Dodaj do ulubionych

O płocie kiełbasianym (nie moja) :)

18.01.03, 21:50
Chcieliscie baje, to macie :)))))


W jednej wsi mieszkał ubogi chłopek imieniem Maciek, a miał bardzo złą
żonę, która jak się rozgniewała, to i grzech śmiertelny na swego chłopa
gotowa by była wywołać, bo przy złości miała tę przywarę, że żadnej tajemnicy
nie mogła dochować. Maciek znał ją dobrze z tego i we wszystkim strzegł się
jej okrutnie. Będąc bardzo biednym, trudnił się, oprócz uprawy roli,
zastawianiem sieci na ryby w stawie przy jego gruncie leżącym. Zaraz przy
stawie miał dużo jarzębiny i jałowca, stawiał więc i sidła na ptaki, które
gromadami do tych zarośli rade się zlatywały.
Jednego razu orząc w polu, zawadził pługiem o coś takiego, co mu się
zdawało kamieniem. Jakoż odwaliwszy skibę, postrzegł jakieś żelazne wieko, a
gdy głębiej począł ręką ziemię odgarniać, przekonał się, że to była żelazna
skrzynka, którą otworzywszy, znalazł pełno pieniędzy. Zrazu bardzo się
ucieszył, ale gdy pomyślał, że do zniesienia tych pieniędzy potrzeba mu
będzie koniecznie pomocy, i gdy sobie wspomniał na żonę, na jej złość i długi
język, zasmucił się bardzo i począł rozmyślać. Długo tak stojąc i myśląc,
przygrzebał skrzynkę ziemią, zrobił nad nią znak i wrócił z wołami do domu.
Wkrótce wymyśliwszy przed żoną jakąś przyczynę i wziąwszy worek,
poszedł do miasta. Jedynym jego sprawunkiem w mieście było kilkadziesiąt
łokci kiełbas, które kupiwszy, udał się prosto do swego zagajnika. Na drodze
do sieci prowadzącej wbił parę kołków i uplótł na nich z owych kiełbas płot.
Wziął ptaka, który się złapał w sidła, i wsadził go w sieci, a z sieci
wyjąwszy rybę, zawiesił ją w sidłach. Wreszcie poszedł spiesznie do domu i
tam wziąwszy garnek gnojówki i kropidło, schował to za kamień, niedaleko
miejsca, gdzie skrzynkę znalazł.
Wróciwszy do chałupy, do żony, począł się niby smucić, mówiąc jej o
swojej biedzie. Baba swoim sposobem marudziła mu nad głową, jakoby on był
winien tej biedzie. Mówiąc po prawdzie, baba sama była przyczyną
niegospodarstwa, bo przy złości i długim języku, miała jeszcze i tę wadę, że
lubiła często wychylać kwaterki z kumoszkami. Chłop słuchał cierpliwie baby,
a gdy się wyhałasiła do woli, rzekł jej:
- Wiesz co, weź no worek, ja wezmę drugi, pójdziemy do sieci i do
sideł, a co ryb i ptactwa tam zastaniemy, to zaniesiemy do miasta sprzedać.
Gdy byli niedaleko zarośli, rzekł Maciek:
- Wiesz, jakoś okrutnie zaniemogłem, muszę odpocząć - a ty idź jeno do
sieci i sideł, a co zastaniesz ryb i ptactwa, to jeżeli będziesz mogła,
zabierz, a jeżeli nie, to mnie zawołaj.
Baba szła prosto dróżką ku lasowi do sieci, a gdy w lasek weszła,
zobaczyła dróżkę zagrodzoną kiełbasianym płotem. - O jakież to dziwo! -
zawołała. - A dyć to płot kiełbasiany!
Powąchała i spróbowała, że to naprawdę kiełbasa z czosnkiem, po czym
zawołała chłopa:
- Maciek, ady jeno pójdź, zobaczysz dziwo, dróżka do sieci zagrodzona
płotem z kiełbas.
- Nie gadałabyś lada co - odezwał się Maciek.
Ale gdy ta zaczęła mu się przysięgać, że prawda, szedł do niej, nie
dowierzając niby.
- Bogu dzięki - zawołał Maciek, zbliżając się do kiełbasianego płota -
będziemy mieli pożywienia na jaki tydzień z okładem. Idźże jeno teraz,
wybierz ryby z sieci, a ja tymczasem będę kładł te kiełbasy do worka.
Baba, uradowana kiełbasami, poszła czym prędzej, ale gdy wlazłszy w
wodę i wyciągnąwszy do góry sieci, zobaczyła w nich zamiast ryb ptaka,
krzyknęła jeszcze przeraźliwiej jak pierwej.
- A toć co, przecie to istne czary!
I pobiegła z tą nowiną spiesznie do chłopa, który resztę kiełbas
spokojnie do worka pakował.
- Tyś pewnie ogłupiała, kobieto - rzekł, gdy skończyła opowiadać. -
Kiedyż ryb nie ma, idźże przynajmniej do sideł i pozbieraj ptactwo, które się
tam pewnie nałapało, a ja pójdę przekonać się do sieci.
Baba znowu pobiegła prędko, a Maciek szedł z wolna ku wodzie, śmiejąc
się w duszy. Jeszcze baba nie doszła do sideł, gdy z dala zobaczywszy w
sidłach wiszącą sporą rybę, krzyknęła na całe gardło:
- A cudzie! Cóż się to dzieje? A dyć tu znowu ryba zamiast ptaka wisi.
Maciek na ten hałas baby, zbliżył się ku niej, mówiąc do siebie tak
głośno, aby i ona usłyszała:
- Widzi Bóg, ja sam już nie wiem, co tym myśleć.
A gdy do sideł przyszedł, zobaczył w nich rybę.
- To jakiś dzień dzisiaj dziwny, on nam albo jakie szczęście, albo
wielki kłopot wywróży - rzekł.
Po długiej naradzie wrócili oboje zamyśleni z kiełbasami, ptakiem i
rybą do domu.
Wnet potem wyjechał Maciek w pole z pługiem, niby orać, i gdy się już
ku zmierzchowi zbliżało, wrócił do domu. Usiadłszy w izbie przy piecu, począł
znowu myśleć, i wreszcie odzywa się do baby:
- Ja bym ci coś powiedział, co by ciebie i mnie uszczęśliwiło, ale się
boję, bo ty wszystko wygadasz.
- Boże odpuść, przeciem-ci ja znowu nie taka, żebym miała wygadać sobie
nieszczęście - odpowiedziała baba i poczęła się zarzekać na sekret.
Maciek, uwierzywszy jej niby, powiedział, że orząc dziś w polu, wyorał
skrzynkę z pieniędzmi, ale że bez jej pomocy pieniędzy tych do stodoły znieść
nie potrafi.
- No widzisz, jaki ty mój Maćku! I ja bym też o tym komu powiedzieć
miała? A Boże mnie skarz, nie powiem, a dyć by nam to pan zaraz zabrał.
- To weź worek i chodźmy - odpowiedział chłop.
Gdy Maciek z kobietą nasypali w worek pieniędzy, rzekł do niej:
- Czekaj, ja ci zadam worek na plecy, bo byś ty sobie nie poradziła, a
mnie będzie łacniej zadać go sobie samemu. Baba usłuchała i wziąwszy worek na
plecy, szła wolno ku domowi. Maciek, nasypawszy sobie w worek mniej
pieniędzy, wziął spiesznie garnek z gnojówką i kropidłem, który tam wprzódy
postawił, i idąc z wolna za babą, kropił ją wodą. Baba z początku szła
spokojnie, ale przez koszulę zaczęło ją ziębić i cuchnąć.
- Maćku - rzekła - ady to deszcz cuchnący pada.
- Nie gadałabyś lada czego - odrzekł Maciek udając niewiarę, ale zaraz
niby spostrzegłszy, że prawda. - Ano, w samej rzeczy, że cuchnący deszczyk
pada - odezwał się i kropił dalej.
Baba, przestraszona i odurzona tym wszystkim, niosła cicho pieniądze do
stodoły i parę razy z mężem po nie nawróciwszy, znieśli wreszcie wszystkie i
zakopali w stodole. Chłop, nie w ciemię bity, wiedział, że baba sekret
wywrzeszczy. Poszedłszy tedy nocą do stodoły, wydobył pieniądze i zakopał w
innym miejscu.
Zgoda między nimi długo nie trwała, baba gwałtem dopominała się
pieniędzy, chłop dać nie chciał, bojąc się, żeby się baba nie wydała przed
kumoszkami.
- Nie dasz? - zawołała raz w największej złości.
- Nie dam - odpowiedział chłop spokojnie.
- Więc czekaj - rzekła baba - ani ty ich nie będziesz miał, ani ja.
Pójdę do pana, powiem wszystko - i wyleciała jak oparzona do dworu.
Pan wysłuchał baby i schowawszy ją za piec, posłał po Maćka.
- Słuchaj Maćku - rzekł pan do niego - słyszałem, żeś wykopał pieniądze
i nie powiedziałeś mi nic o tym.
- Miły Boże - odpowiedział chłop - przydałyby mi się bardzo, bo już nie
daję sobie rady z biedą, ale gdzież tam, panie, nie zdarzy się to biednemu
człekowi. Wiem-ci ja, wiem, kto panu o tym powiedział, bo jej to już nie
pierwsze. Już-ci to nie kto inny, tylko moja kobieta gadała o tym. Już mi ona
nie od dzisiaj ogłupiała i cudnośne rzeczy wyprawia i wygaduje. Ja już dawno
wybierałem się do pana podziękować za gospodarstwo, bo bym na psy zszedł na
nim z kobietą niespełna rozumu.
- A będziesz ty mię w taką niepoczciwą suknię obłóczył - krzyknęła
baba, wylatując z zapiecka. - A czegóż się zapierasz? A nie pamiętasz już,
kiedy to było? A toć wtenczas, kiedyśmy idąc do sieci zastali dróżkę
zagrodzoną kiełbasianym płotem. A nie jadłeś potem tych kiełbas ze mną jakie
dwa tygodnie?
- Boże odpuść kobieto, przecież się o
Obserwuj wątek
    • rzulw Re: O płocie kiełbasianym ciag dalszy 18.01.03, 21:52
      - Boże odpuść kobieto, przecież się opamiętaj, a takich głupstw nie wygaduj, bo
      się tylko ludzie będą śmiali z ciebie.
      - No czekaj - odrzekła baba - ja ci zaraz przypomnę. To było wtedy,
      kiedym ptaka w sieci złapała w wodzie, a na sidła złapała się ryba.
      - Widzi jegomość - przerwał Maciek - co człowiek musi mieć biedy po
      całych
      dniach z taką kobietą.
      - O bodaj cię też i nie wiem już co wzięło, kiedy się zapierasz - wyrwała
      się znowu baba - ady ja sama panu zaraz powiem, kiedy to było, to sobie pan
      przypomni. To było wtedy, kiedy pod wieczór deszcz cuchnący padał.
      - A idźże już sobie, babo! - zawołał pan zniecierpliwiony i wypchnął babę
      za drzwi. Chcąc się jednak prawdy dowiedzieć, posłał ludzi do stodoły Maćka i
      kazał ją całą skopać, a gdy nic nie znaleźli, utwierdził się w tym, że baba
      zwariowała.
      Maciek też i na wsi opowiedział sąsiadom o tym nieszczęściu, a ci, znając
      babę z wielu głupstw i złości, uwierzyli łatwo. Bojąc się jednak, żeby się to
      wreszcie nie wydało, podziękował panu za gospodarstwo, pod pozorem, że mu nie
      może poradzić, mając żonę głupią, i wyniósł się w dalekie strony, a kupiwszy
      sobie tam piękny kawał ziemi, wziął babę bardziej na wodze i żył z nią potem
      szczęśliwie.

      teraz dobranoc :))
      • ulalka Re: O płocie kiełbasianym ciag dalszy 20.01.03, 00:09
        pieknie dziekuje i spac ide co predzej :))
    • rzulw Żaba królewną 21.01.03, 23:23

      Jeden król miał trzech synów. Jak już dorośli, ojciec im mówi, że czas
      już, żeby się pożenili i żeby losy o to ciągnęli, gdzie któremu padnie. I o to
      puszczali strzały z łuku. Jednemu upadła strzała w Szwecyi, drugiemu w Turcyi,
      a trzeciemu, najmłodszemu, w jezioro. I śmieli się z niego drudzy: "O, będziesz
      miał żabę za żonę".
      Tak się rozjechali, a ten nieborak, najmłodszy, jeździ i jeździ, nie wie,
      gdzie ma jechać, aż zajechał do tego jeziora. I chodzi sobie nad wodą, aż tu
      istotnie żabka wyskakuje i wynosi jego strzałę w pyszczku. A on się zasmucił.
      - Nie smuć się, królewiczu - powiedziała żabka i wskoczyła w jezioro.
      Więc wrócił do domu i zastał tam już swoich braci. Każdy z nich mówi, że
      był w Szwecyi i Turcyi, że ładna Szweczynka, że ładna Turczynka, a on nieborak
      powiada o swojej żabie, i każdy się z niego śmieje, że będzie miał żabę.
      Ojciec rozkazuje, ażeby synowie pojechali do swoich narzeczonych i
      przywieźli mu od nich tabakierki w podarunku. Pojechali wszyscy trzej razem i w
      jednym miejscu rozminęli się w trzy strony. Tamci pojechali, gdzie im wypadało,
      a ten do swojego jeziora.
      Żabka wychodzi i powiada:
      - Czemuś smutny?
      - Jakże mam nie smutny być - woła królewicz - kiedy ojciec chce od swoich
      przyszłych synowych po pięknej tabakierce, a co ty mu dasz?
      - Nie kłopocz się! - wskoczyła w jezioro i wyniosła mu dwie tabakierki,
      jedną prześliczną brylantową, a drugą brzozową, zwyczajną, i powiada:
      - Jak się spotkasz z braćmi i oni ci się zapytają o tabakierkę, to im
      pokaż tę brzozową, a dopiero jak przyjedziecie do domu, to przed ojcem połóż tę
      brylantową.
      Tak też zrobił (bo byliby mu bracia ją odebrali). I gdy się zjechał z
      braćmi i im, ciekawym, brzozową tabakierkę pokazał, ci parsknęli śmiechem.
      Przybyli do ojca, rozłożyli przed nim swe tabakierki: jeden miał złotą turecką,
      drugi srebrną szwedzką. Prawda, bardzo piękne. Aż tu trzeci wyjął nagle z
      kieszeni brylantową. Zajaśniała, aż łuna z niej biła. I wszyscy zdziwili się, a
      bracia pospuszczali nosy.
      Po niejakim czasie ojciec prosi o kobierce. Więc znów pojechali do swoich
      narzeczonych po ten dar i przywieźli: jeden piękny turecki, drugi piękny
      szwedzki, ale najmłodszy przywiózł najpiękniejszy, bo żaba dała mu także dwa:
      derkę i prześliczny kobierzec (derkę kazała braciom pokazać).
      Po niejakim czasie ojciec prosił, żeby mu synowie przywieźli te trzy
      panny. I bracia w śmiech, że najmłodszy zaprezentuje swoją żabę. I rozjechali
      się. On przyjechał do jeziora i powiada, że ojciec chce poznać swoje synowe.
      - Nie lękaj się - mówi żabka - ale ja teraz jechać z tobą nie mogę, bo
      muszę się przygotować, a ty jedź naprzód i jak przyjedziesz, to trzeciego dnia
      zacznie taki deszcz ulewny padać, że aż krzesełka będą pływać po pokoju, ale ty
      im powiedz: "nie lękajcie się, to nic, to tylko moja żabka się umywa". Zaś
      potem zrobi się wielki grzmot i błyskać się będzie, a ty powiedz, żeby się nie
      lękali, że to twoja żabka wyciera się i ubiera, a wtedy mnie wyglądajcie. I tak
      się stało. Patrzą, jedzie powóz w cztery konie. Wszyscy wyszli naprzeciwko i
      patrzą, zaglądają do powozu, a tu żaba! Zajechała przed pałac, drzwi się
      otwierają, a tu wyskakuje żabka na chusteczkę, którą jej narzeczony podstawił.
      Wniósł ją potem na niej do pokoju, a bracia i wszyscy śmieli się. Każdej
      narzeczonej przeznaczono osobny pokój. A najmłodszemu bratu oddano żabkę do
      jego pokoju.
      W nocy, gdy księżyc oświetlił izbę, a on usnąć nie mógł, tylko spokojnie
      leżał na łóżku, spostrzegł, że żabka zrzuca z siebie tę skórkę i przemienia się
      w prześliczną kobietę, a ta chodzi sobie po pokoju. Ale za każdym jego
      najmniejszym na łóżku poruszeniem, zaraz wskakuje w tę skórę i na powrót żabą
      się staje.
      Królewicz zwierzył się z tego przed przyjaciółmi, a ci mu radzili, żeby
      na kominku rozpalić kazał i w nocy, gdy obaczy znów przemianę żabki, porwał tę
      skórkę żabią i wrzucił w piec na węgle, a będzie miał żonę. I tak zrobił. Gdy
      księżyc izbę oświetlił, ona się przedzierzgnęła, a on wyskoczył prędko z łóżka
      i cap za ową skórkę, i mimo jej próśb, że niedługo jej pokuta się skończy,
      porwał i wrzucił ją do pieca.
      - Kiedy tak - mówi panna - to mnie już nie zobaczysz, chyba że na morzu
      wyspę odnajdziesz, na wyspie kamień, pod kamieniem zająca, w zającu kaczkę, w
      kaczce jajo - jeżeli znajdziesz sposób, aby dostać to jajo, to i mnie
      dostaniesz.
      Królewicz zaczął lamentować i prosić ją, by została, ale nic nie pomogło.
      Nazajutrz powiada do ojca, że mu żabka zginęła i że idzie we świat jej szukać.
      I poszedł.
      Chodził i chodził, aż napotkał lwa. Celuje do niego z flinty, a lew
      powiada:
      - Królewiczu, nie strzelaj do mnie, będę ci potrzebny w przygodzie.
      Potem także i niedźwiedzia spotkał, i to samo od niego usłyszał. Po
      niedźwiedziu charta spotkał, a po charcie kruka i wszystkim darował życie.
      Wszystkie te zwierzęta przystały do niego i szły za nim aż do granicy. Straż
      pograniczna go zatrzymuje i pyta, co on za jeden i gdzie idzie. A on odpowiada
      prawdę, że taki a taki i po to a po to. Więc go straż zatrzymuje i powiada, że
      ma polecenie złamać mu rękę. Zasmucony wyszedł i lwu opowiada, co mu mają
      zrobić. - Trzeba ratować naszego pana - mówi lew do reszty zwierząt.
      - Trzeba! - zawołały.
      Jak się rzuciły, tak rozpędziły tę straż i on sobie przeszedł bezpieczny.
      Na drugiej granicy znów go zatrzymują i mówią, że mają polecenie złamać
      mu nogę. I znów go zwierzęta bronią, i przechodzą z nim drugą granicę. Na
      trzeciej granicy mieli mu głowę ściąć i znów go zwierzęta obroniły, i przeszli
      spokojnie. Aż zaszli do morza.
      Tam mieszkał młynarz. Do niego też weszli, pochwalili Pana Boga i
      królewicz młynarzowi opowiedział całą swą przygodę. A młynarz na to:
      - Ej, ja wiem, gdzie ona jest, ale ty tam nie dojdziesz, bo to jest na
      wyspie, a na niej jest kamień, pod kamieniem zając, w zającu kaczka, w kaczce
      jajo, i dopiero jeżeli to jajo dostaniesz, to ją też dostaniesz.
      A ten młynarz posyłał żywność owej pannie, która mieszkała pod obłokami i
      nikt tam nie mógł dojść, tylko gryf jej donosił. Prosi królewicz młynarza, żeby
      go doprowadził do tej wyspy.
      - No dobrze - powiada młynarz - to mogę zrobić.
      I wszedł za nim do łodzi, i zawiózł go na wyspę. Potem poszli do tego
      kamienia. Ale to był tak ogromny kamień, że trudno mu było go ruszyć, dopiero
      gdy zwierzęta zaczęły mu pomagać (kruk też tam dziobał), podważyli kamień na
      bok; a tu zając spod niego wyskoczy, chart za nim i go chaps, gryzie, a tu
      kaczka z niego frr, frr, do góry, a kruk za nią i cap ją, a tu królewicz
      dolatuje czym prędzej, nożykiem przecina jej brzuch i wyjmuje jajo. I powrócili
      do tego młyna.
      Młynarz miał beczkę, w którą kładł żywność, wystawiał na dwór, a gryf
      przylatywał, brał to i nosił pod obłoki pannie. Na prośbę królewicza młynarz
      wsadził go w tę beczkę, gryf myślał, że to jedzenie, porwał go i poniósł aż do
      panny, i tam postawił beczkę w kuchni. A ta panna miała służącą i kazała jej
      pięć jaj ugotować, a on to, w beczce siedząc i przez szpary patrząc, słyszał.
      Gdy służąca jaja ugotowane postawiła na stoliku obok beczki i wybiegła na dwór,
      on rozluźnił obręcze, wyciągnął rękę, wziął jedno z tych pięciu, a na to
      miejsce położył surowe jajo z kaczki, które zdobył na wyspie - i schował się z
      powrotem do beczki. Służąca zaniosła to wszystko pani do pokoju. Pani bierze i
      trafiła najprzód na to surowe, nadtłukuje je i woła służącą, że ktoś tu był.
      Służąca na to:
      - Nikt nie był, tylko gryf z beczką.
      I zaczynają szukać. Idą do beczki, otwierają, a tu z beczki wyskakuje
      królewicz. A ona:
      - To takiś ty mądry?
      On ją ucałował, a jak się już przywitali, ona mu wszystką winę darowała.
      Zeszli na dół na ziemię do jego rodz
      • rzulw Żaba królewną cd 21.01.03, 23:27

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka