Wiem ze jestem monotematczyna ale mój dół sięgnął zenitu. siedzę i wyję.
Wczoraj spotkałam sie z ex pogadać (mamy zamiar zostać przyjaciółmi),
myślałam, ze doszedł do jakiegoś odkrywczego wniosku a on, zadowolony i
szczęśliwy mówi, ze dobrze mu samemu. Oczywiście ubolewa nad tym ze mnie
skrzywdził i takie tam...nadal twierdzi ze nie byłam lekarstwem na jego
zranione serce i chciał dobrze powiedzmy, ze mu wierzę. Strasznie przeżyłam to
spotkanie, No ale on jest jedyną osobą przy której mogę się wygadać, wyżalić i
rozkleić. Oczywiście powiedziałam mu, ze nie zamierzam o niego walczyć, niech
sobie bedzie sam jak chce. I tu moja gorąca prośba...Z jednej strony nie chcę
go tracić jako przyjaciela z drugiej chyba nie mam w sobie tyle siły żeby
podchodzić do tego bez emocji, gdzies we mnie tli się jeszcze złudna nadzieja.
Czy ktoś mógłby postawić karty czy ta znajomość ma jakikolwiek sens... czy uda
sie przekształcić ten związek w przyjaźń, czy on chce mojej przyjaźni
faktycznie czy tylko tak gada żeby mnie jeszcze bardziej nie zranić? A może to
całkowicie urwać tę relację. Co mam zrobić żeby wyjść z tego bez większych
szkód emocjonalnych? Rozum mówi jedno serce drugie

Nadzieja ponoć umiera
ostatnia

z góry dziękuję