umathurman
18.04.09, 09:23
Wczoraj przywiozłam motor z Olsztyna do 3miasta (a właściwie kolega mi
przywiózł, bo nie podołałabym 200 km na pierwszy rzut).
Motor od taty, prawie 30letni, ale na chodzie, nie psujący się, lekko cieknący
olejem.
Pojechaliśmy od razu do zaufanego mechanika pogadać o tym oleju i innych
pierdołach (jakiś czujnik, jakaś lampka, jakieś łożysko).
Mechanik wpisał nas na listę za 2 tygodnie (!!!) i zmartwił mnie informacją o
konieczności honowania głowicy - koszt łączny wszystkiego ok 1,5 tys zł. No
ale trudno. Motor darowany, więc zainwestuję w naprawę.
Ale przez te 2 tygodnie miałam sobie pojeździć do pracy, oswoić się ze
sprzętem, poćwiczyć jazdę w korkach itp.
No i generalnie pierwsza jazda po mieście zakończyła się megastresem, bo motor
kilka razy zgasł mi na dużej ulicy, kierowca autobusu mnie zbeształ i kazał
sobie "kupić rower, bo ludzi pozabijam".
Suma sumarum okazało się, że gasł, bo zabrakło benzyny ;P
Druga jazda wieczorna zakończyła się kompletnym fiaskiem, motor gaśnie na
luzie, obroty szaleją, nie da rady 100 metrów przejechać.
Musiałam go zostawić na stacji benzynowej nieopodal domu, bo pod blok nie
dałam rady dojechać.
Załamka, motor chyba miał wczoraj ostatnie tchnienie przed tym zaplanowanym
remontem. I jeszcze się z ojcem pokłóciłam i dowiedziałam się, że on 7 lat nim
jeździł bez większych awarii, a ja ledwo tknęłam to zepsułam.
A mnie przewiało plecy i dziś ledwo chodzę.
Ha ha. Pewnie nie przebiję tej laski, co miała dzwona po 200 metrach ale też
nieźle wyszło, nie? ;)