prawdziwyanna_maria1980
24.02.08, 15:56
Pewnie nikt tego nie przeczyta ale muszę się wygadać i niestety nie ma komu
więc klawisze kompa przyjmą to wszystko...
i najgorsze, że nie wiem od czego to wszystko rozpocząć....
Leżę w szpitalu i mam tu dużo czasu na przemyślenia o swoim życiu o tym co
sie w nim dzieje i działo. Czym jest miłość, czym jest przyjaźń i co w życiu
ma sens. Kiedyś wydawaLo mi się, że mam szczęśliwe dzieciństwo i nagle bum
okazało się, że jestem chora, nikt nie wiedział tak do końca co mi jest.
Musiałam szybko dorosnąć iżyć dalej Rodzina nie chowała mnie przez to pod
kloszem a stawiała jeszcze wyższe poprzeczki bym wszystkim pokazała na co mnie
stać. Wokół miałam masę znajomych koleżanek i kolegów.
Potem liceum, studia praca i nagle pogorszenie stanu zdrowia. Załamanie
kompletne. Nagle jak grom spadła na mnie miłość, poznałam wspaniałego chłopka,
któremu nie przeszkadzała moja choroba, chciał być ze mną i opiekować się mną.
Było wspaniale kończyłam zaocznie studia, pracowałam i byliśmy szczęśliwi.
Niestety po dwóch latach nagle mu się coś odmieniło choroba stanowiła dla
niego coraz większy problem, były ciągłe kłótnie, że nie mam siły iść na
imprezę po całym tygodniu ciężkiej pracy (a on siedział w domu, bo żadna praca
mu nie odpowiadała)więc ja nadal pracowałam za dwóch. BYłam coraz słabsza i
nie miałam już żadnego oparcia w nim a wręćz czułam się terroryzowana
psychicznie ale bałam się odejść, bałam się samotności. Za jego namową
pojechałam do sanatorium by odpocząć i sie podleczyć, jak twierdził dla
naszego dobra. Niestety jak wyjechałam to on zaczął poznawać inne kobiety i
bawić się doskonale i nie obchodziło go co jest ze mną. Po powrocie było
jeszcze gorzej, codzienne awantury i jego wyjazdy na całe weekendy. BYłam
wykończona w końcu znajomi nie wytrzymali spakowali moje rzeczy i podjeli
decyzje za mnie. Pomogli znaleźć mieszkanie i odciąć sie od tego człowieka, z
którym byłam 5 lat. Długo nie mogłam się pozbierać po tym wszystkim a niestety
nie było to obojętne dla mojego zdrowia. Ale dopiero będąc z dala od tego
człowieka zobaczyłam w czym tkwiłam i jak byłam słaba. Próbowałam się później
z kmś związać niestety nie potrafiłam, w każdy widziałam jego i strach mnie
paraliżował. MOje zdrowie bardzo sie pogorszyło. Niedawno po 3 latach
odważyłam się zaufać mężczyźnie i to kolejny błąd w moim zyciu... na początku
było słodko miło i choroba nie przeszkadzała, niestety to były wszystko
kłamstwa , szybko sie mu znudziło, teraz ja leżę w szpitalu a on doskonale sie
bawi i nawet nie potrafi spojrzeć mi w oczy czy choćby zadzwonić i zapytać się
o zdrowie. Leżę tu w szpitalu sama jak palec, znajomi mają swoje zycie i
przypominają sobie o mnie tylko jak oni coś potrzebują.... Niedawno chciałam
już przerwać leczenie bo po co dla kogo to wszystko.... Czy na tym świecie są
jeszcze ludzie którzy potrafią naprawdę kochać, zyc dla kogos bezinteresownie
? Coraz częściej myslę że to juz nie ma sensu, osoba chora nie ma prawa do
miłości, do szczęścia.... W życiu zawsze stawiałam sobie wysoko poprzeczkę i
starałam się ja pokonywać. A teraz leżę tutaj i czuję się bezradna.... 28
letnia Poznanianka :-(