13.02.07, 15:08
bo V już za długie, a VI ma w tytule konkretny film, więc trochę ogranicza.
Ja dziś o horrorze - Zejście czyli The Descent. Film może i mało odkrywczy
(zreszczą w tym gatunku trudno odkryć coś nowego), ale dla mnie dość
przerażający. Panienki schodzą do głębokiej jaskini i oprócz typowych
strachów związanych z ciemnością i ciasnymi przejściami, spotykają oczywiście
inne zagrożenie, nie powiem jakie. Przy całej świadomości idiotyzmów
związanych z gatunkiem dałam się wciągnąć i nastraszyć głownie ciekawą
scenerią, świetną grą ciemności i światła, nasrojem klaustrofobii i innymi
tego typu gadżetami. Trochę szkoda, że scenarzysta nie pociągnął tego do
końca i wprowadził element typowy dla horrorów klasy B, ale mimo to, mnie ten
film naprawdę nastaszył. Miłośnikom gatunku szczerze mogę polecić. Ale raczej
tylko miłośnikom.
Czy ktoś z Was oglądał może Dog soldiers tego samego reżysera, znaczy Neila
Marshalla? Warto poszukać?
Pozdrawiam:)
Obserwuj wątek
    • 3promile Re: Vidi VII, 13.02.07, 15:17
      Słabiutkie. Zarówno "The descent", jak i "Dog soldiers". Na B=klasę też trzeba
      sobie zapracować...
    • braineater Re: Vidi VII, 13.02.07, 15:22
      no własnie nie:). Po Dog soldierach, cżłowiek spodziewa sie filmu, który bedzie
      przynajmniej w częsci tak dobry jak Psiowoje, a Zejście to sztampa, nuda, brak
      pomysłów i mało przekonujace kukły. Pierwszy bład - te laski mogłyby zostac
      rozerwane na strzepy i nikt by się z widzów nimi nie zainteresował. Sa tak
      drewniane i daremne, że cżłowiek z kazdym trupem odczuwa większa ulgę. Bym sie
      wcale własnie nie czepiał, ale Dog soldiers, to dla mnie jeden z najlepszych
      tanich filmów lat ostatnich, drugi tak dobry po 28 days later, i się spodziewał
      czegoś przynajmniej na tym poziomie. Nic z tego, klasyczny schenmat -
      dostaliśmy kasę, to straciliśmy pomysły. Jedyne co fajne to scena wy[padku
      samochodowego, choć zerznięta z jakiejś niedawnej japońszczyzny, co mi tytuł
      umknął.
      Także Zejście zdecydowanie nie, ale Dog soldierów jak najbardziej - generalnie
      film, kóry w przeciagu ostatnich paru lat stał się moim ukochanym
      odstesowywaczem, zastepując niezastąpione przez lata klasyczne Wzgórza maja
      oczy.

      P:)
    • carmody Re: Vidi VII, 18.02.07, 00:34
      Aje! Świerzakuję tu więc o filmach zapodam. Bo mam potrzebę często, a na forum
      Kino pisał nie będę, bo szkoda mi nerwów i papierosów. Więc: oczekuję przyklasku
      (przyklask: dźwięk który wydają zderzające się ze soba jądra; kobiety to
      zupełnie inna historia... - zachinaszczył car i dopił bułgarskie wino
      półwytrawne z najmniej zakurzonej półki w sklepie)...

      Jason Staham powoli stawia sobie pomnik. W fundamentach jest już ponad 1000
      zalanych betonem zwłok. Na tym placu budowy nikt się nie opiernicza, bo
      robotnicy zamiast walić wódę w pakamerach walą koks i noszą po garści pixów w
      kieszeniach walonek. Już niedługo bóg kina sensacyjnego będzie z góry patrzył
      wrednym wzrokiem na dogorywających w botoxowej masie Stallone’ów i Willsów, a
      żaden zagruźliczony gołąb pokroju Vin Diesla nawet nie podleci pod jego kamienny
      majestat.
      Szkoda, że słowo „zajebisty” się zdewaluowało, bo „Crank” ciężko innym opisać.
      „Wypytaszony” jeszcze się nada choć, to trochę naciągane – słowo nie film.
      Jason Staham budzi się w swoim apartamencie w L.A. Walcząc z zawrotami głowy i
      strasznym zamuleniem doczołguje się do telewizora, do którego przyklejona jest
      płyta dvd z napisem „fuck you”. Na płycie nagrał się jakiś spocony pendejo,
      który informuje widza (Stahama), że jest „fucked up” i wstrzykuje mu we śnie
      chińską truciznę, która zabija w ciągu godziny. Po ataku wścieku nasz Jason
      wybiega z mieszkania i zaczyna siać rozpierduchę na mieście. Szybka telefoniczna
      konsultacja ze jego prywatnym dr Mengele wyjaśnia, że co prawda i tak umrze, ale
      wysoki poziom adrenaliny w organizmie delikatnie przesunie ten moment w czasie.
      Rozpierducha zaczyna przybierać imponujące rozmiary.
      Dlaczego „Crank” rządzi:
      Całkowite ominięcie fabuły (czytaj: dłużyzn)!
      Wredna morda Stahama i scena, scena w której mówi do swojej dziewczyny
      „pamiętasz jak opowiadałem ci, że jestem programistą gier komputerowych?
      Kłamałem – zabijam ludzi za pieniądze” /przez to cholerne youtube mało się
      nerdom i geekom dopierdala, więc takie sceny funkcjonują już na zasadzie
      rodzynków spod napleta/
      Skręcone bardzo sprawnie w duchu MTV z lat 90tych (vide: „Natura Born Killers”),
      ale z kilkoma stylowymi wkrętami hołdującymi Ritchiemu i gierkom GTA (Vice City
      i San Andreas dokładnie). Właśnie! „Crank” to nic innego jak GTA San Andreas w
      82 minuty. Sama esencja.
      I soundtrack – cuda, cuda, cuda!. Oczy mi testosteronem naszły jak w jednej ze
      scen usłyszałem „Turn Me Loose” Loverboy! A potem „Metal Heath” Quiet Riot!
      Pudel metal! W filmie ze Stahamem! Dalej bardzo najtiz: drum’n’basy pomieszane z
      latino-gangsta hip hopem i punkowymi NOFX, Rocket From The Crypt i innymi,
      których nazw nikt nie kojarzy, bo u nas to obciach, a u nich wszyscy już pomarli
      od nadużywania crystalmethu. I klasyki takie jak Gerald Levert i „Let’s Get It
      On”, Harry Nilsson i “Everybody’s Talkin’”, czy Jarret & Long i “Achy Breaky
      Heart”, przy którym Staham odstawia pogo w taksówce (tak!), żeby napompić sobie
      trochę adrenaliny. Na deser Jefferson Airplane w wersji Starship już i „Miracles”.
      Może niezbyt jasno się wyrażam: TO JEST JEDEN Z NAJLEPSZYCH FILMÓW EVER!
      W kategorii rozpierducha/nawalanka stawiam zaraz obok „Versus” Ryuhei Kitamury
      (o tym innym razem!).
      • braineater Re: Vidi VII, 18.02.07, 00:51
        masakra, 10 minurt temu skończyłęm to oglądać.
        i chuj z telepatią:)
        a cudo w tym filmie jest jedno, czyli wielka draka w chińskiej dzielnicy, czyli
        scena którą każdy chłopiec zostaje kupiony na zawsze.
        Zrobią z Stahama godnego następcę Willisa, bo ma ten ryj niesamowicie
        wyszczerzony, bez głupowatego wyrazu skacowanego daj harda i kurestwo w oczach
        niesamowite.
        No i kicia bląd.

        P:)
      • carmody My own private Xanadu 18.02.07, 02:51
        Za ciosem (czytaj: drugie wino w połowie pełne):

        Jest taki facet co nazywa się Rob Rotten. Połączenie Roba Zombie i Johnny’ego
        Rottera z wytatuowanym napisem „poison” na pycie. No i już jest wesoło, co nie?
        Rob Rotten ożeniony jest z niejaką Rachel Rotten, goth-punk porno gwiazdką.
        Fajna, jurna i wierna babka to jest – Rotten stręczył ją w paru filmach dla
        adultsów, aż wpadł na pomysł genialny: założę własną wytwórnię ślizgaczy, co bym
        sobie mógł poruchać inne towary, a żonkę pod kontrolą zupełną utrzymał. I tak
        powstało Punx Productions (www.punxproductions.com/main.shtml), studio
        punkowych pornosów. Ogarniacie już pewnie, o co biega więc przechodzę do konkretów:

        „Scurvy Girls” - jeszcze nie dorwałem (jeszcze!), więc zapodaję skriny na smaka:
        www.punxproductions.com/sg1.shtml
        “Fuck The System” - www.punxproductions.com/fts.shtml
        Esencjonalne. Skriny i plejlista mówią za siebie:
        Rancid, The Smut Peddlers, Youth Brigade, Bonecrusher, Electric Frankenstein,
        5cent Deposit, Blanks 77, Anal Cunt, Impaled, AntiSeen, Complete Control, and more.
        Reszta (“and more”) niech będzie niespodzianką.

        „Porn Of The Dead” – jak kolega ex_lux_oriente (uss!, aniki) powiedział: w sumie
        naturalna kolej rzeczy w tym zbiegu gatunków. Jak kolega car dopowie: gatunki te
        to gorowe zombie movies i harcorde porno (z przewagą P.O.V.
        en.wikipedia.org/wiki/Point_of_view_pornography , które w pornusach
        subtelnie ewoluowało z klasycznego gonzo, do czego zaraz wrócimy). Trochę
        rozczarowuje brakiem fabuły i epizodycznym podziałem na konkretne ruchowe sceny
        – widocznie fuzja nie zaszła tak daleko jakbyśmy (a co nie?) tego chcieli. To
        jest właściwie nekrofilski pornos jeno. Filthy, filthy, Filthy i między innymi
        Decide w soundtracku. W Boga nie wierzę, ale bym się po tym z chęcią
        wyspowiadał. + za efekt starej taśmy robią łonówki przyklejone do obiektywu
        kamery, pewnie Rottena.
        www.punxproductions.com/potd.shtml
        „Anal Swine” – dobra, to jest poważna sprawa: najpierw zerkamy tu:
        www.punxproductions.com/as1-1.shtml
        A potem wszystko jedno. Mówcie, co chcecie. Naprawdę. Wcielam się w Huntera S.
        Thompsona na co drugim chlorze (original fishing cap from USA + original kilka
        par okular tego typu; tak nie mam własnego życia). Widocznie Rotten też tak ma,
        ale on zrobił więcej dla wolności: skonfrontował pornowe gonzo z pornowym p.o.v.
        (to pornowe gonzo bez kitu zwie się gonzo od Thompsona). I wiecie co: p.o.v.
        wygrywa.
        I bonusowy link dla fanów Huntera:
        video.google.pl/videoplay?docid=4259848669020347839&q=where+the+buffallo+roam
        czyli parę lat przed „Las Vegas Parano” i orgazmiczny popis Deppa w Huntera
        wcielił się Bill Murray. I ściągłem to kiedyś z emula. I spoko jako porównanie
        do filmu Gillama. I wkurwia mie, że ściągłem a teraz można ot tak obejrzeć.
        • braineater Re: My own private Xanadu 18.02.07, 10:37
          no, to zapewniłeś mi pą materiał do szukania na najbliższych aprę dni:)

          P:)
          • daria13 Re: Grbavica, 02.03.07, 12:18
            czyli kolejne potwierdzenie tezy, że dobre kino regionalne zawsze jest lepsze
            od tego made in Hollywood. Nieodmiennie zachwycają mnie kreacje aktorskie u
            artystów, którzy ani znani, ani uwielbiania, ale za to jakże autentyczni.
            Główna rola kobieca w Grbawicy to majstersztyk.
            Film piękny, przejmujący, prawdziwy, a nie epatujący.
            Bardzo, bardzo gorąco polecam.
            Ps.
            Nie wiem, czy już o Grbawicy tu nie było, jeśli tak, to sorry.
            P:)
            • sutekh1 Re: Grbavica, 02.03.07, 13:37
              bardziej podnieca mnie rola która gra ta młoda dziewucha...
              • daria13 Re: Grbavica, 02.03.07, 13:42
                To też, ale jednak matka dla mnie bardziej. Może dlatego, żem sama matka;)
                P:)
    • chihiro2 Inland Empire 21.03.07, 17:18
      Czyli nowy Lynch, z ciekawa polska wstawka, obejrzany w ostatnia sobote. Gra
      aktorska znakomita, slusznie pisze sie o Laurze Dern, ze to jej najlepsza rola.
      Karolina Gruszka wypadla bardzo dobrze, poza jedna wpadka, ale pewnie nie z jej
      winy (zle tlumaczenie angielskiego "dream" na "marzenie", podczas gdy
      ewidentnie powinno byc "sen"). Milo bylo zobaczyc u Lyncha Leona Niemczyka :)
      Co do samego filmu - z poczatku wydaje sie byc calkiem zrozumialy, potem, jak
      to u Lyncha, sytuacja kreci sie i maci, nie wiadomo co bylo wczesniej a co
      potem, az pod koniec caly koncept zaczyna byc - przynajmniej dla mnie - znow
      niemal calkowicie (niemal!) zrozumialy.
      Sa elementy bardzo zabawne, sa przerazajace, sa bezsensowne. Podoba mi sie, jak
      zawsze, gra Lyncha z podswiadomoscia czlowieka. Cos jest takiego w jego
      filmach, ze podczas gdy w horrorach nie przeraza nawet najokropniejsze
      stworzenie, u Lyncha wystarczy, ze zobacze usmiech staruszki i pusty pokoj z
      otwartymi drzwiami, a juz boje sie wracac z kina do domu... Boje sie wlasnej
      wyobrazni.
    • staua Re: Vidi VII, 22.03.07, 17:40
      Poniewaz moja fascynacja Henry Jamesem trwa nieprzerwanie, w ostatni weekend uraczylam sie "The
      Golden Bowl" z Uma Thurman. Bardzo lubie ekranizacje jego powiesci, jeszcze nie trafilam na nieudana.
      Poza tym nie pisalam, ze obejrzalam "Laabirynt Pana" i nie mialam negatywnych wrazen, nie padlam z
      zachwytu, ale film uwazam za dobry. Fakt, obrzydliwosci w nim sporo, ale przeciwstawienie wyobrazni
      dziecka okropienstwom wojny jest porzadnym, choc nienowym, zabiegiem.
      Natomiast "300" - chala niesamowita...
      • mamarcela Re: Vidi VII, 22.03.07, 19:07
        Jaka koincydencja - wczoraj oglądałam "Złotą", którą to nota bene mam na dvd
        już chyba ze dwa albo trzy lata i jakos nigdy mi nie było po drodze.
        • staua Re: Vidi VII, 22.03.07, 20:23
          I co? Jak wrazenia? Mihai sie znudzil i usnal w polowie, ale ja uwielbiam te jamesowskie
          niedopowiedzenia i hipokryzje, najlepsza postacia jest Adam Verver, grany przez Nicka Nolte, zreszta w
          ksiazce tez najciekawsza postac.
          • eeela Re: Vidi VII, 12.04.07, 15:08
            Mnie ten film wkurzyl, i wole go w ogole nie pamietac, zeby nie miec zalu do
            swojej ukochanej Umy. Tandetny jakis mi sie zdal, nudnawy. Wiele wiecej
            powiedziec nie jestem w stanie, bo widzialam go ze 4 lata temu, a mam te przykra
            przypadlosc, ze jak mi sie cos nie podoba, strasznie szybko to zapominam.
    • braineater Last King of Scotland 10.04.07, 17:55
      szukarka nie wykazuje, więc recenzuję.
      A recenzuję, że film cąłkiem niezły, choć z początku podśmierduje kiczem etnograficznym z gatunku dicovery/national geographic + matkoteresizm wcielony. Ale to na szczęście szybko się kończy, bo na scenę wkracza bestia, czyli Idi Amin Dada i kończy się sielanka o ratowaniu popuchniętych dzieciaków i matek w 78 ciąży ( a sygnałem zmiany klimatu i za to psze państwa oklaski, jest muzyka, która z rzewnych afro-zawodzeń, zostaje zmieniona na jeden z najlepszych kawałków lat 70, czyli 'Theme de Yo-Yo' Art Ensemble of Chicago, a jest to kawałek, który niezależnie od nastroju po prostu zawsze urywa uep.)
      I jest tak, że Whitaker znowu gra jak zawsze, czyli ograniczając się do trzech min i opadniętego oczka, bardzo mocno przypominając samego siebie jako naspidowanego paranoika i obłakańca z Inwazji Porywaczy Ciał by Abel Ferrara. I w tym wypadku to wystarcza, bo tymi własnie nielicznymi zmianami mimiki i szaleńczymi napadami rechotu niczym Amadeusz u Formana przez całe dwie godziny filmu udaje mu się wzbudzać naprawdę masakryczny klimat grozy. Jest potworem nawet jak jest rozbawiony (a może wtedy nawet bardziej), jest wcielonym koszmarem w temacie 'spotkałem takiego miłego kolesia i wszystko by było dobrze, tylko to psychol jakiś jest' A przy tym, mimo całego prostactwa model Endrju Leper jest przy tym obłędnie skuteczny i maksymalnie skoncentrowany na osiąganiu własnych celów.
      Postać druga, czyli doktor Garrigan, to jednak już sprawa nieco gorsza, bo gra go jakiś koszmarnie debilny pinokio a w dodatku ma twarz tak niewyjściową, że do szkoły aktorskiej to w ramach złosliwego dowcipu go chyba koledzy zapisali po tym jak go spili. Ta rola praktycznie rozłozyła by ten film i nie byłoby o czym pisać, jednak Whitaker staje na wysokości zadania i nie daje się durnemu białasowi za dużo pałętać po ekranie. Teoretycznie to niby rozterki doktorka są główna osia fabularna tego filmu, jednak sa one równie wazkie co u Cezarego Baryki i równie łatwo co Cezarego Barykę łatwo tego bęcwała zignorować.
      Rządzi Idi Amin - i w sensie filmowym i postaci głównej. Nawet krótkie wstawki z nim podnosza grozę tego filmu do stężenia raczej spotykanego w horrorach niz w politycznych agitkach (a tym ten film w sumie tylko jest). Wyrośnięty, z przygłupawym usmiechem na twarzy, wkręcający sobie (ale w oparciu o twarde dowody) krańcowa paranoję, zdolny walczyć o swoje potwór. Nie ma w nim ani jednej cechy, która dałoby się polubić ale w końcu cżłowiek choć trochę zaczyna go 'rozumieć'.
      Trochę błedów faktograficznych i historycznych, ale to w końcu holiłud, wycięte parę naprawdę smakowitych kawąłków z życiorysu prawdziwego Amina (wzywanie Eli II na pojedynek bokserski:) i historia trochę zawieszona w powietrzu pod koniec, więc co było dalej nalezy sobie doczytać. Generalnie niezły film.

      P:)
      • noida Re: Last King of Scotland 11.04.07, 09:11
        Było:
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28749&w=46140423&a=55473618
        I nie obraź się skarbie, ale sam jestem pinokio z dylematem.
        • 3promile Re: Last King of Scotland 11.04.07, 09:19
          m = ś
          ;)
        • braineater Re: Last King of Scotland 11.04.07, 09:25
          nie obrażam się:)
          co nie zmienia faktu, że niezbadany jest gust kobiecy i każde paskudztwo znajdzie swoje amatorki:)
          Opinie o tym, że chop jest straszny podtrzymuję i że gra jak drewno, w dodatku mocno przesuszone również:)

          P:)
          • noida Re: Last King of Scotland 11.04.07, 14:36
            Że jest piękny to nie zamierzam Cię przekonywać, bo trudno to o nim powiedzieć
            nawet przy najlepszych chęciach, ale że gra jak drewno to się niestety nie
            zgadzam. Gdyby grał jak drewno to ten film nie dałby się obejrzeć.
            • formaprzetrwalnikowa Re: Last King of Scotland 11.04.07, 16:05
              zgadzam sie: jest piekny i ma taki uroczy szkocki akcent.
              gra tez neizle - przypomina mi w tej roli kilku moich kolegow ze studiow.

              ps. dziekuje za przypomnienie, ze recenzowalam ten film wczesniej
          • kubissimo Re: Last King of Scotland 12.04.07, 06:41
            ej ej ej
            wygladem nie straszy, a aktorsko bardzo ok. irytujaca byla postac ktora gral,
            wiec moze imc Brejn dokonal zabiegu przeniesienia swej irytacji z postaci na
            aktora? ;)
            a dla McAvoya i tak rola zycia (so far) bedzie lekko pedofilny pan Tumnus
            z "Lwa, czarownicy i starej szafy" ;)
            • noida Re: Last King of Scotland 12.04.07, 10:20
              Też mi się zdawało, że mogło zajść to przeniesienie, ale nie chciałam się
              wychylać ;)
              • braineater Re: Last King of Scotland 12.04.07, 10:32
                Przenieśc to ja chciałem monitor jak kolejny raz na ekranie pojawiło się to coś, próbujące podrabiać akcent Caryle'go, robiące krowie oczy w każdej sytuacji - o pani dochtorowa na mnie leci (muuuuuuuuu), o idi amin chce się kolegować (muuuuuuuuu), o zona idiego na mnie leci (muuuuuuuuuuuuuuu), o minister zdrowia jest be (muuuuuuuuuuuuuuuu), o musze uciekać (muuuuuuuuuuuuuuuuu).
                Taka szkocka Mućka czy inna krasula, nawet ten biedny strzelony na poczatku filmu bawół byłby bardziej przekonujący w odgrywaniu tych rozterek.
                Pan aktór grający dochtora jest po prostu koszmarem.

                P:)
                • noida Re: Last King of Scotland 12.04.07, 13:11
                  Nie masz racji niestety, ale nie pamiętam już tak dobrze filmu (widziałam go ze
                  3 m-ce temu), żeby się podeprzeć konkretnymi przykładami. Niczyjego akcentu
                  podrabiać nie próbował, już nie miałeś się do czego przyczepić, a krowich oczu
                  nie robił wcale w każdej scenie.
                  Myślałam, że osiągnęliśmy kompromis, ale widzę, że jednak będziesz się upierał :-p
                • nienietoperz Re: Last King of Scotland 12.04.07, 14:03
                  Dr Garrigan nie byl moze swietny, ale na pewno nie byl fatalny. Mnie irytowal
                  wylacznie absurdalny watek romansowy, robiacy z Garrigana, z zony Amina, a
                  przede wszystkim z widzow kompletnych idiotow.
                  Caly film z boskim Forrestem W. oczywiscie swietny.

                  Uklony,

                  NN
                • kubissimo Re: Last King of Scotland 12.04.07, 14:47
                  ciekawe. takich reakcji nie budzi we mnie nawet Tom Hanks, ani Nicolas Cage,
                  ktorego nienawidze jak psa :)

                  nic nie rozumiem, ale stosujac sie do forumowych standardow sklonny jestem
                  przypuszczac, ze Ty mu po prostu zazdroscisz i stad w Tobie tyle jadu ;)))
                  • braineater Re: Last King of Scotland 12.04.07, 14:53
                    jaki znowu reakcji - rzetelna, obiektywna, aemocjonalna ocena:)
                    Reakcje to będzie okazja zobac zyć, jak znowu swa obecnością jakiś fajny film s..doli Kajak Reeves, bo w tym wypadku wychodzą z nerw jak pies pawłowa.

                    P:)
                    • mamarcela braineatera niektóre recenzje filmowe 12.04.07, 17:16
                      bandzie anegdota o niejakim Mareczku. Mareczek teraz to jest dochtur ordynatur i
                      ginekolog na dodatek, ale wtedy był chłopięciem w górnych klasach szkoły
                      podstawowej. I tenże Mareczek miał zadane (jako i reszta klasy) nauczyć się na
                      pamięć wiersza, którego pierwsza zwrotka brzmiała (do dziś pamiętam i nikagda
                      nie zapomnę): "Haziajka adnażdy z bazara priszła. Haziajka z bazara damoj
                      priniesła: kartoszky, kapustu, markowku, garoch, pietruszku i swiokłu, och".
                      Mareczek wyszedł byl na środek, szurnął nóżką l zaczął. Przed uszami duszy mojej
                      ciągle słyszę sposób w jaki to wyrecytował i żałuję, że wy nie słyszycie. W
                      każdym razie mówił to jak Majakowskiego skrzyżowanego z Broniewskim, z akcentem
                      jak Łapicki w kronikach filmowych z lat 40-50 i z błyskiem w oku, o jaki
                      podejrzewam młodego Osterwę. Jego garoch i och rżnęły karabinem w bruk ulicy.
                      Niestety nie dane mu było skończyć, bo już po pierwszej zwrotce zagłuszyły go
                      salwy śmiechu młodzieży (nie)socjalistycznej, a pani rusycystka wybiegła z klasy
                      w niewiadomym kierunku.
                      Otóż recytacja Mareczka przypomniała mi się, kiedy czytałam powyższa recenzję
                      Brajana. Nałamał tych krzeseł, nałamał i to niby bez emocji było.:)

                      a teraz mnie zabijcie.
                      • braineater Re: braineatera niektóre recenzje filmowe 12.04.07, 17:37
                        i teraz sie ze mnie Promil smieje, sfinia krziżacka...

                        P:)
                        • noida Re: braineatera niektóre recenzje filmowe 12.04.07, 18:03
                          Trzeba się było poddać od razu, Pinokio :)
                          • braineater Re: braineatera niektóre recenzje filmowe 12.04.07, 18:06
                            Et Tu, Noide?
                            To teraz jeszce do kompletu brakuje tylko Jottki na obcasach i z pejczykiem...

                            <nikmieniekocha....>
                            • kubissimo Re: braineatera niektóre recenzje filmowe 12.04.07, 18:20
                              chich, pojdziesz jesc robaki? ;)
                              • braineater Re: braineatera niektóre recenzje filmowe 12.04.07, 18:21
                                nie, udrapuję się w szaty nierozumianego Krytyka i pójde wołać na puszczy.
                                :)

                                P:)
    • eeela el callejon de los milagros 12.04.07, 12:41
      Nie czytalam powiesci, na podstawie ktorej powstal film. Powiesc miala miejsce
      w latach 40 w Egipcie, a film zawedrowal do lat 90 do Meksyku. Akcja podzielona
      na trzy odcinki, na perspektywe trzech osob - ale daleko temu do Rashomona, bo
      to nie jedna historia, a trzy, toczace sie wokol siebie. Rutillo - podstarzaly
      wlasciciel kantyny z niechciana, a wciaz milujaca go zona, folgujacy swoim
      ciagotom w strone mlodych, slicznych chlopcow. Almita - o oszalamiajacym
      dziewczecym wdzieku, naiwna i szukajaca sama nie wiedzac czego. I Susanita -
      stara panna o czarnych zebach, wrozaca sobie z kart nadchodzaca namietnosc.

      Film jest pewnie naiwny, pewnie dlatego sie nim tak przejelam. Reakcje ludzi sa
      proste, malo tam filozofii. Raczej studium calkowicie zwyklych, przecietnych
      ludzi z nizin spolecznych. Bardzo wzruszajace studium.
      • noida Re: el callejon de los milagros 12.04.07, 13:03
        Wiesz co, ja pisałam pracę magisterską o kinie meksykańskim (której zresztą nie
        skończyłam) i widziałam ten film. I wzruszyć to się nim w ogóle nie wzruszyłam,
        ale rzeczywiście na tle innych produkcji nawet nie wypadał tak źle. Ale ja mam
        spaczone podejście, bo jak słyszę hasło "film meksykański" to mam ochotę uciec z
        wrzaskiem.
        Natomiast czy oni tacy rzeczywiście byli zwykli i przeciętni to nie byłabym
        przekonana. Najsmutniejsza historia była moim zdaniem o matce Almy, która
        myślała, że jubiler wysłał jej klejonty...
        • eeela Re: el callejon de los milagros 12.04.07, 13:34
          No, rozumiem, po takich urazach ;-)

          Mnie ogolnie latwo wzruszaja ludzkie losy. Naleze do tych bab, co placza na
          filmach i przy ksiazkach.
          • noida Re: el callejon de los milagros 12.04.07, 13:48
            Ja też płaczę. Nawyraźniej przy wszystkim, co nie jest kinem meksykańskim ;)
            A widziałaś Matando Cabos? Albo Sexo, pudor i lagrimas? Voces Inocentes? Crimen
            del padre Amaro? To są te nieliczne, które mi się nawet podobały...
            • eeela Re: el callejon de los milagros 12.04.07, 15:05
              Zadnego z wymienionych jak dotad, ale dzieki za liste, podsune ja osobistemu do
              spiracenia ;-)
              • daria13 Re: el callejon de los milagros 17.04.07, 16:07
                Z góry przepraszam, jeśli już było, ale chcę się podzielić. Obejrzałam w ten
                weekend trzy niezłe filmy, przy czym jeden co najmniej na 5+. Little miss
                sunshine, czyli Mała Miss. Cudownie gorzka komedia, galeria totalnych frików,
                masakra w finale (masakra w sensie totalnej karykatury wyborów dziecięcej mis,
                a może nie karykatury, tylko amerykańskiej rzeczywistości), kilka niegłupich
                mysli i ogólnie pyszna, acz jak juz mówiłam, gorzka zabawa.
                Drugi film też na 5 to Notatki ze skandalu, kawał dobrego aktorskiego kina,
                duet Dench i Blanchett naprawdę w rewelacyjnej formie (Kasia B.jest
                olśniewająco piękna). Polecam szczerze. Na koniec pokręcone Śniadanie na
                Plutonie. Nie wiem, jaką wystawić ocenę, bo dla mnie film trochę nie wiadomo o
                czym, ale dobrze zagrany (rola życia głownego bohatera, nazwiska nie pomnę, ale
                gość coraz częściej gości na ekranach).Generalnie podobał mi sie, ale nie
                całkiem bez zastrzeżeń. Ciekawa jestem Waszych opinii, jeśli ktoś widział.
                Pozdrawia i polecam się:)
                • carmody Re: el callejon de los milagros 17.04.07, 16:49
                  O "Little Miss Sunshine":

                  daria13 napisała:

                  >Little miss sunshine, czyli Mała Miss. Cudownie gorzka komedia, galeria
                  >totalnych frików, masakra w finale (masakra w sensie totalnej karykatury
                  >wyborów dziecięcej mis, a może nie karykatury, tylko amerykańskiej
                  >rzeczywistości), kilka niegłupich mysli i ogólnie pyszna, acz jak juz mówiłam,
                  >gorzka zabawa.

                  Jak się zbierałem do obejrzenia tego filmu, to wydawało mi się, że będzie on
                  traktował o posranej rodzince nakręcającej schizę swojemu dziecku, kandydatce na
                  małą miss. Kiedy już film zapoznał mnie z jego bohaterami, nie było to już takie
                  jasne - nie mamy bowiem do czynienia z naćpanymi american dream hipokrytami z
                  klasy średniej, ani ogłupionymi telewizją i brangelinami/hiltonami white
                  trashami. Mamy klasę średnią, ale taką która nękana jest przez ważkie, choć
                  potraktowane nieco stereotypowo i pobieżnie problemy. Głowa rodziny próbuje
                  osiągnąć sukces na rynku poradników i programów motywujących do osiągnięcia
                  sukcesu. Nastoletni syn o emo wyglądzie, zaczytany w Nietzschem marzy o karierze
                  pilota wojskowego. Nic nie mówi, bo złożył śluby milczenia mające go zobligować
                  do zdania do akademii wojskowej. Sprośny dziadek kokainista próbujący na starość
                  odbić sobie lata stracone na statecznym, przykładnym życiu. Wujek, największy w
                  USA badacz twórczości Prousta, próbuje wrócić do życia po nieudanej próbie
                  samobójczej będącej wynikiem zawodu miłosnego - jego rywal z uniwersytetu odbił
                  mu chłopaka, jego studenta. Nad wszystkim musi zapanować mama, która nie widzi
                  nic złego w karmieniu rodziny fast-foodowym kurczakiem. No i mała mis -
                  zwyczajna dziewczynka z lekką nadwagą i grubymi brylami. I to jest najmocniejsza
                  strona filmu - ciekawi bohaterowie, charakterni. Wielka w tym zasługa aktorów
                  (najbardziej: Alan Arkin w roli dziadka, Toni Collette jako mama i niejaki Steve
                  Carell jak gej wykształciuch). Niestety po jakimś czasie okazuje się, że reżyser
                  nie ma pomysłu, co z nimi zrobić. Urządza im więc gagi typu National Lampoon,
                  czasem polewając gorzkim sosem. I jakieś takie niemrawe zakończenie - ani
                  zaskakujące, ani błyskotliwe, ot takie tam. Choć w tym zakończeniu jest coś, co
                  sprawia, że czujemy się dobrze, że towarzyszyliśmy im przez ostatnią godzinę.
                  Przeważa ono nie tylko o sympatii do rodzinki, ale i do całego filmu.
                  W skórcie: fajne charaktery, dobre aktorstwo i zmarnowany potencjał tym
                  dżemiący, choć i tak sympatycznie jakoś.
                • carmody Re: el callejon de los milagros 17.04.07, 16:54
                  O "Little Miss Sunshine":

                  daria13 napisała:

                  >Little miss sunshine, czyli Mała Miss. Cudownie gorzka komedia, galeria
                  >totalnych frików, masakra w finale (masakra w sensie totalnej karykatury
                  >wyborów dziecięcej mis, a może nie karykatury, tylko amerykańskiej
                  >rzeczywistości), kilka niegłupich mysli i ogólnie pyszna, acz jak juz mówiłam,
                  >gorzka zabawa.

                  Jak się zbierałem do obejrzenia tego filmu, to wydawało mi się, że będzie on
                  traktował o posranej rodzince nakręcającej schizę swojemu dziecku, kandydatce na
                  małą miss. Kiedy film zapoznał mnie z jego bohaterami, nie było to takie
                  jasne - nie mamy bowiem do czynienia z naćpanymi american dream hipokrytami z
                  klasy średniej, ani ogłupionymi telewizją i brangelinami/hiltonami white
                  trashami. Mamy klasę średnią, ale taką która nękana jest przez ważkie, choć
                  potraktowane nieco stereotypowo i pobieżnie problemy. Głowa rodziny próbuje
                  osiągnąć sukces na rynku poradników i programów motywujących do osiągnięcia
                  sukcesu. Nastoletni syn o emo wyglądzie, zaczytany w Nietzschem marzy o karierze
                  pilota wojskowego. Nic nie mówi, bo złożył śluby milczenia mające go zobligować
                  do zdania do akademii wojskowej. Sprośny dziadek kokainista próbujący na starość
                  odbić sobie lata stracone na statecznym, przykładnym życiu. Wujek, największy w
                  USA badacz twórczości Prousta, próbuje wrócić do życia po nieudanej próbie
                  samobójczej będącej wynikiem zawodu miłosnego - jego rywal z uniwersytetu odbił
                  mu chłopaka, jego studenta. Nad wszystkim musi zapanować mama, która nie widzi
                  nic złego w karmieniu rodziny fast-foodowym kurczakiem. No i mała mis -
                  zwyczajna dziewczynka z lekką nadwagą i grubymi brylami. I to jest najmocniejsza
                  strona filmu - ciekawi bohaterowie, charakterni. Wielka w tym zasługa aktorów
                  (najbardziej: Alan Arkin w roli dziadka, Toni Collette jako mama i niejaki Steve
                  Carell jak gej wykształciuch). Zaznaczyć trzeba jeszcze, że wbrew moim domysłom
                  rodzinka ma bardzo zdrowy stosunek do konkursu "Mała Miss".
                  Niestety po jakimś czasie okazuje się, że reżyser nie ma pomysłu, co z nimi
                  zrobić. Urządza im więc gagi typu National Lampoon, czasem polewając gorzkim
                  sosem. I jakieś takie niemrawe zakończenie - ani zaskakujące, ani błyskotliwe,
                  ot takie tam. Choć w tym zakończeniu jest coś, co sprawia, że czujemy się
                  dobrze, że towarzyszyliśmy im przez ostatnią godzinę. Przeważa ono nie tylko o
                  sympatii do rodzinki, ale i do całego filmu.
                  W skórcie: fajne charaktery, dobre aktorstwo i zmarnowany potencjał tym
                  dżemiący, choć i tak sympatycznie jakoś.
                  • braineater Re: el callejon de los milagros 17.04.07, 17:27
                    Ostatnia scena po prostu kupuje jak dla mnie ten film w całości. To co dziewczynka robi w trakcie konkursu faktycznie pozwala zapomnieć, że w scenariuszu sa dziury typu Wielki Kanion.
                    A dziadek rzadzi po całości, szczególnie w akcjach opowiadania o Domu spokojnej Starości.

                    P:)
                    • noida Re: el callejon de los milagros 17.04.07, 18:32
                      Ja to się zastanawiam, jakim cudem nikt nie sprawdził, co to za układ muzyczny
                      dziadziuś ćwiczy z wnusią... Od początku mi się wydawało, że chyba nie jakiś
                      normalny...
                      Zakończenie jest świetne, a zwłaszcza mnie ubawiło oburzenie tych paniuś, że oto
                      dziewczynka się tak brzydko zachowuje! a ona robi to samo co wszyscy, czyli
                      parodiuje dorosłych.
                      Film był przyjemny, chociaż nie wybitny i w sumie znów nie wiem, dlaczego dostał
                      tyle nominacji i tak dalej. Albo jest to jakaś wybitnie antyamerykańska rzecz,
                      albo w USA robią naprawdę słabe kino ;)

                      A co do mamusi karmiącej rodzinę fastfoodem- mnie się zdaje, że to 100% norma
                      jest. W końcu to kraj, gdzie wodę na herbatę podgrzewa się w mikrofali...
                • noida Re: el callejon de los milagros 17.04.07, 18:37
                  Cillian Murphy się nazywa i należy zapamiętać to nazwisko, bo to jeden ze
                  zdolniejszych młodych aktorów obecnie, a przy tym mocno wybredny, jeśli chodzi o
                  reperturar. Dzięki temu udaje mu się uniknąć grania w superprodukcjach typu
                  zabili go i uciekł, chociaż zagrał ostatnio w "W stronę słońca", który nieco pod
                  tę kategorię podpada. A wygląd ma taki, że aż się prosi go obsadzić w jakiejś
                  komedii romantycznej w stylu lukrowatym aż do bólu zębów. Jakim cudem mu się
                  udało nie wpaść w te utarte szlaki, to nie wiem.

                  A jeśli chcesz zobaczyć naprawdę świetny film z jego udziałem, to wypożycz sobie
                  "Wiatr buszujący w jęczmieniu", genialne kino Kena Loacha, pokazujące początki IRA.
                  • nienietoperz Re: el callejon de los milagros 17.04.07, 22:44
                    Za jednym razem o wielu tematach wyzej:
                    Little Miss Sunshine widziana prawie rok temu na festiwalu w Burgu, kino bardzo
                    przyjemne i tylko chwilami przesentymentalizowane. Zdecydowanie moim faworytem
                    byl Potencjalny Pilot z kartka 'Go Hug Mom'. Z rozmowy z autorami zapamietalem
                    glownie to, jak opowiadali, ze dziewczynka do roli glownej zostala wybrana dosc
                    wczesnie (bodaj 2 lata przed realizacja filmu), i glowna obawa bylo to, ze nie
                    uda im sie zebrac pieniedzy zanim strasznie wyrosnie...

                    Notes on a Scandal widziane ostatnio, pelna (i nie do konca spodziewana)
                    rewelacja. Swietne zdjecia, Blanchettka jeszcze piekniejsza niz zwykle, Dench
                    porazajaco autentyczna, wszystkie postacie zreszta pokazane z pomyslem i klasa.
                    Ani momentu na nude czy dluzyzne. A juz Cate w wersji kociej a la Siouxie
                    Sioux... Palce lizac. Czytal moze ktos ksiazke mademoiselle Heller?


                    'The wind that shakes the barley' byl wielkim rozczarowaniem. Zrehabilitowal
                    sie ciut pod koniec, ale w calosci spodziewalem sie po Loachu i po tematyce
                    znacznie wiecej. Szklane oczy Cilliana Murphy az prosza sie do obsadzenia w
                    roli krwiozerczego androida, musi tylko sie chlopak pozbyc wzruszonej miny...

                    Z uklonami,
                    NN
                    • noida Re: el callejon de los milagros 18.04.07, 09:36
                      A mnie się "Wind" podobał. To było bardzo spokojne kino, taka saga trochę,
                      bardzo literackie. Ja się nie spodziewałam niczego, więc może dlatego się nie
                      rozczarowałam...
                      A co do szklanych oczu masz rację ;)
                    • staua Re: el callejon de los milagros 01.05.07, 03:22
                      "Notes on a Scandal" rzeczywiscie fantastyczny. Obejrzalam dzisiaj, swietne kino, Judi Dench jeszcze
                      raz udowodnila, ze jest swietna aktorka, Kate Blanchett jej nie ustepuje, calosc - rewelacja. Dlugo bede
                      ten film pamietac.
    • kubissimo Parę osób, mały czas 04.05.07, 09:34
      obejrzane wczoraj. niestety entuzjastyczne recenzje sporo na wyrost :/
      film jest tak naprawde zlepkiem scenek, ktore mozna potraktowac jako ciekawe
      zadanie aktorskie, ale nie wylania sie z tego zadna konkretna calosc, no chyba
      ze za glowny cel powstania filmu uznamy chec pokazania tego, ze artysci czesto
      bywaja egocentrykami oderwanymi od rzeczywistosci (jakze to oryginalne, nespa?)

      na liscie płac kwiat polskiego aktorstwa i oczywiscie milo ich zobaczyc w
      filmie, ktory nie budzi poczucia zenady (piję do pierwszego odcinka "Dylematu
      5"), do tego smiesznie zobaczyc Jande, ktora wyjatkowo gra z manierą Mai
      Komorowskiej, ale caly czas nie do konca wiem, po co ten film powstal :/
      • kubissimo Re: Parę osób, mały czas 04.05.07, 09:36
        pe.es
        ogladajac ten film zastanawialem sie, czy w naszych czasach blizej nam do
        sytuacji, kiedy w szkolach zacznie sie mowic glosno o tym, ze niektorzy polscy
        tworcy byli gejami, czy moze predzej wypadna oni z programu szkoly, bo przeciez
        byli pederastami (ukochane okreslenie LPRu & co)?
      • mamarcela Re: Parę osób, mały czas 04.05.07, 09:56
        Ja się do tego filmu przymierzam jak do jeża, bo z jednej strony strasznie mnie
        kusi, a z drugiej boję sie - Janda z manierą jak "Baja" Komorowska to chyba
        dawka śmiertelna dla mnie biednej:)
        Kusi mnie ten film także ze względu na postać Jadwigi Stańczakowej, na której
        poezje natrafiłam dawno temu usiłując zrozumieć świat ludzi niewidzących. Kusi
        mnie więc pytanie, jak z tym poradzili sobie twórcy filmu, ale prawda jest, że
        ludzie widzący nie są w stanie tego ocenić, bo to jest kompletnie inny świat.
        Pewnie skończy sie tak, że będę go oglądać na dvd, cofając co chwila i
        opowiadając scenę po scenie mojej niewidomej przyjaciółce, coby ona wyraziła
        swoje zdanie.
        • kubissimo Re: Parę osób, mały czas 04.05.07, 10:16
          to chyba nie polecam tego filmu
          Tu chodzi o relacje Miron - Jadwiga, a "slepa sekrtarka" jest potraktowana li i
          jedynie jako dodatkowy smaczek. Natomiast sam film w ogole nie dotyka kwestii
          swiata ludzi niewidomych. co najwyzej pokazuje doswiadczenia dermooptyczne, w
          ktorych Stanczakowa brala udzial
      • noida Re: Parę osób, mały czas 04.05.07, 11:58
        A mnie się ten film podobał, głównie ze względu na świetnie zarysowane tło
        obyczajowe. Janda jest dobra, Hudziak jest dobry, a z biografiami to trochę jest
        tak, że one powstają po to, żeby pokazać czyjeś życie, a nie, żeby się z tego
        życia czegoś nauczyć. Tak przynajmniej jest zazwyczaj.
        Taka spokojna, kameralna historia popołudniowa. Nie powiem, żeby to było jakieś
        cudo, ale naprawdę przyzwoita rzecz. W zalewie totalnie negatywnych koszmarów ze
        Śląska zdecydowanie miła odmiana.
        • kubissimo Re: Parę osób, mały czas 04.05.07, 21:15
          jakie negatywne koszmary ze Śląska? "Angelusa" sobie obejrzyj (a nawet
          ogladnij) to przestaniesz widziec ujemne minusy ;)

          a biografie (jak chyba wszystkie filmy) powinny powstawac, zeby cos pokazac.
          Bardzo cenie, te ktore niebalnie pokazuja niebanalny zyciorys (jak chociazby w
          znakomitej "Iris"), albo subiektywna wizje czyjegos zycia
          ("Nizynski", "Wojaczek", czy seria biografii kreconych przez Kena Russella).
          A Baranskiemu wyszly realistyczne obrazki, nieszczegolnie o czyms, ktore nie
          skladaja sie w spojna calosc. Do tego obrazki sa krecone w konwencji 'reality'.
          Taki Big Brother z yntelektualystami w rolach glownych. Brakowalo tylko
          przyznawania plusow i minusow ;)
          • noida Re: Parę osób, mały czas 09.05.07, 15:37
            Jeden Angelus wiosny nie czyni. Ty sobie za to oglądnij "Z odzysku", "Odę do
            radości" czy "Doskonałe popołudnie" , to przestaniesz widzieć dodatnie plusy.
            Możesz jeszcze sobie na dokładkę dorzucić "Drogę Molly", która chociaż nie
            polska, świetnie się wpisuje w nurt "na Śląsku życie jest smutne i ponure".

            Nie wiem, moim zdaniem biografie powstają po to, żeby przybliżyć nam jakąś
            postać. Są tylko takim podrażnieniem, które ma nas zazwyczaj zmusić do
            poczytania sobie więcej o danym autorze czy muzyku. Subiektywne wizje czyjegoś
            życia to nie biografie, tylko subiektywne wizje. Może podobał Ci się na przykład
            "Strajk"? Subiektywna wizja reżysera nie zachwyciła obiektu tej wizji :-P

            A ja lubię realistyczne obrazki, brak jasnej puenty i codzienność w kinie. Ale
            jak ja to mogę wytłumaczyć komuś, komu się nie podobało "Między słowami"... No
            po prostu nie da się.
    • noida "Moje życie beze mnie" Coitex 04.05.07, 15:13
      Wcześniejszy chronologicznie od "Życia ukrytego w słowach" jest jakby wprawką na
      temat. Warto go zobaczyć, chociażby dla Marka Ruffalo, który gra rolę zupełnie
      nie holiłudzką, a bardzo ciekawą. Coraz bardziej lubię tę panią reżyser. Ma oko
      do podpatrywania zwyczajnych ludzi i ich zwyczajnych zmartwień. A przy tym jej
      filmy mają jakąś pozytywną energię. Opowiadają o rzeczach smutnych, ale dają
      nadzieję. Lubię takie rzeczy. Nie ckliwe i nie przesłodzone. Kawałek
      przyzwoitego kina.
      • staua Re: "Moje życie beze mnie" Coitex 04.05.07, 16:02
        Mark Ruffalo jest niezly - zaczelam go zauwazac w drugoplanowych rolach, a
        teraz na niego poluje :-)
    • kubissimo stranger than fiction 09.05.07, 14:27
      czyli "Przypadek Harolda Cricka" (kocham polskie tlumaczenia tytulow)
      film zaczyna sie dobrze, potem robi sie swietnie, zeby na samym koncu z glosnym
      PLASK spasc na bruk. rozumiem, ze tego chciala konwencja, ale mimo to szkoda,
      bo film wzial to, co dobre z THE TRUMAN SHOW i ADAPTACJI i summa summarum mogl
      byc dobry do samego konca

      niedostatki lagodza boska Emma Thompson, urocza Maggie Gyllenhaal i niezly Will
      Ferrel (na drugim planie Dustin Hoffman i Queen Latifah)
      • noida Re: stranger than fiction 09.05.07, 15:25
        Ale dlaczego zrobił plask Twoim zdaniem? Dlatego, że nie skończył się jak pisana
        przez Thompson książka? Moim zdaniem takie było właśnie przesłanie filmu- że
        życie to nie literatura i to, co uchodzi w powieści, w życiu przechodzi bez
        echa. Nie chcę tutaj robić spojlerów, ale wydaje mi się, że takie zakończenie,
        jakie ona dała, jest świetną puentą powieści, ale nie życia człowieka, ponieważ
        życie człowieka nie ma zazwyczaj czytelników, którzy mogliby takie zakończenie
        docenić.
    • kubissimo La Môme 26.05.07, 00:44
      czyli jak chciał polski dystrybutor: Niczego nie żałuję - Edith Piaf
      (najbardziej podoba mi sie to dodanie, ze to Piaf, TA Piaf)

      obejrzane z małym poślizgiem, ale i tak sie pdobalo, nie mowiac o tym, ze z
      biografi paryskiego wrobelka to ja znalem moze 5%, a teraz juz tak jakby troche
      wiecej ;)
      film sam w sobie bardzo nierowny. wiekszosc koncepcji rezysera jest dla mnie
      niejasne (a co gorsza mam wrazenie, ze niejasne były również dla niego),
      nadmierna liczba watkow mozna by obdzielic kilka filmow, a calosc jest troche
      za dluga. ale to wszystko i tak pikus, bo wszystkie minusy ujemne wynagradza
      Marion Cotillard. absolutnie genialna, swietnie ucharakteryzowana, a jeszcze
      lepiej grajaca.
      uwielbiam ta aktorke od czasu "Jeux d'enfants", ale tu doslownie wychodzi z
      siebie i staje obok. i to kilka razy ;))))
      bardzo mi sie podobal komentarz jednej z pan opuszczajacych kino: "szkoda jej,
      taka mloda, a juz nic lepszego nie zagra" :)
      mam nadzieje, ze pani sie pomylila :)
    • kwiecienka1 Re: Vidi VII, 28.05.07, 03:40
      wczorajszy zwyciezca festiwalu z Cannes, czyli "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni"
      wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4181078.html
      przyznam, że ostatnio jestem trochę odklejona od rzeczywistości (hmmm, nawet
      nie trochę, a bardzo), więc nawet nie wiem czy jest w polskich kinach...
      jeśli jeszcze nie, to mam nadzieję, że może niedługo będzie
      czy ktoś z was go widział?
      może coś napisać?
      pozdrawiam
      Kwiecienka Odklejona
      • kubissimo Re: Vidi VII, 28.05.07, 09:39
        Cannes, jak i wiekszosc duzych, renomowanych festiwali, bazuje na premierach
        filmowych. tak wiec "4 miesięcy..." raczej nikt jeszcze nie widział :)
        ale pozyjemy, zobaczymy :)
        • kwiecienka1 Re: Vidi VII, 28.05.07, 15:19
          he, i na tym polega moje (chwilowe ?) odklejenie od rzeczywistosci :)
          nie kojarze podstawowych faktow...
          ale, ale -> TWAcze juz nie raz mnie zaskoczyli, wiec nie zdziwilabym sie gdyby
          nagle sie okazalo, ze ktos zalapal sie na jakis Absolutnie Wyjatkowo Premierowy
          Pokaz :)
          pozdrawiam
          Kwiecienka i Pozdrowienia z Tropikalnego Krakowa
          • staua Re: Vidi VII, 28.05.07, 15:23
            Ucieszylam sie, ze ten film wygral, bo ogladalam inny film Mungiu (Occident) i
            bardzo mi sie podobal. Ten mam nadzieje wkrotce przydybac z rumunskiej "sieci
            osiedlowej" i miec go na komputerze. Musi sie tylko pojawic.
    • kubissimo Zodiak 16.06.07, 11:28
      Fincher dalej w slabej formie. najnowszy film nie jest czysta komercja jak
      Panic Room, ale i tak nie porywa.
      przede wszystkim jest za dlugi (+/- 2,5 godziny). ja rozumiem, ze to opowiesc
      na faktach, rozciagnieta na kilkadziesiat lat i Fincher nie chcial nic z niej
      skreslac, ale niestety film sie dluzy :/ jak po raz PIŃDZIESIĄTY zobaczylem
      napis "4 miesiace pozniej" to chcialem wyjsc z kina (zreszta niektorzy
      wychodzili). najciekawsza rzecza w calym filmie byly koncowe napisy, gdzie
      przedstawiono dalsze losy bohaterów ;)
      historia bedaca podstawa tego filmu jest naprawde intrygujaca, ale w filmie
      gdzies to sie rozmylo, a do tego film w duzej mierze jest powtorka z Siedem :/

      aktorsko tez nie porywa, a jedynym pozytywem jest Robert Downey Jr., który jako
      jedyny daje radę. Wlasciwie drugim (i ostatnim) plusem jest muzyka. Wlasnie
      sobie slucham plyty i jest naprawde dobra :)

      zastanawia mnie, ze kolejny raz jest to wylacznie film o facetach, a kobiety sa
      li i jedynie trzecim planem (jedynym wyjatkiem byly tu Panic Room i Alien, w
      których i tak glowne bohaterki byly bardzo męskie). a do tego oczywiscie
      wszyscy panowie sa obrzydliwie przystojni (Gyllenhaal, Downey Jr., Ruffalo,
      Mulroney). trademark Finchera, czy moze ukryte pragnienia? ;)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka