Dodaj do ulubionych

WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!!

31.10.05, 22:53
Mój syn jest w III kl podstawówki. Jego wychowawczyni na początku I kl
wydawała się być cudowną kobietą i wszyscy rodzice cieszyli się, ze trafiła
się taka "prawdziwa" nauczycielka z powołania. Z czasem jednak zaczęły mi
przeszkadzać pewne rzeczy, które teraz po prostu doprowadzają mnie do szału!
Pani organizuje mnóstwo wycieczek (teatr, muzeum, filcharmonia, wystawy,
lekcje plenerowe, wyjazdy, ...kino nie, bo ogłupia, a dzieci to w ogóle
telewizji nie powinny oglądać(?)..itp.itd), w których uczestniczyć musi
kilkoro rodziców - do opieki. To samo jest z basenem. Na zebraniach
sporządzana jest lista gdzie trzeba się wpisywać, kto i kiedy idzie z dziećmi
na basen. I jest to całkowicie zrozumiałe dla mnie, jak również i to, ze
uczestniczą w tym rodzice, którym wyjścia z klasą nie kolidują z pracą (lub
ci, którzy nie pracują). Z uwagi na charakter i godziny mojej pracy nigdy nie
zgłaszam się do opieki nad dziećmi, bo uważam że nie mogę sobie na to
pozwolić a jest wielu rodziców, którzy nie pracują lub pracują na zmiany,i
zgłaszają się bez większych problemów. Pani jednak często wymusza na
rodzicach zgłoszenie się do wyjścia "bo jeszcze nie byli" lub tłumaczenia
się "na forum" czyli na zebraniu dlaczego nie mogę pomóc. Nie rozumiem z
jakiej racji mam się przed nią tłumaczyć, ze nie mogę o 10 rano iść na basen
i suszyć dziewczynkom włosy, bo mam ważne spotkanie czy coś innego!?? Kiedyś
zdażyła się taka sytuacja i powiedziałam, ze ja nie pójdę bo pracuję, to
powiedziałą, zebym wzięła urlop (!?)albo "sobie załatwiła z szefem.." No albo
ja jestem nienormalna , albo... Pracuje od 8-16, w poważnej firmie na
poważnym stanowisku i nie powiem "Sorry, jutro wyskoczę na 3-4 godzinki bo
muszę iść na wycieczkę do Zamku Królewskiego". Ja tej kobiety nie pojmuję!!

Poza tym ingeruje w życie pozaszkolne i na każdym zebraniu umoralnia nas
mówiąc o czym rozmawiać albo nie rozmawiać z dziećmi, co dzieci mają jeść i
pić (absolutnie gazowane napoje - tylko woda! Do szkoły też nie można
przynosić gazowanych napojów i słodyczy), co oglądać i o której mam gasić
dzicku światło w pokoju, żeby spało ( my mamy 1 pokój smile))...). Swego czasu
zorganizowała jakiś wyjazd integracyjny gdzie wszyscy czuli się w obowiazku
pojechać. Musieliśmy się całymi rodzinami przedstawiać, co nie jednych
wprawiło w zakłopotanie. Nie rozumiem dlaczego mam poznawać się z ludźmi,
któych nie mam ochoty poznawać bliżej!?. W I kl trójka klasowa (obecnie od 3
lat ta sama podlizująca się "grupa trzymająca władzę" ściśle związana z
wychowawczynią) kupiła zastawę stołową, bo Pani stwierdziła że dzieci muszą
uczyć się kultury i nie będą jadły na przyjęciach klasowych z tacek. Dzieci
są w III kl i co? Na każdej imprezie czy poczęstunku jedzą z tacek, bo nikomu
się nie chce zmywać naczyń. Ogólnie rzecz biorąc, siedząc na zebraniach
czasami czuję się (i nie tylko ja) jak małą dziewczynka, która czagoś nie
zrobiła i zbiera za to baty. Zawsze wydawało mi się, ze dziecko chodzi do
szkoły po to zeby się uczyć a ja chodzę na zebrania po to, zeby dowiedzieć
się jak się uczy dziecko. A tu się okazuje, ze zebrania są 3 godzinnymi
rekolekcjami na których przez 1/2 h dyskutuje się jakiego koloru mają być
serwetki na stole i kto zrobi pierogi na Boże Narodzenie. Wzajemne dzielenie
się opłatkiem w zeszłym roku doprowadziło mnie do temperatury wrzenia.
Musiałam obcałować około 40 obcych mi osób. Ale przecież nie powiem, ze nie
pójdę i uczestniczę w takich "szopkach", bo robię to TYLKO i wyłącznie dla
synka. Przykłady można by mnożyć ale nie o to chodzi...
W tym tygodniu mój syn przyszedł ze szkoły zdenerwowany, bo Pani wyskoczyła
do niego z pretensją, ze nie przyszłam na basen a byłam na liście.
Powiedziała mu że musi sobie z nami porozmawiać, bo w ogóle nie udzielamy się
z mężem w szkole (!?) Byłam w szoku! Ktoś bez mojej wiedzy wpisał moje
nazwisko na listę basenową, która wisi w szatni. Mój syn chodzi sam do szkoły
(rano odprowadzam go tylko pod bramę i pędzę do autobusu) i wraca do domu
sam. Ma prawie 10 lat i naprawdę umie już wiązać sznurowadła.Pani jednak
stwierdziła , ze rodzice muszą częśćiej przychodzić do szatni! No nie wiem po
co.???

W czwartek jest zebranie. Mam rozmowę z Panią na temat "udzielania się w
szkole". I mam dość...Powiedziałabym co o tym myślę, bo na prawdę świat nie
kończy się tylko na dzieciach i szkole. Ludzie mają pracę, dom, własne
kłopoty i zmartwienia. Moj synek uczy się dobrze i nie chcę, żeby miał
kłopoty w szkole, bo jego mama nie chodzi z klasą na wycieczki...A w jego
klasie baaardzo widoczne jest to, że rodzice którzy się "udzielają" są
pobłażliwiej traktowane...

Czy Wy też macie takei problemy? Jak wygląda oraganizacja i jak dużo jest w
Waszych szkołach wycieczek, imprez klasowych i innych? Czy zmuszane/ni
jesteście do uczaestnictwa w tym wszystkim???
Obserwuj wątek
    • nangaparbat3 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 31.10.05, 23:19
      Współczuję - baba jak ze złego snu.
      Istny terror, mnie tez by diabli brali. A zwłaszcza to wychowywanie i pouczanie
      rodziców (tzw. Pedagogizacja rodziców - brrrr), wg mnie (jestem nauczycielką)
      niedopuszczalne.
      Ale zeby nie wylewać dziecka z kapielą - warto znać rodzicow kolegow swego
      dziecka, warto znać dzieci, które z nim chodzą do szkoły. To powinno Ci ułatwić
      kontakt z synkiem, więcej tematów do rozmowy, lepiej go poznasz, lepiej
      zrozumiesz. (Na pewno myslisz w tym momencie, że znasz go i rozumiesz, z
      pewnością tak, ale on sie wciąż zmienia i rowieśnicy stają sie dla niego z
      każdym dniem wazniejsi.)
      • andaba Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 01.11.05, 14:18
        Faktycznie, chora kobieta. Wiadomo, że każda wychowawczyni prosi rodziców o
        pomoc w czasie "wyjść", ale PROSI, a nie każe. U nas chodzą matki i ojcowie,
        którzy nie pracują, lub pracują na zmiany (ja miedzy innymi), nikt nigdy nie
        był do niczego zmuszany i nie musiał się z niczego tłumaczyć. Pociesz się, że
        to ostatni rok z tą panią.
    • jaskolka.dymowka Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 01.11.05, 21:44
      Rzeczywiście, nieprzyjemna sytuacja - pogadaj z nią i powiedz spokojnie, ale
      otwarcie, że nie masz czasu i ochoty na udzielanie się w szkole, bo pracujesz.
      Na pociechę można tylko stwierdzić, że z tego, co piszesz, wynika że kobieta
      rzeczywiście dba o uczniów... choć o rodziców może już mniejwink
      • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 11:46
        Wypada współczuć, z jednym ale:
        Zgodnie z kp przysługują Ci 2 dni wolne jako opieka nad dzieckiem. Może warto
        poświęcić te dni, aby zobaczyć jak Twoje dziecko funkcjonuje w grupie, jaką ma
        klasę, jak przebiegają wycieczki za które przecież płacisz, jak wychowawczyni
        radzi są u uczniami, itp, itd.
        • verdana Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 12:20
          Kżdemu przysługują, ale większość osób woli te dni zachować np. na nagłą
          chorobę dziecka. A w mojej pracy jest np. taka sytuacja, że nie mogę tych dni
          wykorzystać - wykładu odwołac się nie da bo "muszę iść z dzieckiem".
          U mnie dni "na dziecko" ma mąż i wykorzystuje je, gdy absolutnie musi. Bo potem
          okaże się, że poszło się na wycieczke z dzieckiem, a z gorączką i wymiotami
          trzeba zostawić samo w domu!
          I współczuję Ci takiej wychowawczyni - miałam dokładnie taką w podstawówce.
          Udało jej sie rozwalić całą klasę. Jedyna pociecha, że w przyszłym roku już
          będzie inna!
        • judytak Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 12:29
          linka9 napisała:

          > Wypada współczuć, z jednym ale:
          > Zgodnie z kp przysługują Ci 2 dni wolne jako opieka nad dzieckiem. Może warto
          > poświęcić te dni, aby zobaczyć jak Twoje dziecko funkcjonuje w grupie, jaką ma
          > klasę, jak przebiegają wycieczki za które przecież płacisz, jak wychowawczyni
          > radzi są u uczniami, itp, itd.

          kto jak woli...
          jak dla mnie, to te 2 dni, to i tak za mało, nawet na sytuacje "przymusowe"
          (typu choroba (krótka, jak np. zatrucie, z czym szkoda nawet iść do lekarza po
          zwolnienie), typu w szkole jest dzień wolny, a ja musiałabym iść do pracy, typu
          otwarcie czy zamknięcie roku, gdzie i ja chciałabym być, i dziecko chce, żebym
          była, typu planowa wizyta z dzieckiem u specjalisty (kto gwarantuje, że dostanę
          wieczorny termin?), typu wakacje, kiedy wypadałoby przynajmniej zawieźć dziecko
          do dziadków, albo odprowadzić na wyjazd na kolonie, już nie mówiąc o tym, jak
          ktoś ma tych dzieci ciut więcej, niż jedno...

          póki wszystko jest w miarę OK, na temat funkcjonowania w grupie, zachowania się
          nauczycielki itp. absolutnie wystarczająca jest dla mnie relacja dziecka, nawet
          przedszkolaka, co dopiero ucznia...

          pozdrawiam
          Judyta
    • agatka_s Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 12:43
      a ja bym spróbowała w bardziej "konsensusowy" sposob:

      np staralabym sie zaproponowac jakies inne formy pomocy klasie, nie
      wymagajace "zrywania" sie z pracy (są tysiące takich możliwości). Zrobilabym to
      z wlasnej checi, bo gdybym zobaczyla ze inne mamy poswiecaja swoj czas i
      opiekuja sie moim dzieckiem (choc przeciez moglyby w tym czasie siedziec u
      manikurzystki albo np czytac ciekawa lekture- bo one mimo ze nie pracują nie
      mają obowiazku na tym basenie siedzieć) to poprostu chcialabym tez jakos dac
      cos z siebie. Tak zwyczajnie z poczucia przyzwoitości i elementarnych zasad
      współżycia

      Jasne ze szkola to miejsce gdzie dziecko ma sie uczyc, ale to tez miejsce gdzie
      dzieci sie wychowuje. Mysle ze mama (tata) ktora bierze udzial w zyciu dziecka
      w klasie w tych pierwszych latach to bardzo cenna rzecz dla dziecka. I to nie
      chodzi mi o ten aspekt praktyczny, taki udzial to super sprawa przede wszystkim
      dla wlasnego dziecka. To lepsza lekcja obywatelska, solidarnosci spolecznej,
      obowiazkowosci itp itd niz tysiace teoretycznych kazań typu "należy pomagać
      bliźniemu"-przyklad wlasnej mamy ktora mimo ze jest zajeta itp, znajdzie czas
      aby przyjsc do szkoly, upiec ciasto, pomoc w przygotowaniu jasełek itp itd, to
      bardzo cenny element wychowania. Poza tym dzieci w tym wieku uwielbiaja jak
      mama pojawi sie raz czy dwa, najzwyczajniej dziecko 8 letnie chce sie mama
      pochwalic, chce byc dumne. Dziecko ktorego mama nigdy nie pojdzie na basen,
      albo nie zrobi niczego dla klasy jest smutne i przygnebione, jest mu smutno i
      glupio: "bo innne mamy to, a moja NIE...", no coz tak jest...

      Ja tam bym sie powaznie zastanowila czy dla dobra dziecka, nie zrezygnowac z
      postawy "nikt mnie nie bedzie zmuszał", i sprobowac jednak jakoś wziac udzial w
      tych "szopkach", tym bardziej że to jeszcze rok góra dwa, potem koniec-jak juz
      bedzie nastolatek, to będziesz sie modlić o takie chwile aby uczestniczyć choć
      w najmniejszym fragmencie życia swego dziecka ! trzeba korzystać póki to
      jeszcze możliwe i pójść choć z raz na klasową wycieczkę...

      Ja tak robie, choc tez obciskiwanie sie z obcymi osobami na wigilii klasowej,
      troche mnie denerwuje, a 2-3 godziny z banda 10 latków w ZOO odchorowywuje
      potem przez tydzien, ale swiecace oczy mojego syna, wynagradzaja mi te
      wszystkie niedogodnosci.

      A z szefem zawsze da sie jakos zalatwic, szefowie to tez ludzie (w
      ostatecznosci mozna odpracowac innego dnia, albo znalezc inny sposob
      nadrobienia nieobecnosci- dla chcacego nic ....). Poza tym teraz juz
      nie "trendy" jest takie pracowanie 24 h na dobe, a firmy staraja sie byc
      przyjazne matkom ! (mozna szefowi zaproponowac ze sie zglosi firme do Konkursu
      na najbardziej przyjazna dla matek...)


      POWODZENIA !!!

      Pozdrawiam
      • tomira74 R WYCHOWAWCZYNI mojego syna 02.11.05, 13:00
        czytam sobię o tym "problemie" i myślę ,że chciałabym aby ktoś moje dzieci poza
        nami motywował do różnych działań. Mam trójkę działam w dwóch samorządach i
        mimo ,ze obecnie od kilku tygodni nie pracuje to wcześniej też udawało mi się
        znależ czas na ich klasowe życie.Osobiście mam wrażenie ,że większość
        nauczycieli chce odpękać te 18 godzin i mieć spokój i na nich narzekamy
        strasznie a gdy ktoś robi coś odwrotnego też narzekamy bo ....
        Szkoda ,że pani robi to pod przymusem ale widocznie taka postawa jest czasami
        konieczna dla zaaktywizowania rodziców.Myślę ,że w większości wystarczy rozmowa
        i wytłumaczenie w tym nie pomogę ale mogę robić napisy na gazetkę (to przykład)
        i dziecko tez będzie dumne.Zaręczam.
      • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 13:04
        Nie ulega wąpliwości, że rodzic nie ma obowiązku uczestniczyć w życiu klasy,
        zrywać się z pracy czy zaspokajać nadmiernych ambicji pedagogicznych
        wychowawczyni; ani on ani jego dziecko nie powinno być z tego powodu
        szykanowane. Jednak jest trochę racji w słowach agatki:

        agatka_s napisała:

        > a ja bym spróbowała w bardziej "konsensusowy" sposob:
        > Poza tym dzieci w tym wieku uwielbiaja jak
        > mama pojawi sie raz czy dwa, najzwyczajniej dziecko 8 letnie chce sie mama
        > pochwalic, chce byc dumne. Dziecko ktorego mama nigdy nie pojdzie na basen,
        > albo nie zrobi niczego dla klasy jest smutne i przygnebione, jest mu smutno i
        > glupio: "bo innne mamy to, a moja NIE...", no coz tak jest...

        Nie wierzę w to, że żadne z rodziców przy dobrych chęciach nie jest w stanie
        poświecić 1 dnia w roku (nawet kosztem urlopu), aby pojechać z dzieckiem na
        wycieczkę.

        > Ja tam bym sie powaznie zastanowila czy dla dobra dziecka, nie zrezygnowac z
        > postawy "nikt mnie nie bedzie zmuszał", i sprobowac jednak jakoś wziac udzial
        w tych "szopkach", tym bardziej że to jeszcze rok góra dwa, potem koniec-jak juz
        > bedzie nastolatek, to będziesz sie modlić o takie chwile aby uczestniczyć choć
        > w najmniejszym fragmencie życia swego dziecka ! trzeba korzystać póki to
        > jeszcze możliwe i pójść choć z raz na klasową wycieczkę...

        No właśnie...
        Aby była jasność: do prac społecznych w klasie nie garnę się z zachwytem, raczej
        unikam jak ognia, jednak trzeba też umieć popatrzeć na zagadnienie oczami innych
        (chociażby własnego dziecka).
        • verdana Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 13:12
          Na urlop wolę pojechać z dzieckiem, a nie z całą klasą. Jeden dzień urlopu to
          wcale nie tak mało.
          I naprawdę, uwierz, że dla wielu rodziców jest absolutnie niemożliwe urwanie
          się z pracy - bo pracują np. jako nauczyciele, wykładowcy, lekarze -
          specjaliści - i to ich wyjście dezorganizuje życie wielu innym osobom.
          Są też liczne mamy, które maja więcej niż jedno dziecko - i musiałyby
          uczestniczyć w życiu kilku klas, a to wymaga poświęcenia wiecej niż "jednego
          dnia" urlopu.
          Albo mają malutkie dzieci, których nie ma z kim zostawić, albo nie ma komu
          odebrać ze żłobka.
          Albo nie sa specjalnie zainteresowane sprawowaniem opieki nad cudzymi dziećmi -
          co wcale nie jest dziwne.
          A poza tym istnieje ogromna masa dzieci, które nie cieszą się wcale, gdy mama
          jedzie z klasą na wycieczkę. Bo wycieczka szkolna jest dlatego tak atrakcyjna,
          że młody czlowiek jest sam, bez karcącego oka matki (nie biegaj, nie pij, nie
          wydawaj pieniędzy na byle co, jak ty się zachowujesz). Dla mnie i dla moich
          dzieci wycieczka z mamą to klęska życiowa i towarzyska...
          • agatka_s Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 13:28
            Verdano,

            ja wierze że można czegos bardzo nie lubić i nie mieć sily aby robić coś wbrew
            sobie ! ja np nie lubie obcych dzieci u mnie w domu (bo mnie denerwują)-a jak
            do tego się przyznałam na tymze forum to zostałam "zjechana" przez
            wszystkich...Kazdy ma prawo do takiej postawy jaka uważa za sluszna, wygodna
            itp. Natomiast trzeba umieć do takiej postawy się przyznać, i nie kryć się z
            nią.

            Nie chciałabym, aby ktokolwie rozumiał mój post jako krytykę. No bo doskonale
            rozumiem że ktoś najzwyczajniej nie ma ochoty, się udzielać w żaden sposób,
            albo uważa to za zbędne, szkodliwe itp-OK, tylko no cóż wtedy pozostaje
            asertywna postawa i obrona swoich racji-trzeba wstać na zebraniu z rodzicami i
            oświadczyć "ja nie bede tego robić bo nie chce, nie moge, uwazam za glupie, nie
            lubie, moje dzieci tego nie akceptuja itp itd". I tyle, myśle że postawienie
            sprawy jasno, powinno problem rozwiazac. Tylko trzeba mieć odwagę aby o tym
            glosno, i w oczy innych matek ktore czas swoj prywatny poswiecaja powiedzieć.
            To jest trochę trudniejsze, niż wypisywanie że wychowawczyni jest taka, czy
            owaka... I to jest troche trudniejsze niż roamowa w cztery oczy z tą własnie
            wychowawczynia...
            • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna 02.11.05, 13:52
              agatka_s napisała:

              > ja wierze że można czegos bardzo nie lubić i nie mieć sily aby robić coś wbrew
              > sobie ! Kazdy ma prawo do takiej postawy jaka uważa za sluszna, wygodna
              > itp. Natomiast trzeba umieć do takiej postawy się przyznać, i nie kryć się z
              > nią.

              Dokładnie! Dlatego rozumiem, że np matka, która ma malutkie dziecko na wycieczkę
              nie pojedzie, ale nie rozumiem wykrętów typu, że 2 dorosłych osób przez 3 lata
              nie jest w stanie poświęcić 1 dnia uropu dla swojego dziecka! Ja cały czas
              twierdzę, że wspólne wyjście z klasą ma również pozywywne strony dla samego
              rodzica, co nie zmienia faktu, że na zbytnich społeczników patrzę z
              przymrużeniem oka.

              > No bo doskonale
              > rozumiem że ktoś najzwyczajniej nie ma ochoty, się udzielać w żaden sposób,
              > albo uważa to za zbędne, szkodliwe itp-OK, tylko no cóż wtedy pozostaje
              > asertywna postawa i obrona swoich racji-trzeba wstać na zebraniu z rodzicami i
              > oświadczyć "ja nie bede tego robić bo nie chce, nie moge, uwazam za glupie,
              nie lubie, moje dzieci tego nie akceptuja itp itd". I tyle, myśle że
              postawienie sprawy jasno, powinno problem rozwiazac. Tylko trzeba mieć odwagę
              aby o tym glosno, i w oczy innych matek ktore czas swoj prywatny poswiecaja
              powiedzieć.

              Właśnie. Nieraz wstawałam i mówiłam, co leży mi na sercu, narażając się na
              krytykę, podczas gdy inni mruczeli pod nosem.

              > To jest trochę trudniejsze, niż wypisywanie że wychowawczyni jest taka, czy
              > owaka... I to jest troche trudniejsze niż roamowa w cztery oczy z tą własnie
              > wychowawczynia...

              Chociaż wcale się nie dziwię, że autorka wątku jest poirytowana działaniami
              wychowawczyni.
          • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 13:57
            verdana napisała:
            > A poza tym istnieje ogromna masa dzieci, które nie cieszą się wcale, gdy mama
            > jedzie z klasą na wycieczkę. Bo wycieczka szkolna jest dlatego tak atrakcyjna,
            > że młody czlowiek jest sam, bez karcącego oka matki (nie biegaj, nie pij, nie
            > wydawaj pieniędzy na byle co, jak ty się zachowujesz). Dla mnie i dla moich
            > dzieci wycieczka z mamą to klęska życiowa i towarzyska...

            To powinno dać Co trochę do myśleniasmile. 7-10 latek z natury nie stroni od
            rodziców (w przeciwieństwie do nastolatków), a jeśli tak się dzieje, to
            należałoby poszukać tego przyczyn. Czyli mamy już plusy takiego podejścia
            nauczycielki.
            • judytak Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 14:47
              linka9 napisała:

              > To powinno dać Co trochę do myśleniasmile. 7-10 latek z natury nie stroni od
              > rodziców (w przeciwieństwie do nastolatków), a jeśli tak się dzieje, to
              > należałoby poszukać tego przyczyn. Czyli mamy już plusy takiego podejścia
              > nauczycielki.

              może nie przesadzaj, co?

              ja doskonale pamiętam swoje młodzieńcze lata
              te najmłodsze też :o)
              nie mogłam znieść nawet wywiadówki w szkole (a tylko chwalili mnie zawsze,
              naprawdę), a jakby moja mama miała pojechać z klasą na wycieczkę, to chyba ja
              bym nie jechała :o)
              mamę mam, zawsze miałam, możliwie najlepszą :o)

              sama też jestem chyba mamą, którą nie ma co się wstydzić
              mamy innych dzieci w klasie mojej córki też są w porządku
              a jednalkzaindagowana, moje dziecko zawsze twierdziło, że woli, żebym nie
              jechała na wycieczki, a czasami bez pytania wyraziło się ze współczuciem o
              koleżance, która nawet na wycieczkę nie może jechać spokojnie, bo ciągle jest
              tam jej babcia...

              pozdrawiam
              Judyta
              • agatka_s Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 14:59
                judytak napisała:

                > linka9 napisała:
                >
                > > To powinno dać Co trochę do myśleniasmile. 7-10 latek z natury nie stroni od
                >>
                > może nie przesadzaj, co?
                >
                >

                no tak sa dzieciaki ktore nie lubia !

                moje w 1 klasie gdy nie chodzilam blagalo: POJDZ !!!, w drugiej zaczelam (bo mi
                sie polepszylo z czasem), to poczatkowo byl wniebowziety, no ale do
                czasu....potem blagal: NIE IDZ !-ale za to zglaszal mnie do innych inicjatyw
                (np odebranie biletow w kasie teatru), poprostu myslalam ze go zabije, a on mi
                na to: Przeciez nie pracujesz...(a ja pracuje tylko ze w domu...)

                Teraz już jest za stary no i szkola jest nie wymagajaca (trzeba tyllko sie
                skladac...)

                absolutnie, czasem dzieci nie lubia jak mamy zbytnio sie udzielaja, no ale z
                raz mozna...chociazby zeby miec orientacje lubi czy nie lubi...
              • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 15:29
                judytak napisała:
                > bo ciągle jest
                > tam jej babcia...

                Przecież ja nikogo nie namawiam do ciagłego jeżdzenia na wycieczki!
                Po prostu nie wydaje mi się normą, aby dziecko z dobrymi relacjami z rodzicami w
                1 czy 2 klasie Z GÓRY traktowało wspólny wyjazd jako tragedię. Czesto natomiast
                tak sie dzieje przy nadopiekuńczych babciach i matkach oraz wtedy gdy na kazdej
                wycieczce dziciak jest pod obstrzałem swoich. I tu powracamy do punktu wyjścia:
                opieka rodziców powinna się zmieniać.
                • judytak Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 19:13
                  linka9 napisała:

                  > Po prostu nie wydaje mi się normą, aby dziecko z dobrymi relacjami z
                  rodzicami
                  > w
                  > 1 czy 2 klasie Z GÓRY traktowało wspólny wyjazd jako tragedię.

                  może to nie jest norma, ale też się zdarza
                  jak również zdarza się, że dziecku jest to obojętne

                  być może nie jest to norma w tym sensie, że występuje w mniej, niż "x" procent
                  przypadków,
                  ale na pewno jest to norma w tym sensie, że nie ma co się doszukiwać jakichś
                  podtekstów czy problemów wychowawczych

                  pozdrawiam
                  Judyta
          • kolorko Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 16:36
            Verdano, dzień urlopu to nie jest małosmile I jesli twoje dzieci wolałay spędzić
            ten jeden dzień więcej z Tobą ( na wyjeżdzie czy w domu) to wszystko w
            porządku. Ale czasem dziecko jest tak spragnione tej aktywnosci rodzica w
            szkole, jest to dla niego ważne, czuje i widzi, ze jego sprawy są ważne dla
            rodzica, że warto zrezygnować z dnia urlopu. Czasamismile)
    • majewska12 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 13:48
      Jeszcze nie dawno przechodziłam zblizone historie. Syn chodził do przedszkola (
      włącznie z klasą "0")z ambicjami, potem do szkoły obok . Najbardziej żal było
      mi mojego dziecka. Bo jak mu wytłumaczyć, że rodzice pracują, dodatkowo
      dojeżdżają do pracy i nie moga pozwolić sobie, aby np. na zajęcia był
      prowadzany jak inne dzieci tuż przed śniadaniem, czy nawet po, a odbierany
      zaraz po obiedzie. Swieciłam więc oczami w pracy prosząc ciągle o kilka godzin
      urlopu aby zdążyć na zebranie, godziny otwarte, festyny ... Czułam się jak
      rodzic drugiej kategorii. Moje dziecko było pierwsze w przedszkolu przed 7.00 i
      odbierane jako ostatnie przed 16.00. Dyskryminowane, bo jak wytłumaczyć, że
      dziecko samo siedzi na korytarzu pełniąc jakoby dyżur. Tak na prawdę chodziło o
      to, że sale były już wysprzątane i większośc pań dawno opuściła przedszkole.
      Grono rodziców, tych pełniących ważne funkcje w mieście, było bardzo
      zaprzyjaźnione pomiędzy sobą i oczywiście dyrekcją. Wspólne Wigilie byłyby
      nawet miłe, gdyby nie te wymuszane życzenia. Udzielałam się np. piekąc ciasta
      na liczne festyny, czy kupując lepsze fanty na loterie. Kiedy wyraziłam jednak
      swoje zdziwienie wysokością składki na zakończenie klasy "0" ( znałam wysokośc
      składek w innych szkołach)poparło mnie bardzo mało osób. Owszem stać mnie na
      taką skłądkę, ale w imię czego mam finansować zakup wybranych juz wcześniej
      prezentów dla licznych wychowawczyń, typu pościel czy biżuteria. Ja równiez
      pracuje, mam wyższe wykształcenie, ale mnie nikt nie robi takich prezentów.
      Skończyło się na tym,że dzieciaki nie dostały takich niespodzinek za jakie
      płaciliśmy. W szkole podstawowej wszytskie dzieci zaprzyjaźnionych rodziców
      niby przypadkiem trafiły do jednej klasy, o co było wiele zamieszania i nerwów.
      Festynów zdecydowanie mniej. Ale np. zajęcia na basenie obowiązkowe w godzinach
      poobiednich. Nawet się ucieszyłam, ale na krótko, bo okazało się iż miało mieć
      to miesce około 14-15, a więc wtedy gdy pracuję. U nas nie było takich dyżurów
      o jakich wspominasz. A basen połozony jest w bardzo ruchliwej dzielnicy. Ale
      np. spotkania z wychowawczynia mogły mieć miejsce w wyznaczonych godzinach
      dopołudniowych. Zamiana kilku zdań wiązałaby się więc z koniecznością wzięcia
      kolejnego urlopu. Syn musiał samodzielnie chodzić do szkoły i z niej wracać, a
      większośc ważnych informacji wisiała właśnie w szatni. Nikt nie pomyślał, aby
      zapisać to dziecku w zeszycie, czy nawet powiedzieć mu o tym. Było mi kiedys
      bardzo przykro, kiedy wychowawczyni powiedział mi, iż jestem nieodpowiedzilana,
      bo na dziecko zdecydowałam się nierozsądnie, skoro nie mam czasu dla niego.
      Odpowiedziałm oczywiście, iż widze dwa rozwiązania - albo ona utrzyma naszą
      rodzinę, albo inne grupy społeczne będą mogły pracować po 5 godzin dziennie jak
      ona. Dodam, iz była niezamężna i bezdzietna. Na wywiadówkach robiło mi się
      mdło, gdy widziałam jak rodzice się przymilają. To było nienaturalne. Syn uczy
      się świetnie, zna jak na sój wiek dobrze j.angielski, komputer to jego
      pasja,więc z tej strony nie miałam żadnych problemów. Jednak widziałam jak
      bardzo przeżywa fakt, iż inne dzieci mają rodziców czy dziadków dysponujących
      czasem. Po roku zdecydowaliśmy się sprzedaż dopiero co kapitalnie wyremontowane
      mieszkanie w centrum miasta i przeprowadzić się bliżej dziadków. Są co prawda
      schorowani, ale ja przynajmniej wiem, że syn czuje się lepiej nie czekając w
      samotności tyle godzin na rodziców. Wychowawczyni trafiła nam sie nie
      najlepsza. Nie mam nic do jej pracy dydaktycznej, wręcz przeciwnie. Uważam, że
      potrafi ciekawie prowadzić zajęcia. Ale juz po pierwszej z nią rozmowie
      wiedziałam, które dziecko jest adoptowane, która matka ma odebrane prawa
      rodzicielskie, który ojciec pije ... Mieszka na terenie szkoły. I do szału
      doprowadzają mnie jej uwagi wpisywane w dniu, kiedy chyba ma zły humor, bo
      dotyczą najczęściej sytuacji mających miejsce dużo wcześniej i po godzinach
      szkolnych. Np.,że dziecko nie szanuje roweru i zamiast stawiać go na nóżce to
      go rzuca na boisko, że wymachuje swetrem gdy wraca ze szkoły, że wraca z
      kolegami okrężną drogą ( ma ponad 9 lat) zamiast najkrótszą. Nie wpspomne juz
      o tym, iż chłopięce przepychanki na korytarzu to dla niej karygodne zachowanie.
      Ma moim daniem bardzo wygórowane ambicje, chciałaby aby jej klasa wygrywała
      wszelkie konkursy. A tak sie przeciez nie da. Trudno z zywych dzieci zrobić
      nagle uczniów sapcerujących z rękami w tyle uczniów. Wymaga cotygodniowego
      kontaktu telefonicznego z rodzicami mniej udzielającymi sie w szole, trzymając
      nas po kilkadziesiąt minut na telefonie. Po pierwszych miesiącach powiedziałam
      dość, bo do niczego to nie prowadzi, a tylko nabija nam rachunek. Jest jednak
      grupa rodziców, która ja adoruje. I tak chyba jest i będzie wszędzie. Sama
      pochodzę z rodziny nauczycielskiej, ale tamto pokolenie było inaczej nastawione
      do ucznia.
    • agatka_s Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 14:07
      wszelkie przegiecia w jedna lub druga strone, sa szkodliwe...

      zameczanie rodzicow ciaglym udzielaniem sie jest chore i szkodliwe (bo tym
      rodzicom w koncu chce sie wymiotowac na widok szkoly), przejmowanie sie tez tym
      ze inni sie udzielaja a ja nie-tez nie ma sensu-poki sam ze soba czujesz sie
      OK. Gorzej jak masz wyrzuty sumienia (wlasne i szczere, a nie dlatego ze
      wypada...)


      Ale też taka manifestatycyjna niechec do wszelakich klasowych szopek, tez jest
      niw w porzadku (glownie wobec tych mam, ktore jako "kury domowe" maja PSI
      OBOWIAZEK, chodzic z dziecmi przedpoludniami)-jak nie mozna pojawic sie na
      basenie w godzinach przedpoludniowych to mozna za to np zaproponowac wyjscie do
      Filharmonii (poranki sa w niedziele-kiedy wiekszosc zapracowanych nie pracuje,
      a "kury domowe"akurat beda blogoslawic za wolne niedzielne przedpoludnie)...

      to tylko pomysl, ale z pewnoscia sa rozne formy, jakiegos solidarnego
      podejscia, ktore da sie zrealizowac w imie przyslowia "i wilk syty i owca...",
      to chyba chodzi tylko o checi i nastawienie.
      • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 14:20
        agatka_s napisała:

        > wszelkie przegiecia w jedna lub druga strone, sa szkodliwe...
        > Ale też taka manifestatycyjna niechec do wszelakich klasowych szopek, tez jest
        > niw w porzadku (glownie wobec tych mam, ktore jako "kury domowe" maja PSI
        > OBOWIAZEK, chodzic z dziecmi przedpoludniami)-jak nie mozna pojawic sie na
        > basenie w godzinach przedpoludniowych to mozna za to np zaproponowac wyjscie
        >do Filharmonii (poranki sa w niedziele-kiedy wiekszosc zapracowanych nie
        >pracuje, a "kury domowe"akurat beda blogoslawic za wolne niedzielne
        >przedpoludnie)...

        Znajoma, która nie pracowała, a jednocześnie nienawidziła się udzielać, a
        wycieczka to już w ogóle ją przerastała, przestała chodzić na zebrania klasowe,
        bo nie mogła znieść wbitych w nią oczu czekających na błogoławione: tak. Ale
        niewiele wskórała, bo wychowawczyni na godz. wych. rzucała tekst do chłopca:
        jeśli twoja mama się nie zgodzi pojechać, to cała klasa będzie cierpieć, itp.

        Pewna nauczycielka tak rozwiązała sprawę opieki przy wyjściu na basen: zrobiła
        rozpiskę, wpisując raz każdego z uczniów, którego rodzice w danym dniu
        odpowiedzilani są za zapewnienie opieki. Nie wnikała w szczegóły, czy rodzice
        dogadają się z innymi (niepracującymi?), pójdą raz osobiście czy też wynajmą za
        własne pieniadze opiekę (skoro nie mogą się zwolnić z pracy).
        • nchyb Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 14:31

          > bo nie mogła znieść wbitych w nią oczu czekających na błogoławione: tak. Ale
          > niewiele wskórała, bo wychowawczyni na godz. wych. rzucała tekst do chłopca:
          > jeśli twoja mama się nie zgodzi pojechać, to cała klasa będzie cierpieć, itp.

          Jedno jest pewne, ta nauczycielka pedagogiem nie była. Na miejscu znajomej
          zażądałabym, najlepiej w obecności dyrektorki, by takie teksty sobie darowała...
          • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 15:31
            nchyb napisała:

            > Jedno jest pewne, ta nauczycielka pedagogiem nie była. Na miejscu znajomej
            > zażądałabym, najlepiej w obecności dyrektorki, by takie teksty sobie darowała..

            Całkowice sie z Tobą zgadzam. Ja na jej miejscu też interweniowałabym wyżej, ale
            ona bała się, że to odbije się na dziecku i siedziała cicho (wszystko jedno czy
            jechała czy nie)
        • triss_merigold6 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 14:52
          Zakładam, że szkoła ma zapewnić opiekę podczas zajęć które organizuje.

          Wybacz, ale gdybym została bez swojej wiedzy i zgody wpisana na jakąś
          basenową/wycieczkową listę w charakterze opieki to interweniowałabym u dyrekcji
          szkoły.
          Prowadzę zajęcia i do przesunięcia ich upoważniałby mnie tylko pobyt w szpitalu
          i to w ciężkim stanie. Jesli pani wychowawczyni pokryłaby koszt utraconego
          wynagrodzenia to super, wtedy mogłabym się zwolnić.
          • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 15:36
            triss_merigold6 napisała:

            > Zakładam, że szkoła ma zapewnić opiekę podczas zajęć które organizuje.

            Szczerze powiedziawszy nie wiem, jakie sa przepisy, na ile dodatkowa opieka to
            wygoda wychowawców, na ile konieczność, której szkoła nie zapewnia.

            > Wybacz, ale gdybym została bez swojej wiedzy i zgody wpisana na jakąś
            > basenową/wycieczkową listę w charakterze opieki to interweniowałabym u
            dyrekcji szkoły. Prowadzę zajęcia i do przesunięcia ich upoważniałby mnie tylko
            pobyt w szpitalu i to w ciężkim stanie. Jesli pani wychowawczyni pokryłaby koszt
            utraconego wynagrodzenia to super, wtedy mogłabym się zwolnić.

            Są klasy, kiedy przy tak zdecydowanej postawie ogranicza się wycieczki do
            całkowitego minimum. Podobnie z basenem.


            • triss_merigold6 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 15:45
              I ok. Jakoś mnie to nie rusza. Na basen czy wycieczkę mogę iść z dzieckiem sama
              bądź rodzinnie. Szkoła to szkoła - ma uczyć i socjalizować a niekoniecznie
              integrować rodziców i włączać ich w szkolne życie.

              O ile pamiętam czasy swojej szkoły podstawowej to w szkolne życie angażowałi
              się ci rodzice (matki) którzy rzeczywiście mieli czas i chęci. Moi nie, bo
              pracowali. Na wywiadówki chodzili wtedy kiedy absolutnie musieli. W liceum też
              się nie angażowali, zresztą szkoła tego nie wymagała, poza składkami na
              komitet.
              • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 16:10
                Czuję się, jakbym stała po drugiej stonie barykady, kiedy w gruncie rzeczy
                postawa taka, jak opisanej nauczycielki we mnie również wzbudza negatywne
                emocje. Nie zmienia to jednak faktu, że brak chęci ze strony rodziców
                pracujących na wspólne wyjscie raz na 2-3 lata, to (szacuję) w 9 na 10
                przypadków kwestia priorytetów, a nie fizycznej niemożliwości wzięcia udziału.

                Natomiast nie podoba mi się postawa typu, odczepcie się ode mnie, bo mnie się
                należy. Jeśli się należy (planowa wycieczka), to wyjasnijmy na zebraniu,
                dlaczego szkoła nie zapewnia opieki, ostatecznie powiedzmy nauczycielce
                (napiszmy oświadczenie), że rezygnujemy z wyjść naszego dziecka, bo nie jestesmy
                w stanie zapewnić mu w tym czasie wymaganej opieki.
    • agatka_s Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 14:25
      a tak apropos...

      moj syn 3 lata chodzil do publicznej szkoly i tam wlasnie byl problem "dyzurow
      na basenie" raz w tygodniu (zawsze az cale 2 sztuki rodzica musialy byc, jak
      raz nie bylo bo cos nawalilo, to nie wpuscili dzieciakow), teraz chodzi do
      prywatnej i ma basen 4 razy w tygodniu, i zaden rodzic nie musi chodzic, nigdy.
      wszystko jakos sie odbywa, bez udzialu biednych urywajacych sie z pracy
      rodzicieli...

      Ciekawe, nie ?
    • triss_merigold6 Antyintegracyjnie i koniec 02.11.05, 14:28
      Dobrowolny udział - ok.
      Niedobrowolny - nie ok.

      Mam antyintegracyjne podejście zdecydowanie.
      Nie widzę powodów dla których miałabym uczestniczyć z życiu klasy i zajmować
      się grupą obcych dzieci. Szkoła jest od tego żeby zapewnić opiekę a jeśli nie
      jest w stanie tego zrobić bez angażowania rodziców to niech zrezygnuje z tylu
      imprez i wyjść.
      Umoralniające gadki skwitowałabym krótko: proszę nie pouczać, nie wtrącać się i
      ograniczyć do zagadnień wychowawczych związanych ze szkołą.
      Nie pani wychowawczyni sprawa dlaczego rodzic w godzinach pracy nie chce lub
      nie może angażować się w szkolne inicjatywy.


      • ma.pi Re: Antyintegracyjnie i koniec 02.11.05, 15:54
        A czy w Polsce osoby zajmujace sie dziecmi, nawet na tak krotkie wyjscie, nie
        musza przedstawic zaswiadczenia o niekaralnosci?
        Nauczyciele tak sobie oddaja dzieci pod bylekogo (to stwierdzenie nie ma na
        celu obrazenia nikogo) opieke??? Ciekawe!!!!


        Pozdr.
    • judytak Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 14:53
      coś mi się jeszcze przypomniało:
      na pierwszym zebraniu w pierwszej klasie nauczycielka mojego syna rozdała
      rodzicom karteczki z prośbą, żeby każdy napisał, w czym mógłby, chciałby, byłby
      w stanie pomóc

      no i wszystko jasne :o)

      pozdrawiam
      Judyta
    • kolorko Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 16:54
      To, że są wycieczki do teatru, filcharmonii, muzeum itp bardzo mi sie podoba w
      szkole Twojego syna. To, że Pani mówi nie słodyczom i gazowanym napojom, mi
      osobiscie też bardzo pasujesmile Co nie znaczy, ze musi pasowac kazdemu- w
      przypadku napoju mozna powiedzieć, że Wy takowe pijecie, i nie masz zamiaru
      zabraniać tego swemu dzieckusmileCała reszta zakrawa na jakiś terror- absolutnie
      nie podoba mi się zmusznie rodziców do czegokolwiek, a szczególnie pretensje do
      dzieci. Pociesz się, ze to 3 klasasmile
      U nas- pierwsza klasa- są koncerty, teatrzyki, ale raczej na miejscu lub w
      pobliskim ogródku jordanowskim i dodatkowa pomoc nie jest potrzebna. Wyjazd do
      tej pory był jeden, Pani poprosiła rodziców lub dziadków ,którzy maja czas o
      pomoc w opiece nad dziećmi. Zgłosił sie nadkomplet i ponieważ były wolne
      miejsca, a rodzice chcieli jechać, to pojechało ich więcej, niż było potrzebasmile
      Na zebraniu dowiedzielismy się, w czym mozemy pomóc w klasie i jesli ktos ma
      jekies możliwosci i ochotę to sie zgłaszasmile I tyle, oby tak dalejsmile
      • verdana Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 17:10
        Patrząc z drugiej strony:
        jesteście zapisani do lekarza-specjalisty na konkretny dzień. Idziece - a pani
        doktor nie ma, bo poszła na klasowa wycieczkę - ten jeden raz w roku.
        Studenci płacą za studia - a tu wykład odwołany - bo mama poszła na basen z
        dzieckiem. Pierwszak idzie do szkoły - a tu zastępstow - pani postanowiła
        poswięcić czas pracy swojemu dziecku.
        Praca to praca. Nie każdy może brać "jeden dzień urlopu" w dowolnym terminie. A
        nawet jak może, to tez powinien zastanowić się, czy ktoś na tym nie ucierpi. Ja
        np. nie moge brać w czasie roku szkolnego/akademickiego i tyle.
        A poza tym - są rózne dzieci. Jestem przekonana, ze w przedszkolu większość
        dzieci chce, by rodzice z nimi byli. W szkole, tak już od drugiej-trzeciej
        klasy - nie chce. Tylko boi się przyznać mamie, która będzie rozpaczać "nie
        chcesz jechać z mamusia syneczku - dlaczego?" . Przynajmniej takie zeznania
        złożył mój syn (który sie nie boi przyznać.... )
        Jeśli mam dobre kontakty z dzieckiem, to po co mu jestem na wycieczce szkolnej -
        przecież z natury rzeczy obecność rodziców krępuje, ogranicza swobodę. Dla
        mnie powodem do niepokoju byłoby raczej dziecko domagające się na wycieczce
        obecnosci mamy, niż trzecioklasista, który chce na trochę odczepić się od
        mamusi. Chyba tez nie zdajecie sobie sprawy, jak te mamusie są później
        oplotkowywane przez kolegów - ta stara, ta nudna, ta czepialska. Jeden z
        kolegów mojego syna długo nie pozbierał się po ocenie swojej mamy
        (sprawiedliwej zesztą).
        Nie mówiąc już o tym, że nie poświęcanie czasu w godzinach pracy nie oznacza,
        ze tego czasu nie chce się poswiecić w ogóle. Moge zorganizować wycieczkę do
        biblioteki, do muzeum - ale nie na nią pójdę. Bo mam obowiązki. Względem
        dorosłych dzeci innych rodziców.
        • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 18:20
          verdana napisała:

          > Patrząc z drugiej strony:
          > jesteście zapisani do lekarza-specjalisty na konkretny dzień. Idziece - a pani
          > doktor nie ma, bo poszła na klasowa wycieczkę - ten jeden raz w roku.

          przecież nikt nie mówi o "nakazie" z dnia na dzień, ale o zaplanowanym wyjściu
          raz na 2 lata.

          > Studenci płacą za studia - a tu wykład odwołany - bo mama poszła na basen z
          > dzieckiem.

          Wykładowcy akurat nie siedzą ciurkiem codziennie po 10 godzin na uczelni, więc
          też można wygospodarować te 4 godziny, aby wyskoczyć.

          > Praca to praca.
          Oczywiście, że są czasami rzeczywiste przeszkody, ale tych jest stosunkowo
          niewiele. Zresztą gdyby kazdy rodzic zechciał uczestniczyć w wypadzie, to w
          danym roku z pewnoscią nie bedzie to mozliwe. Tu chodzi o zasadę, o zaprzestanie
          spychologii i zainteresowanie się rodziców dzieckiem, jego klasą, ewentualnie
          konkretne przedyskutowanie problemu na zebraniu(co w zamian?)a nie o to, aby
          było "po równo i sprawiedliwie" i kazdy był zmuszany do pańszczyzny.

          >Nie każdy może brać "jeden dzień urlopu" w dowolnym terminie.
          Tu nie chodzi o dowolny termin, ale wczesniej uzgodniony.

          > W szkole, tak już od drugiej-trzeciej
          > klasy - nie chce.

          Zgadzam się, że 3 klasa bywa często przełomowa. Tym bardziej więc nie powinny
          cierpieć dzieci, których babcie stale jeżdżą, bo alternatywą jest odwołanie
          wycieczki.

          >Tylko boi się przyznać mamie, która będzie rozpaczać "nie
          > chcesz jechać z mamusia syneczku - dlaczego?" . Przynajmniej takie zeznania
          > złożył mój syn (który sie nie boi przyznać.... )

          A ja dalej uważam, że jeśli tak jest na poczatku podstawówki to pora zmienić
          metody wychowawcze.

          > Jeśli mam dobre kontakty z dzieckiem, to po co mu jestem na wycieczce szkolnej
          > przecież z natury rzeczy obecność rodziców krępuje, ogranicza swobodę. Dla
          > mnie powodem do niepokoju byłoby raczej dziecko domagające się na wycieczce
          > obecnosci mamy, niż trzecioklasista, który chce na trochę odczepić się od
          > mamusi.

          Masz chociażby możliwość przyuważenia reakcji nauczyciela na konkretne
          zachowania. Mogłabym wątek rozwinać, ale nie w tym rzecz. Nie jestem za tym, aby
          rodziców zmuszać, ale za rozwiązaniem problemu (pani nie chce/nie może iść bez
          dodatkowej opieki, ja też nie chcę/nie mogę i co dalej?). A ja uważam, że
          wyjścia, wycieczki szkolne są ważne w tym pierwszym okresie.

          >Chyba tez nie zdajecie sobie sprawy, jak te mamusie są później
          > oplotkowywane przez kolegów - ta stara, ta nudna, ta czepialska. Jeden z
          > kolegów mojego syna długo nie pozbierał się po ocenie swojej mamy
          > (sprawiedliwej zesztą).

          A ja mam inne doswiadczenia, jesli chodzi o moją osobęsmile
          • verdana Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 18:52
            Chyba sobie nawet nie zdajesz sprawy, jakiego obciachu potrafią matki narobić
            dzieciom.
            Matki nie są na wycieczce po to, by zajmować się swoim dzieckiem, ale po to by
            pilnowac także innych dzieci. Wystarczy raz czy dwa zwrócic uwagę przyjacielowi
            dziecka, aby nasze dziecko poczuło się zawstydzone.
            Moze Ty jestes idealna matką, która kochaja wszystkie maleństwa. Wiele z nas
            takimi nie jest. I nie bardzo ma ochotę, aby dziecko miało potem
            nieprzyjemności ze strony kolegów - ze matka sie czepia, albo ze nadopiekuńcza,
            albo ze córeczka lepsze stopnie dostaje, bo mama się z Pania zaprzyjaźniła
            (wszystko to słyszałam w formie plotek od moich dzieci, które chyba mówią mi
            swobodniej o pewnych rzeczach, które dzieja się w szkole, niż większość
            dzieci).
            Dla mnie dziecko, którym rodzice zajmują się na codzień wystarczająco nie
            potrzebuje już opieki na wycieczce - powinno w wieku szkolnym uniezależniać sie
            od matki, a nie chcieć być stale pilnowane. Wydaje mi się, że najbardziej
            potrzebują obecnosci rodziców na wycieczce te, którymi nikt nie zajmuje się po
            przyjściu do domu, tylko pyta "Lekcje zrobione?", albo te, które nie mogą żyć
            bez mamy wtedy, gdy już naprawdę powinny to umieć.
            A co do wyjść - wycieczki zapowiadane są wprawdzie z pewnym wyprzedzeniem, ale
            nie oznacza to przecież, że mogę powiedzieć na uczelni "Wykład za dwa tygodnie
            nie odbedzie się, bo jade z klasą mojego syna do Wieliczki". Albo "Proszę
            odwołać pacjentów na 17, bo córeczka chce, bym poszła z jej klasą do kina". W
            pracy ( na kilku etatach zresztą) płacą mi za pracę, a nie za opiekę nad
            dzieckiem - może w Twojej pracy jest inaczej, ale ja po odwołaniu z takiego
            powodu wykładów moge sobie szukać innej pracy. I słusznie.
            Zresztą był moment, gdy w szkole i przedszkolu miałam troje dzieci. To co - ile
            razy w roku mam odwoływać wykłady? Nie chodzić na zebrania? Przekładac
            ćwiczenia? Odwoływać kursy, za które słuchacze płacą cięzkie pieniadze?
            A potem dziw , że kobiet z dziećmi do pacy nikt nie chce przyjmować.
            I nie nalezy mylić pojęć - to, że nie mogę być do dyspozycji przed południem
            nie oznacza, że nie interesuję sie szkołą i dzieckiem. Oznacza tylko, że
            traktuję pracę poważnie i nie uważam, aby posiadanie dzieci zwalniało mnie z
            obowiazku pracy w kazdy wyznaczony dzień.
            • linka9 chowanie głowy w piasek 02.11.05, 20:39
              verdana napisała:

              > Chyba sobie nawet nie zdajesz sprawy, jakiego obciachu potrafią matki narobić
              > dzieciom.

              Wyobrażam sobie.

              > Matki nie są na wycieczce po to, by zajmować się swoim dzieckiem, ale po to by
              > pilnowac także innych dzieci.

              Całkowicie się zgadzam.

              > Moze Ty jestes idealna matką, która kochaja wszystkie maleństwa.

              Nawet takie ciut większe, jak Verdanawink
              Nie żartuj sobie, proszę.

              > I nie bardzo ma ochotę, aby dziecko miało potem
              > nieprzyjemności ze strony kolegów - ze matka sie czepia, albo ze nadopiekuńcza,

              I sądzisz że to jest uczciwe wobec tych dzieci, których matki/babcie dla dobra
              sprawy stale jeżdżą? Nie chcesz opiekować się, bo nie czujesz powołania - OK,ale
              do nadopiekuńczości na wycieczce nikt Cię nie zmusza - to raz, a dwa -
              ZAPROPONUJ coś w innego (petycję do dyrektora o dodatkowa opiekę? przekonanie
              wychowawczyni, że poradzi sobie sama?). Ja tutaj występuję przeciwko chowaniu
              głowy w piasek, wzruszaniu ramionami "niech inni się martwią".
              Ostatecznie zawsze klasa może zdecydowanie zaprotestować przeciwko dodatkowym
              wyjściom, ale będzie to niewątpliwie ze stratą dla dziecka. Podobnie z basenem:
              niech każdy zabierze głos, napisze pismo do dyrekcji, że opieka złożona z kilku
              rodziców na basenie to widzimisię wychowawczyni. No i dobrze byłoby, gdyby
              rodzice dziewczynki, która ma gęste włosy po pas, mieli świadomość , że nikt nie
              ma obowiązku czekać 2 godziny, aż dziecko wysuszy sobie samo włosy.

              > albo ze córeczka lepsze stopnie dostaje, bo mama się z Pania zaprzyjaźniła
              > (wszystko to słyszałam w formie plotek od moich dzieci, które chyba mówią mi
              > swobodniej o pewnych rzeczach, które dzieja się w szkole, niż większość
              > dzieci).

              Wiesz mnie osobiscie zalewa, kiedy widzę takich "usłużnych" rodziców,
              zbierajacych punkty dla własnego dziecka, ale nie o tym w tym wątku mowa.

              > Dla mnie dziecko, którym rodzice zajmują się na codzień wystarczająco nie
              > potrzebuje już opieki na wycieczce - powinno w wieku szkolnym uniezależniać
              >sie od matki, a nie chcieć być stale pilnowane.

              Dziecko nie potrzebuje bezposredniej OPIEKI swojej matki na wycieczce.

              > A co do wyjść - wycieczki zapowiadane są wprawdzie z pewnym wyprzedzeniem,
              ale nie oznacza to przecież, że mogę powiedzieć na uczelni "Wykład za dwa
              tygodnie nie odbedzie się, bo jade z klasą mojego syna do Wieliczki".

              Wykłady masz non stop codziennie od 8 do 16 (to zdecydowanie więcej niz 1 etat)?

              > I nie nalezy mylić pojęć - to, że nie mogę być do dyspozycji przed południem
              > nie oznacza, że nie interesuję sie szkołą i dzieckiem.

              Jest to kwestia priorytetów.

              >Oznacza tylko, że
              > traktuję pracę poważnie i nie uważam, aby posiadanie dzieci zwalniało mnie z
              > obowiazku pracy w kazdy wyznaczony dzień.

              Rozumiem, że ci co wezmą 1 dzień urlopu dla dziecka nie traktują pracy poważnie?
              Piszesz o lekarzach. Na ogoł przyjmują na zmiany 6 godzin rano, na drugi dzień
              po południu lub wg innego grafika.
              Są tacy, co uważają, że muszą pracować dla dziecka po 12 godzin. A czy
              rzeczywiście muszą, tego na forum nie rozstrzygniemy.

              • judytak Re: chowanie głowy w piasek 03.11.05, 19:21
                linka9 napisała:

                > rodziców na basenie to widzimisię wychowawczyni. No i dobrze byłoby, gdyby
                > rodzice dziewczynki, która ma gęste włosy po pas, mieli świadomość , że nikt
                ni
                > e
                > ma obowiązku czekać 2 godziny, aż dziecko wysuszy sobie samo włosy.

                moje dziecko, dziewczynka w roku komunijnym, zimą, z długimi, gęstymi włosami,
                zaopatrzona w odpowiedni sprzęt (suszarka i ciepła czapka, na wszelki wypadek)
                oraz instrukcje (suszarka do torby foliowej, żeby nie mokła, kaptur na czapkę,
                dla pewności), nie potrzebowała od nikogo pomocy, sama była w stanie innym
                pomagać :o)
                niektóre mamy wyrażały uznanie na zebraniu ;o)

                syna mam raczej niezdarnego, jak przyjdzie czas basenu, obetnę mu włosy na
                jeżyka :o) i też sobie poradzi...

                pozdrawiam
                Judyta
        • luizza Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 05.11.05, 22:53
          Verdana, czy chcesz powiedzieć, że lekarze, nauczyciele i wykładowcy nie biorą
          urlopów, opieki nad dzieckiem czy nie chodzą na zwolnienia?
    • gosbi Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 20:54
      Serdeczne dzięki za wszystkie odpowiedzi. Czytając zauwazyłąm, ze większość Was
      wykazała zrozumienie, co wskazuje na to że jednak ze mną jest raczej Ok.

      Gwoli ścisłości, to nie jest tak, ze ja przez 3 lata wcale a wcale nic a nic
      nie robiłam, nie robię i robić dalej nie będę. W zeszłym roku byłam chora i
      leżałam na zwolnieniu w domu. Syn powiedziął że Pani prosi aby zapytać, który z
      rodziców może póść do teatru, bo jedna z Pań "zaniemogła " czy co tam z nią
      było - nie ważne. Pomyślałam, ze czemu nie, bo w sumie to jestem w domu i mogę
      to wykorzystać. I pomimo tego że teatr znajdował się blisko mojej pracy,
      stracha miałam że kogoś spotkam i kicha z tego będzie - poszłam. Poza tym na
      wielkanoc br. zrobiłam dzieciakom ok 100 kanapeczek na dwóch wielkich tacach i
      zaniosłam przed pracą do szkoły. Czasem przynosze jakieś duperele typu papier
      do xero, flamastry, karteczki i inne biurowe artykuły, które mogę przynieść z
      pracy. Ale tego nikt nie widzi.
      Dziś byłam w szkole i okazało się, ze jestem zapisana również na 8.12 na basen
      (!?). A charakter pisma jest ewidentnie p. wychowawczyni. No normalnie nie
      rozumiem tej samowolki! Zwłaszcza, ze gdybym dziś nie zaszła to znowu bym nic
      na ten temat nie wiedziała!
      • aka10 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 21:03
        "Dziś byłam w szkole i okazało się, ze jestem zapisana również na 8.12 na
        basen
        (!?). A charakter pisma jest ewidentnie p. wychowawczyni. No normalnie nie
        rozumiem tej samowolki! Zwłaszcza, ze gdybym dziś nie zaszła to znowu bym nic
        na ten temat nie wiedziała!"

        To juz jest zupelna samowola i uwazam,ze nalezy pania o tym poinformowac.
        Gdybys do szkoly do tego 8/12 nie przyszla (powiedzmy,ze ktos inny by dziecko
        odbieral),to jak by wtedy z basenem bylo?Dzieci by nie poszly?
        Czy pani wpisujac kogos na liste dzwoni do domu i informuje o tym fakcie? Wg.
        mnie powinna dzwonic przed.Pozdrawiam.
        • gosbi Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 21:16
          > Gdybys do szkoly do tego 8/12 nie przyszla (powiedzmy,ze ktos inny by dziecko
          > odbieral)

          Widz polega na tym, ze ja w ogóle na codzień nie chodzę, bo mój syn sam wraca
          do domu a rano idzie ze mną jak idę na przystanek.

          > Czy pani wpisujac kogos na liste dzwoni do domu i informuje o tym fakcie? Wg.
          > mnie powinna dzwonic przed.

          Właśnie to mnie wkurzyło najbardziej, bo z byle błachych powodów to wydzwania
          do każdego, a jak trzeba o tym powiadomić to nawet w dzienniczku nie napisała.
          Bo ja to niby wróżka jestem i powinnam się domyśleć, że w zeszły czwartek to
          powinnam o 10 na basenie być.smile
      • gosbi Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 21:05
        I co najważniejsze , a czego zapomniałam dopisać - basen jest odpłatny, bo od
        zeszłego roku zabrakło pieniędzy w budżecie gminy. Pod koniec zeszłego roku
        okazało się że musimy płącić za wyjście dzieci na basen. Na zebraniu zrobili
        listę ale kilka osób (w tym ja) nie wpisało swoich dzieci. Zdecydowałam, ze
        skoro są problemy z opieką, a ja i tak mam płacić za wstęp to wolę w sobotę czy
        w nedzielę pójść sama z dzieckiem i popływać (co zresztą często robimy, bo
        basen mamy "pod domem"). Po czym okazało się na zebraniu, ze dzieci które nie
        będą chodziły na basen "nie będą prawdopodobnie miały najwyższych ocen z W-F-
        u. Szczerze mówiąc nie przemyślałam tego wtedy, bo niby jakim prawem!??? Skoro
        zajęcia są odpłątne tzn nie obowiązkowe, więc dlaczego to ma sie liczyć do
        oceny na świadectwo? No i teraz chodzi na ten nieszczęsny basen...
      • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 21:15
        gosbi napisała:


        > Gwoli ścisłości,

        Wasza syytuacja w ogóle jest jakaś zwariowana i musicie się przed terrorem
        nawiedzonej nauczycielki bronić.
        • gosbi Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 21:20
          Jutro bedzie dzien zagłady smile) biorę męża na zebranie smile))...
          • aka10 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 02.11.05, 21:34
            "Po czym okazało się na zebraniu, ze dzieci które nie
            będą chodziły na basen "nie będą prawdopodobnie miały najwyższych ocen z W-F-
            u. Szczerze mówiąc nie przemyślałam tego wtedy, bo niby jakim prawem!??? Skoro
            zajęcia są odpłątne tzn nie obowiązkowe, więc dlaczego to ma sie liczyć do
            oceny na świadectwo? No i teraz chodzi na ten nieszczęsny basen..."

            To przeciez jakis horror tak terroryzowac rodzicow i dzieci...
            • burza4 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 03.11.05, 16:38
              u mnie kiedyś było to samo - obowiazkowy płatny basen który odbywał się w
              ramach jednej godziny W-F jeszcze bym zdzierżyła. Nie zdzierżyłam tego, że
              szkoła zorganizowała te urocze zajęcia o godzinie 6.45 (sic!), więc w zimie
              musiałybysmy wstawać o 5 chyba. Poinformowałam panią dość oględnie że chyba na
              głowę upadła. Olałam problemy typu wpływ na frekfencję i moje dziecko nie
              chodziło. Ocenę miała i tak dobrą, bo zdobyła medal w zawodach pływackich, a
              nawet gdyby jej obniżyli - to cóż by się na miłość boską stało? bez przesady -
              naprawdę można żyć z 4 z WF, nie dajmy się zwariować.

              teraz odpadł co prawda problem opieki, bo dzieci duże; za to powstał kolejny -
              kretyni w kuratorium wymyslili dodatkowe godziny WF, tylko że nie ma ich gdzie
              realizować, bo szkoła i tak pracuje na zmiany.

              Więc jakiż to genialny pomysł przyszedł do głowy dyrekcji??? ano - OBOWIĄZKOWE
              wyjścia w sobotę, np. spacer do parku, który ma "zrobić" te wymagane godziny...
              musiałam napisać dziecku USPRAWIEDLIWIENIE, że w nich nie uczestniczyło - i
              dodam dla ułatwienia że w kolejnych też uczestniczyć nie będzie. Mam własne
              pomysły na spędzanie weekendów i nie zamierzam się z tego więcej tłumaczyć.

              Aha - osobiście jestem raczej przeciwna wyjściom z klasą - wg mnie to
              masowe "ukulturnianie" na siłę - niewiele wnosi. Wolę sama iść z dzieckiem do
              teatru - kiedy wybieram fajną sztukę ona faktycznie przekonuje się, że teatr to
              nie nudziarstwo. Takich wrażeń nie ma się po obowiązkowym
              przedstawieniu "Balladyny", które dzieciaki spędzają bardziej na śmichach-
              chichach niż oglądaniu sztuki, która notabene nie powala nikogo na kolana. To
              samo z wystawami - córka była z klasą na Wawelu - i nie wyniosła z tego NIC, bo
              podczas zwiedzania plotkowały z kolezankami o Kubie z 2B... była z nami
              ponownie - i dopiero wtedy zwróciła uwagę na arrasy na ścianach.

              Reasumując - dziękuję uprzejmie za troskę o poziom kultury mojego dziecka, ale
              jakoś sobie poradzę z tym wyzwaniem bez przymusu ze strony szkołysmile
              • verdana Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 03.11.05, 16:53
                Ty na pwno sobie poradzisz.
                Ale większość dzieci do teatru idzie tylko ze szkołą. I dlatego te wyjscia są
                jednak potrzebne.
                No chyba, że przyjmujemy, ze dzieci, których rodzice nie dbają o wychowanie
                powinny wyrosnąć na ludzi ograniczonych.
                • burza4 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 04.11.05, 10:53
                  verdana napisała:


                  > Ale większość dzieci do teatru idzie tylko ze szkołą. I dlatego te wyjscia są
                  > jednak potrzebne.

                  To też racja, ale nie liczyłabym na sukcessmile, wg mnie te wyjścia do teatru są
                  nikłą zachętą - przedstawienia są dobierane na zasadzie "najlepiej lektura
                  szkolna" - i siłą rzeczy mało porywające. Sama dopiero jako dorosła
                  osoba "odkryłam" teatr, bo w latach młodzieńczych kojarzył mi się z totalną
                  nudą - bo na nudne przedstawienia trafiałam ze szkołą. Inna sprawa, że bilet na
                  dobrą sztukę kosztuje znacznie więcej, i pewnie szkoła bierze to pod uwagę.
                  Odbiór sztuki jest dość powierzchowny kiedy dziecko siedzi w gronie 30 innych
                  dzieciaków, szepczących, trącających się łokciami itp.

                  Stąd mój sceptycyzm co do skuteczności tego sposobu na wzbudzenie w młodych
                  obywatelach kulturalnych potrzebsmile

                  Nawiasem mówiąc - czy szkoła może domagać się uczestnictwa w zajęciach w
                  soboty, bo chyba obowiązuje 5-dniowy tydzień nauki?
                  • agatka_s Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 04.11.05, 11:22
                    no trudno mi sie wypowiadac jak to jest "na ogół", ale akurat u mojego syna
                    przez 3 lata wyjścia były naprawde fajne. Wystawa Mozg, wystawa Leonardo da
                    Vinci- obie zdecydowanie dla dzieci takie typowo multimedialne i aktywne, ZOO,
                    lekcja w Muzeum krolewskim, 2 razy filharmonia, 3 razy lodowisko, kulig za
                    saniami po lesie na sankach, 3 razy wycieczka rowerowa po lesie Kabackim,
                    skansen pod warszawa (lepienie z gliny), +wielekrotnie kino (mamy Multikino pod
                    nosem) i teatr (Guliwer i w Palacu kultury), to tak na biezaco mi sie
                    przypomnialo...

                    A w nowej szkole w tym roku mial wycieczke ekumeniczna, caly dzien jezdzili po
                    warszawie odwiedzajac: meczet, synagoge, kosciol katolicki i ewangelicki. +
                    oczywiscie material dydaktyczny.

                    Ja mimo ze sporo "chodze" z dzieckiem, sama nie zapewnilabym tego
                    wszystkiego...jestem bardzo wdzieczna paniom ze im sie chce. A synowi wszystko
                    do tej pory bardzo sie podobalo. A poza tym taka wycieczka np rowerowa z mama
                    a z cala klasa, to 2 kompletnie inne historie...

                    No a basen to samo. Inaczej jest wyjscie na basen z mama, a inaczej jak to
                    jest basen klasowy, gdzie dzieciaki sie mobilizuja i poprostu ucza plywac, z
                    mama to sie najwyzej mozna powyglupiac (co tez cenne, ale inaczej).

                    "Wyjscia" klasowe sa potrzebne i sa fajne. A ja chodzac z klasa mojego syna,
                    wcale sie nie dziwie ze obecnosc kogos do pomocy jest porzadana. czasem w 3
                    dorosle osoby jest takie rozbawione towarzystwo ciezko upilnowac !

                    Ja chodzilam z poiczucia przyzwoitosci. Jak ktos cos robi, choc nie musi, to
                    ja tez poczuwam sie i staram sie pomoc, nie wiem moze to kwestia wychowania,
                    ale ja tak to czuje. Skoro ktos poswieca czas miedzy innymi mojemu dziecku, to
                    ja uwazam za fair ze nastepnym razem zrobie to ja...

                    Pozdrawiam
                    • burza4 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 04.11.05, 11:46
                      U nas nie było wyjść na fajne wystawy - "bo bilety są drogie". A dla mnie jest
                      to dodatkowy kłopocik - bo na większość fajnych wystaw/filmów idziemy kiedy się
                      pojawiają - po czym okazuje się, że miesiąc później MUSZĘ zapłacić jeszcze raz,
                      bo jest wyjścia z klasą a córka nie może zostac bez opieki kiedy jej klasa jest
                      np. w kinie.

                      W filharmonii tez byli, jedyny problem był w tym, że szkoła wymysliła, żeby
                      gimnazjalistów z tej filharmonii odebrać. Moje dziecko od 2 lat porusza się
                      samo po mieście i do domu trafi bez problemów. Żądanie żebym na 21 jechała
                      przez pół miasta uwazam za przesadę. Ja wiem, że przepisy, odpowiedzialność za
                      dzieci, ale skoro dzownię i mówię że moze wracać sama, to powinno pani
                      wystarczyć - ale nie, musiałam łapać telefonicznie inną mamę,
                      żeby "pokwitowała" odbiór mojej córki.
                      • agatka_s Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 04.11.05, 11:57
                        no u nas sa (byly bo zmienilisy szkole) totalnie inne zasady, poprostu i
                        nauczyciele i rodzice staraja sie dac z siebie jak najwiecej dla dobra
                        dzieci ...

                        zapomnialam, a po Twoim poscie mi sie przypomnialo: klasa byla jeszcze na
                        specjalnym koncercie Koledowym w Teatrze Wielkim (tylko jeden taki koncert w
                        roku, spore wydarzenie kulturalne)- koniec byl kolo 22.00-to rodzice tak sie
                        umowili miedzy soba ze wszystkie dzieciaki zostaly odebrane samochodami i
                        rozwiezione. Pani nauczycielka, stanela na glowie aby te bilety zdobyc, byloby
                        juz zbrodnia obciazac ja jeszcze odwozeniem dzieci do szkoly...

                        Ja wiozlam czworke.

                        no i tak jest zawsze, poprostu jak widac ze nauczyciel sie stara, to rodzice
                        tez sie staraja.

                        Zapomnialam jeszcze o koniach w pobliskiej stadninie, zwiedzaniu budynku
                        Telewizji (to akurat jedna z babc tam pracuje i kompletnie prywatnie
                        zalatwila...), wizycie taty pilota co latal na F-16 (to byl poprostu szal,
                        chlopaki przez kilka tygodni to przezywali)...jak widac ze wszyscy CHCA to
                        tobie tez zaczyna sie chciec, a nawet poprostu glupio stac z boku i miec
                        wylacznie roszczeniowe podejcie...
                      • linka9 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 04.11.05, 12:05
                        burza4 napisała:
                        > to dodatkowy kłopocik - bo na większość fajnych wystaw/filmów idziemy kiedy s

                        Jest jeszcze pytanie z kim dziecko woli iść na wystawę : z mamą czy koleżankami?

                        > po czym okazuje się, że miesiąc później MUSZĘ zapłacić jeszcze raz,
                        >
                        > bo jest wyjścia z klasą a córka nie może zostac bez opieki kiedy jej klasa
                        jest np. w kinie.

                        Wcale nie MUSISZ, tylko nie chce Ci się szargać i powiedzieć stanowczo nie.

                        > W filharmonii tez byli,

                        Kwestia wspólnych (odgórnie nakazanych) wyjść w przypadku gimnazjalistów i
                        licealistów, to już inna bajka.
                      • roman.gawron Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 04.11.05, 14:59
                        burza4 napisała:

                        > W filharmonii tez byli, jedyny problem był w tym, że szkoła wymysliła, żeby
                        > gimnazjalistów z tej filharmonii odebrać. Moje dziecko od 2 lat porusza się
                        > samo po mieście i do domu trafi bez problemów. Żądanie żebym na 21 jechała
                        > przez pół miasta uwazam za przesadę. Ja wiem, że przepisy, odpowiedzialność
                        > za dzieci, ale skoro dzownię i mówię że moze wracać sama, to powinno pani
                        > wystarczyć - ale nie, musiałam łapać telefonicznie inną mamę,
                        > żeby "pokwitowała" odbiór mojej córki.

                        Bo nauczycielom na szkoleniach różne takie bzdurki i absurdy prawne się wciska.

                        Tymczasem sprawa jest prosta: w regulaminie wycieczki powinno być określone,
                        gdzie i o której wycieczka się kończy, a rodzice powinni zadeklarować się, czy
                        odbierają dziecko osobiście z tego miejsca, czy ma wracać samo. Koniec
                        wycieczki oznacza koniec odpowiedzialności nauczyciela - rodzice przejmują
                        opiekę.

                        Z drogi publicznej może samodzielnie korzystać dziecko już od 7. r.ż.
              • roman.gawron Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 03.11.05, 20:55
                burza4 napisała:

                > podczas zwiedzania plotkowały z kolezankami o Kubie z 2B... była z nami
                > ponownie - i dopiero wtedy zwróciła uwagę na arrasy na ścianach.

                Jakkolwiek opisywana przez autorkę wątku nauczycielka nie jest bohaterką mojej
                bajki, to tu pozwolę sobie zauważyć, że plotkowanie o Kubie z 2B jest również
                niezwykle potrzebne dziewczynce w tym wieku. A to jej gwarantuje tylko
                wycieczka z klasą.
                • verdana Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 03.11.05, 21:05
                  Brawo Panie Romanie!
                  Ja nawet zaryzykuję, że dla ośmiolatki jest ważniejsze od arrasów...
                • linka9 a co na to przepisy? 04.11.05, 09:02
                  roman.gawron napisał:
                  >to tu pozwolę sobie zauważyć, że plotkowanie o Kubie z 2B jest również
                  > niezwykle potrzebne dziewczynce w tym wieku. A to jej gwarantuje tylko
                  > wycieczka z klasą.

                  Dokładnie, dlatego uważam, że wyjścia klasowe są naprawdę istotne w pierwszych
                  latach szkoły i warto tutaj iść na jakiś kompromis.

                  A przy okazji, skoro już Roman włączył się do dyskusji, to może uzupełni wątek
                  pod katem przepisów?
                  Jak to jest, że na koloniach często przypada 1 wychowawa na 20 dzieci, co nie
                  przeszkadza chodzić na wycieczki, podczas gdy szkoły upierają się, aby 1 osoba
                  dorosła miała pieczę co najwyżej nad 10 dzieciakami? Pomijam tu kwestie
                  organizacyjne, wygody, chuchania na zimne,itp, ale dlaczego właściwie
                  nauczyciele nie chcą się ruszać bez obstawy 2 rodziców, zasłaniając się przepisami?
                  • roman.gawron Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 09:28
                    linka9 napisała:

                    > Jak to jest, że na koloniach często przypada 1 wychowawca na 20 dzieci

                    Dokładnie może przypadać 1 wychowawca na 20 dzieci pow. 10. r.ż. i 1 na 15
                    dzieci do 10. r.ż.
                    Obecny stan prawny pozwala dyrektorowi szkoły przyjąć analogiczne limity
                    podczas wycieczek klasowych.

                    > szkoły upierają się, aby 1 osoba dorosła miała pieczę co najwyżej nad 10
                    > dzieciakami?

                    Bo szkoły nie zauważyły zmiany prawa w tym zakresie. Teraz o limitach decyduje
                    dyrektor. Ostrzejsze niż kolonijne limity proponuję przyjmować tylko przy
                    wycieczkach rowerowych, górskich, specjalistycznych, przy wycieczkach dzieci
                    niepełnosprawnych.

                    > Pomijam tu kwestie organizacyjne, wygody, chuchania na zimne,itp, ale
                    > dlaczego właściwie nauczyciele nie chcą się ruszać bez obstawy 2 rodziców,
                    > zasłaniając się przepisami?

                    Chyba nie da się tu pominąć kwestii dmuchania na zimne wink
                    • linka9 Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 09:36
                      roman.gawron napisał:
                      > Chyba nie da się tu pominąć kwestii dmuchania na zimne wink

                      To zależy od sytuacji, charakteru wycieczki, dzieci. Przerost formy nad treścią
                      też jest swego rodzaju patologiąwink
                      I jeszcze jedno, zakładając, że w klasie brak do opieki chętnych rodziców, czy
                      dyrektor ma obowiązek przydzielić dodatkowego nauczyciela dla wychowacy
                      (powiedzmy chcociaż 1 raz na rok, albo w-f -istę na basen)?

                      • roman.gawron Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 10:30
                        linka9 napisała:

                        > Przerost formy nad treścią też jest swego rodzaju patologiąwink

                        Zgadzam sięsmile

                        > I jeszcze jedno, zakładając, że w klasie brak do opieki chętnych rodziców, czy
                        > dyrektor ma obowiązek przydzielić dodatkowego nauczyciela dla wychowacy

                        Dyrektor może nie wydać zgody na wycieczkę, jak nie ma nauczycieli.

                        albo w-f -istę na basen

                        O ile wiem, to wyjście na basen nie jest wycieczką szkolną. Wg mnie może iść po
                        prostu jeden nauczyciel ze swoją klasą.
                        • linka9 Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 10:39
                          roman.gawron napisał:
                          > Dyrektor może nie wydać zgody na wycieczkę, jak nie ma nauczycieli.

                          To prędzej nauczyciel nie zgodzi się iść sam. Moje pytanie bardziej zmierza do
                          tego, na ile wycieczki są objęte programem szkolnym, który klasa powinna realizować.

                          > albo w-f -istę na basen
                          >
                          > O ile wiem, to wyjście na basen nie jest wycieczką szkolną. Wg mnie może iść
                          po prostu jeden nauczyciel ze swoją klasą.

                          Ale z tego, co napisałeś przy klasie ponad 20 osobowej dodatkowa pomoc powinna
                          być przewidziana. Z doświadczeń swoich i innych wiem, że nauczyciel nie zgadza
                          się iść sam; ze względow organizacyjnych często druga osoba jest rzeczywiście
                          niezbędna (pozostałe to właśnie wymuszania nauczycieli). Jak proponujesz
                          rozwiązać sprawę, jeśli większość rodziców przyjmie tak zdecydowaną postawę na
                          NIE jak Verdana?
                          • roman.gawron Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 10:44
                            linka9 napisała:

                            > To prędzej nauczyciel nie zgodzi się iść sam. Moje pytanie bardziej zmierza do
                            > tego, na ile wycieczki są objęte programem szkolnym, który klasa powinna
                            > realizować.

                            Nie zmusisz nauczyciela do realizowania programu konkretną metodą.

                            > > O ile wiem, to wyjście na basen nie jest wycieczką szkolną. Wg mnie może
                            > > iść po prostu jeden nauczyciel ze swoją klasą.
                            > Ale z tego, co napisałeś przy klasie ponad 20 osobowej dodatkowa pomoc powinna
                            > być przewidziana.

                            Nie, ja pisałem o wycieczkach szkolnych, nie o lekcjach na basenie.

                            > Jak proponujesz rozwiązać sprawę, jeśli większość rodziców przyjmie tak
                            > zdecydowaną postawę na NIE jak Verdana?

                            Nie mam pojęcia smile
                            • linka9 Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 11:25
                              roman.gawron napisał:

                              > linka9 napisała:
                              >
                              > > To prędzej nauczyciel nie zgodzi się iść sam. Moje pytanie bardziej zmier
                              > za do
                              > > tego, na ile wycieczki są objęte programem szkolnym, który klasa powinna
                              > > realizować.
                              >
                              > Nie zmusisz nauczyciela do realizowania programu konkretną metodą.

                              Nie zrozumieliśmy się po raz drugi. Ja nie chcę do niczego zmuszać nauczyciela.
                              Jestem przeciwna uszczęśliwianiu klasy na siłę, jeśli rodzice są przeciwni
                              (bierni)dodatkowym wycieczkom. Obowiązkowy program natomiast rozumiem w ten
                              sposób, że to na szkole (dyrekcji) ciąży obowiązek jego zrealizowania
                              (zorganizowania). A więc, jeśli założenia programowe są takie, aby jedna
                              wycieczka w roku szkolnym się odbyła, to nawet jeśli rodzice nie chcą się
                              angażować, wycieczka odbyć się powinna, a dyrektor ma obowiązek zagwarantować
                              opiekę na niej.

                              > Nie, ja pisałem o wycieczkach szkolnych, nie o lekcjach na basenie.

                              No to inaczej, jak przepisy różnicują wycieczki i wyjścia (wyjazdy) np do kina,
                              do parku, na basen, do muzeum itp pod kątem niezbędnej opieki? Kiedy to już
                              wycieczka, a kiedy jeszcze nie?
                              Czy wytłumaczenie (a priori, w każdej sytuacji), że wychowawca nie pójdzie z
                              klasą do teatru sam (co w praktyce często oznacza 2 nauczycieli na 2 klasy
                              razem), bo jest to niezgodne z przepisami, to tylko widzimisie i asekuracja czy
                              jednak nie?

                              > > Jak proponujesz rozwiązać sprawę, jeśli większość rodziców przyjmie tak
                              > > zdecydowaną postawę na NIE jak Verdana?
                              >
                              > Nie mam pojęcia smile

                              No właśnie, nikt nie mówi, że życie jest prostesmile

                              • roman.gawron Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 15:17
                                linka9 napisała:

                                > A więc, jeśli założenia programowe są takie, aby jedna wycieczka w roku
                                > szkolnym się odbyła

                                Pisałem właśnie o tym, że nie ma takich założeń w podstawie programowej. Tam
                                jest tylko wiedza i umiejętności, jakie dziecko powinno opanować, a dobór metod
                                leży w gestii nauczyciela. Wycieczka jest metodą.

                                > to nawet jeśli rodzice nie chcą się angażować, wycieczka odbyć się powinna,
                                > a dyrektor ma obowiązek zagwarantować opiekę na niej.

                                Nie ma takiego obowiązku, choć jak dla mnie, gorącego zwolennika turystyki i
                                krajoznawstwa, powinien.

                                > No to inaczej, jak przepisy różnicują wycieczki i wyjścia (wyjazdy) np do
                                > kina, do parku, na basen, do muzeum itp pod kątem niezbędnej opieki? Kiedy to
                                > już wycieczka, a kiedy jeszcze nie?

                                Na basenie mogą po prostu odbywać się lekcje wf lub zajęcia kształcenia
                                zintegrowanego w ramach tygodniowego planu zajęć dla danej klasy. Wtedy to nie
                                wycieczka. Jak nie wynika to z planu tygodniowego i jest to wyjście
                                incydentalne, to wycieczka.

                                > Czy wytłumaczenie (a priori, w każdej sytuacji), że wychowawca nie pójdzie z
                                > klasą do teatru sam (co w praktyce często oznacza 2 nauczycieli na 2 klasy
                                > razem), bo jest to niezgodne z przepisami, to tylko widzimisie i asekuracja
                                > czy jednak nie?

                                Jak teatr jest w tej samej miejscowości, to na miejscu dyrektora przyjąłbym
                                limit z poprzedniego rozporządzenia, bodajże 1 opiekun na 30 dzieci i nie
                                hamletyzowałbym smile
                                • linka9 Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 16:46
                                  roman.gawron napisał:

                                  > Pisałem właśnie o tym, że nie ma takich założeń w podstawie programowej. Tam
                                  > jest tylko wiedza i umiejętności, jakie dziecko powinno opanować, a dobór
                                  >metod leży w gestii nauczyciela. Wycieczka jest metodą.

                                  OK. Sądzę jednak, że jakiś nacisk odgórny jest, bo dawniej takiej ilości wyjść
                                  nie było. Wątpię, aby to była tylko kwestia zmiany mentalności nauczycieli
                                  tudzież metod. Są wychowawcy, którzy rękami i nogami bronią się przed wyjazdami,
                                  a jednak je organizują.

                                  > Na basenie mogą po prostu odbywać się lekcje wf lub zajęcia kształcenia
                                  > zintegrowanego w ramach tygodniowego planu zajęć dla danej klasy.

                                  Tak, ale na ten basen też trzeba jakoś dojechać z klasą. No chyba że wyjdziemy z
                                  założenia, że za organizację dojazdu na miejsce zajęć dziecka odpowiedzialni są
                                  rodzice. Przy takim jednak podejściu, to nauczyciel nie jest w ogóle zobowiązany
                                  zapewniać opieki (swojej też). Zakładając jednak, że mamy do czynienia z blokiem
                                  programowym kształcenia zintegrowanego, jako dyrektor wymagałbyś, aby nauczyciel
                                  szedł sam, jeżeli nie znajdą się chętni rodzice. Dalej jednak nie jest dla mnie
                                  do końca jasne, czy nauczyciel ma podstawy prawne, aby się przed tym skutecznie
                                  bronić. Sytuacja jak tu już przez kogoś opisywana: nie ma rodziców = zostajemy w
                                  szkole (nie ma basenu) nie jest wcale odosobniona.

                                  > Jak teatr jest w tej samej miejscowości, to na miejscu dyrektora przyjąłbym
                                  > limit z poprzedniego rozporządzenia, bodajże 1 opiekun na 30 dzieci i nie
                                  > hamletyzowałbym smile

                                  No, tak, ale to zazwyczaj nauczyciel hamletyzuje i nie chce iść bez obstawy.
                                  Wracamy więc do punktu wyjścia? (czyli kompromisusmile
                                  • roman.gawron Re: a co na to przepisy? 04.11.05, 17:30
                                    linka9 napisała:

                                    > szedł sam, jeżeli nie znajdą się chętni rodzice. Dalej jednak nie jest dla
                                    > mnie do końca jasne, czy nauczyciel ma podstawy prawne, aby się przed tym
                                    > skutecznie bronić.

                                    Nie ma. Za organizację opieki odpowiada dyrektor. Dyrektor każe, pracownik
                                    idzie, jak w normalnym zakładzie pracy.
                                    • jokat Re: a co na to przepisy? 07.11.05, 10:54
                                      Ja tez nie moge zwolnic sie z pracy, nawet ten jeden raz w roku, bo zupelnie
                                      zepsuje to prace calego zespolu, a jeden dzien wolnego,to jeden dzien mniej
                                      urlopu z dzieckiem. W szkole jest przeciez Pani wychowawczyni, Pani ze
                                      swietlicy, itp.
              • nangaparbat3 Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 03.11.05, 22:11
                >>Aha - osobiście jestem raczej przeciwna wyjściom z klasą - wg mnie to
                >>>masowe "ukulturnianie" na siłę - niewiele wnosi. Wolę sama iść z dzieckiem
                do
                >>teatru - kiedy wybieram fajną sztukę ona faktycznie przekonuje się, że teatr
                to
                >>nie nudziarstwo. Takich wrażeń nie ma się po obowiązkowym
                >>przedstawieniu "Balladyny", które dzieciaki spędzają bardziej na śmichach-
                >>chichach niż oglądaniu sztuki, która notabene nie powala nikogo na kolana

                To nie jest takie proste. W mojej ostatniej klasie (liceum) część rodziców
                gwałtownie domagała się wspolnych wyjść - i to w dodatku przed południem, w
                czasie lekcji.
                Naprawdę dobrze wspominam tylko jedno wyjście - z czwartą klasą podstawówki do
                opery, na "dorosłe", wieczorne przedstawienie. BYło sporo rodziców (tak żeby
                każde dziecko zostało odwiezione do domu), dzieci przygotowywałam dość długo, z
                takimi maluchami mozna bardzo duzo zrobić, więc udało się zrobić prawdziwe
                święto. Aż spuchłam z dumy, kiedy szatniarka powiedziała, ze była pewna, ze to
                uczniowie szkoły muzycznej - a to były moje dzieci z blokowiska.
      • no-surprises Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 03.11.05, 14:32
        > Czasem przynosze jakieś duperele typu papier
        do xero, flamastry, karteczki i inne biurowe artykuły, które mogę przynieść z
        pracy.

        ???
    • baba_ta_sama Re: WYCHOWAWCZYNI mojego syna .. . $%#%^@%#!!!!! 04.11.05, 17:43
      Czytam i czytam to, co wyzej... I wyszlo mi na to:
      W szkole, do ktorej chodzi moj synek (IV klasa szkoly publicznej) nikt nie robi
      problemu z tzw. wyjsc. Kto moze z rodzicow - idzie, bez zbednych komentarzy.
      Szkola ma problemy lokalowe i kadrowe, wiec gros zajec odbywa sie poza
      budynkiem szkolnym - za zgoda i aprobata rodzicow.
      Nasze dzieci sa dosc luzne (czytaj - malo zdyscyplinowane choc zdolne) wiec
      pomagamy (my - rodzice) w opiece nad nimi podczas zajec "wyjsciowych".
      Wiecie co?
      Wychodze z takiego zalozenia - dobro dzieci jest wartoscia zasadnicza. Jestem
      osoba wolnego zawodu - (zawod o duzym prestizu) - ale udalo mi sie pogodzic
      jedno z drugim - czyli prace i uczestnictwo w zyciu szkolnym mojego dziecka.
      Inni rodzice w "mojej" klasie podchodza do sprawy podobnie. Jasne, ze nie
      wszyscy - ale to nie ma zadnego znaczenia - dzieci zawsze maja opieke smile
      :_

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka