Po raz pierwszy zapaliło mi się żółte światełko ostrzegawcze i stąd znak
zapytania, po zdaniu, które było dla mnie zawsze stwierdzeniem oczywstego faktu.
Bo z panią trzeba współpracować jeśli chodzi o nasze własne dziecko.
Nie zamierzam podważać jej autorytetu, i nawet jak się nie zgadzam, to nie
dzielę się tym z dzieckiem. Podkreślam lojalność wobec pani.
W rozmowie z panią na temat mojego dziecka wielokrotnie podkreślałam, że nie
jestem typem mamy bezkrytycznej i chętnie podejmę współpracę i "wspólny front"
wobec cech niepożądanych.
Kiedy dowiedziałam się, że dziecko nie szanuje zabawek, "potępiłam" to. Nawet
zgodziłam się z sugestią pani, że jeśli coś zniszczy, to przyniesie swoją.
No, ale dzisiaj pani sprowadza dzieci i mówi patrząc na mnie, że 3 zabawki są
popsute. Spytałam, czy jedno dziecko je zniszczyło (mając na myśli moje i
naszą poprzednią rozmowę), na co usłyszałam, że "nie wiem, ale ktoś zniszczył,
pochował części zepsute pod inną zabawke".
Inni rodzice oglądali swoje buty w tym momencie albo ściany. Oczywiście ja
wyraziłam żal, temat został ucięty przez jaką sytuację.
Ale po rozmowie z dzieckiem zastanawiam się, czy warto być tak surowym wobec
dziecka, bo okazuje się, że owszem brał kiedyś udział wspólnie z chłopcami w
popsuciu jakieś zabawki, choć nie wiem, czy skutecznie, ale twierdzi, że
troszkę ją pokiereszowali. Natomiast nic ponad to nie było później, może
pomogła rozmowa ostrzegawcza. Być może, jak twierdzi, ktoś z poprzedniej
grupy, bo on tego nie miał w ręku. Oczywiście też tego nie wiem na 100%, ale
muszę mu ufać.
Nie chcę się przykładać do tego, że moje dziecko stanie się etatowo
odpowiedzialny za niszczenie, nawet jak nie ma jego winy.
Zastanawiam się, czy taka bezwzględna szczerość i opowiadanie o własnym
dziecku opłaca się w życiu szkolnym.
Jesteśmy debiutantami szkolnymi, a syn chodzi do zerówki.
Jak więc umiejętnie mówić o swoim dziecku. Muszę się tego nauczyć przed I
klasą.