Mój syn jest w III kl podstawówki. Jego wychowawczyni na początku I kl
wydawała się być cudowną kobietą i wszyscy rodzice cieszyli się, ze trafiła
się taka "prawdziwa" nauczycielka z powołania. Z czasem jednak zaczęły mi
przeszkadzać pewne rzeczy, które teraz po prostu doprowadzają mnie do szału!
Pani organizuje mnóstwo wycieczek (teatr, muzeum, filcharmonia, wystawy,
lekcje plenerowe, wyjazdy, ...kino nie, bo ogłupia, a dzieci to w ogóle
telewizji nie powinny oglądać(?)..itp.itd), w których uczestniczyć musi
kilkoro rodziców - do opieki. To samo jest z basenem. Na zebraniach
sporządzana jest lista gdzie trzeba się wpisywać, kto i kiedy idzie z dziećmi
na basen. I jest to całkowicie zrozumiałe dla mnie, jak również i to, ze
uczestniczą w tym rodzice, którym wyjścia z klasą nie kolidują z pracą (lub
ci, którzy nie pracują). Z uwagi na charakter i godziny mojej pracy nigdy nie
zgłaszam się do opieki nad dziećmi, bo uważam że nie mogę sobie na to
pozwolić a jest wielu rodziców, którzy nie pracują lub pracują na zmiany,i
zgłaszają się bez większych problemów. Pani jednak często wymusza na
rodzicach zgłoszenie się do wyjścia "bo jeszcze nie byli" lub tłumaczenia
się "na forum" czyli na zebraniu dlaczego nie mogę pomóc. Nie rozumiem z
jakiej racji mam się przed nią tłumaczyć, ze nie mogę o 10 rano iść na basen
i suszyć dziewczynkom włosy, bo mam ważne spotkanie czy coś innego!?? Kiedyś
zdażyła się taka sytuacja i powiedziałam, ze ja nie pójdę bo pracuję, to
powiedziałą, zebym wzięła urlop (!?)albo "sobie załatwiła z szefem.." No albo
ja jestem nienormalna , albo... Pracuje od 8-16, w poważnej firmie na
poważnym stanowisku i nie powiem "Sorry, jutro wyskoczę na 3-4 godzinki bo
muszę iść na wycieczkę do Zamku Królewskiego". Ja tej kobiety nie pojmuję!!
Poza tym ingeruje w życie pozaszkolne i na każdym zebraniu umoralnia nas
mówiąc o czym rozmawiać albo nie rozmawiać z dziećmi, co dzieci mają jeść i
pić (absolutnie gazowane napoje - tylko woda! Do szkoły też nie można
przynosić gazowanych napojów i słodyczy), co oglądać i o której mam gasić
dzicku światło w pokoju, żeby spało ( my mamy 1 pokój

))...). Swego czasu
zorganizowała jakiś wyjazd integracyjny gdzie wszyscy czuli się w obowiazku
pojechać. Musieliśmy się całymi rodzinami przedstawiać, co nie jednych
wprawiło w zakłopotanie. Nie rozumiem dlaczego mam poznawać się z ludźmi,
któych nie mam ochoty poznawać bliżej!?. W I kl trójka klasowa (obecnie od 3
lat ta sama podlizująca się "grupa trzymająca władzę" ściśle związana z
wychowawczynią) kupiła zastawę stołową, bo Pani stwierdziła że dzieci muszą
uczyć się kultury i nie będą jadły na przyjęciach klasowych z tacek. Dzieci
są w III kl i co? Na każdej imprezie czy poczęstunku jedzą z tacek, bo nikomu
się nie chce zmywać naczyń. Ogólnie rzecz biorąc, siedząc na zebraniach
czasami czuję się (i nie tylko ja) jak małą dziewczynka, która czagoś nie
zrobiła i zbiera za to baty. Zawsze wydawało mi się, ze dziecko chodzi do
szkoły po to zeby się uczyć a ja chodzę na zebrania po to, zeby dowiedzieć
się jak się uczy dziecko. A tu się okazuje, ze zebrania są 3 godzinnymi
rekolekcjami na których przez 1/2 h dyskutuje się jakiego koloru mają być
serwetki na stole i kto zrobi pierogi na Boże Narodzenie. Wzajemne dzielenie
się opłatkiem w zeszłym roku doprowadziło mnie do temperatury wrzenia.
Musiałam obcałować około 40 obcych mi osób. Ale przecież nie powiem, ze nie
pójdę i uczestniczę w takich "szopkach", bo robię to TYLKO i wyłącznie dla
synka. Przykłady można by mnożyć ale nie o to chodzi...
W tym tygodniu mój syn przyszedł ze szkoły zdenerwowany, bo Pani wyskoczyła
do niego z pretensją, ze nie przyszłam na basen a byłam na liście.
Powiedziała mu że musi sobie z nami porozmawiać, bo w ogóle nie udzielamy się
z mężem w szkole (!?) Byłam w szoku! Ktoś bez mojej wiedzy wpisał moje
nazwisko na listę basenową, która wisi w szatni. Mój syn chodzi sam do szkoły
(rano odprowadzam go tylko pod bramę i pędzę do autobusu) i wraca do domu
sam. Ma prawie 10 lat i naprawdę umie już wiązać sznurowadła.Pani jednak
stwierdziła , ze rodzice muszą częśćiej przychodzić do szatni! No nie wiem po
co.???
W czwartek jest zebranie. Mam rozmowę z Panią na temat "udzielania się w
szkole". I mam dość...Powiedziałabym co o tym myślę, bo na prawdę świat nie
kończy się tylko na dzieciach i szkole. Ludzie mają pracę, dom, własne
kłopoty i zmartwienia. Moj synek uczy się dobrze i nie chcę, żeby miał
kłopoty w szkole, bo jego mama nie chodzi z klasą na wycieczki...A w jego
klasie baaardzo widoczne jest to, że rodzice którzy się "udzielają" są
pobłażliwiej traktowane...
Czy Wy też macie takei problemy? Jak wygląda oraganizacja i jak dużo jest w
Waszych szkołach wycieczek, imprez klasowych i innych? Czy zmuszane/ni
jesteście do uczaestnictwa w tym wszystkim???