z pracy w MacDonalds?
                                                • klee A skąd pomysł, że piszę doktorat? 24.05.06, 16:46
                                                  No dobra, piszę, piszę ;-P. A raczej powinienem pisać, zamiast np. gadać na
                                                  forum. ;-) Utrzymuję się ze stypendium doktoranckiego i ledwie zipię. ;-)
                                                  Statusu pracownika nie mam. O to mi chodziło. Za dwa lata nie będę miał
                                                  zajęcia, będę bezrobotny. Doktoranci to bardziej teraz studenci, z formalnego
                                                  punktu widzenia, taki jest ich status, choć ich praca niewiele się pewnie różni
                                                  od zajęć naukowców.

                                                  Ale proszę już prywaty nie uprawiać. :-)
                                                  • klee P.S. 24.05.06, 16:48
                                                    A Ty mnie już lubisz, czy jeszcze mnie nie lubisz? Bo się boję... ;-)
                                                  • staua Re: P.S. 24.05.06, 16:56
                                                    Zastanawiam sie :-)
                                                    O doktoracie wiem, bo przejrzalam Twoja strone (napisalam o tym w watku o glupich pytaniach) i
                                                    uznalam, ze kazdy moze o nim wiedziec z tej samej, powszechnie dostepnej, strony, wiec napisalam
                                                    tutaj.
                                                  • klee Jasne 25.05.06, 02:10
                                                    No wiem przecież. :-) Żartuję sobie, ale już w tamtym wątku odkryliśmy, że - by
                                                    nawiązać do jeszcze innego - nie rezonujemy w tym względzie, więc musimy
                                                    zachować daleko idącą ostrożność. ;-D
                                                  • staua Re: Jasne 25.05.06, 02:57
                                                    Zdecydowanie nie rezonujemy. Co pewnie nie przeszkadza w znajomosci forumowej (mam taka
                                                    nadzieje przynajmniej)
                                                    Pozdrawiam!
                                                  • klee Jasne, że nie :-) 25.05.06, 03:56
                                                    A nawet dotrzeć się można w trakcie takiej znajomości. ;-) Mam ja Ci już takie
                                                    na swoim koncie. Ale tutaj to akurat trudno chyba będzie, bo ja jednak jak
                                                    skończę rozmawiać z Miłymi Państwem w tym wątku, powrócę do bycia biernym
                                                    użytkownikiem Forum, bo udzielanie się na nim zbyt jest jednak dla mnie
                                                    absorbujące i mniej miłe chyba od przysłuchiwania się. :-)

                                                    No, jedynie od czasu do czasu wyrażę pewnie publicznie swoją sympatię dla
                                                    Kubissimo, co i tak będzie wyglądało jak niewybredne zaczepki. ;-)
                                              • mamarcela nie kręcę 24.05.06, 17:30
                                                klee napisał:

                                                Mnie nie tyle śmieszy,
                                                > co dziwi z kolei, jak ktoś próbuje połączyć wodę z ogniem i uzasadnia
                                                naukowość czegoś użytecznością tego czegoś. To jest bardzo nienaukowe i tego
                                                zrobić się > nie da, gdyż użytecznosć, jej stopień, jest wielkością relatywną.
                                                A wótrne > opracowania naukowe, nie dlatego są nienaukowe, że są niepotrzebne,
                                                tylko > dlatego są niepotrzebne, że są nienaukowe, bo dublują inne, a
                                                dublowanie czegoś>
                                                > działnością naukową nie jest, jest działalnością kopiarską. ;-)

                                                >
                                                1. jednym z problemów postawionych w pierwszym poście tego wątku była
                                                sensowność, a więc uzyteczność badań naukowych
                                                2. oczywiście w dziedzinie humanistyki uzyteczność w żaden sposób nie przekłada
                                                się na budowę przyrządu do bicia piany, ani najłatwiejszy sposób obliczania
                                                stopy procentowej
                                                3. uzyteczność to IMO to, że szukając informacji na temat sztuki ewenków znajdę
                                                solidne, posługujące się terminologią i metodyką naukową opracowanie (szereg
                                                przyczynków, czemu nie)
                                                4. czyli nauka jest dla Ciebie sztuką dla sztuki absolutnie oderwaną od
                                                rzeczywistości? mam nadzieję, że rzadko przez mosty przejeżdżasz :-)
                                                5. zarzucasz mi, że mierzenie wartości pracy naukowej jej uzytecznościa jest
                                                nienaukowe. Nie pisałam pracy naukowej tylko post na forum.

                                                Juz nie po raz pierwszy na tym forum usiłuje się moje spostrzeżenie "rozbierać"
                                                i krytykować używając naukowego warsztatu.
                                                "Pójdź, mamarcelo, ja cie uczyc każę" - Nie, sorki, ale dziękuję.
                                                P:-)
                                                • klee Tylko się kręcisz, tak? ;-) 25.05.06, 02:26
                                                  No nie, tylko wkładasz kij w mrowisko, więc nie dziw się, że mrówki go
                                                  obsiadły. ;-D

                                                  mamarcela napisała:

                                                  > 1. jednym z problemów postawionych w pierwszym poście tego wątku była
                                                  > sensowność, a więc uzyteczność badań naukowych

                                                  Tak, to jeden z problemów, ale ja nie ten poruszam w swoich postach, a w
                                                  niektórych nawet ten fakt wyartykułowałem. Stwierdziłem, że rozpatrywanie nauki
                                                  w kategoriach jej sensowaności (w praktyce: użyteczności) nie ma sensu. ;-) Nie
                                                  wolno mi było tak się odnieść do tego zgadnienia?

                                                  > 2. oczywiście w dziedzinie humanistyki uzyteczność w żaden sposób nie
                                                  przekłada
                                                  >
                                                  > się na budowę przyrządu do bicia piany, ani najłatwiejszy sposób obliczania
                                                  > stopy procentowej

                                                  Co nie znaczy, że wyniki badań dyscyplin humanistycznych nie mają swoich
                                                  zastosowań. Na przykład nauką stosowaną, która wykorzystuje wyniki badań
                                                  fonetyki, która to z kolei - teoretycznie przynajmniej - jest działem
                                                  humanistyki, stanowi logopedia, której użyteczność można różnie oceniać (i
                                                  dlatego rozmowa o tym nie ma dla mnie sensu), ale której to użyteczności
                                                  podważyć się nie da. Tylko co z tego? Do naukowości fonetyki samej ma się to
                                                  nijak.

                                                  > 3. uzyteczność to IMO to, że szukając informacji na temat sztuki ewenków
                                                  znajdę
                                                  >
                                                  > solidne, posługujące się terminologią i metodyką naukową opracowanie (szereg
                                                  > przyczynków, czemu nie)

                                                  No ok, ja temu nigdzie nie przeczę. To samo pisałem. Że wyniki każdych badań
                                                  znajdą jakieś zastosowanie lub okażą się dla kogoś interesujące. Tylko mierzyć
                                                  poziom naukowści danej dyscypliny poziomem użyteczności wyników badań nie jest
                                                  dla mnie rzeczą sensowną. Można się spierać, które dyscypliny są ważniejsze, bo
                                                  użyteczniejsze, ale nie które są bardziej naukowe, bo użyteczniejsze. Poza tym
                                                  dla różnych grup różne rzeczy będą bardziej użyteczne.

                                                  > 4. czyli nauka jest dla Ciebie sztuką dla sztuki absolutnie oderwaną od
                                                  > rzeczywistości? mam nadzieję, że rzadko przez mosty przejeżdżasz :-)

                                                  TAK! :-) To właśnie od początku piszę i przewija się to w większości moich
                                                  postów. Fajnie, że to zuważyłaś. :-) To takie szokujące? Nie tylko ja tak
                                                  uważam. Jesteś naukowcem, tak? Oczekiwałbym, że to dla Ciebie banał będzie.
                                                  Budowanie mostu nie jest działnością naukową, choć jego istnienie zawdzięczmy
                                                  istnieniu nauki między innymi. Wyraźnie oddzieliłem w kilku miejscach nauki
                                                  teoretyczne od stosowanych, opisywanie rzeczywistości od wykorzystywania tego
                                                  opisu do różnych zastosowań. Po prostu dla mnie nie tylko nauki stosowane są
                                                  naukami, a nawet rozumiem to tak specyficznie, że są mniej naukami. :-) Ale to
                                                  już takie moje bardzo subiektywne jest.

                                                  > 5. zarzucasz mi, że mierzenie wartości pracy naukowej jej uzytecznościa jest
                                                  > nienaukowe. Nie pisałam pracy naukowej tylko post na forum.

                                                  Niczego nie zarzucam, uwaga o nienaukowości Twojego stwierdzenia była na
                                                  marginesie, ale przepraszam, jeśli Cię uraziła, czy była nieładna. To był taki
                                                  żartobliwy metakomentarz, którego żartobliwość miała się na tym "meta"
                                                  zasadzać, ale jak pisałem w innym wątku, ja mało z kim rezonuję w materii
                                                  żartobliwości, więc przepraszam. :-) Nie pouczałem Cię zatem, nie śmiałbym.

                                                  To, co istotne, to to, że użyteczność nie może być kryterium naukowości, bo -
                                                  powtórzę - jest wielkością relatywną, a poza tym niby dlaczego miałaby być.
                                                  Koniecznym i wystarczającym warunkiem bycia nauką jest opisywanie świata,
                                                  niepoznanego w oparciu o metodę, wszelkie inne kwestie i cechy to naddatki,
                                                  możliwe, ale nie konieczne, determinujące daną dyscyplinę, ale nie ją
                                                  konstytuujące. Rozmiem, że one mogą mieć znaczenie, nawet powinny, przy
                                                  przyznawaniu dotacji, grantów i innych takich, ale to już inna sprawa. Ja wiem,
                                                  że niektórzy chcą tu o finansowaniu rozmawiać, ale nie ja, ok? Może tak być?

                                                  > Juz nie po raz pierwszy na tym forum usiłuje się moje
                                                  spostrzeżenie "rozbierać"
                                                  >
                                                  > i krytykować używając naukowego warsztatu.
                                                  > "Pójdź, mamarcelo, ja cie uczyc każę" - Nie, sorki, ale dziękuję.
                                                  > P:-)

                                                  Przykro mi, że się wpisuję w jakąś nieprzyjazną tendencję, realizuję ją, ale
                                                  warsztatem naukowym się na - przynajmniej ;-) - forum nie posługuję, zdrowym
                                                  rozsądkiem jedynie. :-) Gdybym warsztat zaczął wykorzystywać, to pojawiłby się
                                                  tu szereg narzędzi w postaci testów. ;-] No i ten zdrowy rozsądek podpowiada
                                                  mi, że nauka to taka działalność, jak ją zdefiniowałem. I jeśli ktoś twierdzi
                                                  inaczej, to powinien chyba napisać po prostu, dlaczego jego zdaniem jest to za
                                                  mało lub za dużo.
                                                  • mamarcela niestety mam chorobę morską :-) 25.05.06, 08:37
                                                    i nie mogę się kręcić.

                                                    Problem z dyskusją z Tobą polega na tym, że każdorazowo odwołujesz się do
                                                    wszystkich swoich wypowiedzi w tym wątku. Konstruując za każdym razem
                                                    misternie, ale IMO miało precyzyjnie, swój pogląd ("akt strzelisty")na temat
                                                    nauki jako takiej.
                                                    W związku z tym bez większego trudu mogłabym Ci zarzucić np., że niektóre
                                                    sformułowania z powyższego postu bez kontekstu wszystkich innych (postów) sobie
                                                    zwyczajnie przeczą. :-)

                                                    Ale..
                                                    na szczęście nie muszę.
                                                    A poza tym...
                                                    mi się nie chce. Bardzo. :-)

                                                    Aha, nie wpisujesz się w żadną nieprzyjemną tendencję. To był żart - zrozumiały
                                                    dla większości "stałych użytkowników" tego forum. Ty go raczej nie mogłeś
                                                    zrozumieć (nie czytając dawnych wątków) - więc przepraszam. :-)
                                                  • klee Już się tu nie kręcisz 26.05.06, 02:27
                                                    Teraz kręcimy się oboje wkoło. :-]

                                                    mamarcela napisała:

                                                    > Problem z dyskusją z Tobą polega na tym, że każdorazowo odwołujesz się do
                                                    > wszystkich swoich wypowiedzi w tym wątku. Konstruując za każdym razem
                                                    > misternie, ale IMO miało precyzyjnie, swój pogląd ("akt strzelisty")na temat
                                                    > nauki jako takiej.

                                                    A z mojego punktu widzenia problem polega na tym, że stale powtarzam po prostu
                                                    to samo. Nie muszę się więc odwoływać. Czasem coś uściślę. A powtarzam dlatego,
                                                    że stale słyszę te same zastrzeżenia. Gdyby były opatrzone argumentami, to
                                                    próbowałbym polemizować, a tak to powtarzam.

                                                    > W związku z tym bez większego trudu mogłabym Ci zarzucić np., że niektóre
                                                    > sformułowania z powyższego postu bez kontekstu wszystkich innych (postów)
                                                    sobie
                                                    >
                                                    > zwyczajnie przeczą. :-)

                                                    Skoro tego nie zrobiłaś, to przyjmuję, że nie przeczą, więc znów powtarzam. No
                                                    i w tym rzecz. :-) A poza tym, to czemu miałabyś to robić? Gdyby Ci się
                                                    chciało, naturalnie. :-] Czemu miałoby to służyć?

                                                    > Aha, nie wpisujesz się w żadną nieprzyjemną tendencję. To był żart -
                                                    zrozumiały
                                                    >
                                                    > dla większości "stałych użytkowników" tego forum. Ty go raczej nie mogłeś
                                                    > zrozumieć (nie czytając dawnych wątków) - więc przepraszam. :-)

                                                    O.K.
                                                  • klee Jeszcze pytanie 26.05.06, 02:49
                                                    Czy Ty (Wy) nie zastanwiałaś się nigdy nad tym np., co to jest miłość albo
                                                    macierzyństwo, albo inne takie? Ja się zastanawiam, co to jest nauka. Lubię o
                                                    tym rozmawiać. Po to, żeby modyfikować to pojęcie. I odnoszę takie wrażenie, że
                                                    jestem za to ganiony tu przez niektórych. A to, że nie na temat, a to, że
                                                    sprzeczności, a to, że banały, a to, że akt strzelisty... Ale co, gdzie, kiedy,
                                                    jakieś konkrety? Nie wiadomo. Takie czepialstwo trochę.

                                                    No ale może ja Was nie rozumiem, bo nie należę do starej gwardii. No nic to,
                                                    miło było i tak.
                          • broch Re: Nauka a język 25.05.06, 00:11
                            "Jak padło już wcześniej, nauka nie istnieje bez języka."
                            Bardzo nieprawdziwe: nauka nie wymaga jezyka, przekazywanie wiedzy wymaga
                            nosnika, jezyk jest tylko jedna z opcji a i to czesto malo dokladna.
                            • klee Dowiedź tego 25.05.06, 01:57
                              Jak można uprawiać naukę bez języka, jeśli nauka polega na stawianiu hipotez i
                              ich dowodzeniu? Hipotezy są czymś językowym, wyłącznie. Nie ma innego sposoby
                              na przekazywanie znaczeń (ogóniej: myśli), jak tylko językowo.
                              • broch Re: Dowiedź tego 25.05.06, 17:48
                                nauka nie musi byc nikomu przekazywana (i faktycznie przez dlugi czas wybrani
                                zajmowali sie nauka nie przekazujac wiedzy nastepnym), jesli uznac ze jezyk to
                                kazda forma przekazu, to jezyk jest niezbedny do przekazania wiedzy.
                                Chyba ze jezyk to dowolna forma przekazu, ale to jest juz takie uogolnienie ze
                                jeszcze troche to okaze sie ze nietoperz pracuje nad jezykiem. Faktycznie zas do
                                opisu wystarcza symbole matematyczne. Hipoteze mozna przedstawic przy pomocy
                                wzorow w wypadku nietoperza, w moim przez dodanie lub usuniecie genu. Jezyk jest
                                dosc niedoskonala forma komunikacji o czym swiadczy fakt ze nietoperz (zapewne)
                                czesto posluguje sie wzorami poniewaz nie ma slow opisujacych zjawisko. Muzyk
                                czesto uzywa formy przekazu ktora jest nieosiagalna dla jezyka. Jezyk jest dosc
                                prymitywnym sposobem komunikacji.
                                • klee Przecież nie język naturalny 26.05.06, 02:41
                                  O przekazywaniu wiedzy nie mówię, bo to odręna rzecz. Czy przekazujesz wiedzę z
                                  jakiejś dziedziny, czy inne informacje, czy komunikujesz się z kimś itd., to
                                  sprowadza się to zawsze na najniższym poziomie do tego, że przekazujesz
                                  znaczenia. Język własnie temu służy - przekazywaniu znaczeń (w odpowiednich
                                  konfiguracjach), jest ich nośnikiem.

                                  Owszem, język naturalny jest bardzo niedoskonałym narzędziem, z wielu powodów.
                                  Byłby jako taki dla nauki nieprzydatny, wprowadzałby tylko zamęt. Dlatego każda
                                  dyscyplina naukowa ma swój język. I ten język może bazować na tym naturalnym, i
                                  wtedy tylko uściślamy lub redefiniujemy określone słowa, czyniąc je terminami,
                                  + dodajemy jakieś zupełnie nowe, lub też może być zupełnie nowym językiem,
                                  językiem sztucznym. Jeśli ktoś operuje jakimiś symbolami, to po prostu operuje
                                  językiem sztucznym, ale to nadal jest język, określony system przenoszenia
                                  określonych znaczeń i służący przprowadzani określonych operacji, umożliwiający
                                  je. Bez języka nie ma nauki.

                                  A jeśli mowa o prawdziwości i nieprawdziwości zdań, to to zdanie: "Faktycznie
                                  zas do opisu wystarcza symbole matematyczne.", prawdziwe nie jest. Bo z
                                  językami sztucznymi ten jest problem, że i tak trzeba je zawsze przełożyć na
                                  naturlany, żeby to coś, co się za ich pomocą wyrazą, było zrozumiałe, bo jeśli
                                  zrozumiałe nie jest, to to żaden opis. Rzeczywistość też zrozumiała nie jest i
                                  dlatego ją poznajemy i opisujemy (cel nauki :-]), za pomocą języka. Jeśli więc
                                  taki opis miałby też nie być zrozumiały, to trzeba by się zająć opisywaniem
                                  opisu. ;-)

                                  "Hipoteze mozna przedstawic w moim wypadku przez dodanie lub usuniecie genu."

                                  I jak to rozumieć? Podaj przykład. Bo tak ogólnie zapodane, to rozumiem to tak,
                                  że dodanie lub usunięcie genu i jakieś inne operacje na tych genach mogą Ci
                                  pozwolić jakiejś tezy ich dotyczącej dowieść (jak się usunie gen, to się stanie
                                  coś tam), ale tę tezę trzeba sformułować, tak czy siak. Bez tezy jest pusta
                                  operacja, czynność. Ja mogę sobie zagotować wodę milion razy, ale jeśli nie
                                  powiem najpierw: woda wrze w temperaturze..., to to będzie zwykła czynność, nie
                                  potwierdzenie żadnej tezy.

                                  "Jezyk jest dosc niedoskonala forma komunikacji"

                                  Nie mówimy o języku jako narzędziu komnikacji, to inna sprawa. Ale, fakt, jest
                                  niedoskonały, tak niedoskonały, że to aż boli. Ten ból jest jednym z powodów,
                                  dla których zdecydowałem się nim zajmować. :-)

                                  "Muzyk czesto uzywa formy przekazu ktora jest nieosiagalna dla jezyka."

                                  Muzyk nie przekazuje znaczeń.

                                  "Jezyk jest dosc prymitywnym sposobem komunikacji."

                                  Lepszej ludzkość nie wypracowała jak dotąd, więc narazie musimy się nim
                                  zadowolić.
                                  • broch Re: Przecież nie język naturalny 26.05.06, 15:48
                                    "Bo z
                                    > językami sztucznymi ten jest problem, że i tak trzeba je zawsze przełożyć na
                                    > naturlany, żeby to coś, co się za ich pomocą wyrazą, było zrozumiałe, bo jeśli
                                    > zrozumiałe nie jest, to to żaden opis. "

                                    to sa teorie byc moze z Twojej dzialki ale bez praktycznego zastosowania.
                                    Symbole matematyczne i tak dla Ciebie beda niezrozumiale. Proby
                                    wyjasnienia/tlumaczenia na jezyk naturalny mijaja sie z jakimkolwiek sensem.

                                    "Czy przekazujesz wiedzę z
                                    >
                                    > jakiejś dziedziny, czy inne informacje, czy komunikujesz się z kimś itd., to
                                    > sprowadza się to zawsze na najniższym poziomie do tego, że przekazujesz
                                    > znaczenia."

                                    Nauka nie polega na przekazywaniu wiedzy tylko na jej gromadzeniu. Jezyk jest do
                                    tego niepotrzebny. Slowa nie maja wiekszego znaczenia. Tzn za wyjatkiem nauk
                                    hobbystycznych.


                                    Wytlumacz fragment tego "tekstu":
                                    ttttcccgag atgccccggg aagggaggac aacaccttca aagacaggcc ctcagagtcc
                                    gacgagcttc agaccatcca agaagacccc acagcagctt ccggaggcct ggatgtgatg
                                    gcatcacaga agagaccctc acagcgatcc aagtacctgg ccacagcaag taccatggac
                                    catgccaggc atggcttcct cccaaggcac agagacacgg gcatccttga ctccatcggg
                                    cgcttcttta gcggtgacag gggtgcgccc aagcggggct ctggcaagga ctcacacacg
                                    agaactaccc attatggctc cctgccccag aagtcgcagc acggccggac ccaagatgaa
                                    aacccagtag tccatttctt caagaacatt gtgacacctc gaacaccacc tccatcccaa
                                    gggaagggga gaggcctgtc cctcagcaga tttagctggg gaggaagaga cagccgctct
                                    ggatctccca tggcgagacg ctgagagccc tccccgctca gccttcccga atcctgccct

                                    Dla ciebie nie ma zastosowania, jest niezrozumiale, nie ma odpowiednika z zadnym
                                    znanym jezyku, poniewaz jest to jezyk uniwersalny z ktorego niespecjalista nic
                                    nie zrozumie. Sklada sie jedynie z kombinacji czterech liter. Jednoczesnie
                                    zawiera wiecej informacji niz dosc gruba powiesc. Tlumaczenie na "jezyk" nie ma
                                    sensu. Co wiecej powyzsze jest znacznie starsze niz ludzkosc. Poprzedza wiec
                                    powstanie jezyka. Dla mnie i kazdego genetyka jest to dosc oczywiste i
                                    zrozumiale, tlumaczenia jest strata czasu (poza tym to jest informacja starsza
                                    niz jezyk). Latwo jest zauwazyc modyfikacje w obrebie calego "tekstu" znacznie
                                    dluzszego) bez opisu w "konwencjonalnym" jezyku. Oczywiscie powyzsze jest
                                    rowniez swoistym jezykiem tyle ze definicja staje sie tak szeroka (poniewaz
                                    uznaje komunikacje za jezyk) ze traci sens i zaczyna sie belkot. Dzieki Bogu
                                    komunikacja werbalna to jakis nikly procent komunikacji generalnie. Inaczej
                                    nietoperz matematyk traccilby wiecej czasu na tlumaczenie (z zalozenia
                                    niedoskonale) niz na kolejne ciekawe badania.
                                    Komunikacja nie jest rownoznaczna z jezykiem.

                                    Nawiasem mowiac masz przezabawna teorie o tym ze mlodym ludziom nalezy umozliwic
                                    rozwoj bo powtarzajac cos (narzucone przez glupich szefow oczywiscie) moga sie
                                    "zmarnowac". Jesli takie niebezpiecznstwo istnieje, to ten co sie marnuje to
                                    faktycznie idiota niestety.
                                    • klee To się zgadzamy czy nie? 26.05.06, 20:01
                                      "to sa teorie byc moze z Twojej dzialki ale bez praktycznego zastosowania."

                                      Czekałem, kiedy padnie takie stwierdzenie. :-] Bardzo perswazyjne, bardzo
                                      autorytatwyne. No ale może być, że znasz moją dziedzinę lepiej ode mnie, nie
                                      wykluczam. Inna rzecz, że to kwestie ogólne, z metodologii ogólnej, a nie z
                                      językoznawstwa.

                                      "Symbole matematyczne i tak dla Ciebie beda niezrozumiale."

                                      Skoro są one niezrozumiałe jako takie, to jak to się dzieje, że ludzie je
                                      rozumieją? ;-) A jeśli są potencjalnie zrozumiałe, no to śmiem twierdzić, ze
                                      starczyłoby mi intelektu, by je zrozumieć i się tym językiem, którego stanowią
                                      leksykon, posługiwać, gdyby zaszła taka potrzeba.

                                      "Proby wyjasnienia/tlumaczenia na jezyk naturalny mijaja sie z jakimkolwiek
                                      sensem."

                                      Czy to jest sensowne, czy nie, to inna sprawa. Pytanie, czy to jest możliwe.
                                      Ale tego wątku nie chcę ciągnąć, bo przekładalność jednego języka na drugi jest
                                      problematyczna bardzo. Twierdziłem, że język jest niezbędny, by naukę uprawiać.
                                      O to mi szło. No i skoro piszesz, że w matemtayce język również jest (na tym
                                      ona między innymi polega - na budowaniu go), to się zgadzamy w pełni.

                                      "Nauka nie polega na przekazywaniu wiedzy tylko na jej gromadzeniu."

                                      Tak, no analogiczne stwierdzenie padło, kiedy odpowiadałem na Twój pierwszy
                                      post: "nauka polega na stawianiu hipotez i ich dowodzeniu". Dlatego mówi się,
                                      że jest zbiorem zdań prawdziwych, tych zweryfikowanych pozytywnie. O
                                      przekazywaniu wiedzy Ty pisałeś. Ja się od tego odciąłem: "O przekazywaniu
                                      wiedzy nie mówię, bo to odręna rzecz." Postawiłeś natomiast tezę, że język nie
                                      jest potrzebny do uprawiania nauki, tylko wyłacznie do przekazywania jej
                                      efektów. No to próbowałem pokazać, że jest czymś bardziej ogólnym - służy
                                      przekazywaniu znaczeń, a z tym mamy do czynienia i w informowaniu, i w
                                      komunikacji, i w nauce. Ale jak z tego wywiodłeś, że utożsamiam uprawianie
                                      nauki z informowaniem, to nie pojmuję.

                                      Jeśli chodzi o ten ciąg diakrytów, który przytoczyłeś, to owszem, dla mnie w
                                      takiej postaci jest to ciąg diakrytów tylko, nic nie znaczący. Ale to, że ja go
                                      nie rozumiem, nie oznacza, że nie jest to tekst sporządzony w jakimś języku.
                                      Jeśli jest realizacją systemu, to jest tekstem.

                                      "nie ma odpowiednika z zadnym znanym jezyku,"

                                      To, że jakieś słowo, nie ma odpowiednika w innym języku, nie znaczy, że nie da
                                      się w ogóle na ten język przełożyć. Wiele polskich słów nie ma odpowiedników w
                                      żadnym istniejącym języku, ale co z tego? Język polski istnieje i tak.

                                      "Sklada sie jedynie z kombinacji czterech liter."

                                      Mógłby się składać i z dwu tylko, a też byłby językiem, choć bardz prostym. O
                                      ile oczywiście oprócz tych liter byłby też zestaw operacji na nich dokonywanych.

                                      "poniewaz jest to jezyk uniwersalny z ktorego niespecjalista nic nie zrozumie."

                                      Sprzeczność. Jeśli jest uniwersalny, to jest zrozumiały dla każdego, a jeśli
                                      jest zrozumiały tylko dla określonej grupy ludzi, to nie jest unwiersalny.
                                      Notabene, nie ma języka uniwersalnego, czyli takiego, którym władaliby wszyscy,
                                      a to dlatego, że każdy język jest czymś konwencjonalnym. Jego kształt jest
                                      wynikiem arbitralnych decyzji określonej grupy ludzi. To, że te cztery znaki, z
                                      których składa się język, o który mówisz, mają określoną treść, referencję,
                                      mnie akurat nieznaną, i że w kombinacji z innymi ta się zmienia, to wszystko
                                      jest wynikiem przypisania tym znakom określonego odniesienia przez określonych
                                      ludzi. Ktoś bierze sobie taką literkę i mówi, że ona będzie oznaczała to i
                                      tamto. Bo - jak piszesz dalej - to coś "poprzedza (..) powstanie jezyka". To
                                      dość normalna sprawa. Funkcja nominacyjna (nazewnicza) to jedna z podstawowych
                                      funkcji jakiegokolwiek języka. Najpierw istnieje nazywane, a potem dopiero
                                      nazwa. W genetyce jest to bardzo ważne, bo przecież zoanzca się określone geny
                                      określonymi ciągami znaków, które nic nie mówią osobie, która się językiem tej
                                      dyscypliny nie posługuje.

                                      "Tlumaczenie na "jezyk" nie ma sensu."

                                      Ale po co chciałbys to tłumaczyć, skoro mówisz, że się tym językiem
                                      posługujesz? Jeśli natomiast chciałbyś jednak komuś wytłumaczyć, o co chodzi,
                                      to musiałbyć wyjaśniać znaczenia poszczególnych elementów i to zrobiłbyć za
                                      pomocą języka naturalnego, lub innnego sztucznego, który znacie, ewentualnie
                                      poprzez wskazanie, jeśli one np. nie mają treści, a tylko odniesienie. Ucieczki
                                      od języka nie ma. Jednego używasz przy prowadzeniu badań, a innego przy
                                      przekazywaniu laikom ich efektów. To to, o czym cały czas mówię.

                                      "Komunikacja nie jest rownoznaczna z jezykiem."

                                      Tak, pisałem to. Nawet to zacytowałeś na początku (fragment tego). Fajnie, że
                                      zgadzamy się po raz trzeci. Tylko skoro się zgadzamy, to czemu mówisz, że się
                                      nie zgadzamy?

                                      "Nawiasem mowiac masz przezabawna teorie o tym ze mlodym ludziom nalezy
                                      umozliwic
                                      rozwoj bo powtarzajac cos (narzucone przez glupich szefow oczywiscie) moga sie
                                      "zmarnowac". Jesli takie niebezpiecznstwo istnieje, to ten co sie marnuje to
                                      faktycznie idiota niestety."

                                      Idiotą jest wtedy, kiedy próbuje opisać coś, co już jest opisane, i zabawne to
                                      wcale nie jest, kiedy tak się dzieje. To rzeczywiście marnowanie czasu. Poza
                                      tym chyba czytałeś nieuważnie. Bo nie postawiłem tak ogólnej tezy, że ktoś się
                                      marnuje, jeśli postępuje w ten sposób. Jeśli jest naukowcem i tak robi, to
                                      zachowuje się nieracjonalnie, ale jeśli jest studentem, to czasem i dobrze, że
                                      tak właśnie robi. Tylko mowa tam była o pisaniu pracy końcowej, która powinna
                                      jednak mieć znamiona naukowości. Padło to, kiedy mówiliśmy o kryterium
                                      odróżniania uprawiania nauki od studiowania, zdobywania wiedzy od jej
                                      generowania. Tyle. Chcesz mi jeszcze coś miłego powiedzieć? Może więcej było
                                      śmiesznych rzeczy, albo rzeczy żałosnych, a może nawet i głupich. Nie krępuj
                                      się. Lubię ostre dyskusje. Tylko pamiętej, że negatywna ocena to żaden
                                      argument, raczej przejaw zarozumialstwa.
                                      • broch Re: To się zgadzamy czy nie? 26.05.06, 20:49
                                        "Czekałem, kiedy padnie takie stwierdzenie. :-] Bardzo perswazyjne, bardzo
                                        > autorytatwyne. No ale może być, że znasz moją dziedzinę lepiej ode mnie, nie
                                        > wykluczam. Inna rzecz, że to kwestie ogólne, z metodologii ogólnej, a nie z
                                        > językoznawstwa."

                                        Zwrociles uwage nie na to co trzeba, co swiadczy o slabosci jezyka (jako
                                        narzedzia komunikacji). Powyzsze stwierdzenie nie jest autorytatywne: co Ty
                                        wiesz o mojej dyscyplinie aby twierdzic ze to co robisz (metodologia itp) ma
                                        jakiekolwiek zastosowanie?

                                        "Skoro są one niezrozumiałe jako takie, to jak to się dzieje, że ludzie je
                                        > rozumieją? ;-) "
                                        optymista/naiwniak. Co wiesz o kocyklach neitoperza?

                                        he,e w.g. ostatnich danych "ludzie" sa 50 lat z akceptacja/zrozumieniem nauki do
                                        tylu. Co w sumie jest powaznym problemem.

                                        "Czy to jest sensowne, czy nie, to inna sprawa. Pytanie, czy to jest możliwe."
                                        to nie jest pytanie to tzw "filozofia"
                                        Jesli nie ma sensu.. to Twoja sugestia nie ma sensu:
                                        cytowany kod genetyczny mozna by przetlumaczxyc bez sensu (choc mozliwie):
                                        ble, ble, ble

                                        ciag digktyrkow to zapis genetyczny kodu starszego od czlowieka. Juz tlumaczony,
                                        zapis faktycznej struktury chemisznej jest niemozliwy na papierze poniewaz jest
                                        to forma trojwymiarowa.

                                        Rzecz nie w tym czy da sie przelozyc czy nie rzecz w tym ze jezyk nie ma
                                        mozliwosci przekazania okreslonej informacji. Stad tez o ile sie nie myle jezyk
                                        stanowi cos o.k. 10% komunikacji.
                                        Nie ma znaczenia czy to jezyk polski czy angielski czy jeszcze inny. Jezyk jest
                                        jedynie prymitywna forma przekazu informacji. Ktora jesli mozna, omija sie.

                                        Uznanie kazdej formy komunikacji za forme jezyka - co zdaje sie robisz -
                                        prowadzi do belkotu w stylu Barthesa.

                                        ""poniewaz jest to jezyk uniwersalny z ktorego niespecjalista nic nie zrozumie."
                                        >
                                        >
                                        > Sprzeczność. Jeśli jest uniwersalny, to jest zrozumiały dla każdego, a jeśli
                                        > jest zrozumiały tylko dla określonej grupy ludzi, to nie jest unwiersalny. "

                                        od kiedy to ludzie znaja jezyk uniwersalny? np zapis genetyczny itp. Starsze od
                                        czlowieka dotyczy wszystkich zyjacych gatunkow, Ty tego nie rozumiesz, mimo ze
                                        jest to jezyk uniwersalny.
                                        Uniwersalnosc rozumiana jako jakosc ktora rozumiesz jest bledem poniewaz z
                                        zalozenia ani Ty nie rozumiesz zapisu ktorym ja sie posluguje, ani ja zapisu
                                        nietoperza itp. Zarowno rownania matematyczne jak i prawa fizyki, genetyka sa
                                        starsze niz jezyk i nie wymagala bastardyzacji w celu stania sie "uniwersalnymi"
                                        • klee Zgadzamy się po raz czwarty 26.05.06, 23:50
                                          "Zwrociles uwage nie na to co trzeba, co swiadczy o slabosci jezyka (jako
                                          narzedzia komunikacji). Powyzsze stwierdzenie nie jest autorytatywne: co Ty
                                          wiesz o mojej dyscyplinie aby twierdzic ze to co robisz (metodologia itp) ma
                                          jakiekolwiek zastosowanie?"

                                          Zwróciłem uwagę na to, co uznałem za ważne. Jeśli oceniasz i mówisz z
                                          pozycji "tego, który wie", to to obniża efektywność komunikacji. O Twojej
                                          dyscyplinie wiem niewiele i dlatego o niej nie mówię, mówię o rzeczach bardziej
                                          ogólnych, takich, które są ponad nią, a nie w niej. Język jest czymś takim. Nie
                                          mówię o języku Twojej dyscypliny, tylko o języku nauki, który różny może być,
                                          ale który być musi, bo jest jednym z warunków istnienia nauki. Ba, bez języka
                                          nie da się myśleć.

                                          "optymista/naiwniak. Co wiesz o kocyklach neitoperza?"

                                          Kolejna ocena. Bardzo mi miło. :-] A czy ja pisałem, że ja wiem? Czy ja
                                          pisałem, że wszyscy wiedzą? Napisałem, że są ludzie, którzy wiedzą. Skoro jakaś
                                          grupa ludzi się jakimś językiem posługuje, to znaczy, że go zna. Czy chcesz
                                          powiedzieć, że Nienietoperz błądzi w ciemnościach?

                                          "Czy to jest sensowne, czy nie, to inna sprawa. Pytanie, czy to jest możliwe."
                                          to nie jest pytanie to tzw "filozofia"

                                          Ta, pewnie tak samo jak pytanie, czy można sklonować człowieka albo wyhodować
                                          organy z jakichś tam tkanek. I rozumiem, że tym ostatnim to wyłącznie
                                          filozofowie się zajmują, a nie genetycy/biolodzy. To jest pytanie dla
                                          językoznawców, nie filozofów.

                                          "cytowany kod genetyczny mozna by przetlumaczxyc bez sensu (choc mozliwie):
                                          ble, ble, ble"

                                          Kodu jako takiego przetłumaczyć się nie da, zacytować zresztą też nie. Zrobić
                                          to można dopiero z jego zapisem. Przecież nie przytoczyłeś kodu złożnego z tych
                                          białek czy czego tam, tylko ciąg liter, nie?

                                          Powiedziałem wyraźnie, że tego wątku ciągnąć nie chcę. Bo ani nie mogę się
                                          zgodzić z Tobą, że przekład wszystkiego na wszystko nie jest możliwy, ani nie
                                          powiem, że jest możliwy. Niekóre rzeczy daje się przełożyć, innych nie. Cały
                                          szereg ludzi na świecie pracuje nad tym, by kiedyś dało się wszystko. Narazie
                                          nie jest to możliwe. Przyjmijmy więc, że nie. Ale o tym rozmawiać można by
                                          kilka dni. Na forum się nie da, dlatego nie chcę. Natomiast zapisu kodu
                                          genetycznego tłumaczyć nie trzeba, tylko trzeba się z nim zapoznać, a żeby się
                                          z nim zapoznać, trzeba najpierw poznać system, za pomocą którego jest
                                          zapisywany (ewentulanie stworzyć własny).

                                          "ciag digktyrkow to zapis genetyczny kodu starszego od czlowieka."

                                          No właśnie, zapis, czyli coś językowego. O to mi chodzi, w tym rzecz.

                                          "Juz tlumaczony,
                                          zapis faktycznej struktury chemisznej jest niemozliwy na papierze poniewaz jest
                                          to forma trojwymiarowa."

                                          No właśnie, dlatego posługujesz się językiem, by ją oddać i dokonywać na niej
                                          operacji. No i o to właśnie cały czas chodzi. Jako naukowiec-genetyk nie
                                          operujesz na genach, tylko na znakach, które im odpowiadają. Czy to będzie ciąg
                                          diakrytów zapisany na papierze, czy struktura graficzna na ekranie komputera.
                                          System znaków i operacje na nich, a więc język jest niezbędny. A jak się już
                                          operuje bezpśrednio na tych genach, to po to, by zweryfikować wcześniej
                                          postawione hipotezy, czyli coś językowego, chyba nie po to, by się nimi pobawić.

                                          "jezyk nie ma
                                          mozliwosci przekazania okreslonej informacji."

                                          Skoro tak, to jak się tymi genami zajmujesz? Żonglujesz nimi? A na konferencji
                                          naukowej przynosisz je w torbie. Nie, no chyba sobie radzicie. Czy tacy
                                          nieporadni jesteście? To dość nietypowe by było, bo zazwyczaj jak jakiś
                                          naukowiec nie może czegoś wyrazić, to tak modyfikuje język danej dyscypliny, by
                                          to wyrazić. Temu ten język przecież służy.

                                          "Stad tez o ile sie nie myle jezyk
                                          stanowi cos o.k. 10% komunikacji."

                                          No, niewiele się pomyliłeś, tylko że to inna sprawa. Zdecyduj się w końcu, czy
                                          Ty chcesz o komunikacji mówić, czy nie. Ja nie chcę.

                                          "Nie ma znaczenia czy to jezyk polski czy angielski czy jeszcze inny. Jezyk jest
                                          jedynie prymitywna forma przekazu informacji. Ktora jesli mozna, omija sie"

                                          A czemu Ty mówisz o językach naturalnych? Ustaliliśmy chyba, że języki
                                          naturalne na nic się w nauce nie przydadzą. Czemu ma służyć teraz mieszanie
                                          jednego z drugim? No i jak Ty omijasz ten język Twojej dyscypliny? Bo jednak
                                          naukowcy nie omijają, bo ominąć się nie da. Wręcz przeciwinie tworzą takie
                                          języki, które wyrażą to, co im wyrazić potrzeba. I nienietoperz to robi, i Ty,
                                          i ja. Przed chwilą nam zademonstrowałeś.

                                          "Uznanie kazdej formy komunikacji za forme jezyka - co zdaje sie robisz -
                                          prowadzi do belkotu w stylu Barthesa."

                                          Źle Ci się zdaje. Po pierwsze, znowu utożsamiasz język z komunikacją, co jest
                                          nadużyciem. (No ale Ty nawet muzykę próbowałeś z językiemutożsamić, więc to nie
                                          dziwi.) Po co to robisz? Czy po to, żeby za chwilę znowu powiedzieć, że ja to
                                          robię? Język jest czymś więcej, pisałem. Możesz z tym polemizować, ale
                                          powtarzać, że to komunikacja tylko, to żadna polemika. Polemizowanie polega na
                                          odnoszeniu się do argumentów, a nie powtarzaniu jakiegoś sądu. Po drugie, czym
                                          jest język napisałem. To system złożony ze znaków i operacji. Ja wiem, że to
                                          jest taki modny slogan, że niby język służy komunikacji, jest narzędziem
                                          komunikacji, wyłącznie. Dlatego napisałem wyraźnie, że nie jest. Jest nośnikiem
                                          znaczeń. Czy Ty czytasz w ogóle, co ja piszę? Czy chodzi Ci tylko o to, by
                                          mówić?

                                          "od kiedy to ludzie znaja jezyk uniwersalny? np zapis genetyczny itp. Starsze od
                                          czlowieka dotyczy wszystkich zyjacych gatunkow, Ty tego nie rozumiesz, mimo ze
                                          jest to jezyk uniwersalny."

                                          Jeśli chodzi o kod genetyczny to po pierwsze nie jest to język, tylko byt, taki
                                          sam jak atom czy krzesło, czy Eddie Murphy. A jeśli chodzi o zapis tego kodu,
                                          to nie jest on uniwersalny, bo nie każdy go zna, pewnie wąska grupa ludzi
                                          jedynie. Jeśli Ty elementy rzeczywistości pozajęzykowej, elementy pozajęzykowe,
                                          nazywasz elementami językowymi, to to jest rzeczywiście bełkot.

                                          To, że jakieś zjawisko jest uniwersalne, nijak się ma do tego, że język, za
                                          pomocą którego jest opisywane, jest lub nie jest uniwersalny, a taki nie jest,
                                          bo nie ma języka uniwersalnego, czyli takiego, którego użytkownikami byłaby
                                          cała ludzkość.

                                          "Zarowno rownania matematyczne jak i prawa fizyki, genetyka sa
                                          starsze niz jezyk i nie wymagala bastardyzacji w celu stania
                                          sie "uniwersalnymi""

                                          Przecież napisałem (w poprzednim poście), że najpierw istnieje rzeczywistość, a
                                          później ją etykietujemy. Zgadzamy się zatem po raz czwarty.
                  • zdanka1 Re: Nauka a uczenie się 24.05.06, 13:28
                    Przepraszam, ze się wtrącam, ale takie podejscie jest przyczyną wielu
                    potencjalnych nieszczęść:

                    >Studenci mają
                    >zdobyć określoną wiedzę i nauczyć się określonych rzeczy, zdobyć umiejętności.
                    >Na czym polega nauka, pisałem - prowadzenie badań, opisywanie rzeczywistości,
                    >odkrywanie jej. To dwie różne rzeczy.



                    Czasami jest tak, ze trafiają sie studenci , którzy rozkładają na łopatki
                    wykładowców - nie tyle wiedzą więcej, bo wiedza, to nei sakiewka, do której się
                    wsadza bilon i sprawdza, kto ma więcej . Chodzi raczej o dociekliwośc,
                    ciekawość , chodzenie nei udeptanymi ściezkami, zadawanie pytań pozornie
                    naiwnych, a jednocześnie dziwnym sie wydaje , ze ktoś wczesniej tego pytania
                    nei zadał, bo wydaje sie tak oczywiste, ze trzeba je zadać zanim cos potraktuje
                    sie jako pewnik itp. Z tymi studentami wielu sobie nie radzi i sprowadza ich
                    własnie do poziomu- prosze pana, tym to sie pan zajmie, jak bedzie magistrem,
                    proszę pana to naparwdę jest materiał dla doktorantow, a nie dla pańskiego
                    poziomu itp.
                    A to jest najgorsza rzecz, jaka można w ogóle zrobić, bo studia zamieniają sie
                    w szkołę, w której mamy relacje nauczyciel -uczniowie, a powinna być to relacja
                    mistrz- ten, który może zostać mistrzem dla innych ------> ta druga relacja
                    uczy współdziałania, pozwala wykładowcom nei popadać w totalną pychę, a
                    studentom nie zachowywać sie jak maluczkiemu bijącemu pokłony przed feretronem.
                    W sumie zgadzam sie z tym co napisała mamarcela - pokora to coś co powinno
                    cechować kazdego zajmujacego sie anuka, ale ta pokora dotyczy też zauwazenia,
                    ze nei ma sie przed sobą neibrobionego materiału, w ktory tzreba coś wcisnąc,
                    ale może ma sie do czynienia z nieoszlifowanymi diamentami , które można bardzo
                    łatwo zapzrepaścić , uznając, ze ty to sie dopiero wspinasz do moich palcow
                    człowieku,a ja zajmuje się PRAWDZIWA nauką;/
                    • klee Jasne 24.05.06, 13:48
                      Tylko tylko bycie zdolnym, pomysłowym, twórczym, sprawne myślenie, wynalazczość
                      itd. to jeszcze nie uprawianie nauki, nie? Ktoś taki ma predyspozycje do bycia
                      dobrym naukowcem, ale być nim zaczyna w momencie, w którym tę działalność, na
                      którą jest nałożony szereg warunków, zaczyna uprawiać.

                      Studiowanie to jednak coś innego, przynajmniej z założenia. To poznawanie
                      jakiejś dziedziny, zgłębianie jej, a nie rozwijanie.
                      • zdanka1 Re: Jasne 24.05.06, 13:54
                        Studiowanie to jednak coś innego, przynajmniej z założenia. To poznawanie
                        > jakiejś dziedziny, zgłębianie jej, a nie rozwijanie.

                        Wiesz, wg tego założenia to neistety, musze powiedzieć, ze wielu naukowcow do
                        końca zycia nie wychodzi poza sferę bycia bardzo przeciętnym studentem;/
                        • klee Niestety 24.05.06, 13:58
                          zdanka1 napisała:

                          > Studiowanie to jednak coś innego, przynajmniej z założenia. To poznawanie
                          > > jakiejś dziedziny, zgłębianie jej, a nie rozwijanie.
                          >
                          > Wiesz, wg tego założenia to neistety, musze powiedzieć, ze wielu naukowcow do
                          > końca zycia nie wychodzi poza sferę bycia bardzo przeciętnym studentem;/

                          I dlatego pisałem, że jak nauka ma niezaprzeczalny sens, tak światek naukowy
                          jest go zazwyczaj zupełnie pozbawiony. Prace doktorskie polegające na
                          kompilowaniu różnych książek, a nie prowadzeniu badań, odkrywaniu, opisywaniu
                          rzeczywistości; tworzenie jedenastej książki z dziesięciu innych... Eh, aż
                          smutno się robi. :-/ Nie na żarty. ;-)
                  • eeela Re: Nauka a uczenie się 24.05.06, 14:43
                    > Ale dlaczego Ty mi mówisz, co ja twierdzę? Ja sam wiem. ;-) Studenci mają
                    > zdobyć określoną wiedzę i nauczyć się określonych rzeczy, zdobyć umiejętności.
                    > Na czym polega nauka, pisałem - prowadzenie badań, opisywanie rzeczywistości,
                    > odkrywanie jej. To dwie różne rzeczy.

                    Naprawde zupelnie rozne?
                    To znaczy, ze studentowi nalezy zapewnic jedynie pewien zbior wynikow badan, ale
                    nie demonstruje sie mu, jak sie do tych wynikow dochodzi? Nie zapewnia mu sie
                    mozliwosci praktykowania badan, stosowania metodologii?
                    Ciesze sie, ze moja uczelnia nie wiedziala o tej zasadzie.
                    • klee Student - adept nauki? 24.05.06, 14:52
                      Kto na to pierwszy wpadł nie wiem. Wiem, że nie sposób tego zdania
                      sfalsyfikować. Stałoby się to wtedy, gdyby ktoś zaczął uprawiać dyscyplinę
                      naukową, nie posługując się językiem. Jest ono zatem prawdziwe. Opisuje naszą
                      rzeczywistość, jej fragment zwany nauką (jest więc metanaukowe), a więc do
                      nauki należy. :-)
                      • eeela Re: Student - adept nauki? 24.05.06, 14:56
                        > Kto na to pierwszy wpadł nie wiem. Wiem, że nie sposób tego zdania
                        > sfalsyfikować.

                        Czy chodzi ci o ten rownowaznik zdania w tytule twego postu?

                        I czy ty w ogole naprawde odpowiadasz na moja uwage? Bo nie obserwuje zadnego
                        nawiazania do mojej wypowiedzi.
                        • klee Mam nadzieję, że teraz będzie dobrze :-) 24.05.06, 15:07
                          Rzeczywiście komputer spłatał mi jakiegoś dziwnego figla. Internet szwankuje.
                          Przepraszam. :-) Nie moja wina.

                          Student - można powiedzieć - jest przygotowywany w czasie studiów do
                          samodzielnej pracy, pracy naukowej, do pisania czegoś twórczowego, odkrywczego,
                          a nie wtórnego. Dlatego nie zapewnia się mu tylko, jak piszesz, dostępu do
                          wyników określonych badań, ale też przekazuje określone umiejętności, o czym
                          pisałem. Umiejętności, które mają mu pozwolić na w pełni samodzielną pracę,
                          której efektem ma być praca końcowa (magisterska). A że te prace zazwyczaj są
                          naukawe a nie naukowe, to już inna sprawa.

                          A jeśli jakiś student opanuje zdolność samodzielnej pracy wcześniej, w czasie
                          studiów, i zacznie pisać rzeczy odkrywcze, którymi warto się dzielić z innymi,
                          które warto publikować, to tylko się cieszyć, nie? I zatrzymać taka bestię,
                          zatrzymać, bo ma zadatki na dobrego naukowca. Ale jeśli o tym smutnym światku
                          naukowym mowa, to ma on często niestety tę właśnie właściwość, że zatrzymywać
                          takich osób ani myśli, bo postrzega je w kategoriach zagrożenia i się ich
                          raczej pozbywa, co smutne jest, bo marnują się talenty.
                          • eeela Re: Mam nadzieję, że teraz będzie dobrze :-) 24.05.06, 15:21
                            No to teraz przeczysz sam sobie, bo wczesniej napisales, ze nabywanie
                            umiejetnosci przez studenta a uprawianie nauki to dwie zupelnie rozne rzeczy.
                            Ale ufam, ze po prostu nieuwaznie sformulowales mysl, i nie miales tej mysli tak
                            naprawde na mysli ;-)
                            • klee Na czym sprzeczność polega? 24.05.06, 15:24
                              Myśl była przemyślana. :-) Bycie studentem jest czymś innym niż bycie
                              naukowcem, to są faktycznie dwie różne rzeczy. Student się uczy, zdobywa wiedzę
                              i umiejętności (również te, które pozwolą mu ewentualnie w przyszłości uprawiać
                              naukę), a naukowiec prowadzi badania. Student poznaje dziedzinę, zgłębia, a
                              naukowiec rozwija.
                              • eeela Re: Na czym sprzeczność polega? 24.05.06, 15:29
                                Mysl sformulowales tak, ze sugeruje to calkowite rozgraniczenie studiowania
                                (poznawania danych juz opracowanych) od prowadzenia badan (opracowywania
                                danych). Otoz ja twierdze, ze uczelnia, ktora nie stwarza studentowi mozliwosci
                                samodzielnego generowania danych, jest uczelnia kiepska, przynajmniej w mojej
                                dziedzinie (o naukach przyrodniczych sie nie wypowiadam, bo mnie Broch
                                wyszpieguje :-D )
                                • klee A to przepraszam 24.05.06, 15:32
                                  Mam nadzieję, że teraz się rozumiemy. :-)

                                  W instytutach (dwu), które prowadzą kierunek studiów, kóry ukończyłem, są i
                                  tacy profesorowie, którzy każą studentom pisać rzezy, o który już znacznie
                                  mądrzejsi wszystko napisali, jak i tacy, którzy każą zajmować się wyłącznie
                                  zagadnieniami, kórych nikt jeszcze nie ruszył, nie badał. W pierwszym przypadku
                                  marnuje się często potencjał ludzki, w drugim - tematy. ;-)
                                  • eeela Re: A to przepraszam 24.05.06, 15:39
                                    Tematy opisane w sposob niewystarczajacy, bledny, niekompetentny nie sa
                                    zmarnowane, to jest da sie, a nawet nalezy do nich wrocic. Bol jedynie w tym, ze
                                    jak chce sie dany temat obrobic, trzeba te wszystkie tragiczne wypociny czytac.
    • zdanka1 Re: O sensownosci istnienia swiata akademickiego. 24.05.06, 11:26
      Ja spróbuję odpowiedzieć ogólnie. Niewielu jest ludzi na właściwym miejscu w
      ogóle w kazdej dziedzinie. I tak są profesorowie, którzy mają paskudne
      charaktery jako ludzie, a ich praca naukowa to pozal sie Boże przepisywanie
      czyichś ksiazek ze zmianą przecinka i zamienianiem szyku zdania. Ci sami
      profesorowie wypuszczają doktorantów z podobnym podejściem, a jeśli trafi im
      sie ktoś wybitnie zdeterminowany i zdolny, nierzadko bedą robić wszystko, aby
      go kolokwialnie mówiąc "udupić", bo inteligentna konkurencja zagraża o wiele
      bardziej niż konkurencja średnio inteligentna i z umiarkowaną pasją.

      W sumie tak widzę ponad polowę akademików; tych, którzy organizują grupy
      badawcze, chcą miec wokól siebie tylko pasjonatów i wymagają od siebie i innych
      maksimum, jest bardzo mało. No i mają nieraz problemy z całą machiną urzędniczo-
      administracyjną uniwersyetu.Z tym, ze to właśnie od nich zalezy niepomiernie
      dużo i tak naprawdę oni ciągną wszystko do przodu.

      wielu moich znajomych zdecydowało sie na tzw. próbę kariery uniwersyteckiej - w
      sumie pasjonata znam tylko jednego i dość konsekwentnie realizuje ten swój
      program w trakcie doktoratu , a zyczę tej osobie powodzenia z całego serca.
      Doskonała wiekszość chce mieć tytuł przed nazwiskiem, nie miała pomysłu na to
      co dalej po studiach i w sumie zajmuje sie takimi dziedzinami, ze ani ich nie
      lubią w nadmiarze, ani ich to wybitnie nie interesuje, ale jakos idzie do
      przodu. I to jest własnie najgorsze - za "robienie nauki" biorą sie ludzie,
      którzy równie dobzre mogliby wziąć sie za projektowanie mody czy prowadzenie
      sklepu, a uczą ich ludzie, którzy także w większośći nie są zainteresowani
      swoja dziedziną nawet na tyle, aby wybrać sie na jakąś konferencję
      międzynarodową i sprowadzić kilka nowinek, bo latwiej po raz 245 polecić
      ksiązkę sprzed 30 lat;/

      W sumie to smutne.
      • braineater normalnie 19.09.06, 19:43
        nadal mi się bardzo podoba ten wątek:)
        P:)
        • kawa_malinowa Re: normalnie 27.06.07, 01:15
          mnie się bardzo podoba jego tytuł.

          jutro egzamin....
          • kawa_malinowa Re: normalnie 27.06.07, 01:15
            w zasadzie to już dzisiaj.
        • eeela Re: normalnie 27.06.07, 01:36
          Watek cacy, ale mnie sie juz nie chce drugi raz sie w niego wczytywac :-)
        • zdanka1 Re: normalnie 27.06.07, 16:59
          Hmmm...Po roku i kulku awanturach poglądy mam nadal takei same:) to
          przerazające tak się samemu ze soba zgadzać.
          • eeela Re: normalnie 03.07.07, 19:53
            Rany, rzeczywiscie! To jest watek sprzed roku! I ja rowniez mam ciagle to samo
            zdanie!

            Do diaska, niech to szlag. Jak to szlo z ta krowa?
            :-)
            • sutekh1 Re: normalnie 04.07.07, 12:24
              krowa weszła w drogę spojrzeniu Gombrowicza, tak się nią zachłysnęła jego myśl
              podróżująca po przestworzach, że nagle wymyślił sobie otchłań i wpdła w nią z
              całym bagażnikiem metafizycznych monologów, nicość i kpina krowy z ja
              opakowanego kulturalnym śmietnikiem, więc tak, moje panie, jesteśmy w kosmosie,
              jesteśmy ubrani. A gdzie nagość?
              na to pytanie nie odpowiem bo "nie umie"....

              Jeśli chodzi o bez-sensowność świata akademickiego to moge tylko zarzucić taką
              sieć rybacką, że zarządzająca normami instytucja, która dąży oczywiście do tego
              żeby norma była respektowana no limits, (czyli także poza instytucją) służy
              subwersywnym jednostkom do tego, żeby się od niej uciekało fajnie i rozkosznie
              (pieszcząc jakieś fantazje - zresztą taka to ucieczka, w fantazje: czy tekstowe
              czy obrazkowe czy dźwiękowe).
              Zeby wykoleić w sobie normę, trzeba jednak dużej przestrzeni dla języka, a to
              łatwe nie jest.
              Trzeba fruwać między magazynami, składami słowników a nie pękać z nienawiści bo
              ktoś tak gada a nie inaczej, niż tak jak my byśmy chcieli go słuchać ze smakiem.

              Jest przecież raczej tak, że chcemy żeby on tak gadał żeby w niego
              nawalać...!!!
              • sutekh1 Re: normalnie 04.07.07, 13:02
                a i jeszcze via broch:

                bo mi się to zawsze drażniącym bzdetem zdaje: jak można uznać styl barthesa za
                bełkot jesli się zajmuje zupełnie inną dziedziną i koduje swój język właśnie w
                tym języku określonej dziedziny , w której się siedzi i coś robi: badania,
                teksty, analizy itd.
                brak wyobraźni to w badaniach literackich kupa niespuszczona.
                A barthes to właśnie otwarcie na wyobraźnię, to nawet jest mocniejszy
                stymulator niż semiolog, który coś mówi o systemie znaków, powiedział zresztą o
                tym systemie w wielowymiarowej perspektywie o wiele więcej niż się czyta w
                redukcyjnych streszczeniach, he.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka