sabba
24.02.03, 08:22
Wstawalo sie rano, o swicie...czasem prawie szarym, a czasem po prostu bladoszarym. Tak wczesnie, bo o tej porze to jeszcze dokuczliwe muchy tak strasznie nie bzykaja, i inne komary nie "tna". I chociaz pelnia lata, to najwiekszy gorac dopiero troche pozniej nadchodzi. Wczesnie, dla mnie, dla reszty, tzn babci i dziadka juz nie wczesnie, bo oni juz godzine wczesniej w stajni byli, krowy i inne zwierzaki nakarmic, napoic...
Wieczorem poprzedniego dnia trzeba bylo sobie "banke" przygtowac, taka na mleko, wielkoscia dopasowana do zbierajacego; do banki wiazalo sie tasiemke coby ja sobie mozna na szyje zawiesic. Do plecaczka lub torby cos okrutnie zimnego do picia, szybko jakies sniadanie sie przelknelo...i do lasu. Czlwowiek chcial sie tym wczesnym wstawaniem przed rojem much ochronic, ale gdzie tam, juz tuz pod lasem otaczaly nas brzeczaca chmara...bylo juz goraco...ale jak sie weszlo w las to bylo chlodno...jeszcze mokro od rosy, jeszcze sennie...ale ptaki juz pierwsze koncerty dawaly, co ja mowie, koncerty, wrzeszczaly jak opetane. No i teraz zaczelo sie szukanie malin. Nie, zeby ich trzeba bylo strasznie szukac, bo wiadomo bylo, gdzie rosna...ale sprawa honoru bylo miec w bance te najwieksze, najsoczystsze, najslodsze....
cd
dorzuccie i swoje maliny...