diabollo
02.09.06, 14:23
Czcigodna Kochanico - proszę nie czytać, bo to też o PISSie.
Kłaniam się nisko.
********************************
Czy mamy jeszcze w Polsce demokrację?
Dzisiejsza władza nie rozumie, że Polska jest wartością trwalszą i ważniejszą
niż partykularne ambicje kilku sfrustrowanych polityków podniesione do rangi
polityki narodowej
Demokracja jest jak dziewica. Zewsząd czyhają na nią zagrożenia. Mogą one
pochodzić od jawnych gwałcicieli, czyli fundamentalistów religijnych,
populistów i nacjonalistów (w Polsce ich niemało), mogą również pochodzić od
prawowitego małżonka, który wykorzystuje noc poślubną do gwałtu małżeńskiego i
krzyczy radośnie, że nic takiego nie istnieje i że skorzystał jedynie z
legalnych reguł gry małżeńskiej. Trudno powiedzieć, które z tych zagrożeń są
dla polskiej demokracji (i dziewicy) gorsze? Władzę, zarówno w państwie, jak i
w małżeństwie, można bowiem utrzymać i wzmacniać na różne sposoby. Przez
przemoc oraz przez wykorzystywanie formalnych reguł współżycia do realizacji
interesów własnych i uzyskania bezwzględnej dominacji. W wielu krajach w
okresie międzywojennym największymi przeciwnikami demokracji nie byli
zwolennicy autorytaryzmu, lecz ci, którzy myśląc, że działają w ramach
demokracji, podejmowali „jedynie” nadzwyczajne środki dla jej obrony.
Załamanie demokracji przyszło nie dlatego, że popularne stały się jakieś
polityczne alternatywy, lecz dlatego, że rządzący sami przekształcili panujący
ustrój w quasi-autokrację.
PiS nie jest "partią żałosnych niedojdów"
Rządząca koalicja daje coraz więcej dowodów na to, że działa nie w imię dobra
wspólnego, lecz totalnego zawłaszczenia życiem publicznym. Sądzę, że - przy
zachowaniu pewnych proporcji - ćwiczymy obecnie coś, co miało miejsce w
Niemczech lat dwudziestych, i możemy jedynie mieć nadzieję, że rację ma Marks,
mówiąc za Heglem, iż to, co było niegdyś tragedią, powtarza się wyłącznie jako
farsa.
Premier Dorn twierdzi ("Dziennik" 26-27.08), że PiS nie zamierza być "partią
żałosnych niedojdów", co znaczy, że wykorzysta wszelkie możliwości, jakie daje
demokracja, by zrealizować partyjne interesy. Nie mówi oczywiście o tym w
otwarty sposób. Raz dowodzi, że chodzi o radykalną zmianę moralną i
aksjologiczną, co wyraża poprzez zdanie: "historia Polski znowu ruszyła",
innym razem obśmiewa potoczne rozumienie moralności i przyzwoitości,
uzasadniając obecność w koalicji ludzi skazanych prawowitym wyrokiem (Lepper i
Beger), koniecznością osiągnięcia sukcesu zwalniającą z przestrzegania reguł.
Reguły, podobnie jak i fakty, służą PiS-owi do osiągnięcia zwycięstwa. A jeśli
fakty i reguły opóźniają zwycięstwo lub je uniemożliwiają? Tym gorzej dla
faktów i reguł. I, niestety, tym gorzej dla demokracji.
Pora najwyższa przypomnieć, że demokracja to nie tylko formalne procedury i
umiejętność ich przestrzegania. Demokracja to przede wszystkim wiara w to, że
obywatele mają wpływ na życie publiczne i że każdy może nad nim sprawować
kontrolę. Demokracja to - trzeba wracać do starych prawd - "wola ludu", a nie
tylko wola tych, którzy uzyskali niewielkie zwycięstwo nad resztą wyborców.
PiS potraktował demokratyczne wybory jako legitymizację dla władzy totalnej
uzależniającej zarówno bieżącą politykę, jak i instytucje życia publicznego od
doraźnych i długofalowych interesów partyjnych. Wizja i wola realizacji IV RP
to nic innego jak wizja pazerności na władzę ludzi obecnie ją sprawujących,
którzy zapominają, że Polska jest wartością trwalszą i ważniejszą niż
partykularne ambicje kilku sfrustrowanych polityków podniesione do rangi
polityki narodowej. Polska to nie tylko PiS, Młodzież Wszechpolska,
pseudokibice i prowincja, na której opinii tak bardzo zależy premierowi
Dornowi, ale również opozycja i jej zwolennicy, studenci, artyści, literaci,
łże-elity. To również "wykształciuchy", tak bardzo drażniący Pana Ministra
(choć sam przez swoją socjologiczną edukację do kasty tej należy), że gotów
jest porównywać inteligentne żarty autorów programu "Szkło kontaktowe" z
ksenofobiczną i autorytarną Telewizją Trwam. Niepomny, że wartość demokracji
polega na tym, że wszyscy mają równe prawa do wyrażania opinii i że śmierć
demokracji dokonuje się w momencie, gdy do władzy dochodzi partia, której się
wydaje, że posiada monopol na Prawdę stanowiący zagrożenie dla wszelkich
innych prawd. Bo demokracja to wielość prawd, wielość opinii, wielość
interesów. To przestrzeń, gdzie żyć, debatować i ustanawiać chwiejny lub
trwały konsensus mogą wszyscy uważający się za obywateli i demokratów. A że
powoduje to zmniejszenie skuteczności działań? Nie szkodzi. Znacznie bardziej
szkodliwa jest makiaweliczna skuteczność, zwłaszcza gdy jej miarą jest interes
wąskiej grupy ludzi.
Marek Stronniczy
Zawłaszczenie ordynacji wyborczej przeprowadzone w ostatnim tygodniu przez
koalicję odsłoniło oblicze nowej, niedemokratycznej formy władzy, pod którą
przychodzi nam żyć. Jeśli decyzja sejmowej komisji nie jest zgodna z wizją
Kaczyńskiego, zmienia się komisję, jeśli protestuje przewodniczący (trudno go
notabene podejrzewać o nadmierną pasję buntowniczą) - zmienia się
przewodniczącego, jeśli ustawa jest kontrowersyjna i wymaga publicznego
wysłuchania, nie dopuszcza się doń. Nad wszystkim roztacza makiaweliczną
pieczę marszałek Sejmu. Zapewne przejdzie on do historii jako Marek Stronniczy
lub Jurek Posłuszny (własnej partii). Jest to o tyle paradoksalna sytuacja, że
partie odpowiedzialne za taki stan rzeczy to te same partie, które w
poprzedniej kadencji domagały się zwiększenia demokracji w parlamencie i
zmniejszenia władzy marszałka.
Ewa Milewicz napisała ("Gazeta" 26-27.08), że PiS kręci bata na siebie, bo
stosuje wobec opozycji metody, które kiedyś zostaną przećwiczone na niej
samej. To bardzo optymistyczne podejście, ponieważ zakłada, że w Polsce
demokracja będzie trwała i w sposób nieubłagalny będzie narzucała rządzącym i
wyborcom swoje "cykle polityczne". Przy takim założeniu nikomu z rządzących
nie opłaca się pogarda dla opozycji i zwiększanie uprawnień marszałka, bo
obróci się to przeciwko tym, którzy dziś rządząc, znajdą się wkrótce w
opozycji. Chyba że się tam nie znajdą. Bo nie będzie opozycji, jak za komuny.
Między komunizmem a autorytaryzmem
PiS zdaje się zmierzać właśnie w tym kierunku. Jeśli chodzi o metody
sprawowania władzy, jest w pół drogi między komunizmem a autorytaryzmem
nieznanego jeszcze typu. Narodowego? Socjalistycznego (zwanego dla niepoznaki
"solidarnościowym")? Nie troszczy się o ani o minimum demokratyczne, ani o
przestrzeganie ducha demokratycznych reguł, zgodnie z którymi ważne są decyzje
podejmowane przez większość, ale uwzględniające prawa mniejszości. Ważne są
wolne wybory, ale nad ich ordynacją i przebiegiem czuwają wszyscy
zainteresowani, a nie tylko najwięksi beneficjanci. PiS doskonale wie, że
przejęcie samorządów to przejęcie unijnych pieniędzy, a więc kontynuacja
władzy i poparcie ludzi niegdyś, podobnie jak PiS, wcale nie entuzjastów
wejścia Polski do Unii. PiS wykorzysta teraz unijne pieniądze, dla których
zdobycia nie kiwnął nawet palcem, dla własnej promocji i umocnienia władzy
wśród wyborców mało orientujących się w zasadach unijnej partycypacji, tak jak
niezdających sobie sprawy, że obecne ekonomiczne "sukcesy" rządzącej koalicji
są owocem starań i polityki poprzednich rządów. Dlatego PiS-owi tak bardzo
zależy na elektoracie, który dystrybucję unijnego budżetu traktuje jak mannę z
nieba spadającą na Polskę dzięki aktywności Kaczyńskich, programom Radia
Maryja czy pielgrzymkom do Częstochowy i Lichenia.
W Polsce staje się duszno
W kraju staje się duszno. Nie ma miejsca na kształtowanie się opinii
publicznej, gdyż ta potrzebuje przestrzeni i wolnej debaty, by pełnić swoje
krytyczne i kontrolne funkcje. Rządząca koalicja zawłaszczyła zarówno media, w
szczególności telewizję (wrześniowa ramówka odsłoni zapewne nowe możliwości
propagandy w styl