braineater
16.10.06, 12:03
Coraz bardziej jestem za tym, żeby rozpetac ogólnoswiatową aferę i stworzyć
ist otwarty do róznych sonych, MGMów i innych holiłódów, by się zmiłowali i
nie brali za ekranizacje dramatów Williama.
Napalony jak dzika świnka na laboratoryjne eksperymenty zabrałem się wczoraj
za ogladanie Kupca Weneckiego, który to z duzym szumem i poklaskiem przez
tydzień przebiegał kinowe ekrany i się oczywiście nie załapałem. Ale w
wypożyczalni zoczywszy ni sekunde się nie wahłem czy te 10 zet wydac porwałem
i zabrałem.
Zasiadamy, oglądamy, a mordki nam się robią coraz bardziej smętne. Na
poczatku jest fajnie, jest Irons, który generalnie grać to nigdy nie gra, ale
za to wygląda odpowiednio nobliwie i jest Pacino, który wygląda tak, że ja
przestaje miec kompleksy, ale za to gra rewelacyjnie. Obaj ciągna swoje role
na paru patentach - Antonio Ironsa zachowuje się jak kobieta u progu
menopauzy dotknięta bolesną depresją, a Shylock by Pacino nie potrafi nawet
na chwile przestać byc koturnowy i teatralny, ale obaj jakoś wybitnie do tych
ról pasują i fajnie sie ich ogląda. No ale kupiec to jednak dużo bardziej
opowieść o Bassaniu i Porcji i tu zaczyna się tragedia. Bassania gra jeden z
miliona nierozpoznawalnych i nieodróznialnych Finnesów, który po pierwsze
wygląda jak umyty Aston Kutcher, po drugie gra tak, jakby go ktoś siła
przywlókł na plan wprost z odcinka Melrose Place. Zero budowania roli,
wszystkie kwestie wygłaszane tak, jakby na widowni siedziała mamusia i
podziwiała jak sie synecek sprawdza w pierwszym szkolnym przedstawieniu, po
prostu ogólna poracha. A na deser dostajemy Porcję - i tu juz w ogóle jest
strasznie, bo Porcja w moim wyobrażeniu, to jedna z ładniejszych i najulepiej
napisanych ról kobiecych u Szekspira, fajnie mieszająca między pewna siebie
slicznotką o ironicznym stosunku do siebie, a kobietą ogarniętą amokiem
miłości do Tego Jedynego. A tu prosze państwa, pojawia się paskudna (no
sorry, nie ma innego okreslenia) naprawde dojmująco brzydka i plastikowa
laseczka, taka typu rozkładówka Plejboja vs katalog Kliniki Chirurgii
Plastycznej i prezentuje aktorstwo na poziomie American Pie. Zerowe wyczucie
rytmu tekstu, brak jakiejkolwiek płynności, a szczególnie silnie akcentowane
i rymowane partie dialogu w jej wykonaniu brzmia, jakby Szekspirem w
oryginale próbował lecieć Liroy. Do tego histeryczne pozy i nieusuwalny
amerykańcki akcent. Się patrzyłem, się Marysia patrzyła i nie wierzylismy, że
mozna tak koncertowo spieprzyć te rolę.
Całości kaszany w tym arcydziele dopełnia muzyka, jakies takie patetyczne
wyobrażenie muzyki renesansu, brzmiące jakby Jordi Saval z nagła postanowił
na starych instrumentach wykonac parę chwytnych kawałków disco-polo, zdjęcia
skupione na pokazywaniu wody, to akurat wytłumaczalne i cycków - to juz mniej
wytłumaczalne, ale przynajmniej fajniejsze niz Porcja, oraz cąła galeria
postaci drugoplanowych, których jedyne talenta zdaja sie polegac na budowaniu
roli wokół jednego stereotypu zbudowanego dla danej postaci.
Brrrrrrrr, po prostu największy szekspirowski wyrzyg lat ostatnich.
Musiałem się wyżalić.
P:)